Erotyka · 8 min czytania
Katecheza
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
-Tato? -Tak?
Niby że pełen jestem uwagi i skupienia nad tym, co chce mi powiedzieć. Jakbym przeczuwał, że tym razem będzie to coś nad wyraz istotnego. Gówno prawda. Zanurzam nos w szpaltach „Wyborczej”. Zapach świeżej jeszcze, drukarskiej farby świdruje nozdrza, niczym woń końskiego łajna. Czemu końskiego akurat? Jeździ przecież konno. Minimum trzy godziny dziennie spędza w siodle, jeśli podczepić pod to można czyszczenie końskich kopyt, szczotkowanie gniadej sierści, lonżę i pielęgnację prawego oka (ubytek dolnej powieki może być równie dobrze pochodną przebytego stanu zapalnego, jak i śladem po chirurgicznej interwencji). W ogóle jej nie słucham. Macie tak niekiedy? Zdarza się wam, że nie słuchacie z należną jej uwagą najważniejszej dla was na tym świecie osoby, na dodatek właśnie wtedy, gdy próbuje zakomunikować wam coś nad wyraz istotnego? Ja mam tak teraz właśnie. Czytam o tym, jak to Palikot zakwestionował seksualne upodobania Kaczyńskiego. Nie wiem tylko o którego Kaczyńskiego chodzi. Mylą mi się uparcie. Obaj.
-Tato? Słuchasz mnie? -Tak, córcia. Cóż więc znowu?
Niby dlaczego – znowu? Przecież to tak rzadkie, że aż egzotyczne. Moje dziecko (Bóg chciał, że jedyne, o ile czegoś po drodze nie posiałem) chce mi coś zakomunikować. Coś ważnego na tyle, że siada naprzeciw mnie po turecku i najwyraźniej zniesmaczone jest uwagą, jaką poświęcam lokalnemu dodatkowi do ogólnopolskiego dziennika. Czytany właśnie przeze mnie artykuł chwali organizacyjne umiejętności miejskich włodarzy. Chodzi o grudniową Konferencję Klimatyczną. Autor musi być kosmitą który dopiero przed chwilą wylądował. Pieje z zachwytu jakby ktoś ściskał mu jaja w żeliwnym imadle. Że niby rewelacja, same plusy, promocja miasta i regionu, rekordowa oglądalność koziołków na ratuszowej wieży, pełen profesjonalizm i same jedynie korzyści. Dupa blada. Wylądował najdalej wczoraj, skoro nie widział wyludnionych ulic, pustych pubów i knajp, sklepów i sklepików do których przez dwa tygodnie nikt prawie nie zajrzał. Ponad sześćdziesiąt tysięcy studentów posłano do domów, by zwolnić miejsca w akademikach (ktoś uznał, że baza noclegowa nie udźwignie ciężaru, gdyż hoteli mamy zbyt mało, a przyjezdnych będą nieprzebrane tłumy). Razem ze studentami poszła się pieprzyć kasa, którą owi regularnie zasilają portfele barmanów, kelnerów, sklepikarzy, straganiarzy i całej tej kupieckiej menażerii. A teraz czytam, jaka to rewelacja. Jasne. Zarobili ci, którzy mieli zarobić. I nie pytajcie o detal. Nie wskażę palcem. Chcę jeszcze trochę pożyć w tym zatęchłym grajdole. Że Wrocław dawno nas już wyprzedził – wiem. Przeczytałem w tej samej gazecie. -Tata?! No tak. Pierdolić koziołki na ratuszowej wieży. Dziecko do mnie mówi przecież. Coraz bardziej zniecierpliwione na dodatek. Dziecko? Kobieta prawie. Śliczna przy tym… Macie jakieś, choćby blade, pojęcie na temat zniecierpliwionych do ostateczności niewiast? Nie? Ja też nie miałem. Na szczęście w ostatniej chwili odezwał się instynkt samozachowawczy, odziedziczony po przodkach. Męskich chyba. Odkładam dziennik. Patrzę jej prosto w oczy, by już nie miała najmniejszych nawet wątpliwości, że słucham. Ta cholera ma moje oczy! Przysięgam!
-Tata, ja nie chcę chodzić na religię. I nie będę. Choćbyś mnie końmi włóczył.
Konie. Dzikie, stepowe, ze zmierzwionymi grzywami, i te ujeżdżone, dające nogi przy czyszczeniu kopyt, którym prócz gniecionego owsa podaje się witaminy i elektrolity. Nawet Pudzian nie łyka pewnie bardziej kosztownych suplementów. Konie. Treść jej życia i snów. I ziejący czarną dziurą deficyt w moim budżecie. Czuję jak napięcie opada. Gdybyście spytali wprost – czego się obawiałem, przyznałbym się że chłopaka. Kolejnego. Albo i kilku naraz. Kręcił się koło niej jeden latem.…