Psychologia · 1 godz. 21 min czytania
Katalogowa Oblubienica
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ralph Owens był niewidzialnym człowiekiem. Nie, źle to powiedziałem – on nie był niewidzialny, on był niedostrzegalny. Jak ktoś, kogo mijamy na ulicy ale już po minucie nie potrafimy go opisać. Ot, taki szary, nijaki nobody, człowiek-nikt, bez twarzy, bez głosu, czy znaków szczególnych. Znów źle to opisuję, bo przecież Ralph Owens miał jeden znak szczególny, i to bardzo dostrzegalny. Skoliozę. Pracowałem z nim przez dobre dwa lata w tym samym, czteroosobowym pokoju, zanim skojarzyłem jego twarz z imieniem i głosem, a nawet się z nim zaprzyjaźniłem. Ale przez długi czas w myślach nazywałem go po prostu Mr. Skolioza. Bo Ralph Owens był dla mnie kimś, z kim wymieniałem jedynie kurtuazyjne „dzień dobry” rano i „do widzenia” późnym popołudniem, zaś okresu pomiędzy tymi dwoma frazesami nigdy nie wypełnialiśmy rozmową na normalne, męskie tematy, takie jak na przykład wczorajszy mecz czy nowo otwarty bar za rogiem. Do tego Ralph był chorobliwie nieśmiały i nigdy sam nie inicjował konwersacji. Zawsze pozostawał skryty za monitorem komputera, gdzie przyciszonym, bezbarwnym głosem prowadził niekończące się przetargi z petentami. Nic więc dziwnego, że po dwóch latach dzielenia tej samej czasoprzestrzeni od poniedziałku do piątku, od ósmej trzydzieści do minimum piątej z dużym hakiem w zależności od terminow zakończenia projektów, nie wiedziałem o nim absolutnie nic. Pracowaliśmy wtedy dla dużego lobby transportowego APTA, czyli American Public Transportation Association. Ulokowane było w samym centrum Waszyngtonu, przy ulicy K, dwie przecznice od Białego Domu. Byliśmy więc w jednym z najbardziej pożądanych amerykańskich kodów pocztowych - przynajmniej do Wall Street w Nowym Jorku na północ, do Magnificent Mile w Chicago na zachód i pewnie gdzieś do Miami na Florydzie na południe. Ulica K znana jest z najwiekszych firm prawniczych, od prawa międzynarodowego, przez korporacyjne, patentowe, emigracyjne, cywilne, rządowe, aż po kryminalne i rozwodowe. Poza lokalizacją, moje lobby nie miało nic wspólnego z prawniczymi megakancelariami. Ale co kod to kod! Na papierze APTA wyglądało świetnie: zajmowaliśmy się poplecznictwem, propagowaniem informacji oraz innowacjami w dziedzinie transportu. W rzeczywistości byliśmy grupą nacisku na Kongres, organizacje publiczne oraz rządowe w celu uzyskania funduszy na projekty zwiazane z transportem ulicznym, podziemnym i kolejowym. A jeszcze prościej mówiąc, naszym zadaniem było wyciskanie krwi z portfeli podatkowiczów. Kropka. APTA mieściło się w dużym, nowoczesnym budynku, gdzie winda dowoziła nas z lobby na parterze strzeżonego przez stróża w liberii, wprost do naszej recepcji pełnej szkła i aluminium. Z recepcji prowadziło wiele korytarzy wymoszczonych puszystymi dywanami do pokoi zarówno szarych pracowników takich jak ja, jak i naszych tuzów. Prezydent i zarząd naszego lobby mieli narożne pokoje z oknami wychodzącymi na ulicę pełną eleganckich restauracji i butików. I na malutki park przy Siedemnastej z pomnikiem admirała Farraguta oraz z grupką bezdomnych uznających cokół pominka za swój stały adres. Nasz pokój był wewnętrzny, więc ja pomnika nie oglądałem, bo nie miałem okna. Zresztą na okno trzeba sobie zasłużyć latami pracy. Do okna się awansuje, tak jak do wyższej grupy zaszeregowania czy świątecznego bonusa. Ale są tacy, którzy nigdy nie wypracują sobie awansu do okna, i my z Ralphem wtedy zaliczaliśmy się właśnie do takich mrówek-robotnic. W pokoju pracowało nas czterech, sami faceci. Z dwoma pozostałymi czasem wyskakiwałem na szybki lunch czy choć zagadnąłem w korytarzu. Natomiast Ralph zawsze trzymał się osobno i nie zauważyłem, żeby rozmawiał z ludźmi w innych pokojach czy wydziałach. W biurze i tak nie było miejsca na towarzyskie pogaduszki, bo to mógłby być bilet do stacji bezrobocie. W APTA panowało galaktyczne tempo pracy oraz profesjonalna konkurencja granicząca z prawem dżungli. Raz mrugniesz a tu już ktoś nowy siedzi na twoim krześle i podpisuje twoją listę płac. Swoim nazwiskiem. A że o dobre miejsce pracy w Waszyngtonie wcale nie tak łatwo, więc szkoda nawet było ryzykować. Tak więc nic dziwnego, że nie zabiegałem zbyt żarliwie o przyjaźń z kimś takim jak Mr. Skolioza. Nie wydawał mi się wart ryzyka. Wtedy, tych dziesięć lat temu, pracowałem jak wariat, starając się wypłynąć na szerokie wody zawodowej kariery. Byle wyprzedzić o kilka centymetrów do przodu, zdystansować tych, którzy dysząc mi w kark oczekiwali szybkiego zwolnienia mojego krzesła. Pomimo braku okna, nasz pokoj był dość jasny i w miarę przytulny, z nowymi meblami biurowymi udajacymi mahoń na wysoki połysk, z dwoma czarno-białymi fotografiami Ansela Adamsa obrazującymi chyba Yosemite National Park (mówię „chyba” bo nawet nie miałem czasu się im dobrze przyjrzeć), ze sztucznym chyba hibiskusem w donicy (nie umiem rozrożnić róży od kalafiora) oraz olbrzymią drukarką nieustannie wypluwającą setki stron raportów, ustaw i regulacji. Nie było okna, ale