Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Religia · 41 min czytania

KATEDRA - Tak daleko do nieba

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

(niestety, formatowanie tekstu jest na opowiadaniach.pl ograniczone i scenariusz jest w nie do końca takiej formie, jak trzeba. Jak ktoś chce przeczytać ładniejszą wersję, bo mu wygodniej, zapraszam na http://student.uci.agh.edu.pl/mzywiol/katedra.doc )

{b}K A T E D R A TAK DALEKO DO NIEBA{/b}

{i}Na podstawie „Katedra – Tak daleko do chmur” aut. Bartłomiej Fibaszewski PORTAL, nr.5{/i}

[ciemność] [napisy]

WIKTORIA (Z OFFU) 13 lutego 2000r. Ranek. Siedzę w pokoju i patrzę przez okno. Wokół mnie to gówno, które ktoś nazwał rzeczywistością. Oczywiście, nie mogę wydusić z siebie ani słowa. Powieść stoi w miejscu. Teraz już wiem, że jest skazana na niedokończenie. weny starcza mi na ten pamiętnik, pisany nie wiadomo dla kogo i po co. Dzisiaj i on się urwie.

{i}GŁOSOWI zaczyna towarzyszyć SZUM DESZCZU z przytłumionymi GRZMOTAMI.{/i}

WIKTORIA (Z OFFU; KONT.) Ludzie, jesteście żałośni. Gdyby Bóg nie był wszechwiedzący, bylibyście jego pomyłką. Sama jestem pomyłką. Jednym wielkim błędem. Nie mogę na siebie patrzeć, nie mogę siebie czytać. A może Bóg po prostu o nas zapomniał? To całkiem 00możliwe, bo wcale nie podoba mi się to miejsce. I coś mi mówi, że gdzieś jest inny świat, ładniejszy.

{b}1. PL. LOT W DÓŁ – NOC{/b}

{i}POV. WIKTORII: Lot w dół. Samobójczy skok w środku nocy ze szczytu wieży katedry wśród wielkich kropel deszczu, spadających na ziemię. Czas jest zwolniony. Widać tylko krople mijające spadającą WIKTORIĘ o kilkanaście centymetrów. Dopiero BŁYSKI piorunów rozświetlają przestrzeń, ukazując większą ilość kropel i mokrą ścianę wieży.{/i}

WIKTORIA (Z OFFU; KONT.) Nie! Przepraszam za to wszystko, co wypisuję. Przepraszam za wszystko, co uczyniłam, przepraszam za to, co zrobię. Zrozum, muszę poszukać swojej przyszłości gdzie indziej. Tu jej nie znajdę. Daj mi proszę jeszcze jedną szansę, narzuć pokutę. Być może nie wszystko jeszcze straciłam.

{i}Ostatni BŁYSK ukazuję bardzo bliski i wciąż zbliżający się grunt.

CIEMNOŚĆ. Słychać ciche UDERZENIE ciała o ziemię. Potem CISZA.

[pojawia się tytuł filmu: „KATEDRA” i podtytuł: „TAK DALEKO DO NIEBA”]{/i}

{b}2. PL. POD KATEDRĄ – DZIEŃ{/b}

{i}Słychać SZUM DESZCZU. Na ziemi, w błocie, leży przemoknięta do suchej nitki WIKTORIA – młoda, dwudziestokilkuletnia dziewczyna z długimi włosami koloru ciemny blond. Ubrana w szary kombinezon, pobrudzony błotem.

Dziewczyna wygląda jakby spała. Powoli jej twarz wypełnia cały kadr. Krople deszczu spływają po jej włosach, przemoczonym uniformie, z nosa skapuje na ziemię.

Po chwili WIKTORIA otwiera oczy.

POV. WIKTORII: Bardzo niewyraźnie - jasnoszare niebo i przesłaniający je, wielki ciemny kształt. Po chwili obraz się wyostrza, a kształt okazuje się być WIEŻĄ KATEDRY, sięgająca – jak się wydaje – niskich, ciężkich burzowych chmur, wiecznie polewające świat deszczem.

