Komedia · 7 min czytania
Kasa była chora, czyli NFZ
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Ząb mnie boli... - wymamrotałem po raz kolejny tego dnia, patrząc z zawiścią na rodziców. Tak, skonstatowałem, to przez nich to wszystko - gdyby umieli wychować porządnie dziecko i przypilnować, żeby od maleńkości codziennie dwa razy (rano i wieczorem, a najlepiej to jeszcze po każdym posiłku) myć zęby przez co najmniej dwie minuty, to teraz by nie było problemu. - Ząb mnie boli... Pierwszy złamał się ojciec: - Cholera jasna... – mruknął półgębkiem, odkładając gazetę i szukając prawa jazdy – Zaraz cię gdzieś zawiozę, tylko się zamknij na chwilę! Posłusznie zamknąłem więc dziób na kłódkę, mimo, iż na usta cisnęły mi się ironiczne uwagi, gdy odjeżdżaliśmy od kolejnego zamkniętego w tę piękną, ciepłą sobotę gabinetu prywatnego z tabliczką „do 13” na drzwiach i zegarem wskazującym jedenastą w głębi. W akcie desperacji postanowiliśmy pójść nawet do „Centrum Medycznego” gdzie, jak powszechnie wiadomo, specjaliści przyjmują m.w. przez pół godziny w tygodniu. No, może godzinę, jeśli się zasiedzą. Mimo wszystko jednak mieliśmy nadzieję, że trafimy w godziny urzędowania dentysty. Nadzieja okazała się próżna – czy ktoś to mógł przewidzieć? Jednak nie ma tego dobrego, co by na złe nie wyszło (czy jakoś tak)... W „Centrum” spotkaliśmy miłą panią recepcjonistkę, która opowiedziała nam o nowo wybudowanej przychodni, w której to otrzymamy doraźną pomoc stomatologiczną. Na miejscu okazało się, że, rzeczywiście, zbudowano nową przychodnię, rzeczywiście w soboty, niedziele i święta przyjmują całą dobę. Nie miała jednak racji mówiąc, że otrzymamy tam pomoc, bo przychodnia była najzwyczajniej w świecie... zamknięta. Mimo, że była otwarta. Oczywiście, mogło się zdarzyć, że trzeba było nacisnąć taki mały guziczek z głośniczkiem, znajdujący się nieopodal wejścia, ale to byłoby oczywiście zbyt banalne, więc wróciliśmy do domu. Po powrocie postanowiłem, że najlepszym sposobem na pozbycie się bólu, będzie jego przespanie, tak więc łyknąłem sobie listek Apapu (tego dużego, 12- tabletkowego) i poszedłem lulu. Nie było mi jednak dane długo odpocząć po nieprzespanej nocy, albowiem do mojego pokoju zajrzała twarz w okularach oznajmiając, że jedziemy do dentysty. Powtórka z rozrywki, pomyślałem, ale zwlokłem się z łóżka i poszedłem w ślady za rodzicielem. Otóż, jak się okazało, dzwonił on chwilę przedtem do tej całej przychodni i jednak najwyraźniej ktoś tam urzędował. Tak więc pełni nadziei pojechaliśmy po raz kolejny na ulicę, nomen omen, Świętokrzyską, do tego sanktuarium bólu i cierpienia, jakim jest gabinet stomatologiczny. Wspomniałem już o złudnych nadziejach? Okazało się po przybyciu na miejsce, że pani doktor ma akurat przerwę obiadową do czternastej, tak więc gdy o 14:20 wreszcie przyszła zaczynałem już się z lekka denerwować. No, ale koniec końców wreszcie zasiadłem na krześle ele... dentystycznym. Pani stomatolog, która swoją drogą pierwszej młodości już raczej nie była, najpierw opieprzyła mnie ostro, że tak mało dbam o uzębienie, a potem postanowiła, że zęba trzeba zatruć i w ciągu 2 tygodni zgłosić się do swojego dentysty w celu dalszego leczenia. Ponieważ poniżej 18 roku życia leczenie kanałowe jest refundowane, to nie ma się czym martwić. Potem nałożyła mi na ząb coś w stylu gipsu i puściła wolno. No cóż, doktor mówi, pacjent słucha. W czwartek wreszcie…