Fantastyka · 43 min czytania
Kara Wybrańca
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Rozdział dziewiąty Legenda o Ostrzu Mrozu
{i}„Ostrze Mrozu z najzimniejszych stali Meridianu”{/i}
- Meridian, stolica królestwa północy, duma ówczesnego świata. Rządzona przez trzy wielkie bractwa, wyznające trzech różnych bogów. - Zaczął opowiadanie arcymag Cyprian. Razem z Ardahadem siedział przy okrągłym stole w swojej prywatnej komnacie. Pokój był dość duży, jak na jedną osobę, jego ściany przyozdabiały liczne obrazy Innosa i w mniejszej ilości wizerunki Adanosa. Same mury pomalowane były białą farbą, ale w blasku ognia z kominka, który był jedynym źródłem światła w pomieszczeniu, nabierały żółtego koloru. Z paleniska co chwila wyskakiwały iskry, upadając na jedwabny, czerwony dywan. Na szczęście nie mogły go zapalić, bo był zaczarowany. - To właśnie tam zostało wykute Ostrze Mrozu. Najpotężniejszy miecz na tym świecie, nawet legendarne bronie, jak Uriziel, nie mogły, mogą, się z nim równać. Przy Ostrzu Mrozu wszystkie bronie wydają się dziecinnymi zabawkami. - Tu mag zrobił krótką pauzę, by zaczerpnąć tchu. Mówił o tym wszystkim, jakby strasznie go to wyczerpywało. Jakby od tej wiedzy miało zależeć istnienie świata. - Potęga tego miecza była… jest tak wielka, że nawet bogowie się go obawiali. W Ostrze została włożona potężna magia, nie czarna, nie biała, po prostu magia. Mag urwał. - Po kilkuset latach, podczas których wędrowało z rąk do rąk władców żądnych krwi, miecz stał się tak potężny, że nawet najplugawsze sługi Beliara bały się go. Wtem objawił się Adanos i zabrał miecz do swojej największej wówczas świątyni, przerywając rzeź i zniszczenie. Niestety, nie wiadomo gdzie się znajduje ten chram... Może to i lepiej - mruknął pod nosem mag. Ardahad o nic nie pytał, jedyne czego był ciekawy, to dlaczego Cyprian mu to mówi. Od tego pobytu w lecznicy wszystko się zmieniło. Z koszar został przeniesiony do straży przybocznej Arcymagów w zamku, a raz na dwa dni miał się osobiście stawiać u Cypriana. To wszystko trochę go irytowało, ale nie mógł nic poradzić. Tym bardziej ciekawiło go to co powie mu mag i wolał mu nie przerywać. - Samo Ostrze zostało wykute przez Khazwinemel, kastę kowali, najpotężniejszych z potężnych i najmądrzejszych z mądrych w tym fachu. Ich siedziba znajdowała się właśnie w Meridianie. Byli to ludzie, obdarzeni czarną siłą Beliara. Ale do wykucia tego miecza nie wystarczyła siła jednego boga. By nadać Ostrzu jego magiczne właściwości, a co za tym idzie, potęgę, złożyli mu w ofierze hekatombę z ludzi. Nie wiadomo, co popchnęło ich do tak strasznego czynu. Po tym krwawym rytuale na miasto zaczęły spadać boskie klątwy, plagi. Pola nie dawały plonu, kobiety rodziły martwe dzieci, ludzie starzeli się zadziwiająco szybko. Wszystko, co dotyczyło tej historii zostało spisane w dwóch księgach: „Tajemnicy Meridianu” i „Mroźnym upadku.” - powiedziawszy to arcymag wręczył paladynowi pierwszą z wymienionych ksiąg - druga zaginęła w chaosie wojen Innosa i Beliara. Dobrze ci radzę, przeczytaj tą książkę. I przyjdź znów za tydzień. - powiedział mag, tonem wskazującym na koniec rozmowy.