NAGLE obraz katedry przesłania TWARZ – brudna, przemoczona nieogolona twarz mężczyzny o CIEMNEJ SKÓRZE i rzadkich włosach. Przygląda się WIKTORII i pyta drugiego, O OGORZAŁEJ TWARZY, stojącego za nim:{/i}

CIEMNOSKÓRY Ej, znasz ją?

OGORZAŁY (ZZA KADRU) Nie, to obca.

{i}Zaraz obok CIEMNOSKÓREGO pojawia się twarz pucułowatej kobiety bez oka – z czarną, piracką przepaską. Za nimi zbiera się grupa ludzi, ciekawie przyglądających się WIKTORII.{/i}

JEDNOOKA Widzieliście, jak skakała? Przecież to samobójczyni!

CIEMNOSKÓRY Jaka tam bójczyni? Rusza się, żyje. A skąd my mamy wiedzieć, kto ona? Ja ją pierwszy raz na oczy widzę.

JEDNOOKA Ale skakać, skakała. Sama słyszałam, jak łupnęło.

OGORZAŁY Jak to tak, skakała z wieży i nic? Nie roztrzaskała się? Wysoko jak cholera.

MŁODA DZIEWCZYNA (HAIDE) (drwiąco) Wy to się znacie...

{i}Judzie z tyłu przepuszczają MŁODĄ DZIEWCZYNĘ - HAIDE - niską, z warkoczykami, ubraną w różową sukienkę. CIEMNOSKÓRY i JEDNOOKA odsuwają się od WIKTORII, pozwalając HAIDE przyjrzeć się jej.{/i}

HAIDE (KONT.) (tonem nauczycielki) Po ludzku trzeba delikwentkę spytać, kto ona, jak się nazywa i w ogóle.

{i}Z ODDALENIA: kilka osób pomaga WIKTORII usiąść prosto. HAIDE wciąż przy niej stoi. Podbiega do niej spoza kadru dwójka małych dzieci.{/i}

HAIDE (KONT.) No? Gadaj, ktoś ty. Imię jakieś masz?

{i}WIKTORIA chwile się zastanawia. Po chwili odpowiada cicho.{/i}

WIKTORIA Mam... tylko... nie pamiętam, jakie... zdaje się, że przy upadku straciłam pamięć...

{i}Wszyscy wyczekująco spojrzeli na HAIDE. {/i}

HAIDE Ludzie, wiecie co? To cud! Prawdziwy, najświętszy cud!

{i}Wszyscy, łącznie ze zdumioną WIKTORIĄ wpatrują się w HARDE, która zaczyna wymieniać na palcach.{/i}

HAIDE Skoczyła?

CIEMNOSKÓRY Yyyy....

HAIDE Przecież z nieba nie spadła, znaczy, że skoczyła. Żyje?

CIEMNOSKÓRY No, żyje.

HAIDE Cudownym sposobem ocalona! Święta jakaś czy inna cholera...

CIEMNOSKÓRY Ty, Haide, jak coś wykombinujesz... (euforycznie) Ludzie, CUD !!!

{i}Ludzie, poszeptując „święta”, „cud” i tym podobne podchodzą bliżej, HAIDE, CIEMNOSKÓRY i JEDNOOKA pomagają WIKTORII wstać. {/i}

WIKTORIA Ale gdzie ja właściwie jestem?

{i}Gdy HAIDE otwiera usta, aby odpowiedzieć, ubiega ją męski GŁOS.{/i}

KSIĄDZ (ZZA KADRU) Jesteś wśród uczciwych ludzi, moja droga.

{i}Tłum rozstąpił się. Oczom WIKTORII ukazał się starszy mężczyzna, lekko przygarbiony, ubrany w czerń, podpierający się laską i trzymający w ręku grubą, poszarpana książkę (Biblię). KSIĄDZ powoli zmierza w stronę WIKTORII.{/i}

KSIĄDZ (KONT.) Nie wiem, skąd przybyłaś, zbłąkana duszo, ale się tobą zaopiekujemy.

{i}Podszedł do WIKTORII.{/i}

KSIĄDZ Skończyłaś, córko? Powiedz.

CIEMNOSKÓRY Skoczyła, skoczyła! Ona nam pomoże!

JEDNOOKA Bóg nam ją zesłał!

{i}Tłum zaczyna skupiać się wokół WIKTORII, oddzielając ja od KSIĘDZA i powoli zaciągając gdzieś.{/i}

OGORZAŁY Chodźmy z nią do Wieprza!

