biznes · 20 min czytania
kardio, endo, zakaźny
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Na słupie ogłoszeniowym znalazł anons firmy, szukającej pracowników. Były tam wymienione różne stanowiska, w tym najprostsze - pracownik porządkowy. Jako, że nie czuł się na siłach być "personal asistant" żadnej z grubych ryb, zadzwonił tedy i zapytał panią o miłym głosie, iż pretenduje do „stanowiska mobilnego”, w którym miał już jako takie doświadczenie. Pracownik porządkowy jest zawsze mobilny, ciągle w ruchu, a ruch to zdrowie. Jednak pani okazała się łaskawsza. Może pan oczywiście być u nas pracownikiem porządkowym, ale jakie pan w ogóle ma wykształcenie? Już sobie myśli, a co ma to do rzeczy, kiedy coś go tknęło i podał tym razem prawdziwe wykształcenie, bez cienia wstydu. Człowiek bowiem z wyższym wykształceniem nie powinien sprzątać śmieci. Jednak powiedział prawdę. A ma pan prawo jazdy? Powiedział, że oczywiście, i to od dziesięciu lat, jazda bezwypadkowa. Werbująca zaproponowała stanowisko jeszcze bardziej mobilne - zostanie pan u nas kierowcą. Nie mógł pozbierać się z radości. Zawsze lubił jazdę samochodem. A teraz ma być kierowcą niemalże zawodowym. Firma mieści się w pomalowanym na szaro-bury, brudny kolor budynku typu pawilonowego. Obok jest pralnia, dalej zakłady dostarczające sprężony tlen do klinik, kawałek dalej filia akademii wychowania fizycznego, stołówka i boisko AWF. Właściwie nie bardzo wiedział, którędy wejść, wszędzie bramki ochronne, co prawda otwarte, kilka wejść i wyjść, jakieś rampy, pomieszczenia gospodarcze, magazyny. Wreszcie znalazł oficjalne, mało reprezentacyjne wejście na tyłach budynku i jego entree stało się - po użyciu bramofonu - faktem dokonanym. Typowa firma. Schody betonowe, których nie myje się co dzień, na I piętrze pomieszczenia biurowe, kierownictwo, na parterze kuchnia. Na przywitanie podała mu dłoń pani w średnim wieku, około 40-tki, która kiedyś musiała być miss co najmniej klasową. Poinformowała, że firma zajmuje się żywieniem pacjentów. Jest to praca grupowa, najgorsza, bo gdy zawali jedno ogniwo, wszystko się wali. W zimie wystarczy, że nie dowiozą na czas pieczywa i śniadanie jest opóźnione. A pacjenci muszą zjeść na czas, bo leki, insulina i tak dalej. Wie pan, lekarze krzyczą wtedy na pielęgniarki, te na dystrybucję, a ludzie z dystrybucji wyżywają się na kierowcach, stojących w korkach. Nie jest to lekka praca, zapowiedziała uczciwie, ale coś mu mówiło w środku, że jednak wreszcie może na jakiś czas się tu zahaczy. Powiedział, że chce spróbować. Będzie pan jeździł samochodem dostawczym do 3.5 tony, bo ma pan tylko amatorskie prawo jazdy. Do pana obowiązków należy załadunek, dowóz i wyładunek towaru. Ten bierze pan z ustalonych raz na zawsze miejsc w kuchni. Ma pan prawo wejścia prawie do wszystkich pomieszczeń. Może pan parkować na terenie firmy. Dostanie firmowe ubranie, szafkę na rzeczy osobiste, może pan na przerwie zjeść śniadanie, obiad i kolację na drugiej zmianie. Pracujemy zwykle ponad normę, czyli więcej niż 160 godzin miesięcznie, także w weekendy i święta, ale w nocy nie. Nie wolno się spóźniać do pracy, bo czasem trzeba podładować akumulator czy odśnieżyć lub zatankować, wie pan