Fantastyka · 16 min czytania
Kampania przeciwko bogu wiatru - cz. 1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Jest to pierwsza cześć tej historii, jednak stworzyłem również swoisty wstęp, który trochę rozjaśni o co tutaj chodzi, jednakże jego znajomość nie jest konieczna do przeczytania tego co znajduje się poniżej. Dla zainteresowanych powiem tylko, że ten wstęp nazywa się: 'Kampania przeciwko bogu wiatru - wstęp'.
Kampania przeciwko bogu wiatru Cz. 1
Widok z góry na pole bitwy jest niezwykle interesujący. Co prawda bardzo mało prawdopodobne by ludzie toczący walkę tam na dole, uważali tak samo, jednak oni nie mają okazji spojrzeć na ten obraz z góry. W zasadzie niewielu miało okazję spoglądać na ten widok ze wzgórza. A ci co tam stali, mimo wszystko, również nie wyglądali na zauroczonych tym widokiem. Radowali się, tego nie potrafili ukryć, ale nie z samego oglądania tej bitwy, a z tego, że wszystko idzie po ich myśli. Wśród tej niewielkiej grupki stojącej na szczycie wzgórza, wyróżniały się dwie osoby. Stały pośrodku, trochę bardziej wysunięte do przodu niż pozostali. Mężczyzna stojący po prawej stronie, wyróżniający się wśród pozostałych strojem, który raczej wskazywał na kogoś parającego się magią, niżeli kogoś powiązanego z wojskiem. Mężczyzna ten wykazywał się najwyższą powagą, przyglądał się uważnie, obserwując ruch każdego żołnierza walczącego poniżej wzgórza. Starał się objąć wzrokiem całe pole bitwy, by nie przeoczyć jakiegoś nieprzewidzianego wypadku, który mógłby zaważyć na losach bitwy. Drugi z mężczyzn był młodszy, żołnierskiej postury, w lekkiej skórzanej zbroi, zdobionej licznymi wzorami. Stał pełen dumy, jednak nie pychy. Wyglądał na kogoś wprawionego w boju i potrafiącego docenić poświęcenie ludzi toczących walkę u podnóża wzgórza. Raz po raz zadawał jakieś pytania, temu drugiemu mężczyźnie. Ten mu odpowiadał nie odrywając wzroku od bitwy. Oboje bacznie obserwowali to co się dzieje. Zaś to co się tyczy samej bitwy, to tak jak większość bitew, była krwawa. Bitwa była jeszcze w początkowej fazie, świadczyła o tym nie tylko niewielka, póki co, ilość martwych ciał leżących na ziemi, a również to, że w walce biorą na razie udział tylko żołnierze. Nigdzie jeszcze się nie pojawili magowie, którzy mają być swoistym asem w rękawie każdej ze stron. Teraz to jeszcze nie ich pora. To czas miecza i strzał. Może i nie była to największa z bitew, jednakże, mimo to brzdęk mieczy i świst strzał był ogłuszający. To chwile, które dają szansę się wykazać młodym, niedoświadczonym, a pragnącym sławy i jeszcze nie rozumiejącym, że w jednej chwili ścinają komuś głowę, a w następnej to oni padają na ziemię, bez zbędnego ciężaru na ramionach. Ich pragnienia nie pozwalają im trzeźwo myśleć, widzą tylko wroga który oddziela ich samych, od ich pragnień. Miecz trzymany w dłoni jest dla nich jedyną możliwością by połączyć się ze swoim celem. I mimo nie zawsze zgodnych pragnień, potrafią stanąć ramię w ramię, wspierając się nawzajem, oddając za siebie życie. Wartości tych nauczyli się od swych starszych przyjaciół. Weteranów wojennych, którzy przeżyli wystarczająco dużo by wiedzieć, że ważniejszym od sławy, pieniędzy czy żądzy krwi jest ludzkie życie. I to nie zawsze nasze własne. Czym jest chwała i otrzymane ordery w porównaniu z wdzięcznością towarzysza za uratowane mu życie. W ten sposób powstają więzy międzyludzkie, trwalsze niż w rodzinie, małżeństwie, czy pomiędzy kochankami. Więzy trwalsze niż stal, którą dzierżą w rękach. Paradoks wojny. Rodziny są po to rozdzielane, by ludzie znaleźli braci w walce. Teraz nikt jednak o tym nie myślał. Po prostu prowadzili ten morderczy taniec ze swoimi wrogami. Jedni w bardziej szlachetny sposób, inni w mniej honorowy. Jednak zwycięzca stawał się mistrzem. Jednym z wielu i tylko tak długo, aż nie znajdzie partnera do kolejnego tańca. Na lewej flance zaczęło się coś dziać. Zamieszanie, które tam powstało, niezbicie wskazywało, że wróg przeszedł do kolejnej fazy bitwy. Wskazywało to na niezwykłą niecierpliwość ze strony wroga, ponieważ bitwa nie osiągnęła jeszcze pułapu, który by tego wymagał. Dowodzący, stojący na wzgórzu, również już byli zorientowani w sytuacji. Właśnie co dotarł do nich posłaniec z wyjaśnieniem bieżącej sytuacji. -Trolle? - krzyknął jeden z mężczyzn. -Jak to możliwe? Przecież... Skąd się one tutaj wzięły? -Spod ziemi zapewne. - odpowiedział mag i by odpowiedzieć na zdziwione twarze zebranych, powiedział - Dosłownie spod ziemi. Trolle potrafią bardzo dobrze kopać doły z czego korzystają przy różnych okazjach. -Ale jak je pokonamy? -Ogniem. To jeden z najprostszych sposobów, by je zabić. A w tych warunkach jedyny możliwy. -Więc strzały? -Nie, to za mało. Jest ich zbyt wiele. Każdego trzeba by naszpikować zbyt dużą ilością, by je zabić. Musimy wysłać magów. -Już teraz magowie? A co będzie później? -Poradzimy sobie. - Tym razem odezwał się drugi z wysuniętych mężczyzn. W jego głosie wyczuwało się wyjątkową pewność siebie, głos ten mógł budzić strach, ale również uspokajać, tym razem podziałał w ten drugi sposób. Chociaż, mogło na to wpłynąć też to, co ci ludzie wiedzieli o nim, a dokładniej to co o nim słyszeli. Po jego słowach, jedynie kiwnęli głowami i nic więcej nie mówili. -Wysłać magów na lewą flankę z rozkazem spalenia trolli.- wydał rozkaz posłańcowi starszy mężczyzna, wyglądający jak mag, a do mężczyzny stojącego obok powiedział - Mu'em, przygotuj się, coś bardzo im się śpieszy. Poza tym wyczuwam tutaj maga z poziomem co najmniej drugim, a może i pierwszym. Nie mogę dokładniej stwierdzić, występują jakieś dziwne zakłócenia w eterze. -Bez obaw. Jestem zawsze gotów. -Ale ja mówię o użyciu... -Wiem. - stanowczy głos, po raz kolejny zapewnił o pewności Mu'ema swoich umiejętności. Te słowa wystarczyły by zakończyć rozmowę. Cokolwiek by się nie wydarzyło, Mu'em był na wszystko gotowy. Tymczasem trolle zdążyły narobić już niezłego zamieszania. Ich niebagatelne gabaryty i siła, siały pogrom wśród wszystkich żołnierzy, zarówno wrogich jak i zaprzyjaźnionych. Czy w zasadzie, teoretyczne zaprzyjaźnionych . Trolle jako rasa o raczej przeciętnej inteligencji, nie potrafią rozróżnić kogo mają atakować. Dlatego, lepszym słowem w tym wypadku byłoby, strona przez którą są wykorzystywane. Tak wiec, siła, którą posiadały, wykorzystywały przeciw wszystkim wokół. W powietrzu latały ciała, które nie raz było trudno rozpoznać. Trolle atakowały wszystko co się rusza i nie jest zielone. Atakowały nawet swoich towarzyszy, którzy zostali dostatecznie zranieni, by ich ciało pokryło się czerwienią. Niestety każda rana zadana trollowi była okupiona wysoką cenną. Podejście do trolla na wystarczającą odległość, by zadać mu cios, wiązało się z przyjęciem uderzenia sprawiającego, że żołnierz przelatywał kilka metrów, upadając bezwładnie na ziemie, i tam, przy odrobinie szczęścia, nie mogąc się ruszyć o własnych siłach, zostać zabranym w bezpieczne miejsce przez towarzyszy, albo w gorszym wypadku, zostać dobitym przez innego trolla lub wrogiego żołnierza. Cała ta sytuacja wydawała się niemożliwa do przebycia bez pomocy magów. Może jedyną inną możliwością byłyby podpalone strzały, ale tym razem tego nie próbowano. Zamieszanie, które spowodowały trolle utrudniałoby zadanie magom. Mogliby w tej zawierusze przez przypadek zaatakować któregoś ze swoich. Na szczęście sprawne porozumienie się dowódcy magów z dowódcą danego oddziału, szybko wyklarowało sytuację i pozwoliło przejść magom do wykonywania swojego zadania. Żołnierze stanęli z tyłu i przyglądali się temu, co robią magowie, w końcu nie co dzień, można z bliska oglądać tego typu rzeczy. Ogień tworzony w dłoniach przez magów, barwił się wszystkimi odcieniami czerwieni i purpury. Nadanie mu kształtu kuli, nasuwało na myśl miniaturowe słońce, zaś magów czyniło to bogami panującymi nad nimi. Owi bogowie, zażyczyli sobie, by tym razem, słońca nad którymi panują, poszybowały w stronę zielonych bestii. Do tego momentu można było być zachwyconym tym co magowie potrafią, jednakże chwilę później nastąpiło coś, co u wielu zmieniło pogląd na sztukę magów. Przerażający krzyki i…