{i}KSIĄDZ próbuje przebić się przez tłum do WIKTORII.{/i}

KSIĄDZ Zostawcie ją! Muszę z nią porozmawiać!

{i}Ktoś go odpycha.{/i}

OGORZAŁY Odsuń się, księżulku, trzeba spróbować.

KSIĄDZ Ludzie, popatrzcie na siebie. Gdyby Bóg nie był wszechwiedzący, bylibyście jego pomyłką.

{i}Ludzi z tłumu jakby to wstrzymuje. WIKTORIA, jakby obudzona tymi słowami z zamyślenia, spogląda na KSIĘDZA ze zdziwieniem. Ludzie spoglądają to na niego, to na WIKTORIĘ.{/i}

OGORZAŁY Idziemy do Wieprza!

{i}Tłum wyzbywa się wątpliwości, podchwytuje myśl i prowadzi WIKTORIĘ w głąb wsi. {/i}

{b}3. PL. WIEŚ – DZIEŃ{/b}

{i}Miasto postatomowe, wciąż zalewane hektolitrami wody deszczowej, wiecznie spowite chmurami burzowymi. Ulice zasłane są gruzem, dużymi głazami i metalowymi częściami samochodów, domów i sprzętu AGD – wszędzie sterczą druty, rury, blaszane skrzynki, pokryte rdzą i błotem.

A dookoła zbudowane na ruinach starych budynków z byle czego szopy – częściowo ceglane, tekturowe, blaszane, z powybijanymi i popękanymi szybami, czasem pokryte folią. Sprawiają wrażenie, jakby miały się za chwile rozlecieć. Z wielu z nich wychodzą ludzie i przyglądają się kroczącemu środkiem ulicy pochodowi. Wielu się do niego dołącza.

W jego centrum idzie WIKTORIA, a obok niej JEDNOOKA, CIEMNOSKÓRY, OGORZAŁY i HAIDE, a jeszcze dalej kilkunastoosobowa grupa mieszkańców wsi, wyglądem doskonale do niej pasujących – poszarpani, brudni, zabiedzeni, przemoknięci. Wśród ludzi, obserwujących ten pochód z ich domów słychać głosy zachwytu. Wszyscy komentują jej wygląd i sylwetkę, jakże różną od nich.

To prawda – WIKTORIA wyraźnie różni się od otoczenia – jej uniform, mimo, że ubrudzony błotem i mokry, jest jednak cały, bez dziur, łat i innych braków, nie jest tak zniszczony, jak wszystko dookoła. A sama WIKTORIA wygląda na zadbaną, czystą. Jakże nie pasuje do otoczenia.

Pochód kieruje się w jedną z ulic. {/i}

{b}4. PL. ULICA WIEPRZA – DZIEŃ{/b}

{i}Z jednego z mniej zrujnowanych domów – z całymi ścianami i zabitymi deskami oknami – słychać cichy PŁACZ DZIECKA. Grupa ludzi, a wśród nich WIKTORIA, HAIDE, JEDNOOKA i OGORZAŁY stoją kilka metrów od wejścia – prostokątnej DZIURY po drzwiach, ziejącej nieprzeniknioną czernią – i wpatrują się w nią.

OGORZAŁY wskazuje na DZIURĘ{/i}

CIEMNOSKÓRY (do WIKTORII) Wejdziesz tam.

WIKTORIA (po chwili, patrząc na DZIURĘ) Nie ma mowy. (patrzy na OGORZAŁEGO) Może straciłam pamięć, ale nie instynkt samozachowawczy.

{i}Z tłumu wyrywa się młoda, długowłosa KOBIETA o wściekle zielonych oczach. Z płaczem pada na kolana tuż obok WIKTORII i łapie ją za ubranie.{/i}

ZIELONOOKA KOBIETA (płaczliwym, błagalnym tonem) Błagam! On ma moje dziecko!

HAIDE Widzisz, kochaniutka, tam mieszka Wieprz. To taki wielki bydlak, mutant, no wiesz. Porywa nam dzieci, a bywa, że i dorosłych, a potem zjada. Taki z niego skurwysyn. Wejdziesz do dziury i go zatłuczesz.