Ardahad wszedł do swojej komnaty. Był to duży pokój, z łóżkiem, biurkiem dostawionym do ściany i żyrandolem zwisającym z sufitu. Od razu usiadł przy biurku i zaczął wertować opasły, oprawiony w wargową skórę tom. Z ciekawości przeskoczył od razu na koniec książki. Ku jego zdumieniu kartki były puste, niezapisane. Paladyn szybko wrócił do początku. „Ty który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją. Zawróć, tak jak pismo me zobaczysz” - głosił napis na pierwszej kartce. Zaintrygowany rycerz szybko zabrał się do dalszej lektury. „Jam jest alfa i omega. Jam jest początek i koniec. Spisać mogę tylko co musisz wiedzieć, zanim zrobisz krok wprzód poszukując wiedzy. Meridianem rządziły trzy wielkie bractwa, Khazimwel - wyznawcy Beliara. Eringowie - wyznający Innosa. Aiantis - wierzący w Adanosa. Dla Ciebie, Poszukiwaczu tajemnej wiedzy, moje czasy będą bardzo odległe, jeśli nawet niezapomniane. Więc powiedz Endiarfrancam i zobaczysz to, czego nie widziały oczy śmiertelników i to czego nie wyraziłyby żadne słowa spisane.” - Endiarfrancam - powiedział cicho rycerz, ale nic się nie stało - Endiarfrancam! - powtórzył, również bez skutku. Nagle chłopak spojrzał na drugą linijkę prologu. - "Zawróć, tak jak pismo me zobaczysz" - powtórzył pod nosem rycerz - Macnarfraidne!
***
Część 22 / 2
W dużej, przestronnej komnacie rozmawiało dwóch wojowników, dowódców Khazimwel. Obydwaj siedzieli naprzeciw siebie na sporych hebanowych krzesłach z oparciem, przy okrągłym, dębowym stole. Jeden z nich, niezbyt wysoki, z długimi brązowymi włosami sięgającymi do pasa, ostrzył swój obusieczny topór. Mężczyzna ten nosił zbroję z płytek pancerzy pełzaczy, sam ją zrobił, przy pomocy ojca. O ile pancerz ten sprawdzał się w boju, to na uroczyste okazje nie był wspaniały. Nie nadawał noszącej go postaci może majestatu, ale raczej grozę i strach, ponieważ na lewym ramieniu spoczywała wypatroszona czaszka pełzacza - wojownika. Lecz ważne, że właściciel czuł się w nim dobrze. Drugi mężczyzna, wyższy, z srebrnymi włosami sięgającymi ramion, trzymał na kolanach duży dwuręczny miecz, Ostrze Ciemności. Ostrze to z trzema parami sporych kolców wystających tuż przy rękojeści, było pamiątką po negocjacjach ze wzgórza Danhed. Wojownik gładził miecz, nucąc przy tym jakąś wesołą melodię. Gdy przestał, miecz rozpłynął się w powietrzu i pojawił się w ścianie nad kominkiem. Wtem mężczyzna podniósł swoją twarz, gładką, młodzieńczą i przyjrzał się uważnie swojemu błyszczącemu się pancerzowi. Wojownik nosił czarną zbroję płytową, wyłożoną od środka miękką, owczą skórą. Rozwiązanie to było nie tyle wygodne, co wprost praktyczne na jedyną panującą w Meridianie porę roku. Zimę. - Seziel, już czas. - Dobra Corain. Wiem. - Wiesz?! To powiedz mi jak powstrzymać wojska tych Arioninów? Jak żyję nie widziałem ludzi tak rozwiniętych pod poziomem techniki, a tak zacofanych w kwestii polityki i zarządzania państwem. Przecież tam panuje tylko jedno prawo, oko za oko, ząb za ząb! A jak widać gromią nas jakbyśmy byli nędznymi