za to mieliśmy sprytnie poukrywane głośniki, które cały boży dzień ciurkały nasenną muzykę Jamesa Gallowaya czy Yanniego. Obaj działali na mnie jak ciepłe piwo do pełnego talerza klusek z sosem pomidorowym, ale muzykę dobrała firma Muzak, sprzedająca muzyczne gotowce przedsiebiorstwom i kompaniom w całym kraju, a nie ja. I nikt mnie się nie pytał, czy to był najlepszy motywator na moją produktywność. Czy nie lepiej pracowałyby moje szare komórki do rytmu, na przykład, rapu czy rocka. No, ale specjaliści w Muzaku na pewno wiedzieli lepiej co robią, a ja byłem tym niewdzięcznikiem, który nie doceniał ani psychologicznego bodźca od Muzaka, ani chojności APTA. Obaj z Ralphem pracowaliśmy jako specjaliści do spraw analiz i prognoz rynkowych. Wielki tytuł, wymagający dyplomu w public policy – jak w moim przypadku, lub statystyki – czyli tego co ukończył Ralph. O tym co robiliśmy nie ma sensu tu teraz opowiadać bo to się ma nijak do historii o Ralphie, więc zmilczę o naszej katordze monitoringu trendów transportowych. Powiem tylko, że cały dzień pracy spędzałem z telefonem przy uchu wykłócając się z ankietowanymi uczestnikami sondaży na temat efektywności naszych szyn i dróg, czy błagając o jak najrzetelniejsze dane, które potem tabularyzowaliśmy. Telefony dźwięczały bez ustanku, nic więc dziwnego, że nie było okazji zaprzyjaźnić się z kimś takim jak Ralph. Biurko Ralpha różniło sie od pozostałych: sterylne, z równiutko poukładanymi folderami, skoroszytami i manualami, bez jednego zdjęcia przyklejonego do korkowej tablicy – czy to swojego z imprezy dyplomowej, czy to jakiejś cizi lub choćby ojca z mamą. Nigdy nie widziałem tam ani doniczki z usychającym badylkiem, ani plakietki ulubionego teamu sportowego, starej gazety, czy papierowego kubka z coca-colą. Za to na poczesnym miejscu stały w plastikowym pojemniczku świeżo zaostrzone ołówki oraz długopisy, rozłożone w szeroki wachlarz; zszywacz i taśma klejąca, nożyk do rozcinania kopert, pojemnik ze sprężonym powietrzem do czyszczenia klawiatury, miseczka ze spinaczami. Potem oko wędrowało do krzesła z przewieszoną przez oparcie marynarką. A dopiero na końcu człowiek dostrzegał właściciela tej marynarki - skulonego jakby chciał się wtopić w kompozycję półek, blatów, klawiatury i kalkulatora. Ralph Owens, lat 33, rasy białej, rzadkie włosy przyklejone do czaszki, koloru zlewającego się z kolorem twarzy i sprawiającego, że z daleka wyglądał jakby był łysy, oczy barwy esencji herbaty mocno rozcieńczonej wodą, wzrost 5 stóp 6 cali, więc jak na mężczyznę dość niski, akcent północnowirdżiński, znaki szczególne – skolioza. Mocno zauważalna, gdy chyłkiem przemykał się do łazienki lub do pokoju Starego, z folderem pod pachą. Wtedy znad biurek wznosiły się współczujące oczy, a on bezszelestnie przesuwał się nieomal bokiem, z lewym ramieniem wysoko uniesionym do góry, prawie że przyklejonym do ucha. Prawa ręka zwisała zawsze dużo poniżej kolana. Podejrzewam, że unosił to lewe ramię wyżej niż dyktowało skrzywienie kręgosłupa, choćby po to, by ukryć twarz przed naszym współczującym wzrokiem. Ralph pojawił się na mojej osobistej orbicie dopiero po dwóch latach wspólnego pracowania w APTA. To chyba był sierpień. Kończył się rok fiskalny i obaj musieliśmy zostać w piątek dłużej w pracy, by dokończyć raporty statystyczne. Było już całkiem późno, gdy wreszcie mogłem wyłączyć komputer i zieloną bankierską lampkę na biurku. Zamknąłem szuflady na klucz (nigdy nie ufam latynoskim nocnym sprzątaczkom) i pstryknąłem w ucho pluszaczka, którego dostałem od Dyan na walentynki. Powinienem był się go pozbyć, tak jak Dyan pozbyła się mnie kilka dni wcześniej, ale chyba z wrodzonego masochizmu tego nie zrobiłem. Zarzuciłem marynarkę przez ramię wiedząc, że na zewnątrz pomimo wieczornej pory szalała sierpniowa kanikuła, o której przez cały dzień nawet nie myślałem dzięki klimatyzacji. Zanim skierowałem się do wyjścia, wpadło mi do głowy, że powinienem życzyć Ralphowi „miłego weekendu”. Podszedłem więc do jego biurka i nagle uderzyła mnie zmiana. Pojawiło się coś, co zaburzyło dotychczasową sterylność i harmonię. Zobaczyłem zdjęcie. Stało oprawione w srebrną ramkę i ustawione było obok monitora tak, by wpatrując się w komputer zawsze można było kątem oka zahaczyć o osobę na zdjęciu. A było o co zahaczyć! Rasowa ruda kobietka o wargach jak poduszki, lekko wydętych w pretensjonalny, pewny siebie dzióbek. Oczy były wielkie same w sobie, ale w oprawie rzęs, niewiarygodnie długich i podkręconych, zaklajstrowanych czarnym tuszem, wydawały się gigantyczne, dominujące resztę twarzy. Panienka widoczna była tylko gdzieś do biustu, ale to co zobaczyłem pasowało mi bardziej na okładkę Gentlemen’s Quarterly niż na znajomą kogoś takiego jak nasz cichy i pokorny Ralph. W jej oczach czaiła się nieomal nieprzyzwoita pewność siebie i arogancja. Byłem wtedy mężczyzną dość librealnie zawierającym nowe znajomości z kobietami, ale nawet mnie uniosła się brew na widok tej dziewczyny. Krótko mówiąc nie należała do kategorii znajomych, które bym tak zaraz zabrał do domu rodziców na niedzielną herbatkę. Ale poza tym kociak był super-duper de lux. Nie ukrywam: zazdrość dziabnęła mnie w serce, jak mówi poeta. Szczególnie, że byłem od kilku dni znów wolnym strzelcem, towarem gotowym na wszelkie negocjacje na waszyngtońskim targowisku serc. Nie chciałem urazić Ralpha wścibstwem, ale nie mogłem opanować języka i zapytałem: - Siostra? – Miałem cichą nadzieję, że takie kobiety obracały się wokół Ralpha jedynie w charakterze krewnych. Zazdrość dziabała mnie coraz mocniej. Krew uderzyła mu do twarzy. Policzki napęczniały jak pomidor; tak soczysty, że mógłby lada chwila trysnąć czerwonym sokiem. Uniósł lewe ramię w obronnym geście, schował się za nim jak za tarczą, i ledwo dosłyszalnym szeptem wymemlał: - Narzeczona. Uczułem, jakby we mnie piorun trzasnął. Po mojej twarzy musiał się przewinąć jakiś grymas niedowierzania, bo nagle zobaczyłem popłoch w jego oczach. - Od bardzo niedawna, więc jeszcze nie bardzo... nie tego...no wiesz, rozumiesz - zaczął się plątać a ja nie bardzo wyczułem, co chciał mi powiedzieć. Ale zdecydowanym tonem powiedziałem „Nie, no, jasne że rozumiem”, choć ani w ząb nie łapałem o co mu chodziło. Panienka na fotce mogła mieć nie więcej niż 22 lata, co przy Ralphowych trzydziestu trzech dawało między nimi nieomal generacyjną przepaść. Patrzyłem raz na zdjęcie, raz na Mr. Skoliozę i ta kombinacja coraz bardziej mnie zdumiewała. Wymoczek spłoniony jak dziewica w poślubną noc, z rozdygotanymi palcami, którymi próbował przeczesać rzedniejące płowe włoski - a obok niego niezbyt dziewicza narzeczona. Hallo! To chyba pomyłka! Przechyliłem głowę, by baczniej przyglądnąć się rudej pięknotce. Ogniste włosy jak puszysta moherowa czapa okalały owalną twarz zwężającą się do zgrabnej choć trochę zbyt pewnej siebie bródki. Wargi przy drugim rzucie oka wydały mi się zbyt pękate by były dane od Natury i podejrzewałem botox wstrzyknięty pod skórę. Jej niesamowite oczy też drążyły mi w głowie coś w formie znaku wykrzyknika, że Natura nie zna przypadków, by rude osoby miały tęczówki o tak intensywnym granatowym pigmencie. No, ale albo kolor włosów przyszedł ze słoiczka w salonie fryzjerskim, albo na oczach nosiła kolorowe szkła kontaktowe. Bo te oczy były niespotykanego koloru – coś w odcieniu nieba po gwałtownej burzy, gdy jeszcze jest ciemne, groźne, złowieszcze, zanim słońce oprószy świat złotawymi promyczkami i przyniesie zapowiedź pogody. Było coś magicznego, ale jednocześnie atawistycznego w tych oczach. Coś jak to sławetne zdjęcie młodej Afganki z okładki National Geographic, tyle że tamte oczy miały w sobie zamkniety dramat – strach, zacięcie, gniew, zło, którego były świadkiem, jakaś żądza odwetu. Tamte były jak niewysłowiony poemat, łatwo czytelny dla oglądającego tamto zdjęcie. Zaś te ślepki też miały głębię, choć nie umiałbym opowiedzieć czego w nich się doczytywałem. Wyrachowanie? Wyzwanie? Cokolwiek by to nie było mogłem stwierdzić tylko jedno: zarówno zatrważały co i fascynowały. Zmusiłem się by oderwać wzrok od tych niesamowitych oczu i omiotłem spojrzeniem to co poniżej, czyli zbyt śmiało odkryty dekolt. I znów niewiarygodne wypukłości sugerowały raczej ingerencję chirurga niż szczodrość matki-Natury. Ale bez względu na to, czy to wszystko przyszło wraz z kodem w genomach czy zostało zakupione od zręcznych luminarzy chirurgii plastycznej, efekt był piorunujący. Stałem dalej jak dudek nie bardzo wiedząc co powinienem powiedzieć. Jeszcze tylko przez moment zaświtała mi w głowie dość wredna myśl, że zdjęcie w srebrnej ramce było zręcznym produktem fotoshopu i każdy element składający się na całość został zapożyczony od innej modelki. Ale zaraz potem pomyślałem, że w końcu Ralph lepiej wie, jak wygląda jego własna narzeczona i nie afiszowałby taniej podróbki. - Gratuluję – schyliłem się i zacząłem zdrapywać odprysk błota na nogawce, a w zasadzie po to by ukryć wyraz twarzy. Byłem właśnie świeżo odtrąconym samcem, oglądającym imponujące trofeum innego samca. Więc nietrudno się domyślić co działo się w moim sercu. – Szczęściarz z ciebie. Ralph zagulgotał a rumieniec na twarzy nabrał mocniejszej barwy, takiej jak na samochodach strażackich. Żeby go rozluźnić, dodałem z przyjacielskim uśmiechem, choć nie przyszło mi to łatwo: - Jestem pewien, że reszta obrazu jest równie szałowa jak to co tu widać na zdjęciu. – Przyłożyłem jedną otwartą dłoń na płask na wysokości piersi a drugą na czubku głowy zakreślając zasięg wyimaginowanego popiersia. A potem impulsywnie dorzuciłem coś, co powinienem był przemilczeć, bo w końcu rozmawialiśmy o narzeczonej a nie o podrywie na jeden wieczór: - Chętnie zobaczyłbym brakujące ogniwo tego arcydzieła. – Rękami zawinąłem w powietrzu kragłości, które równie dobrze uszłyby za wiolonczelę. - Ja też. Stopklatka. Rece zamarły mi w powietrzu zanim dokończyłem zakreślanie kobiecych wypukłości. - Poczekaj, poczekaj. Przewiń taśmę i puść ten tekst jeszcze raz. Chyba coś mi umknęło. Że jak? Co byś „też”? - Też bym chciał zobaczyć resztę – Teraz to on zamachał mi przed nosem rękami jakby migował wielką cyfrę „3” prawą ręką, a lewą jej lustrzane odbicie. To była jego wersja modelu kobiety jako odpowiedź na moją wiolonczelę. Nie wiedziałem jak zinterpretować to dziwne oświadczenie, więc wbiłem ręce w kieszenie i głupio sie uśmiechnąłem, choć w duchu zacząłem podejrzewać, że mnie cały czas naciąga i nabija się ze mnie za moją łatwowierność. Ale jego twarz nie zdradzała żadnej gry. To był ten sam, jak zawsze lekko nieporadny mięczak. Tyle, że w kolorze carmine. - Chcesz powiedzieć, że nie wiesz jak wygląda reszta twojej narzeczonej? – udałem, że kupuję te grę. Bo nie widziałem alternatywy. Przysłowie mówi: jak nie umiesz ich pokonać, to przyłącz się do nich. Ja miałem własną wersję: gdy nie wiesz czy strugają z ciebie wariata, przyłącz się do strugania. Ralph chrząknął i zabębnił pedantycznie obciętymi paznokciami po blacie biurka. Palce miał bielusieńkie, bez skaz czy szram po kontuzjach szkolnych sportów kontaktowych, chłopięcych upadkach z drzewa czy szarpaninie z drutem kolczastym. Palce układnego dziewczęcia lub maminsynka. – Spieszysz się do domu? Może wdepnęlibyśmy na drinka. Propozycja była tyle nieoczekiwana, co ponętna. Szczególnie, że kroiła się rozmowa o super babce. - Chętnie. Nie mam się do czego śpieszyć. Odkąd Dyan, moja ostatnia miłość na śmierć i życie spakowała manatki i wynosła sie zabierając ze sobą mój ulubiony fotel i psa, nic mnie do domu nie ciągnie. Co proponujesz? - M&S? – Tak popularnie nazywamy restaurację McCormick and Schmick’s znajdującą się zaraz za rogiem, koło naszej APTA. - No to mamy randkę – klepnąłem go w ramię. M&S specjalizuje się w dobrych owocach morza i jeszcze lepszych ręcznie mieszanych drinkach. Moja ulubiona. Tam poznałem Dyan, plus kilka jej poprzedniczek. – Daj mi 10 minut bo muszę przeparkować auto z garażu na ulicę. Zamykają o dziesiątej i nie chcę ryzykować. Spotkamy się przy barze. - Może lepiej wezmę stolik. Chciałbym pogadać. Potrzebuję dorady a nie znam nikogo kto by mnie wysłuchał. Wolałbym nie siedzieć łokieć w łokieć z kimś obcym przy barze i dyskutować na osobiste tematy. - Twój wybór - potaknąłem. Jeszcze kilka godzin wcześniej uśmiałbym się do łez, gdyby ktoś mi przepowiedział, iż spędzę piątkowy wieczór, tradycyjne happy hour, w M&S z Ralphem, moim niezauważalnym współpracownikiem. Teraz zaś nie mogłem się doczekać spotkania. Drążyła mnie ciekawość. Więc zwinąłem dłonie w pięści i wystrzeliłem do góry kciuki na znak, że wszystko jest okej. Pognałem do garażu, na czwarte piętro poniżej poziomu ulicy zarezerwowane dla tych co to bez okna i narożnego pokoju, marzących że za kilka lat awansują do trzeciego albo nawet i drugiego podziemnego poziomu w kastowym kretowisku. Do restauracji wszedłem mniej pewnym krokiem niż zwykle. Prawdę rzekłszy to nieomal wśliznąłem się przez ciężkie dębowe drzwi z malowanymi zawijasami na kryształowych szybach, i stanąłem w nastrojowym półmroku niepewnie omiatając wzrokiem wysokie krzesła przy barze i stoliki wewnątrz sali. Dokładnie przyjrzałem się każdej sylwetce przy dębowym kontuarze, lśniącym w świetle kryształowych lamp dość zgrabnie udających art nouveau i styl Tiffany. Jak spod ziemi wyrosła przede mna uśmiechnięta hostessa, Tracy, z którą rok wcześniej bezskutecznie próbowałem się umówić. - Możesz spokojnie wejść. Dyan właśnie wyszła. Manager zamówił jej taksówkę – dodała z naciskiem. Czyli w tłumaczeniu to znaczyło, że po pierwsze Dyan przeholowała ze swoimi apple martini i nie była w stanie sama prowadzić, a po drugie, że wszystkim zdążyła obwieścić o naszym rozpadzie. Ale skoro wyszła to nie musiałem obawiać się widma scen czy kłótni na oczach obcych ludzi. Gładko przełknąłem wiadomość i bez zmrużenia oka przeszedłem do rzeczy: - Umówiłem się tu z kumplem z pracy. Taki blady z przekrzywionym kręgosłupem. - Ach, już wiem. To tamten – kciukiem nieznacznie wskazała w głąb sali. – Chodź za mną. Restauracja była już pełna o tej porze. Z przyzwyczajenia zeskanowałem wzrokiem stoliki z kobietami. Sączyły sławetne „M&S” koktajle. Musiały być już przynajmniej przy trzeciej lub czwartej kolejce, bo piszczały, przekrzykiwały się i wybuchały salwami śmiechu. Tak właśnie wygląda Waszyngton w piątki wieczór, gdy nikomu nie śpieszy się do pustych mieszkań i grupki biurowych pracoholików umawiają się do barów by zrelaksować się po herkulesowych wysiłkach całego tygodnia. Nie mówiąc o tym, że setki samotników łudzi się, że właśnie w ten sposób znajdą partnerów do swojej samotności. Nawet teraz czułem na sobie spojrzenia zamglonych koktajlami oczu kobiet wszelkiej maści wieku i urody, gdy taksowały moją sylwetkę, garnitur, czy włosy obcięte w pobliskim salonie Andreé Simone’a. Wymawiane „Simą”, z akcentem na tą przedziwną końcową głoskę, którą tylko niektórzy potrafią wymówić rasowo, jakby przez zapchany nos. Waszyngton to chyba narodowa stolica chronicznych samotników, ludzi brnących przez życie solo, przyżenionych do kariery. To miasto jak śpiew syreni przyciąga młodych z całego kraju, szukających ucieczki przed marazmem małego miasteczka w Kansas czy w Indianie, po którym snują