Przyjaźń · 3 min czytania
Kapitan żeglugi morskiej
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
On był kapitanem żeglugi morskiej. Był postawny, barczysty, lekko szpakowaty. Jego kroki dudniły po dziedzińcu, kiedy wracał z dalekich rejsów, rozdając przy tym napotkanym dzieciom kolorowe cukierki. Kiedy wchodził do kamienicy klatka schodowa trzęsła się w posadach. Ściskał w ogromnej dłoni wielki pęk świeżo ściętych róż, i krzyczał jeszcze na korytarzu, zanim wszedł do mieszkania – Kochana moja, wracam już z rejsu, jakże tęskniłem, spójrz, przywiozłem ci wspaniałe perfumy!
Jego żona była taka jaką powinna być żona kapitana żeglugi. Młoda, powabna o czarującym uśmiechu. Pęk włosów o kolorze przypominającym upierzenie kruka zwisał jej z karku i owijał się niczym wąż wokół jej bioder. Ona wtedy stała od rana przy oknie, zerkając przez nie i upewniając się co chwilę czy przypadkiem on już nie nadchodzi.
Witali się bardzo zwykle ciepło. On składał jej lekki pocałunek gdzieś pomiędzy zewnętrzną stroną jej prawego ucha a delikatnym znamieniem znajdującym się tuż u zarania jej szyi. Ona kładła mu dłoń na lewe ramię i odbierała od niego kwiaty, które on zresztą szybko zastępował nowymi i jeszcze bardziej przy tym świeżymi. Potem jedli obiad, a on zmęczonym i strudzonym głosem opowiadał o