mrówkami. - Przecież wiesz, że nie to miałem na myśli mówiąc "wiem co mam robić" - odpowiedział chłodno Seziel - nie zadawaj mi takich pytań. Jak myślisz, po co do cholery idziemy na to spotkanie? Na herbatkę i ciasto? Schowaj swój gniew i frustrację i nie dopuszczaj ich do głosu. A teraz, jeśli pozwolisz, udamy się na naradę. Sinvar! Nagle cały obraz ciemnego pomieszczenia, oświetlonego świecami, zaczął sie rozmazywać, ustępować miejsca białym kolorom. Po chwili kowale ujrzeli siedzibę Aiantis. Był to wielki pałac w kształcie piramidy Azteków, z ogromną tarczą słoneczną na szczycie. Cała budowla powstała głównie z marmuru, który świetnie wtapiał się w tło zimowego krajobrazu Meridianu. Tylko tarcza słoneczna była z chłodnego, pokrytego szronem srebra. Zimny wiatr dął po mieście, paląc policzki i mrożąc ręce. Sam pałac górował nad miastem o dobre pięćdziesiąt metrów, więc stanowił nieoficjalny punkt orientacyjny miasta. Mężczyźni podeszli do wrót twierdzy, położonych na najniższym poziomie piramidy. - Wielcy mistrzowie Khazwinemel, Seziel i Corain, przybywają na spotkanie. Otwórzcie wrota! - Zakrzyknął Corain. Wtem potężne drewniane wierzeje roztworzyły się, trzeszcząc przy tym strasznie i dwie postacie weszły do środka. Samo wnętrze piramidy tworzył istny labirynt korytarzy, ciągnący się całymi kilometrami. Na szczęście tunele zapełniała rzesza pomocnych wyznawców Adanosa. Mężczyźni powolnym krokiem zmierzali ku Sali Mistrzów Zakonu, wiedzieli, że pośpiech byłby w tym momencie nietaktowny. Lepiej wejść do sali spokojnie i się trochę spóźnić, niż wpaść do niej zziajany, z ozorem na wierzchu. - Cholera, nie pamiętam, czy skręcało się tu w lewo, czy w prawo? - zapytał stojąc przed rozwidleniem Seziel. - Ej, ty! Tak, ty, podejdź no tu. Którędy do Sali Mistrzów? Młody uczeń przez chwilę stał speszony - Eee… W lewo, tym korytarzem… - powiedział, po czym szybko skierował swe kroki w prawe przejście - Ci adepci strasznie jacyś płochliwi na widok obcych... - powiedział topornik - Wiesz co Corain, może gdybyś zdjął tą czaszkę pełzacza z ramienia, to może i by nie uciekali. - No co ty. Powiedz mi sam, czy to może ich przerażać? Wypatroszona czaszka takiego kopalnego łazęgi? Rozmówców, prawie biegiem wyminął inny adept z miną bardzo zdziwionego goblina, którego właśnie patroszyłby sam Beliar. - Chyba właśnie otrzymałeś odpowiedź na swoje pytanie. Seziel skierował się w lewy korytarz, a skwaszony Corain poszedł za towarzyszem. Po kilku minutach mężczyźni stanęli przed olbrzymimi dębowymi drzwiami, które pchnął lekko Seziel. Wrota wysokie na trzy metry, bez najmniejszego szmeru rozwarły się na oścież. Dobry smar wsparty magią robił swoje. - Ach, nareszcie się zjawiliście. Jak widzicie trochę się spóźniliście - Ayhaskvad skinął głową w kierunku dwóch mężczyzn siedzących w fotelach zwróconych plecami do spóźnionych - proszę zajmijcie te dwa puste miejsca, żeby nikt nie mówił, że Aiantis nie są gościnni. - Gdy dwaj mistrzowie zajęli miejsca, Ayhaskvad zaczął mówić dalej - Sezielu, Corainie, Torinie, Ethonie, zebraliśmy