Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 15 min czytania

Kasia ( z Ercepowego bloku)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Otworzyłam oczy i spojrzałam na zegarek. 8.30 - O cholerka - powiedziałam i natychmiast zamarłam. Kto dzisiaj mówi "cholerka" ? Znowu się nie pilnuję. Z braku czasu odłożyłam na później rozmyślania, co w tym wypadku powinnam powiedzieć i przeszłam do bardziej zajmującej mnie rzeczy - który dzisiaj jest? Dwunasty? Jedenasty? A może cholerka już trzynasty? Wiktor, czyli mój "równorzędny partner, z którym łączy mnie stabilny i pozbawiony uprzedzeń oraz ograniczeń związek", wyrzucił mój kalendarz twierdząc, że normalny człowiek XXI wieku, nie wiesza na ścianach tak normalnej rzeczy jaką jest kalendarz. Co ma wieszać nie powiedział, dlatego teraz na ścianie widnieje jasna plama po kalendarzu, a ja wciąż tkwię w łóżku myśląc, co dzisiaj za dzień. No dobrze, to może pomyślę jaki jest dzień tygodnia. Poniedziałek? Być może. Wtorek? Czemu nie. Środa? Dzień, jak każdy inny. Do tej pory wszystko było jasne. Moje życie było poukładane jak jajka w kartonowym pudełku. Jeżeli budziłam się i szłam do łazienki z szeroko rozstawionymi nogami, znaczyło, że jest poniedziałek - w niedziele Wiktor zaciągał mnie do stadniny twierdząc, że umiejętność konnej jazdy pomoże mi wydobyć ukryte (patrząc na mnie - raczej dość głęboko) pokłady arystokratycznego pochodzenia. Jeżeli swędziała mnie skóra - wtorek. W poniedziałki, na polecenie Wiktora szłam do salonu odnowy, gdzie wszystkie moje komórki poddawane była naciąganiu, wciskaniu, masowaniu i wklepywaniu tak długo, aż zaczynały skomleć o litość. Gdy budziłam się, a pod głową miałam książkę, była środa - po wtorkowym angielskim, który miałam szybciej przyswoić dzięki nocnym męczarniom na twardej okładce English For Business. Jeżeli budziłam się i nie wiedziałam gdzie jestem ani co tutaj robię, był czwartek - w środy uczestniczyliśmy w zebraniach jakiejś grupy dyskusyjnej, która filozoficzno -mistycznie robiła mi wodę z mózgu tak skutecznie, że zawsze w drodze powrotnej usiłowałam popełniać samobójstwo, a rano albo nic nie pamiętałam, albo wątpiłam we wszystko i wszystkich. Gdy budziłam się i nie mogłam ruszyć głową - piątek. W czwartki chodziłam do fryzjera i całą noc spałam z wałkiem pod szyją, żeby rano było coś jeszcze widać. Jeżeli budziłam się i bolało mnie wszystko - była sobota, bo w piątki chodziłam na siłownię. Jeśli budziłam się i bolało mnie wszystko, a w dodatku nie wiedziałam gdzie jestem ani co tutaj robię - była niedziela, po sobotniej imprezowej nocy. Brak jakichkolwiek wyżej wymienionych symptomów przypomniał mi, że kilka dni temu moje dotychczasowe zwyczaje znikły jak zmarszczki w reklamie kremu. Wiktor wyjechał służbowo do Wiednia i z niedowierzaniem przyjęłam do wiadomości, że nikt mnie nie kontroluje. Przez pierwszy dzień jeszcze się trzymałam, drugiego dnia już trochę mniej, a gdy trzeciego dnia zjadłam batona w czekoladzie i nikt mi nie zrobił wykładu na temat szkodliwości słodyczy i ich wpływu na odbieranie mojego wizerunku przez otoczenie, w końcu uwierzyłam, że jestem wolna. Koniec basenów, solariów, siłowni i całego tego cyrku. Tak, tylko że teraz za to nie wiem jaki jest dzień tygodnia i czy powinnam iść do pracy czy nie. Bo jak jednak tak, to już po mnie. Zwlekłam się z łóżka i poszłam do sąsiadów z nadzieją, że posiadają jakiś, choćby nawet kieszonkowy, kalendarz. Drzwi otworzył mi Rumcajs z kaczymi stopami. - Ee, jest Iwonka? - Jest, ale jeszcze śpi. Wejdź. I tak ją miałem budzić, bo dzisiaj robimy sobotnie porządki. - Sobotnie!! - omal nie krzyknęłam na cały korytarz - Nie, to ja może później, niech jeszcze sobie śpi, dobranoc, to znaczy do