się psy i agenci rekrutujący do wojska. Tu szukają spełnienia zawodowych marzeń. Szczególnie ci, którzy wybrali nauki polityczne na studiach. Bo Waszyngton to polityczny powerhouse, miasto gdzie można rozwinąć skrzydła na arenie politycznej. To siedziba federalnego rządu, militarnych i międzynarodowych organizacji, nieustannie poszukujących młodego narybku do niewolniczej pracy. To profesjonalny burdel, wymagajacy zawodowej prostytucji, w której nie ma miejsca na osobiste emocje i życie prywatne. To wreszcie styl życia, w którym słowo „urlop” ma wstydliwą konotację jakby zdradzało słabość charakteru, zaś życie rodzinne to często pokój wynajęty w apartamencie do spółki z innymi desperatami. Miejsce do spania. Ze złotą rybką w szklanym pojemniku. Tak zaczynają wszyscy przyjezdni uciekinierzy z prowincji oraz ci których rodzina wyrzuciła z gniazda i kazała zacząć fruwać na własną odpowiedzialność i własne konto. Jednym się udaje i nawet lądują w Białym Domu, Pentagonie, jakimś politycznym think tank, czy Kongresie, w charakterze stażystów noszących teczki z dokumentami za senatorem lub zaparzających herbatę Pierwszej Damie. I nie narzekają na 24-godzinną poniewierkę, bo jest to ich bilet do przyszłej kariery przez duże „K”. Inni nigdy nie wychodzą z szamba w które wpadli aż po grdykę i czasem opamiętują się, gdy najlepsze lata i zapał młodości stopniowo przeradzają się w rutynę i osamotnienie. Tylko w piątki jeszcze budzi się w nich bunt; wtedy zbierają się w lokalnych restauracjach i barach, jak Kopciuszek czekający na swoją dynię by wreszcie przekształciła się w karocę i uwiozła ich w krainę szczęśliwości w nowym związku z drugą, równie samotną osobą. Takie właśnie myśli kłębiły się w mojej głowie, gdy podążając za Tracy sklejałem na ulotną chwilę swoje oczy z oczami kobiet w biurowych garsonkach i z kieliszkami martini w rękach. Czytałem w nich nieme acz rozpaczliwe błaganie walczące z resztkami godności. Wreszcie dotarliśmy do stolika Ralpha. Siedział sztywno, w kącie za skrzynką z paprotkami i bluszczami. Wciąż szczelnie zasklepiony w swoją marynarkę, z ciasno zawiązanym krawatem, który przynajmniej przerzucił przez ramię waszyngtońską modą na znak, że będzie tu ze mną siedział jako osoba prywatna, a nie jakiś, nie daj Boże, urzędas spisujący intercyzę z klientem. Twarz miał błyszczącą od potu pomimo klimatyzacji. - No, już jestem – stwierdziłem oczywiste i osunąłem się na krzesło. – Co zamawiamy? - Cheesburger i kawa? – rozbiegane oczy przestudiowały talerze na stolikach obok. - Daj spokój, ja zamawiam, mój poczęstunek. Tracy, prosimy o talerz sparzonych małż, ze trzy tuziny i dwa espresso martini. Zrzuciłem z ramion marynarkę i rozwiązałem krawat. Rozpiąłem kołnierz , mankiety i zawinąłem rękawy powyżej łokcia. – Nie wiedziałem, że tu bywasz. Nigdy cię tu wcześniej nie widywałem. - Nie, to mój pierwszy raz. Widziałem cię często jak tu wchodziłeś w piątki po pracy, więc pomyślałem, że ci sie spodoba pomysł. Ja zwykle po pracy gnam do domu. Zajmuję się dziadkiem. - Dziadkiem? – zapytałem z niedowierzaniem. Faceci w naszym wieku dawno już odcięli rodzinną pępowinę. Nagle dostałem olśnienia: – Tak pewnie wabi się twój pies, co? – Trzeba złożyć to na karb mojego wieku. Byłem wtedy dwudziestoparoletnim nieokrzesanym kozłem i zdarzało mi się palnąć zanim pomyślałem. Jak właśnie teraz. Skóra na skroniach zadrgała mu nerwowym tickiem. - Nie. Mój dziadek to ... po prostu dziadek. Sprowadzili mi go 15 lat temu z Ohio jako niańkę. I tak już zostało. Gwizdnąłem z niedowierzaniem, co on musiał przyjąć jako zachętę do zwierzeń. I wkrótce usłyszałem, jak to jego ojciec, profesor wykładający grafikę architektoniczną na wystroju wnętrz, został oskarżony przez studentkę za zbyt śmiały komentarz o jej obcisłej kiecce, a raczej o tym co pod kiecką. Dostał od rektora żółtą kartkę i zawieszenie do końca semestru. Ale znajomy ściągnął go na Florydę do pracy w prywatnej firmie projektowej, matka pojechała żeby mu pomóc się urządzić; tyle, że w międzyczasie zakochała się w klimacie oraz pobliskim polu golfowym i już nie wrócili do Ralpha i do rodzinnego domu w Virginii, na przedmieściach Waszyngtonu. Ralph był wtedy w ostatniej klasie liceum. Zostawili mu auto, spłacony dom, rozsądny kredyt miesięczny na żarcie i rachunki, oraz dziadka z Ohio. Ralph do Miami na Florydzie latał najpierw co rok, potem już tylko co dwa lata, bo na częściej nie było go stać. Dziadek zaś przejął rolę matki i ojca jednocześnie. A nawet przyjaciela, bo Ralph raczej kulał w resorcie towarzyskim. I tak już zostało. – Bo mój kalendarz rozrywkowy to mecz w telewizji, miska popkornu, piwo. W domu. Z dziadkiem - dokończył opowieść z przepraszającym uśmiechem. A ja pomyślałem, że musiała go dławić rodzinna żółć jeśli tak łatwo wypluł z siebie niezbyt w końcu chlubną opowiastkę i to przed kimś z kim jeszcze nawet nie wypił pierwszego wspólnego drinka. Tracy przyniosła nam nasze martini w szerokich kielichach i małże. A ja dostrzegłem wyrwę w konwersacji przez którą mogłem wreszcie przecisnąć temat, który mi się