Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 32 min czytania

Kathleen

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

1. Prolog

Była późna jesień, całą okolice spowiły kolorowe liście, które gdzieniegdzie zdążyły opaść z drzew rosnących jedno przy drugim wzdłuż ulicy. Dzień jak na tą porę roku był w miarę ciepły, słońce przebijało się nieśmiało przez chmury. Pogoda niewątpliwie sprzyjała spacerom. Na jednym z chodników wesoło nucąc bliżej nieokreśloną melodię maszerowała 10letnia dziewczynka. Na głowie miała czapkę z daszkiem, pamiątkę po ostatnim meczu bejsbolowym, na który wybrała się z tatą. Ostatnio miał dla Kathleen trochę mniej czasu ze względu na 3 letnią siostrzyczkę, która była bardzo absorbującym stworzeniem. Kathleen wybaczała mu jednak te malutkie zaniedbania. Dziewczynka poprawiła czapkę i spoglądając na zegarek przyspieszyła trochę nie chcąc martwić rodziców. Minęła kilka budynków, pomachała sąsiadom krzątającym się w swoich ogródkach i stanęła na progu swojego domu. Uśmiechnięta pociągnęła za klamkę. Pierwszą rzeczą, której nie mogła nie zauważyć był donośny płacz Sary, swojej młodszej siostry. Zaniepokojona wbiegła do kuchni. Rozejrzała się ostrożnie. Przy stole siedziała mama Coś było nie tak. - co się stało? Coś nie tak z Sarą? – zapytała podchodząc do kobiety. I wtedy to zauważyła, kobieta opierająca łokcie na blacie płakała. Nie był to zwykły płacz. Był cichy i pełen cierpienia. Kathleen miała zadziwiającą umiejętność odczytywania takich emocji. Podeszła bliżej. - mamusiu? – kobieta dalej milczała, jakby słowa, które miała zamiar wypowiedzieć mogły sprawić, że opuszczą ją wszystkie siły. Kat nie wiedziała co robić, wyszła prędko z pomieszczenia, łapiąc po drodze za telefon. W biegu do pokoju siostry wykręciła numer taty. Ojciec nie podnosił słuchawki. Odrzuciła urządzenie na fotel i podeszła do łóżeczka siostrzyczki. Przez kilka minut uspakajała ją nucąc jej ulubioną piosenkę. Kiedy Sara się uspokoiła, Kat ponownie wykręciła numer, tym razem do babci. Odpowiedź usłyszała już po dwóch sygnałach. – Słucham – odezwał się glos pełen ciepła. – Babciu przyjdź natychmiast – rzuciła jedynie zbiegając po schodach. – Oczywiście – usłyszała odpowiedź – Wróciła do kuchni po 15 minutach. Nic się nie zmieniło. Matka nie zmieniła pozycji nawet o centymetr. Podeszła i ostrożnie położyła rękę na jej plecach. – Co się stało? – Zapytała delikatnie. Kobieta drgnęła podnosząc zrozpaczone oczy na córkę, jej widok chyba nico ją oprzytomnił. Wypowiedziała jedno jedyne słowo – Seth – sekundę później rozległ się dźwięk otwieranych drzwi. Obie odwróciły głowy w stronę wejścia do kuchni, stała w nich starsza kobieta. - babciu to coś z tatą! – Zawołała dziewczynka. Kobieta spojrzała na matkę Kathleen zaniepokojona. - Kochanie, idź na górę i zajmij się swoją siostrą. Porozmawiamy później. – ton jej głosu nie dawał szansy na żaden sprzeciw. Kathleen, choć bardzo niechętnie powlokła się na górę do pokoju siostry. Nikt nie zajrzał do nich przez kilka godzin. Kathleen nie widząc innego wyjścia, wymknęła się po cichu z pokoju zmierzając w kierunku schodów, które kończyły się tuż przy kuchni. Nie słyszała wszystkiego, jednak słowa, które nie były przeznaczona dla jej uszu, sączyły się powoli przez przymknięte drzwi pomieszczenia. Usłyszała zbyt wiele. Zrozumiała, że miała już nigdy nie zobaczyć swojego ojca

