Inne · 16 min czytania
Kapłanka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Stała na piaszczystym wzgórzu a wiatr od morza targał jej włosy. Ponownie rodziła się w niej nienawiść, gdy widziała tłumy ciągnące na Świętą Górę. Jej Świętą Górę! Ale oni wyznawali innego boga. Na miejscu świątyni postawili inną, wstawili wizerunki swojego Pana, paląc wszystkie świętości jej ludu. Z kamiennych kręgów zrobili atrakcję turystyczną. - Bogowie! pomyślała. Dlaczego pozwoliliście mi tak długo spać? Dlaczego, pytam! Gdzie wasza moc? Tak wiem, pioruny nie raz spaliły kaplice stawiane w tym miejscu, i co? Teraz wybudowali tu klasztor! Jakże ja nienawidzę tych kapłanów! W tej chwili przypomniał się jej inny obraz. W innym miejscu i czasie, ale już w tym życiu. Jechała na stare grodzisko, znała je z innego wcielania - z czasów gdy było tam życie. Dobrzy bogowie zawsze zostawiali jej pamięć tego co było, jako że była kapłanką posiadającą najwyższe wtajemniczenie. Wcześniej jej dusza powracała na ziemię bardzo często, ale na ostatnie odrodzenie musiała czekać 700 lat. 700 lat! Ile to wiedzy jej umknęło! Ile straconych chwil...Gdy jechała do grodu Przybora serce tłukło się jej w piersi niczym motyl złapany w zaciśniętą dłoń. Na miejscu miał czekać na nią jedyny człowiek, którego w ogóle interesowała historia. Zawsze wysoko ceniła ludzi obdarzonych rozumem i chłonących wiedzę. Jakże wielkie było jej zdziwienie, gdy zauważyła wystająca spod kołnierza koszuli koloratkę. Już chciała zawrócić, gdy on łagodnie poprosił, by ruszyła jego śladem. Jego śladem?! W życiu! Jeśli już to obok! Szli wiejską dróżką łagodnie prowadzącą w góry a ona rozglądała się ciekawie. Jakże się tutaj zmieniło! W miejscu, gdzie za jej pamięci była jeszcze gęsta puszcza teraz rozpościerała się wieś. Pamiętała, że przy rzece było kilka chałup w osadzie, ale wówczas skrzętnie skrywały je drzewa. Teraz las szumiał tylko w górach. I co to był za las? Liche świerki, sztucznie zasadzone po II wojnie światowej już przez osadników. Dobre i to! Niemcy wycięli w pień wszystkie drzewa.
Z niemałą nienawiścią spojrzała na wiejski kościółek z przylegającym do niego cmentarzem. Pamiętała jak przybył tutaj kapłani tego nowego boga. Jak przekonywali ludzi, że ich bogowie są słabsi... Jak Przybor w końcu zginął właśnie w tym miejscu. Jak wyznaczyli je na budowę świątyni, bo miejsce to opuszczeni przez swego wodza grodzianie zaczęli czcić jako święte. Kolejna fala nienawiści szarpnęła jej ciałem. Jakby w odpowiedzi wiatr zawiał prosto w jej twarz niosąc ze sobą zapach lasu. Długa spódnica zrobiona z kawałka materiału, zawiązywana jedynie paskiem na biodrach, rozchyliła się na boki, ukazując zgrabne nogi. Uwielbiała to uczucie i zawsze z premedytacją ubierała się tak, by wiatr mógł pieścić jej ciało. Wolno, jakby od niechcenia, chwyciła jej poły i zasłoniła nogi. Bynajmniej nie powodował nią wstyd - nie chciała, by ksiądz, jej wróg, oglądał jej nogi. Coś jednak nie dawało jej spokoju. Spojrzała na niego, a on uśmiechnął się ciepło. Zapewne był miły dla wszystkich. Ale uśmiech... Ten uśmiech i te mądre oczy... Oni już się kiedyś spotkali. Gdzieś w innych okolicznościach i w innym czasie. Dmący lekko wiatr w ciepły czerwcowy dzień i widok pasma zielonych gór przed nimi lekko łagodził jej nerwy. Złość powoli mijała Roztańczony motyl raz poddawał się podmuchom wiatru, raz z nim walczył. Powoli wyciągnęła przed siebie rękę. Motyl usiadł jej na dłoni, lekko zatrzepotał skrzydełkami, po czym złożył je i usiadł spokojnie. - To niesamowite, jak pani to robi? - spytał ksiądz. - Spokojnie - uśmiechnęła się. - Widzi ksiądz, zwierzęta z natury swej nie boją się ludzi. To ludzie uczą ich bojaźni wobec homo sapiens. - Ma pani rację... Świat byłby o wiele piękniejszy, gdyby ludzie nie zabijali bez potrzeby. Sam nie lubię przemocy. - A w imię boga