Horror · 9 min czytania
Karabin
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
"Karabin"
Zegar wskazywał godzinę siedemnastą. Rachel Carver kończyła właśnie przygotowywać sałatkę, kiedy w drzwiach jednorodzinnego domu usłyszała zgrzyt klucza . Drzwi otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Pan domu wrócił z pracy, może w końcu naoliwi te drzwi, pomyślała ironicznie Rachel, po czym uśmiechnęła się dyskretnie, aby Steve nie ujrzał jej zagadkowego rozbawienia. -Kochanie, wróciłem do domu- oznajmił Steve. - Gdzie jest George? Mam dla niego prezent. George, radosny ośmiolatek, fan głupich kreskówek wypełnionych po brzegi przemocą, siedział w swoim pokoju, który mieścił się na pierwszym piętrze. - Cześć, Steve. George jest na górze.- Rachel odłożyła widelec i namiętnie pocałowała męża w usta.- George! Zejdź do kuchni, tata ma coś dla Ciebie! Steve szeroko się uśmiechnął, obracając w dłoniach niespodziankę dla syna. - Zaraz przyjdę!- odkrzyknął George. Promienie Słońca wpadały przez kuchenne okno, naznaczając złocistym blaskiem twarze Rachel i Steve'a. W pomieszczeniu unosił się zapach pieczonego kurczaka i cebuli. - Steve, co tam masz dla Georga? - Karabin. Naprawdę świetny. Facet sprzedał mi po okazyjnej cenie. Powiedział też, że to replika broni, którą posługiwał się bohater z ulubionej bajki George'a. - Kupiłeś mu broń?!- Jej głos był dziką mieszanką zdenerwowania i irytacji. - Rachel, daj spokój. To tylko zabawka. - Tak, do cholery, masz zupełną rację! Zwykła zabawka, zwykła imitacja przedmiotu, który łatwo i szybko może pozbawić życia. Moje gratulacje, wykazałeś się nienagannym gustem! Steve już otworzył usta, chcąc odeprzeć atak żony, lecz w tym momencie w kuchni pojawił George, ubrany w krótkie, bawełniane spodenki oraz koszulkę z wizerunkiem Spider-mana. - Cześć, tatusiu. Co masz dla mnie?- zapytał George, nad którym ciekawość przejęła całkowitą kontrolę. Rachel spojrzała na Steve'a przenikliwym wzrokiem, jakby chciała wymusić na mężu wywalenie prezentu do kosza. Bo według Rachel tam było miejsce tej gównianej zabawki, o ile coś takiego zasługiwało na takie miano. - Proszę, George.- Steve wyciągnął dłonie, wręczając chłopcu podłużną paczkę, owiniętą srebrnym papierem, a następnie ucałował go w czoło.- Odpakuj. Myślę, że ci się spodoba. George kilkoma energicznymi ruchami rozprawił się z papierem. Kiedy ujrzał karabin długości około siedemdziesięciu centymetrów, oczy zalśniły mu natychmiast. Wydał z siebie nieartykułowany, głośny dźwięk, który zapewne miał oznaczał radość. Trzymając karabin w dłoni, George podbiegł do ojca i obsypał jego twarz wieloma pocałunkami. Rachel obserwowała to, czując jak gniew opanowuje jej umysł, depcząc resztki wyrozumiałości. Trzeba być skończonym dupkiem, żeby zdobywać miłość dziecka taką tandetą, pomyślała Rachel. W tym samym momencie spojrzała ukradkiem na twarz George'a, który zafascynowany oglądał karabin. Coś nie pasowało. Dlaczego tęczówka George'a, dotychczas niebieska, była teraz czarnego koloru? Na to pytanie nie potrafiła odpowiedzieć. Steve w tym czasie wyszedł do swojego gabinetu, który znajdował się w tylnym skrzydle domu. Rachel, chcąc choć w minimalnym stopniu stłumić zdenerwowanie, wyjrzała przez kuchenne okno: ten sam, niezmienny widok, a mianowicie sześć domów w równym szeregu, jakby stały na warcie. Oderwała wzrok od sielankowego widoku ulicy skąpanej w cieniu oraz dogasających promieniach popołudniowego Słońca. Nagle poczuła, jak dreszcze przebiegają jej po plecach. Była w stanie znieść wiele, nawet ten durny prezent, ale granica została przekroczona. George skierował lufę na twarz matki. - Co ty, kurwa, robisz?!- wrzasnęła Rachel. Ruszyła zdecydowanym krokiem w kierunku syna, chcąc pozbawić go karabinu, lecz usłyszała coś, co wzdrygnęło jej ciałem. - Nie ruszaj się- powiedział opanowanym tonem George. To nie był głos dziecka. Ten głos był mechaniczny, przypominał nieco robota. W pokoju zjawił się Steve. Osłupiał, gdy ujrzał Georga i karabin, wycelowany w Rachel. - George, to nie jest zabawne. Podejdź tu do mnie.- Wyraz twarzy Steve'a był skrzyżowaniem zaskoczenia i lekkiego strachu. Brak reakcji. Lufa, cholerny otwór średnicy dwóch centymetrów, który hipnotyzował, obezwładniał Rachel swoją siłą. - W ten sposób nie będziemy tego załatwiać. Koniec żartów, kolego!- krzyknął Steve. Życie, dobrze rozegrane, to piękny czas. Ale ma jedną wadę- jest kruche niczym gałązka, która pod naporem buta pęka. Podobnie jest z ludźmi. BACH!, i gra skończona, serdecznie dziękujemy za udział w grze zwanej "Życie". Niestety pani czas