WIKTORA Ludzie, opamiętajcie się.

OGORZAŁY Nie masz nic do stracenia. Skoczyłaś z wieży, a teraz się boisz? Boisz siĘ śmierci?

HAIDE Podobno nic nie pamiętasz. Nie masz dokąd iść, nikogo nie znasz, nie masz nic do stracenia.

ZIELONOOKA KOBIETA (łkając) My sami nic nie możemy! A ty jesteś silna i wysoka!

{i}WIKTORIA patrzy na KOBIETĘ, na tych wszystkich ludzi dookoła – zabiedzonych, słabych, obdartych. Mizerne istoty. WIKTORIA znów patrzy w wielką dziurę, ziejącą z budynku. Słyszy PŁACZ. Ludzie dookoła patrzą na nią z nadzieją w oczach, wręcz jak na świętą.

WESTCHNIENIE. WIKTORIA wygląda jakby na bardziej pewną siebie.{/i}

OGORZAŁY (klepie ją po ramieniu) Zamieszkasz z nami. (wciska jej do ręki PISTOLET) Masz osiem kul. Oby wystarczyło. Powodzenia, dziewczyno.

{i}Lekko popycha WIKTORIĘ w stronę wejścia. WIKTORIA przed wejściem jeszcze się zatrzymuje. Spogląda na broń w ręku.{/i}

WIKTORIA Przecież ja nie mam pojęcia o strzelaniu. (odwraca się) Nie macie może latarki?

{i}Cisza. Żadnej reakcji. Tego można się było spodziewać. WIKTORIA patrzy w stronę wejścia i wkracza w ciemność.{/i}

{b}5. WN. U WIEPRZA – DZIEŃ{/b}

{i}CIEMNOŚĆ jest tylko lekko rozświetlana przez nieliczne smugi światła, padające przez dziury w nieszczelnie zabitych oknach. Widać tylko kontur ciała WIKTORII, skradającej się ostrożnie z pistoletem, trzymanym w obu rękach. Przestrzeń wypełnia PŁACZ, do którego po chwili dołącza najpierw ciche, a potem trochę głośniejsze POCHRZĄKIWANIA jakiegoś zdenerwowanego zwierzęcia.

WIKTORIA idzie długim, ciemnym korytarzem, mija kilka bocznych wejść, ale kieruje się --

POV. WIKTORII: -- do większego i niego jaśniejszego pomieszczenia na końcu korytarza. Stopniowo ukazuje się wnętrze pomieszczenia – pod ścianą po lewej siedzi skulona mała DZIEWCZYNKA z twarzą skrytą w dłoniach. To ona PŁACZE. W lewej części pomieszczenia WIKTORIA zauważa RUCH.

Z ciemności po lewej wyłania się powoli WIELKI KSZTAŁT – WIEPRZ: wielka, czarna bestia, poruszająca się na dwóch nogach, ale pochylona. Czasem podpiera się przednia łapą.

WIEPRZ przechodzi najpierw pod przeciwległą ścianą. Po ziemi walają się KOŚCI. WIEPRZ spogląda na WIKTORIĘ. W ciemności błyszczą czerwienią jego OCZY. WIKTORIA podnosi broń.

NAGLE WIEPRZ prostuje się, rozpościera przednie łapy. Słychać rozdzierający RYK.

WIKTORIA strzela. RAZ, DRUGI, TRZECI. Pojedyncze BŁYSKI rozświetlają pomieszczenie, pokazując to WIEPRZA, to przerażoną WIKTORIĘ. Słychać kolejne STRZAŁY. WIEPRZ kuli się, z jego brzucha ścieka KREW.

KLIK. Koniec amunicji. WIKTORIA stoi wciąż z bronią, jak skamieniała, i patrzy na rannego WIEPRZA. Ten jednak nie myśli o umieraniu. WIELKI KSZTAŁT siedzi skulony pod ścianą i JĘCZY. Trzyma się łapami za brzuch i klatkę piersiową. Między palcami sączy się ciemna posoka. Po chwili JĘK przechodzi w ciche WARCZENIE. WIEPRZ powoli wstaje. WIKTORIA otrząsa się z otępienia. Odrzuca pistolet. WIEPRZ idzie w jej stronę.{/i}

{b}6. PL. ULICA WIEPRZA – DZIEŃ{/b}

{i}Tłum stoi przed wejściem i z przerażeniem w oczach wpatruje się w DZIURĘ. Słychać ze środka WARCZENIE i jakieś ŁOMOTY.