się tutaj my, mistrzowie zakonów, by debatować sprawą, jeśli tak to nazwać można. Faktycznie, plagi w postaci wojny, trawiącej nasze ziemie nie można... nie wolno nazwać sprawą. - Dodał po chwili. - Nasz wróg jest potężny, jednoczy go religia, kultura, język. Ale dzielą go walki, spory o władzę. Nas zarazem dzieli wyznanie, albowiem tylko taka sytuacja zmusiła was byście stanęli razem, ramię w ramię, by wspólnie powstrzymać tą plagę. Zanim jednak przejedziemy do kwestii wojny, zacznijmy od zwykłego znaku zaufania, przyjaźni, który teraz jest potrzebny. Uściśnijcie sobie dłonie. Mężczyźni jednocześnie, bardzo ociężale wstali z czerwonych, puchatych foteli i podali sobie ręce, z nieukrywaną wprost niechęcią. - A więc myślmy, myśmy jak uleczyć nasz kraj z tej plagi, z tej paskudnej zgnilizny, która kazi nasze ziemie, niszcząc je swoimi okrutnymi szponami. Skupmy się na tym, w czym jesteśmy najlepsi. - Czyż to nie oczywiste? - przerwał Torin. - Oni są kowalami, niech wykują nam wreszcie jakiś porządny oręż, a nie jakieś rdzewiaki, które można kciukiem złamać. - Taak? To niech "oni" szlachetni słudzy dobra, stworzą jakąś potężną runę. Najlepiej by przywoływała ogromnego kamiennego golema, a nie jakieś wilki, czy inne leśne zwierzęta. - Przestańcie się wreszcie kłócić. Znaleźli się gorliwi wyznawcy. - Właśnie, a co wy zamierzacie zrobić? Chm, Ayhaskvad? Będziecie siedzieć wygodnie i patrzeć jak my sobie brudzimy ręce? No cholera, to my będziemy zapieprzać, ratować lud, a wy jak wielkie paniska po prostu... Ethon nie zdąrzył dokończyć co miały robić "wielkie paniska", bo został zamrożony przez ich przywódcę. - My po prostu dostosujemy się do tego, co wy wskóracie. A tak szczerze, to nie spodziewałem się takiego zachowania po słudze Innosa. Ale sam jestem ci winien przeprosiny, poniosło mnie. Oczy Ethona rozszerzyły się i lód nagle zmienił się w wodę. Zaraz po tym mag wyskandował formułę zaklęcia, skierował prawą rękę w kierunku Mistrza Aiantis i strzelił w niego kulą ognia. Corain szybko zareagował i zwinnie złapał kulę w locie, niestety chwycił pocisk dopiero gdy przelatywał nad schodami. Trzeba dodać, że zbroja Beliarowca nie była wyłożona miękką owczą skórą. - Ups, przepraszam, mnie też poniosło. - Powiedział z uśmieszkiem na twarzy Ethon - trzeba ci przyznać refleks Cora... Tym razem "poniosło" Torina. I Coraina też. - Teraz nie powinien się już rzucać. - Powiedział Ayhaskvad. - Dziękuję wam. A teraz wrócimy do rozmów. - Musimy zauważyć, że tego wroga nie pokonamy przewagą liczebną. Pamiętacie, co było pod Amarthram. Nasze dwadzieścia tysięcy lekkiej jazdy, przeciwko ich pięciu tysięcy piechoty i tysiącu magów. Zmietli nas z powierzchni ziemi. - A wiecie jak to zrobili? - zapytał Mistrz zakonu Adanosa - Ponieważ ten tysiąc magów wspierał piechotę czarami, a sami trzymali się na uboczu. Przecież ich miecze nie błyszczały od tak sobie, każdy tak samo. To musiały być czary… Nagle do głowy Seziela wpadł pewien pomysł. - Właśnie! Zrobimy tak samo jak oni! Ale