Filozofia · 6 min czytania
Kapitan Witter
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„Kapitan Witter”
Dorcas ucieszyła się, że chociaż na chwilę może oderwać się od choroby dziadka i opuścić mroczną, nieco duszną kabinę, wyjść na pokład statku. Był to dosyć duży, wygodny okręt turystyczny , płynący z portugalskiego Porto ku nieznanym brzegom Brazylii. Mnóstwo podróżnych, zadowolonych ze słonecznej, bezchmurnej pogody przesiadywało na drewnianych ławkach, grzejąc się i korzystając z przyjemności, okupionych niemałą sumką pieniędzy. Jedynie drobną, szesnastoletnią dziewczynę zdawało się nie interesować nic innego oprócz spokojnych, łagodnych fal oceanu, w które bezustannie się wpatrywała. Jednak jej sylwetka, oparta o metalową, lekko zardzewiałą barierkę nie wzbudzała zainteresowania nikogo z kilkudziesięciu rozleniwionych ludzi z wyjątkiem wysokiego, ciemnowłosego chłopaka, obserwującego ją zielonymi, kocimi oczyma. Dorcas nawet nie spojrzała w jego kierunku, kiedy podszedł do niej i stanął obok, wciąż namolnie wpatrując się w ciche, uśpione morze. - Nazywam się Daniel Wilde – powiedział, starając się za wszelką cenę ściągnąć na siebie jej spojrzenie – na próżno jednak, nadal widział jedynie brązowe pasma falowanych włosów. - Mój ojciec jest kapitanem tego statku. Pomyślałem, że może się nudzisz i chciałabyś, żebym cię oprowadził – mówił dalej pewnym głosem. - Widać za dużo myślisz – odpowiedziała pusto i szybkim krokiem poszła w kierunku kabiny.
***
Następny dzień nie przyniósł niczego nowego – stan pana Wittera nie poprawił się ani odrobinę, bynajmniej, wręcz się pogorszył. Lekarz patrzył ze współczuciem na ładną twarz dziewczyny – niegdyś rumianą i wesołą, teraz pobladłą, smutną i skupioną. - Niech się panienka przejdzie – powiedział cicho, żeby nie zbudzić śpiącego staruszka. – Od wczoraj nie wychodzi panienka z kabiny. Dorcas pokiwała niepewnie głową i cicho otworzyła drzwi. Znów oświetliło ją to samo słońce, które kiedyś bardzo lubiła, ale już nie potrafiła się z niego cieszyć. Fakt, że od śmierci dzielą ją jedynie krótkie, niespokojne godziny przedzierał jej serce na dwie połowy. Nie miała siły, żeby podejść do barierki i spojrzeć na morze – morze, którego tak bardzo nienawidziła. Widok Daniela Wilde’a przyprawił ją o dreszcze. - Czekaj – rzekł chłopak, kiedy wstała szybko z zamiarem powrotu do kabiny. – Ojciec mi powiedział. Przykro mi… Dorcas odwróciła się i po raz pierwszy spojrzała mu w oczy. - Przykro ci dlatego, że stoję tu przed tobą psychicznie nie przypominając nawet cienia człowieka, czy dlatego, że masz świadomość, że jeden z miliardów ludzi na Ziemi choruje na nowotwór i umrze na pokładzie statku twojego taty? – Zapytała zdecydowanym, ale słabym głosem. - Co za różnica? Po prostu nie…