NAGLE przez wejście do budynku wypada WIKTORIA i z ŁOMOTEM uderza o ziemię. TŁUM z PISKIEM i KRZYKAMI znika w okolicznych uliczkach.

Na ziemi leży teraz tylko WIKTORIA. Ma poszarpane ubranie, poobijana twarz, krwawi z nosa i kilku ran. Podnosi się nieco i przeczołguje w kierunku najbliższej kupy gruzu.

Gdy jest w połowie drogi z budynku dochodzi POCHRZĄKIWANIE. WIEPRZ – w świetle dnia widoczny już w całej okazałości wielki czarny bydlak, wygląda jak mutacja świni z małpą, z dodatkiem kilku kłów i zniekształconą gębą – wypada z ŁOSKOTEM na zewnątrz. Podbiega do dziewczyny, ŁAPIE ją za grzbiet ubrania i RZUCA na kupę gruzu.

BLISKO: DZIEWCZYNA przedstawia sobą opłakany widok – pokiereszowana twarz, krew płynąca z nosa, z rany nad okiem i z kilku ran na ciele, poszarpane ubranie, potargane włosy. Leży przez chwilę, ciężko DYSZY. Za nią widać WIEPRZA, łażącego w kółko, obwąchującego kamienie i ziemię. Bestia WARCZY głośno kilka razy. WKITORIA sięga ręką w przód, próbuje się przeczołgać. Jej ręka natrafia na –

BLISKO: -- stalową rurkę, oblepiona błotem, lekko przerdzewiałą, ale wciąż mocną. Jej ręka ZACISKA się na rurce tak mocno, aż bieleją knykcie.

NAGLE WIKTORIA WSTAJE. WIEPRZ spogląda na nią, jakby ze zdziwieniem. Dziewczyna, z rurką w ręku spogląda spode łba na WIEPRZA. Zdecydowanym krokiem kieruje się w jego stronę. Na grunt pod jej nogami upada kilka kropel KRWI. WIEPRZ także się do niej zbliża. PROSUJE SIĘ, ROZPOŚCIERA ŁAPY i głośno RYCZY.

Jego ryk zostaje jednak przerwany przez szybki CIOS RURKĄ. Stwór upada na przednie łapy. Przyjmuje kolejne ciosy WIKTORII.

PLAN AMERYKAŃSKI: WIKTORIA stoi nad WIEPRZEM i wciąż okłada go ciosami. Wreszcie widać PRYSKAJĄCĄ KREW. Dziewczyna wreszcie przestaje.

BLISKO: U jej stóp leży wielkie czarne truchło z bezkształtną, krwawą miazgą zamiast głowy, w kałuży krwi. WIKTORIA wypuszcza z ręki okrwawioną rurkę, która z BRZDĘKIEM upada na kamienie.

Zza rogu wychylają się kolejne głowy. Ludzie powoli wyłażą z ukrycia. Podchodzą do WIKTORII, stojącej beznamiętnie nad ciałem stwora. Zatrzymują się kilka kroków od niej. Patrzą na nią z podziwem. Słychać głosy „cud”, „to cud”. Ktoś wyniósł z budynku DZIEWCZYNKĘ. ZIELONOOKA KOBIETA płacze ze szczęścia.

WIKTORIA odrywa wzrok od ciała WIEPRZA, spogląda na TŁUM. Ludzie po chwili zbliżają się do niej, obejmują, prowadzą w drogę powrotną. Dziękują jej, traktują jak świętą. Ale WIKTORIA nie patrzy na nich, ale jakby poprzez nich. Zauważa bowiem –-

POV. WIKTORII: -- pomiędzy ludźmi jedną z odległych uliczek, a w niej TRZY DUŻE CZARNE PSY (ROTTWEILLERY). Ktoś zasłania jej widok, a gdy odsłania, PSÓW już nie ma.