na znacznie większą skalę i nie z orężem całej armii, tylko z jedną bronią, z jednym wojownikiem. My wykujemy ostrze, a Eringowie je nasycą! Czyż to rozwiązanie nie jest genialne samo w sobie? - To jest pomys… - zaczął Ayhaskvad, ale nagle lodowa bryła wiążąca Ethona rozpadła się - Głupcy! Czy wiecie ile energii będzie kosztować takie przedsięwzięcie?! - Żyjemy przecież z kopalni magicznych kruszców, starczy nam energii. - Odpowiedział Corain - Jemu nie o taką energię chodzi. - Powiedział szybko Thorin. - Ogień zwalczaj ogniem, wodę zwalczaj wodą, życie zwalczaj… życiem… - Tak i to nie jednym życiem, tylko setką żyć magów, z każdego kultu! Czy jesteśmy w aż takiej rozpaczy, by uciekać się do takich środków?! Wtedy nie będziemy lepsi od nich! Wyznawców Adanosa i Beliara zatkało. Smętnie zaczęli rozmyślać o przyszłości, która się rozegra. Czy postawić wszystko na jedną kartę i poświęcić życie trzystu ludzkich istnień? A może walczyć do końca i być może w ostateczności przegrać? Wszyscy zgromadzeni o tym rozmyślali. Aż w końcu ciszę przerwał Ayhaskvad. - Czasami trzeba uczynić mniejsze zło… By utrzymać równowagę… Zapadła chwila ciszy. W powietrzu można było wyczuć wszystkie możliwe emocje, a przede wszystkim smutek. I choć panowała cisza, to wszyscy wiedzieli, że decyzja już zapadła…
Seziel trzymał Miecz, nie wierząc w to, co się przed chwilą stało. Na jego oczach zginęły ponad trzy setki ludzi. Nie było krwi, nie było krzyków, nie było rannych. Tylko śmierć zebrała krwawe żniwo. Nawet drzewa obumarły, a ziemia się wyjałowiła. A jednak on przeżył. Stał sam, pośrodku kotliny, śnieg mocno zacinał, policzki piekły, niebo przesłoniły czarne chmury. Ale nie to się liczyło dla Mistrza. Teraz musiał odciąć się od świata zewnętrznego, by wygrać batalię. Wojnę o swój umysł. - Chodź - szepnęło Ostrze Mrozu - Nadeszła twoja chwila zemsty, bardzo krwawej… - Nie, nie będziesz mi rozkazywać. To ja mam nad tobą władzę! - Odparł Seziel - Razem pokonamy plagę. Jak równy z równym. Napełnimy czarę krwią naszych wrogów! Chodź, a zdobędziemy świat! - O wielki Beliarze, pomóż mi! Wspomóż mnie swoją mocą! - Zaczął modlić się Seziel. Ataki ze strony miecza nasiliły się. Tym razem jednak to nie Ostrze atakowało Mistrza, był to ktoś zupełnie inny. - Mój uczniu, czy po to tylu ludzi oddało swoje życie, byś ty teraz odwracał się plecami do takiej potęgi? Dowiedź swojej lojalności. Jeśli posłuchasz Ostrza, będziesz słuchać także mnie, albowiem to śmierć stworzyła tą broń i tylko jej wybraniec jest jej godzien. Zostań panem podziemia, rządź u mojego boku. - Najwyższy, jeśli taka twoja wola. Bariery umysłowe padły, miecz powoli łączył się ze świadomością wojownika. Nagle Seziel poczuł ogromny głód. Głód tak straszny, że tylko wojna umiała go załagodzić. Spojrzał na pięknie wypolerowaną powierzchnię miecza i zobaczył w niej mężczyznę bladego jak śnieg, za którego plecami stał cień. Cień jego dawnej osoby… - Ostrze Mrozu jest głodne. Wstańcie moi słudzy! Ruszamy na wojnę! Trzysta ciał podniosło się z ziemi i okrążyło swojego pana. Teraz magów w czarnych, czerwonych i niebieskich szatach, łączył tylko jeden cel. Śmierć wrogów pana. Los całej północy został przypieczętowany…