jak to jest z samochodami w zimie. Maksymalnie pracuje pan 12 h, ale wtedy na drugi dzień ma pan wolne. Ta zmiana jest najcięższa, zostaje pan wtedy do 18 w pracy. Na początek dostał umowę zlecenie na czas nieokreślony, dobre i to. Siedział z uczuciem lęku, czy tym razem się uda. Nie, czy przyjmą, bo przyjęliby każdego, kto mógłby wylegitymować się prawem jazdy, lecz czy utrzyma się na dłużej. Przez głowę przelatywały obrazy z poprzednich miejsc pracy. Jakaś brama w Podgórzu, gdzie zajechał rowerem i podawał ciepłą jeszcze pizzę, odbierając pieniądze, budynek telekomunikacji, w którym był "pracownikiem porządkowym", teatr, gdzie na scenie zbiegał z pomostu przebrany za anioła o skrzydłach koloru gołębia. Drukarnia w starej dzielnicy poprzemysłowej, w której huk był nie do wytrzymania, mimo korków w uszach. No i główne zajęcie, odbywane przez pół roku: szkoła. Kobieta zapytała, czy ma prawo jazdy, czy jest zdrowy oraz czy może pracować w weekendy i ponad normę. Kiedy na wszystkie pytania odpowiedział twierdząco, z czego tylko to ostatnie jakby mniej odważnie (któż nie chciałby mieć niedziel wolnych i pracować od 8 do 16, jak Pan Bóg socjalistów przykazał?), kobieta krótko określiła prawa i obowiązki. Pensja do 10 każdego, na początek umowa zlecenie, potem zobaczymy. Okres próbny 3 miesiące. Będzie jeździł z panem Kaziem, bardzo miły człowiek. Musi nauczyć się rozkładu godzin, otrzyma grafik. I od poniedziałku zaczyna. W poniedziałek miał mieć pierwsze 12 godzin. Stawił się punktualnie przed 6 rano w firmie, przebrał na piętrze w szatni, mając już kluczyk i szafkę na rzeczy osobiste. Szedł długimi korytarzami bez światła (polityka oszczędnościowa) aż znalazł się przy schodach prowadzących w dół. Minął wyjście ewakuacyjne i wszedł na teren kuchni centralnej. W pierwszej chwili dostrzegł tylko jaskrawość świetlówek, krzątających się w pośpiechu ludzi, głównie kobiety w średnim i starszym wieku, kilku chłopaków. Jakieś metalowe sprzęty, a wszędzie śliskie kafelki. Szedł niepewnie po kafelkach podłogowych koloru niedojrzałego pomidora. Obok rampy załadowczej była portiernia, w której siedział jakiś starszy człowiek. Przed nim stał monitor z obrazami głównych miejsc firmy. Okna świadczyły tyleż o finansach, co o zamiłowaniu do prostoty montażu i obsługi. Na ścianie wisiał grafik zmian portierów, których było trzech. Pracowali co trzy dni po 24 na dobę. To znaczy każdy siedział od 6-tej do następnego dnia, po czym miał 48 godzin "wolnego". Nie mógł początkowo zrozumieć, jak można wytrzymać taki tryb pracy. Widocznie jednak można. Przywitał się, Kazia jeszcze nie było. Rozpoczęła się zdawkowa rozmowa, kim jest, co robił. Głupio było przyznać się, że nie tylko ma wyższe wykształcenie i to na wiodącej niegdyś uczelni, ale w dodatku otwarty przewód doktorski. Powiedział coś o rencie, że niby chce dorobić. O, to tutaj nie dorobisz, śmiał się portier życzliwie. Tak, tu się tylko zarabia, dodał przechodzący właśnie kucharz, mrugając okiem. Wreszcie przyszedł Kaziu. Na oko mógł mieć koło pięćdziesiątki, niski, wesoły, od razu się polubili. Zapytał, czy jeździł kiedyś dostawczakiem, powiedział zgodnie z prawdą, że kiedyś w Niemczech zastąpił na wycieczce kierowcę