Ciężko dyszącą i zmęczoną WIKTORIĘ ludzie podnoszą z ziemi. Prowadzą ją z powrotem ulicą, którą tu przyszli. {/i}

{b}7. WN. POKÓJ NA PLEBANII – DZIEŃ{/b}

{i}W niewielkim pokoiku o brązowych, odrapanych ścianach, przemoczonych wiecznie padającym deszczem, stoi łóżko, stare krzesło i niewielki stolik, a na nim świeczka. Na łóżku leży WIKTORIA, poraniona i pokiereszowana przez WIEPRZA, a przy niej na łóżku siedzi JEDNOOKA i opatruje jej rany. Na krześle obok siedzi KSIĄDZ.{/i}

KSIĄDZ A więc nie wiesz, jak się nazywasz i skąd się tu wzięłaś. Biedaczka. (do JEDNOOKIEJ:) GENHA, uważaj, nie wydłub jej oka.

WIKTORIA Co to za miejsce?

KSIĄDZ Nikt nie pamięta, czym były wcześniej te ruiny. Nikt nie wie, co jest za nimi. Znamy jeszcze parę okolicznych osad. Nikt nie wie, co jest za nimi. Przypuszczam, że ty wiesz. Nie wyglądasz na jedną z nas, albo z nich. Wyglądasz... dziwnie, jakoś tak... ładnie. (chwila ciszy) Nieważne. I tak nic nie pamiętasz. Żyjemy tu pomału, polujemy na zwierzęta, czasami uda nam się znaleźć coś wśród zgliszczy. ciągle odnajdujemy nowe rzeczy: materiały na domy, szmaty. (na jego twarzy pojawia się uśmiech) Haide ma świniaki...

{i}Patrzy na WIKTORIĘ. Uśmiech ustępuje miejsca zamyśleniu.{/i}

KSIĄDZ Jak tak na ciebie patrzę... może rzeczywiście zesłał nam cię Pan? To taki sam cud jak to, że katedra stoi cała. Przecież powinna zostać zniszczona, jak wszystko... (uśmiech) A myślałem, że Bóg już o nas zapomniał, bo to miejsce wcale mi się nie podoba. (patrzy w okno zamyślonym wzrokiem) Mam takie wrażenie, że gdzieś jest inny świat, ładniejszy...

{i}Okno, w które bębni wieczny deszcz, powoli wypełnia cały kadr.{/i}

{b}8. PL. SEN – LOT W DÓŁ – NOC{/b}

{i}Powtórka z początkowej sceny.

POV. WIKTORII: Lot w dół. Samobójczy skok w środku nocy ze szczytu wieży katedry wśród wielkich kropel deszczu, spadających na ziemię. Czas jest zwolniony. Widać tylko krople mijające spadającą WIKTORIĘ o kilkanaście centymetrów. Dopiero BŁYSKI piorunów rozświetlają przestrzeń, ukazując większą ilość kropel i mokrą ścianę wieży. Ostatni BŁYSK ukazuję bardzo bliski i wciąż zbliżający się grunt. Słychać GRZMOT...{/i}

{b}9. WN. POKÓJ NA PLEBANII – NOC{/b}

{i}...GRZMOT pioruna budzi WIKTORIĘ, leżącą na łóżku w niewielkim pokoiku na plebani. W szybę bębni deszcz, na stoliczku stoi zapalona świeca. Pokój jest pusty – GEHNA i KSIĄDZ dawno już wyszli. Ze szpary między drzwiami a podłogą sączy się światło z korytarza.

WIKTORIA leży na łóżku, ciężko oddycha, uspokaja się po koszmarze. Po chwili słychać ODGŁOSY KROKÓW z korytarza. Światło pod drzwiami przesłaniają czyjeś stopy. Słychać PUKANIE, po czym drzwi się otwierają.

Staje w nich wysoki MĘŻCZYZNA z krótkimi blond włosami i niebieskimi oczami, schowanymi za okrągłymi okularami w drucianych oprawkach. Ubrany jest – tak jak WIKTORIA – w szary uniform. Jego twarz zdobi dobrotliwy uśmiech.{/i}

MĘŻCZYZNA Witaj, Wiktorio.

WIKTORIA A więc tak mam na imię.