cisnął na usta od samego początku naszego spotkania: - No, ale przecież masz narzeczoną. Czyli wcale z tobą nie jest aż tak źle w resorcie towarzyskim – puściłem do niego perskie oczko. Przez twarz przesunął mu się cień, jakby już żałował tego spotkania. Uniósł lewe ramię w obronnym geście przeistaczając się w Mr. Skoliozę. Upił łyk espresso martini ze zmrużonymi oczami i wyrazem twarzy jakby próbował syropu na kaszel. Ale już po pierwszym łyku rysy mu złagodniały a oczy zamrugały z aprobatą. - Niezłe! – zawyrokował. – Co w tym jest? - Likier kawowy, Bailey’s Irish cream i waniliowa Stoli. - Stoli – zawahał się. – Nie słyszałem. - Na pewno słyszałeś. Stolicznaja. To ruska gorzała. - Ach, ruska – zaczerwienił się aż po korzenie cienkich, myszowatych włosów. Okazało się, że rumieńce przychodziły mu równie łatwo jak gimnazjalistkom. – Tak jak moja Elena. - Masz na mysli swoją narzeczoną? Jest Rosjanką? – nagle pożałowałem, że nazwałem Stoliczną „ruską gorzałą”. Jakoś tak niezręcznie to wyszło. Ale przecież skąd mogłem wiedzieć? - Jak ją poznałeś? Na wspomnienie wróciło zdjęcie w srebrnej ramce. Młoda kobieta w wieku nieco ponad dwadzieścia. Doznałem olśnienia: – Pewnie studentka albo stażystka, co? Pełno takich w Waszyngtonie. Może w Banku Światowym? Ralph zakręcił się na krześle jakby go zapiekły hemoroidy. Wysączył martini do dna jakby to był sok pomarańczowy i zamachał palcem na Tracy. – Następna kolejka jest na mój rachunek. – Wydłubał małżę z muszli małym widelczykiem, zakręcił nią w sosie z białego wina i wsadził do ust. Żuł długo i powoli, zwlekając z odpowiedzią. – I może jednak wezmę cheesburgera. Nie miałem nic do jedzenia od lunchu. Nie jesteś głodny? - No więc studentka czy stażystka? – nie dałem się zbić z tropu. - Ani jedno, ani drugie. Elena nigdy nie była w USA. Mieszka w Rostowie. W Rosji. Teraz to ja zakręciłem się na krześle. Jedna szokująca wiadomość za drugą. No i kawałki puzzla układały się bez ładu i składu. Wcale nie tworzyły żadnej logicznej całości. Tak rozmawiać mogliśmy do rana. Więc jeśli on nadal miał ochotę na zwierzenia, to te małe smarki w muszlach nie zaspokoiłyby mojego głodu. Skinąłem głową i rzekłem pojednawczo: - Niech będą cheeseburgery. Ale do nich lepsze piwo. A teraz gadaj jak poznałeś kobietę. Poleciałeś na urlop do Rosji. Elena była przewodniczką grupy. Zgadłem? Aż się żachnał: - Coś ty, nie stać mnie na przelot do Miami do rodziców, to skąd bym miał taką kasę na latanie do Rosji! Ja za granicą to byłem tylko w Kanadzie. Jeszcze w liceum. Na stół wjechały olbrzymie, soczyste cheesburgery z furą frytek i szklanice z piwem zroszone kropelkami lodowatej wody. Wbiliśmy zęby w kanapki, popili piwem. Ralph żuł długo i dokładnie, tak jak nam to zawsze rodzice wbijali w głowę, że niby trawienie zaczyna się w ustach, bo enzymy w ślinie, bla, bla, bla. Po każdym kęsie obcierał usta serwetką. Jedliśmy w milczeniu słuchając kaskad śmiechu wypełniających salę. Czekałem niecierpliwie żeby wreszcie zaczął historię o narzeczonej, a nie chciałem go spłoszyć nachalnością. Więc tylko zagryzałem wargi z niecierpliwości. Wreszcie powiedział bez związku: - Ty to pewnie nie masz żadnych problemów z nawiązywaniem znajomości z kobietami. Zamyśliłem się. Faktycznie, kobiety do mnie łatwo lgnęły, ale miałem kłopot z utrzymaniem ich przy sobie. Przychodziły szybko, a potem jeszcze szybciej odchodziły. Byłem młody, nieustatkowany, emocjonalnie wciąż jeszcze tkwiłem bardziej w liceum niż na pozycji profesjonalisty z uniwersyteckim dyplomem w znanym waszyngtońskim lobby. Takich jak ja nazywali late bloomer, bo dojrzewałem psychicznie wolniej niż moi rówieśnicy. - To wcale nie tak – odparłem z pełnymi ustami. – Nie mam im za dużo do zaoferowania. Forsa mi się nie trzyma, nie urodziłem się w rodzinie Rockefellerów, no i nie jestem najjaśniejszą żarówką na waszyngtońskim firmamencie – postukałem się po łepetynie. Ralph wbił oczy gdzieś ponad moją głową, w lampę udającą Tiffany. - Wiesz, ja nigdy jeszcze nie miałem dziewczyny. Elena jest pierwsza. Próbowałem wcześniej wszystkiego: ślepe randki, agencje towarzyskie, zaaranżowane przez rodzinę spotkania, ale jakoś nic sie nie udawało. Żadna nie chciała się spotkać po raz drugi. I wreszcie znalazłem ogłoszenie. Elena pisała, że była bardzo samotna i spragniona przyjaźni. Nagle ja pojawiłem się w jej życiu. Wszystko zaczęło iść jak z płatka. Po kilku wymianach majli zakochała się we mnie. – Znów się spłonił i oczy mu uciekły w głąb sali. – I ja w niej też – wyznał ledwo dosłyszalnym szeptem. Kęs cheeseburgera stanął mi w gardle. Historia brzmiała jak bajka. Pytania cisnęły się na usta, ale nie wiedziałem, czy wypadało mi pytać. W końcu nie był moim kumplem z piaskownicy. To była nasza pierwsza w życiu męsko-przyjacielska rozmowa, choć wcale nie byliśmy jeszcze przyjaciółmi. Do tego on był starszy o jakieś 6-7 lat. Ale się przemogłem, przełknąłem bułkę i ostrożnie zaproponowałem: - Poczekaj, po kolei. Znalazłeś ją w necie przez przypadek, czy jak? - Rosyjska agencja towarzyska – przyznał. - Acha, to amerykańskie