busa, którym jechali na jakąś konferencję. Kierowca powiedział, że jest zmęczony, nie jedzie dalej, jak ktoś chce niech poprowadzi. Kaziu się ucieszył, że chrzest ma za sobą. Wziął kluczyki, dokumenty, klucze od oddziałów, po czym, wpisawszy się do książki kursów, poszli do samochodu. Na pierwszy rzut oka się przeraził. Półtoratonowe auto z windą do ładowania towaru wyglądało jak miniaturka tira. Nieźle, myślał sobie, zaczynałem od auta na pedały w dzieciństwie, kończę na dostawczej KIA. W środku były trzy miejsca. Kaziu wytłumaczył, że auto jest na diesel, podobnie jak dwa pozostałe. Drugi kierowca zaraz pewnie przyjdzie. Tankujemy zawsze, jak świeci się kontrolka, a wskaźnik jest blisko zera. Jedziesz na stację, słuchał, masz kartę, pin, lejesz, zamykasz, płacisz i gotowe. Nic z tego nie rozumiał, ale udawał mądrzejszego niż jest. Wsiedli, a Kazio podgrzał żarowe świece i zapalił. Pierwszy kurs na "psychiatrię", weź zeszyt i będziesz sobie pisał. Kaziu był mądrym człowiekiem. Pracował w wielu miejscach, z niejednego pieca jadł, nawet z hutniczego w Katowicach. Mieszkał koło Krakowa, codziennie dojeżdżał 30 km w jedną stronę, zbudował dom, spłodził syna, nie wiem, czy zasadził drzewo. Pojechali zebrać butelki z dziecięcego. Dzieci piją mleko przygotowywane specjalnie w kuchni mlecznej. Wozi się je dwa razy dziennie, do śniadania i do obiadu. Rano zbierasz butelki z nocy, żeby kucharka mogła umyć do śniadania. Jechali chwilę. Minęli bramkę ochroniarzy, którzy posłusznie otworzyli szlaban w barwach narodowych. Kaziu coś zagadał do znajomego widać bramkarza, który nigdy nie rozstawał się z papierosem. Widział małą budkę, w której pewnie stał monitor, jakieś dokumenty i woda mineralna. Podjazd przy szpitalu dziecięcym wymagał włączenia jedynki. Kaziu wyjeżdżał sprawnie koło za kołem. Tutaj uważaj na bemary i ludzi. Auto musisz zostawić na wstecznym i zaciągnąć koniecznie ręczny. Starał się wszystko zapamiętać. Ludzie z dystrybucji muszą ci pomóc wyładować. Bemar z obiadem waży 200 kg, spokojnie jest na kółkach, powiedział Kaziu, widząc przerażenie, którego w tym momencie nie udało się zamaskować. Przez kolejne dwa tygodnie miał z pracownika naukowego, dłubiącego przy wciąż nie dokończonym doktoracie, przedzierzgnąć się w pracownika logistyki. Kazio przeżywał swoją drugą młodość, właśnie wyprawiał synowi weselisko co się zowie. Pracownik logistyki wsiadł na miejsce pasażera, a Kazio pokazywał, jak podgrzewać świece żarowe w turbo dieslu. Pojechali. Sprawa jest prosta, słyszał pracownik logistyki. Obczaisz najpierw, gdzie są oddziały, a potem co ładować z kuchni. Jest 36 oddziałów, 3 zmiany pracy, najtrudniej jest na 12-tce, bo spędzasz cały boży dzień w firmie, wychodzisz ledwie żywy o 18. Jadą Kopernika, skręcają na nowe rondo, które zbudowano w przypływie dobrych chęci oraz nadwyżki mamony, po chwili dojeżdżają na stację. Kaziu pokazuje kartę Routex, którą płaci się za ropę. Wbijasz kod, kilometry i tyle. Proste. Świat Kazia jest prosty, lecz nie prostacki. Jest dumny, że od 30 lat jego żona nie musi pracować, może gotować domowe obiady i prać mu spodnie. Bo w tej robocie spodnie się brudzą. Wracają, zakręt, przejazd przez tory tramwajowe, tu