Psychologia · 9 min czytania
kanapowa zaduma
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„Kanapowa zaduma” Leżałam na kanapie, patrząc w sufit. Nie mam pojęcia jak długo to trwało. Jakub krzątał się po pokoju, jakby czegoś szukał. Nie obchodziło mnie to. Nic mnie już nie obchodziło. Czułam się oddalona od niego o tysiące lat świetlnych. Kiedy to się stało? Kiedy wkroczyła ta obcość? Próbuje przywołać ten moment w pamięci. Nie wiem. Leżę, więc i bezmyślnie obserwuję pęknięcia na suficie, które wyglądają niczym sieci pająka. Słyszę jak Kuba szura ciapami. Wciąż się pałęta po pokoju. Czego on szuka? Nie potrafię się już do niego przytulać. Nie mam odwagi. Jesteśmy małżeństwem od pięciu lat, a oddaliliśmy się przez ostatnie miesiące tak bardzo, że nie umiemy okazywać sobie już żadnej czułości. Żyjemy obok siebie. Właściwie jesteśmy tylko współlokatorami naszego mieszkania. Pamiętam, jak cieszyliśmy się, że wreszcie mamy własny kąt, jak bardzo staraliśmy się urządzić to nasze gniazdko. Tyle serca włożyliśmy, by czuć się tu komfortowo, jak w domu. Zdarzały się spory, ale uczyliśmy się kompromisów. Ja zajęłam się kuchnią i salonem, on urządzał sypialnię. Mieszkamy na poddaszu w pięknej starej kamienicy w centrum miasta. Mieszkanko jest niewielkie. Mała sypialenka na piętrze z łazienką, którą urządziliśmy w stylu śródziemnomorskim. Jest pełna ciepłych pastelowych barw. Bardzo jasna i pogodna. Na dole otwarta kuchnia z salonem. Na środku salonu stoi piękny dębowy stół z kompletem czterech krzeseł. Pod kuchenną wysepką znajduje się nasza ukochana sofa i stolik kawowy. Na parapecie mnóstwo kwiatów. Najwięcej kaktusów o przeróżnych kształtach. Od wielkich smukłych z cieniutkimi kolcami, po małe bulwiaste, kwitnące na szczycie, od ciemno-zielonych, po szaro-srebrzyste. Wciąż spłacamy kredyt. Wzięliśmy go, kiedy stwierdziliśmy, że chcemy być razem, razem mieszkać, razem żyć. Poznaliśmy się na studiach. Po dwóch latach spotykania się, doszliśmy do wniosku, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Moi rodzice nie byli zachwyceni pomysłem mojego uniezależnienia się w trakcie studiów. Postawiliśmy jednak na swoim. Lubili Jakuba, ale uważali, że powinniśmy jeszcze poczekać. Decyzja o wspólnym życiu, była ich zdaniem zbyt poważnym posunięciem, którego nie podejmuje się pochopnie. No tak, jednak każdy jest kowalem własnego losu i sam pisze jego scenariusze. Kuba pracował już w trakcie studiów. Był bardzo zdolny. Dostawał też rentę po ojcu, który umarł na raka, gdy Jakub miał 3 lata. Śmierć ojca pozostawiła po sobie piętno. Jakub wychowywany przez samotną matkę, która z nikim się już później nie związała, zawsze odczuwał brak ojca. Brakowało mu wzorca mężczyzny. Całe życie tęsknił za ojcem, choć właściwie go nawet dobrze nie pamiętał. Wybór kierunku psychologii nie był więc, do końca przypadkowy. Oprócz ręty, przez całe studia pobierał stypendium naukowe. Ja zarabiałam dorywczo. Grosze, ale zawsze. Zaplanowaliśmy ślub na przekór wszystkim. Wierzyliśmy, że podołamy. W podróż poślubną pojechaliśmy do Szczawnicy. Zimą jest tam przepięknie. Spędziliśmy nasz miesiąc miodowy w uroczej góralskiej chacie. Spacerowaliśmy, jeździliśmy saniami, wędrowaliśmy często na słowacką stronę rozgrzewając się tamtejszym rumem. Czas upływał nam spokojnie i przyjemnie. Cieszyliśmy się z obcowania z naturą, dalecy od zgiełku i wrzawy dużego miasta. Wróciliśmy, niedługo potem wzięliśmy kredyt na nasze słodkie mieszkanko. Wszystko szło dobrze. Byliśmy dumni, że osiągnęliśmy tyle własnymi siłami. A teraz patrzę ślepo w ten cholerny sufit i zastanawiam się co się z nami stało...Byłam przecież taka zakochana, widziałam oczami wyobraźni, jak razem się starzejemy, otoczeni kochającą rodziną, dziećmi, wnukami... Ta obcość, która się nagle pojawiła, jest taka niezrozumiała...Gdzie popełniliśmy błąd? Tak bardzo chciałam być matką jego dzieci. A my wciąż się, coraz bardziej oddalamy. Leżę bezczynnie na kanapie, tej którą wypatrzyliśmy w Holandii na pchlim targu. Było to podczas trzytygodniowych wakacji, cztery lata temu. Zjeździliśmy wtedy na rowerze niemal całe, to niewielkie państewko. Och, jak kochałam te podróże. Czułam się wolna jak nigdy dotąd. Wiatr i ciepłe słoneczne promienie, muskały nas po twarzach. Było wspaniale. To były nasze najszczęśliwsze wakacje. Codziennie przemierzaliśmy dziesiątki kilometrów głodni nowych wrażeń. Wypatrzyliśmy w tamtym czasie wiele pięknych przedmiotów. Nie mogliśmy ich przepuścić, czuliśmy, że są idealne do domku, który właśnie urządzaliśmy. Wynajęliśmy nawet specjalny samochód, żeby przywiózł…