nie były skuteczne, ale rosyjskim zaufałeś? - Ehem – potaknął. – Elena odpisała mi zaraz jak się tylko zarejestrowałem. Podrapałem się w ucho. – A po jakiemu napisała? - Na razie w pisaniu po angielsku pomaga jej brat. Jak się pobierzemy i ona tu do mnie przyjedzie, to podciągnie się w języku bardzo szybko. Planuję intensywne konwersacje. Już spisałem listę tematów do rozmów. Wycinam obrazki z magazynów i będę ją testował ze słownictwa. Kupiłem scrabble, familiadę. Będziemy ćwiczyć dzień i noc Ho-ho-ho, pomyślałem, już widzę te nocne ćwiczenia. Przed oczami stanęła wizja Mr. Skoliozy w nocnej scence z Rudym Kociakiem i aż się uśmiechnąłem pod wąsem, którego nie mam. Wizja miała charakter mało obyczajny. Już taki byłem i dziś nie zmienię przeszłości. Tymczasem Ralph ciągnął dalej, nieświadomy – na szczęście – moich frywolnych przemyśleń: - Na razie wysłałem jej pieniądze na naukę języka. Wystarczy, że zdobędzie podstawy, reszta pójdzie łatwo. Znam mnóstwo przypadków mężczyzn z obcojęzycznymi żonami. Szczególnie żołnierze stacjonujący gdzieś w Azji – Filipiny, Guam, Afganistan – przywożą kobiety które ani me ani be, a po krótkim czasie już mogą prowadzic konwersację. Nie ja pierwszy, nie ostatni. - Zaraz, zaraz. Wysłałeś pieniądze komuś, kogo nie widziałeś na oczy? - Jak to, przecież mam zdjęcie! – żachnął się. - Nie wiesz, kto się ukrywa za tym zdjęciem – nieomal krzyczałem na niego, usiłując przebić swoj głos ponad coraz to wzrastający gwar restauracyjny. Bardzo się cieszyłem, że nie usiedliśmy przy barze. Tu, za paprotkami i bluszczami byliśmy schowani przed ludźmi, których znałem. Już i tak wiele rąk machało do mnie, przywołując do swojego stolika. – A w ogóle to zacznij wreszcie od samego początku. Ralph skinął głową i zaczął swoją historię. Popłynęła gładziej niż się spodziewałem po takim nieśmiałym dudku jak on. Dziś myślę, że wtedy po raz pierwszy w życiu natrafił na kogoś, kto nachylił do niego przyjazne ucho, okazał odrobinę zainteresowania. Ralph stał się po raz pierwszy podmiotem konwersacji i otwarła się w nim jakaś tama. Gadał jednym tchem, jakby się bał, że się znudzę i odejdę do innego stolika. A więc po wielu nieudanych próbach wyswatania go z wnuczkami swoich znajomych z Ohio, czy sąsiadek z Virginii, dziadek wyczytał w gazecie, że wielu Amerykanów sprowadza z Rosji żony i że istnieją agencje łączące przez ocean amerykańskich pracoholików lub nieudaczników z chętnymi rosyjskimi dziewojami. Takie wysyłkowe agencje katalogowych oblubienic. Jedna z nich operowała z Kanady i nazywała się „Rosyjskie Anioły”. Dziadek doszedł do wniosku, że Kanada daleko i nikt się nie dowie o nieudacznictwie wnuczka w damsko-męskim resorcie. Zarejestrował się więc jako Ralph, wpłacił słone wpisowe i wkrótce przyszedł katalog nazwisk, adresów i fotografie. Było tam napisane: Pozwól, że znajdziemy ci doskonałą partnerkę na całe życie; na dobre, na złe i nawet na to najgorsze. Rosyjska żona ma w sobie to, czego nie mają Amerykanki. Jej oczy przemówią i odczytasz w nich trudy i znoje jakie od zawsze trapiły ten dzielny naród i które ukształtowały twą przyszła oblubienicę na silną i zaradną kobietę. Te doświadczone oczy będą umiały uśmiechać się pełnią dumy i hartu Matki-Rosji. Ale znajdziesz w nich też tkliwość i ciepło jakie tchnęły w nie piękne rosyjskie stepy, niebotyczne góry, rozległe jeziora, dzika tundra i zew wiecznych lodów arktycznych. Ten uśmiech wesprze cię w chwilach zwątpień i ogrzeje w samotności. Z tym uśmiechem łatwiej będzie ci iść przez życie. Mamy nadzieję, że pomożesz przeznaczeniu i zrobisz pierwszy krok w kształtowaniu swojego nowego życia. Już dziś skontaktuj się z przyszłą wybranką serca. Poniżej były oświadczenia szczęśliwych żonkosiów, którzy skorzystali z usług firmy i swoją bogdankę dostali w trybie ekspresowym, nieomal dostarczoną pod drzwi przez FedEx, w pudełku ze szkarłatną kokardką na górze. Ktoś poświadczał, że Rosjanki są ugodowe a nie konfrontacyjne. Lubią dogadzać i nie konkurują o priorytet w małżeństwie. Tym bardziej, że ruch feministyczny modny na całym świecie jeszcze do Rosji nie doszedł. Inni doradzali, żeby się nie zdziwić, jeśli 18-latka zgodzi się zapoznać 45-letniego partnera, bo ona szuka raczej opiekuna z doświadczeniem płynącym z wieku aniżeli postrzelonego lowelasa. Brzmiało to wszystko jak disneyowski animowany film i początkowo Ralph podejrzewał lekką marketingową przesadę. Ale potem pomyślał, że przecież tylu Amerykanów nie podpisałoby się pod tymi oświadczeniami pełnym imieniem i nazwiskiem! Amerykanie nie byli aż tak naiwni! Gdyby to okazało się spamem, więcej byłoby protestów po wszystkich mediach niż śmiesznych czapeczek na kardynalskim synodzie. Po tak zachęcającej preambule Ralph nie zwlekał i natychmiast wysłał listy do kilku młodych kobiet, których zdjęcie zakreślił czerwonym mazakiem w katalogu. Odpowiedziały prawie wszystkie, ale Ralphowi szczególnie przypadła do gustu Elena z Rostowa. Majle od niej były pisane prostymi, często niegramatycznymi zdaniami, ale nie spodziewał się więcej. W końcu Elena i