widzenia, dziękuję - widok dwóch metrów Jędrka odzianych jedynie w fartuszek wybił mnie z wypracowanej na treningach równowagi. Jak to możliwe? - Sobotaa - śpiewałam, otwierając drzwi. To co najpierw? Może super niezdrowa jajecznica na maśle? Najlepiej z kawałami wiejskiej. Aż człowiek czuje jak mu w wałki idzie. Mniam. A potem? Może pójdę do parku? Niee. Do znajomych? To wieczorem. To może odwiedzę mamę? Odkąd dwa lata temu przeprowadziłam się do Wiktora, nie byłam tam ani razu. - Ale dzwoniłam - usprawiedliwiałam się szukając czegoś ludzkiego w szafie. Niestety. Zero rozciągniętych koszulek, zero dżinsów, nic. Nic, co normalny człowiek mógłby na siebie założyć. Trudno. Wybrałam najmniej według mnie sztywną rzecz i wyszłam z domu. A właśnie że nie będę brać samochodu. Po dwóch latach przyrastania do fotela w końcu zrobię sobie spacer. Świetnie. No to idę. Już nie idę. Zapomniałam, że to na drugim końcu miasta. Tych butów to też raczej nie robili do tego, aby w nich chodzić. Przyciskać sprzęgło, albo stukać w posadzkę biura, to owszem, ale żeby po chodnikach? Nie przyszło im widocznie do głowy, że ktoś, kto wyda taką sumę na buty będzie naprawdę chciał w nich spacerować. Podeszłam do kiosku. - Dzień dobry. Poproszę bilet. - Za ile? - między papierosami a jednorazowym lakierem do włosów pojawiły się kolejno: blond trwała, ogromne policzki, a na końcu, nad policzkami, coś na kształt oczu. - Ee, nie wiem. Normalny poproszę. - A co? Myśli, że ja tu sprzedaję jakieś nienormalne? Za ile, pytam? Skąd mam wiedzieć ile teraz kosztuje bilet? Dwa lata temu wiedziałam. - No, cały poproszę... - Wszystkie są całe .Widzi tu jakieś poprzerywane? No tak, widzę, że robi to specjalnie. Ale dlaczego mnie? Przecież zawsze jestem dla wszystkich miła. Nie dam się jej, w końcu nie po to się męczyłam na tych wszystkich kursach wyrabiania osobowości. Wiem! Olśniona swoją genialnością, prężąc się i pyszniąc wyrzuciłam - To ja poproszę karnet. - Za ile? Zabiła mnie. Zabiła całą moją wyrobioną, wyćwiczoną, słono opłaconą osobowość. - Niech się panienka nie przejmuje. Ona teraz menostrację przechodzi i dlatego taka -stojący za mną starszy pan poklepał mnie po ramieniu. - Chyba menstruację - wyrzuciłam z siebie automatycznie i natychmiast poczułam, że się czerwienię. Po tylu treningach panowania nad emocjami! W kolejce dwa ogryzki zachichotały, a młody chłopak uśmiechnął się pod nosem. - Popatrzy panienka na nią. Czy wygląda na taką, co jeszcze coś może? Ona ma menostrację, to znaczy, że już po herbacie. - Menopauzę! - krzyknęłam. Dwa ogryzki oszalały. Chłopak rozciągnął usta w niemym uśmiechu. Starszy pan klepał się po brzuchu, a jeszcze inny z rozbawieniem mówił coś do kolegi, pokazując na mnie palcem. W desperacji zatęskniłam za Wiktorem. Gdyby tu był, wiedziałby co zrobić. Tylko że gdyby tu był, to na pewno nie stałabym teraz w za ciasnych butach przed kioskiem na przystanku, rzucając w powietrze menstruacjami i menopauzami. Wspomnienie o Wiktorze przypomniało mi to, co wkładał mi przez ostatnie dwa lata do głowy i tylko to powstrzymało mnie przed natychmiastową ucieczką do domu. Powtarzając usłyszaną kiedyś mądrość: "nie dać się ogierom bo cię zeżerą" poszłam na następny przystanek, gdzie, nie wierząc we własne szczęście, znalazłam kiosk z przylepioną do szyby kartką z cenami biletów. Jechałam autobusem, starając się nie myśleć o tym, co się wydarzyło. W końcu to nie koniec świata, jedna kompromitująca sytuacja. Koniec świata to będzie za chwilę, na moim starym osiedlu. Tam się nawet diabłu dobranoc mówić nie chce. Wysiadłam przy odrapanym szarym wieżowcu i przeszłam

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Kasia ( z Ercepowego bloku) — czytnik · opowiadania