walczyłby ksiądz? – spytała patrząc na niego z ukosa. - Wiele znaczeń kryje się pod pojęciem walka. Można powiedzieć, że codziennie to robię... - Długo ksiądz tu mieszka? – zmieniła nagle temat - Jestem tu od niedawna, zebrałem już wiele informacji o historii. Uwielbiam góry, a to miejsce szczególnie do mnie przemawia... Dużo jeździłem po świecie. Byłem na biegunie, w Alpach i w Himalajach, ale tutaj czuję się jak w domu, choć urodziłem się na północy Polski. - Bo to jest księdza dom. – powiedziała jakby od niechcenia. - Ksiądz nie ma domu. Nie ma niczego na własność, a to właśnie przez to, że jest przenoszony na różne parafie. Nie wiem czy będę mógł tutaj pozostać, choć bardzo bym tego pragnął. Ale moje pragnienia niewiele znaczą. Jesteśmy już na miejscu. Proszę spojrzeć tam w prawo, widzi pani? Popatrzyła zgodnie z jego wskazówką. Na niewielkim wzgórzu widoczny był zarys grodziska. Obok stał jakiś dom. Zamknęła oczy, by nie widział jej łez. Pod powiekami zobaczyła drewnianą palisadę, fosę otaczająca gród i dumną wieżę sterczącą ponad okolicą, z której strażnik zwiastował na rogu przybycie obcych. Dziś panowała tu cisza, nie licząc śpiewu ptaków. Nie było słychać kłótni, śmiechu dzieci, szczęku oręża ćwiczących wojów. Jakaś obręcz zaciskała się wokół jej serca. Nikt dziś po nią nie wyszedł. Przybora nie było... Wówczas nie wolno jej było go kochać. Nie. Kapłanka musiała być czysta. A teraz...? - Proszę pójść przodem - ksiądz spojrzał na nią i uśmiechnął się ponownie. Tędy przez łąkę będzie najbliżej.
Szła wolno a trawa łaskotała jej gołe łydki. Kolejna pieszczota przyrody... Weszła na wały, które teraz wydawały się jej mizerne, a samo grodzisko niezwykle małe. Na skarpie archeolodzy postawili tablicę - "Grodzisko. Ok. XIII wiek". - Badania były prowadzone w latach siedemdziesiątych. Archeolodzy odkryli niewielki odcinek na głębokości zaledwie 20 cm.- wytłumaczył pośpiesznie ksiądz. W tej chwili z pobliskiego domu wyszli jacyś ludzie. Ksiądz pomachał im przyjaźnie. Odpowiedzieli takim samym gestem i wrócili do domu. - Gdy archeolodzy odjeżdżali nakazali im pilnowania grodziska. Rozumie pani, by nikt tutaj nie kopał... - Dlaczego odjechali po kilku wykopach? - Z tego co wiem na więcej nie było pieniędzy... - Rozumiem. Wiedzieliby więcej, gdyby tradycją wszystkich podbojów nie było zabijanie przed zadawaniem pytań. – wykrzywiła usta w grymasie. - Może wówczas nie pisaliby, że to XIII wiek. - Pani może więcej wie? - A czy sądzi ksiądz, że ludzie po to budowali tak wysokie wały, kopali tak głębokie fosy, by pomieszkać tam tylko przez jedno pokolenie, góra dwa? Gdyby chciało się archeologom kopnąć szpadlem jeszcze raz wiedzieliby, że to grodzisko powstało dużo wcześniej, ale nieważne... - Pani coś wie... - Niewiele wiem...To tylko przypuszczenie. – machnęła zniecierpliwiona ręką.
Podeszła na skraj grodziska. W tym miejscu stała kurna chata Przybora... Spojrzała w dół jakby chciała zobaczyć choć jej zarys. Nagle uśmiechnęła się ciepło. Poziomki. Cały dywan poziomek. Niczym mała dziewczynka zaczęła je zbierać do ręki. Przybor je uwielbiał. Pamiętała jak zaśmiewała się z jego słabości do tych czerwonych, słodkich kulek. Gdy garść była już pełna, podniosła się powoli i wyciągnęła rękę w stronę księdza. On wyciągnął swoją dłoń w jej stronę. Przesypała je wszystkie i uśmiechnęła się. Nie zastanawiał się długo. Patrzyła jak je pochłania z wielkim apetytem. - Uwielbiam tu przychodzić, gdy jest mi źle - oświadczył nagle, gdy skończył jeść. I uwielbiam poziomki. - Tak też pomyślałam - zaśmiała się lekko. - Dlaczego? A, przepraszam. Nawet się z panią nie podzieliłem. - Podzielił się ksiądz ze mną w większym stopniu, niż przypuszcza - tym razem jej uśmiech był smutny. - Muszę wracać. - Tak szybko? Mam pani jeszcze wiele rzeczy do opowiedzenia. - Z chęcią posłucham, ale nie tutaj. Już…