Rozdział dziesiąty Ainsin
Gdy młody nowicjusz przechodził koło wielkich drzwi Komnaty Audiencyjnej usłyszał dobiegające z niej strzępy rozmowy. - Czy na pewno uważasz to za dobry pomysł? Dać Ostrze temu... Splugawionemu słudze światłości?! Czy przez to nie wzmocnimy tylko jego sił? Czy po to z takim trudem je wykradliśmy, z świątyni Adanosa? - Archeronie, nie pojmujesz mojego planu. Dając mu Ostrze, zyskamy potężnego sprzymierzeńca. Nie pamiętasz już tej historii z Sezeielem? Na dźwięk drugiego głosu młodzieniec wzdrygnął się. Wiedział, że ta rozmowa może być toczona pomiędzy wysłannikiem Innosa, a zakonnym szpiegiem. Ciekawość i chęć wykazania się przemogła strach i nowicjusz pchnął drzwi. Rozejrzał się po komnacie. Posągi z czarnej rudy, przedstawiające Beliara emanowały złowieszczą mocą. Poczucie tej energii emanującej z pomników wywoływało w umyśle swoistą euforię nagłego przypływu potęgi. Mimo iż była to sala audiencyjna, znajdowało się tu tylko jedno miejsce siedzące. Tron przeznaczony dla przedstawiciela Beliara. Od bardzo, bardzo dawna, tym przedstawicielem był Archeron, Władca Dusz. Siedzenie nie było zdobione czaszkami, ogromnymi kolcami wystającymi zza oparcia, ani innymi ekstrawaganckimi dodatkami. Nie było nawet wykonane z szlachetnego drzewa, hebanu, czy mahoniu. Po prostu zwykły, obity jąkaś starą skóra fotel. Same spotkania z Archeronem w tej sali były spowijane tajemnicą. Podczas audiencji z pomieszczenia nie dobiegały żadne odgłosy, nawet szemrania, czy tym bardziej szeptów. Na oficjalną wizytę mogli sobie pozwolić jedynie najwyżsi rangą, lub gońce przynoszący ważne wieści. A trzeba dodać, że po spotkaniu z Archeronem ludzie nie byli już tacy jak kiedyś. Zmieniali się. Co ciekawe do komnaty mógł wejść każdy, bez żadnych specjalnych zezwoleń. - Co byśmy zrobili, gdyby nie twoja możliwość przeniesienia nas do Sulgaur? Ci cholerni, natrętni nowicjusze, ciekawe co go przyciągnęło tutaj? Jakoś ciągle nie mogę się przyzwyczaić do wyglądu tego miejsca… Czarne płomienie lizały posągi, lecz te nie nosiły nawet najmniejszych znaków nadpalenia. Tron nie był już nędznym siedliskiem. Z jego oparcia wychodziły trzy potężne, długie na trzy metry kolce. Zrobiony był z bardzo ciemnego i twardego gatunku drewna. Poręcze miał wyrzeźbione na kształt sporych rozmiarów czaszek ścierwojadów. Zamiast nowicjusza badającego komnatę, przechadzała się po niej jego srebrna aura, rozwiewana wiejącym znikąd wiatrem. Wejścia strzegły dwa demony, bacznie obserwujące srebrzystą mgiełkę. - Niektóre umysły są bardziej wrażliwe na inne wymiary. Możliwe, że ten nowicjusz też jest obdarzony tym darem. - Nie boisz się szpiegów zakonnych, mocno wyczulonych na takie anomalie, jak otwarcie portalu do innego wymiaru? - A dlaczego mrówki budują swoje siedziby pod ziemią? – Zapytał bóg. Władca Dusz w mig pojął aluzję. - No tak, musiałeś