{i}Wchodzi, zamyka drzwi, siada na krześle obok łóżka. WIKTORIA także się podnosi i siada na łóżku. {/i}

MĘŻCZYZNA ( BIAŁY) Właśnie tak. A ja nazywam się Biały. Chociaż tego nie pamiętasz, jestem twoim najlepszym przyjacielem. Szukałem cię. Rozmawiałem z tutejszym księdzem. Wiem, co ci się przytrafiło.

WIKTORIA Mam nadzieję, że wyjaśnisz mi kim jestem i skąd się tu wzięłam.

BIAŁY Dobrze, ale mamy niewiele czasu. Nazywasz się Wiktoria Kane i jesteś naukowcem. Masz męża i dwójkę dzieci, ale rodzinę zostawiłaś daleko stąd. Ty, ja i jeszcze paru innych badamy te tereny. Jesteśmy pierwszymi ludźmi z zewnątrz, którzy tu dotarli. Nie przypuszczaliśmy nawet, że ktoś może tu żyć. Okazało się jednak, że promieniowanie nie jest takie duże, a miejscami w ogóle go nie ma. Na takich obszarach przetrwali ludzie. Żyją tu całe pokolenia, nie pamiętając o tym, co było wcześniej. Ale pozostały strzępki tradycji, kultury, na przykład ten ośrodek kościelny.

{i}Chwila ciszy. WIKTORIA patrzy wciąż na BIAŁEGO, a on spuszcza wzrok. {/i}

BIAŁY A teraz najważniejsze. Posłuchaj, Wiktorio. (słowa więzną mu w gardle) Jesteś nieuleczalnie chora. Podłapałaś to tutaj, jakiś zmutowany wirus. Straciliśmy połowę ekipy. Wiedziałaś, że umrzesz, ale nie chciałaś rzucać się w konwulsjach, rzygać i pocić się krwią. Wybrałaś sobie tę wieżę i postanowiłaś skoczyć. Tak przynajmniej napisałaś w liście. Posłuchaj, przykro mi to mówić, ale gdybyś się zabiła, byłoby po kłopocie. Ale ty żyjesz i za chwilę zaczniesz roznosić chorobę. Możemy liczyć się z tym, że większość tych ludzi zginie. Przetrwają nieliczni uodpornieni, tacy jak ja.

{i}WIKTORIA opuszcza wzrok. Nic nie mówi. {/i}

BIAŁY (KONT.) Oczywiście, jest wyjście...

{i}BIAŁY wkłada coś w rękę WIKTORII. WIKTORIA spogląda i widzi –

BLISKO: -- PISTOLET.{/i}

BIAŁY Jest nabity. Wystarczy, że pociągniesz za spust. (prawie płacze) Cholera, wiem, że to dla ciebie trudne, ale ja nie mogę...

{i}BIAŁY wstaje i bez celu krząta się po pokoju. WIKTORIA patrzy na pistolet. {/i}

WIKTORIA Biały?

BIAŁY Tak?

WIKTORIA Ten list... który napisałam... mogę go zobaczyć?

{i}BIAŁY patrzy na nią zaskoczony. Otwiera usta, ale nic nie mówi.{/i}

WIKTORIA Nie wiem, nie mam pewności... Może przedtem byłam do tego zdolna, ale teraz... nie mogę... Jeśli chcesz, oddalę się stąd i poczekam, ale nie strzelę sobie w skroń... (wyciąga rękę z pistoletem) Weź ten pistolet i zostaw mnie.

{i}BIAŁY kuca przed WIKTORIĄ, bierze jej rękę z pistoletem w swoje dłonie.{/i}

BIAŁY Wiktorio, nie zmuszaj mnie...

{i}WIKTORIA cofa rękę. Pistolet zostaje w dłoniach BIAŁEGO.{/i}

WIKTORIA Pogadamy rano.

{i}BIAŁY chwilę jeszcze kuca, patrzy na WIKTORIĘ. Wstaje. Chwyta broń jedna ręką. WIKTORIA spogląda na niego, patrzy mu w oczy. Gdy BIAŁY odwraca się w stronę wyjścia, dostrzega –-

BLISKO: -- złowrogi BŁYSK w oczach przyjaciela.

BIAŁY odwraca…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
KATEDRA - Tak daleko do nieba — czytnik · opowiadania