tak władała angielskim lepiej niż on rosyjskim. Potem wyszło, że listy pisał pod jej dyktando brat, Borys. Elena zaproponowała, że będzie się uczyć angielskiego, na nieszczęście nie mogła sobie pozwolić na lekcje prywatne. Były to późne lata 90-te, Związek Radziecki dopiero co wyimplodował i teraz naród płacił ciężką cenę za przejście do systemu wolnorynkowego. Nie każdy załapał się na pociąg do sukcesu, więc byli tacy – w tym Elena – którzy popadli w tak skrajną biedę, że amerykańska Wielka Depresja wyglądała w porównaniu jak MTV. Ralph zgodził się bez wahania na opłacanie prywatnych korepetycji. Co prawda kosztowały $500 miesięcznie, ale korepetytor był rosyjskim doktorantem, który właśnie wrócił ze stażu w USA i Elena uczyła się od niego angielskiego w najlepszym wydaniu – z idiomami i akcentem godnym Harvardu. A wszystko po to, by w ich przyszłym wspólnym życiu nie przynieść Ralphowi wstydu i być chlubą ich związku. Acha, bo już po trzecim majlu Elena przyznała, że Ralph był jej przez nieba zesłanym wymarzonym partnerem, u boku którego chciała spędzić resztę życia i płodzić z nim dzieci. Szczególnie te słowa o płodzeniu musiały kapać miodem na Ralphowe serce, bo bez zastanowienia wziął pożyczkę pod hipotekę swojego domu by przesłać jej pieniądze na szpital, gdy nieszczęśliwie potrącił ją autobus w drodze na lekcje angielskiego. Słuchałem tych opowieści i głowa mi się kręciła na karku z niedowierzania, jakbym miał kluczyk do nakręcania w szyi. Jak na swoje dwadzieścia kilka lat i dojrzałość licealisty, chyba z nas dwojga to ja miałem więcej oleju w głowie. Węszyłem dużą drakę. Bo bez względu na to jakby tego nie mierzyć i kroić, historia nie brzmiała koszernie. - Słuchaj, ja bym nie był taki prędki. Powiedz mi, czy ty wysyłasz jej te pieniądze czekiem? I dalej przez agencję? Spłoszyłem go tym pytaniem bo nagle zmalał w ramionach i grymas na moment przewinął mu się po cienkich, jak ledwo zarysowana kreska, wargach. - Nie, już dawno zdecydowaliśmy się przenieść naszą znajomość poza ramy agencji. Przekonała mnie, że nie ma sensu wyrzucać pieniędzy na pośredników. Widzisz, ona ma na względzie moje wydatki! Taka oszczędna! – podkreślił tryumfalnie i lekko się uśmiechnął jakby zaliczył punkt w słownej potyczce. – Wysyłam jej gotówkę przez Western Union. Trochę to kosztuje, ale i tak taniej niż jakbym kontynuował ze zdziercami z „Rosyjskich Aniołów” w Kanadzie. - Czyli nawet nie masz szans na sprawdzenie, gdzie te pieniądze lądują. - No co ty! – oburzył się. – One lądują u mojej narzeczonej! Jakbym jej nie wierzył to bym się z nią nie zaręczył! Zdałem sobie sprawę, że dalsza dyskusja z Ralphem mogła mieć charakter gadania do ściany. Wierzył w to, w co chciał wierzyć. Ja zaś doszukiwałem się dziury w całym. Było całkiem prawdopodobne, że Elena była najsłodszą istotą pod słońcem, mającą na sercu ich wspólne szczęście, wraz ze wspólnie spłodzonymi dziećmi, ale diabeł podszeptywał mi jakieś niedobre myśli. Co prawda sam miałem kiepskie szczęście ze swoimi własnymi narzeczonymi, ale przynajmniej widziałem je na oczy, słyszałem głos (a niektóre to miały głos! Szczególnie jak się kłóciliśmy o to, kto ma zapłacić rachunek za prąd i wodę mając na względzie, że ja brałem zawsze „polowe” króciutkie prysznice a one spędzały większość dnia w wannie pełnej bąbelków, zaś suszarki, lokówki i inne żelazka wydawały się być wmontowane na stałe w gniazdka bez możliwości wyłączenia) A ten nieborak zakochał się w zdjęciu, które mogło - ale nie musiało - być wizerunkiem Eleny z Rostowa. Po kilku próbach wlania oleju do zakochanej łepetyny, poddałem się. Ale nagle wpadła mi doskonała myśl do głowy: - Napisz do niej, że chcesz zadzwonić. Przyniosę ci kartę telefoniczną na wszystkie kraje i pogadasz sobie z nią. Przynajmniej przekonasz się, że nadobna Elena nie jest złośnicą czy skrzeczącym dziwolągiem. Albo kudłatym Wanią. Jak chcesz, to będę przy tobie w czasie rozmowy. W roli podpory emocjonalnej. Ralphowi zadrgała powieka. – Ale jak ja będę z nią rozmawiał? Po pierwsze ona jeszcze nie bardzo umie po angielsku, a po drugie ja nie mam wprawy w rozmowach z kobietami.... Nagle jakaś Muza musnęła mnie skrzydłem i podarowała moment inspiracji. – Możecie zacząć te wasze lekcje angielskiego przez telefon już teraz. Zaczniecie od podstaw: hau du ju du i tak dalej. Na kartę telefoniczną wyjdzie ci dużo taniej niż lekcje z doktorantem. Powiedz jej, że chcesz sprawdzić ile ją nauczył harvardzkiego akcentu i idiomów. W końcu masz prawo wiedzieć, czy cię nie oskubał, to twoje pieniądze! Ralphowi spodobał się pomysł. Przyrzekł, że zaraz jak wróci do domu napisze jej e-mail i zaproponuje konwersacje telefoniczne. Widać było, że zaczęło mu się palić do domu, do komputera. I do spotkania w czacie. Nawet nie dopił piwa. Widziałem go jak slalomem obiegł stoliki i wyskoczył z restauracji jakby ogłosili alarm pożarowy. Z wrażenia nawet nie schował twarzy za wysoko uniesionym lewym ramieniem. Po raz pierwszy jego skolioza była prawie niedostrzegalna. W poniedziałek po przyjściu do pracy zastałem karteczkę na…