się jakoś przed tym zabezpieczyć… Biorąc pod uwagę to, że rzadko wychodzisz z tego miejsca, widzisz i słyszysz bardzo wiele rzeczy, które nie powinny być widoczne i usłyszane. - Krótko mówiąc boisz się mej potęgi? - Nie, przecież wiesz, że jestem wyczulony na takie rzeczy. Potrafię wyczuć Ciebie, choćbyś był w jakimkolwiek wymiarze, na odległość dwustu metrów. - No, no. Nie pochlebiaj sobie. W końcu to ja obdarzyłem cię tym darem… Archeron zagotował się wewnętrznie, ale po chwili się uspokoił. - Ale wracając do tematu. Seziel wierzył w Ciebie. - To prawda, ale to nie ja wtedy do niego przemówiłem, zrobiło to samo Ostrze. Widzisz, można powiedzieć, że ludzie stworzyli inteligentną istotę... Beliar zamyślił się przez chwilę. - Miecz wykona wszystkie moje rozkazy, a tamten kowal był tylko testem potęgi miecza. Seziel był doświadczonym wojownikiem, bardzo długo trenował swój umysł. Musisz przyznać, że nawet jak na ludzi, to nieźle sobie poradzili. - Ale jeśli to ten… Ardahad… jest Wybrańcem? - Zadajesz strasznie dużo pytań... – Odpowiedział Najwyższy z Trójcy. – Jeśli nawet on jest wybranym, to nie przeciwstawi się potędze Ostrza. Jeszcze nie odkrył w sobie... światła... światła... - Innosa? – Podrzucił cicho Archeron, na co bóg zasyczał. - Nie wymawiaj tego imienia w moim domu. Masz tu wiele przywilejów, pozwalam ci nawet pisać pamiętnik i listy, w których podważasz moją wszechwiedzę. – Oczy Władcy Dusz błysnęły złowieszczo. - Ale imienia mojego brata nie wymawiaj. - Jak sobie życzysz. - Jedyny problem polega na znalezieniu pozostałych artefaktów. – Kontynuował Mroczny Władca. - Mitrisium, jak wiesz zapewnie, to pozostałości po czterech erach świetności ludzi. Ostrze jak wiesz, stworzyli Meridiańczycy, był to pierwszy artefakt. Za jakiś czas... Władcę Dusz coś tknęło. - Za jakiś czas? – Przerwał zdziwiony Archeron – Czyżby zaraz potem znów nastała era świetności ludzi? - Nie, źle to ująłem. Dla bogów lata mają się tak, jak dla ludzi dni. Wyobraź sobie, że będę musiał istnieć jeszcze całą wieczność. Czarny Pan zaśmiał się gardłowym głosem. Archeron tylko zmrużył oczy na znak zrozumienia. - Potem pojawił się pierwszy smok. Nazywał się Ainsin. Ludzie, jak to zwykle jest w ich naturze, uznali, że jeśli jest coś jest wielkie, pokryte łuskami i zieje ogniem, to jest to moim tworem. Cały dzisiejszy świat nie wie, że pierwsze smoki były wytworami Adanosa. Dopiero złe na ludzi postanowiły przyłączyć się do mnie. Mało kto o tym wie, ponieważ to już Ainsin, razem z większością swoich dzieci złączył się z nami i wyeliminował wszystkich i wszystko, co mogłoby łączyć jego rasę z bogiem równowagi. Lata mijały, smoki rozproszyły się po świecie. Zawsze osiedlały się w miejscach, gdzie bardzo silnie oddziaływały na nie konkretne żywioły. Na przykład na bagnach, lodowcach, lub w górach. Ainsin jako jedyny wybrał moje podziemne królestwo. Oczywiście nie brakowało głupich śmiałków, żądnych głowy praprzodka smoków. I dzięki temu Ainsin nie musiał opuszczać swojej kryjówki, mięso samo pchało się mu do…