2. Follow your instinct.

Sierpniowe słońce chowało się za horyzontem zalewając swoimi promieniami przedmieścia Kempston . Spokój jaki panował na ulicy zagłuszały jedynie silniki samochodów powoli zmierzających do garaży. Gdzieniegdzie mieszkańcy krzątali się sprzątając zabawki w ogródkach po swoich pociechach. Powoli okolice zalewała cisza. Tak jak w każdy inny dzień i dziś nic nie odbiegało od normy. - zgaś to natychmiast – syknęła 15-letnia dziewczynka w stronę swojej siostry. - niby dlaczego…? - Sara wstała z podłogi z nieco obrażoną miną, ale dostrzegłszy wyraz twarzy Kat szybkim ruchem ręki zgasiła świeczki. W pokoju zapanował półmrok, dziewczynki jednak nie zdawały się tego dostrzegać. - dobrze wiesz dlaczego – odparła starsza mniej surowym tonem. – nie chce żeby zauważyła – - zapalone świeczki jeszcze o niczym nie świadczą! – zaperzyła się Sara. Kathleen spojrzała na młodszą siostrę i zarzucając jej rękę na ramię wyprowadziła z pomieszczenia. - wiem, wiem… leć na dół, mama wołała na kolację. Przez chwilę patrzyła na swoją 7-letnią siostrę, która zbiegając po chodach starała się przeskakiwać po trzy stopnie naraz. Odwróciła się i weszła do pokoju. Było to nieduże pomieszczenie jednak miało swój charakter. Ściany zdobiły rysunki, które powstawały przez lata. Dzieła obu sióstr były całkiem niezłe biorąc pod uwagę ich młody wiek. Zaraz za drzwiami stało duże łóżko, chociaż każda z nich miała swój własny pokój często spały w nim razem. Wyposażeniem była również ogromna, stara, drewniana szafa oraz biurko, przy którym wisiało lustro. Dziewczynka zbliżyła się do okna, koło którego na drewnianym stoliku stała, zdobiona kolorowym woskiem świeca. Przesunęła nad nią ręką, lekko poruszając palcami. Od razu pojawił się płomyk, Kat zatrzymała na nim wzrok tak jakby zobaczyła takie zjawisko pierwszy raz w życiu, po czym pokręciła lekko głową i dmuchnęła w jego stronę. Wyszła pozostawiając pokój w ciemnościach. Weszła do nieskazitelnie czystej, jasnej kuchni zaledwie minutę później, Sara już zajadała się jajecznicą siedząc przy stole, który znajdował się na środku pomieszczenia. - ładnie pachnie – uśmiechnęła się w stronę mamy. - bierz się do jedzenia, wychodzimy za 10minut – odpowiedziała kobieta, która nadal stała przy kuchence mieszając zawartość patelni. Miała 43 lata, na jej twarzy pojawiały się już pierwsze zmarszczki, dodawało jej to jedynie uroku. Jej cera jasna jak porcelana przepięknie komponowała się z oczami, które swym kolorem przynosiły na myśl gorzką czekoladę, brązowe włosy spięte w koński ogon gładko spływały do ramion. Była niewysoka i miała zaokrąglone kształty. Chociaż stała tyłem do Kat ta wyczuła, że matka również się uśmiecha. - wychodzimy? – zapytała podekscytowana Sara, prawie skacząc na krześle i oczywiście rozrzucając po kuchni jajecznice z widelca. - ty zostajesz kochanie i … posprzątaj proszę – dodała rozglądając się dookoła dostrzegając posiłek córki na podłodze i szafce. - niedługo przyjdzie Mel. Melani mieszkała na końcu ulicy zaledwie kilka domów dalej. Czasami zajmowała się małą w roli niani. Sara wolała jednak myśleć o niej jak o kumpeli, jeżeli 23letnia kobieta mogła w ogóle stanowić koleżankę dla 7latki. W każdym razie tak właśnie Sara wspominała ją koleżankom ze szkoły. - ojej… to znaczy, że idziesz gdzieś z Kat? – odparła dziewczynka nieco zbita z tropu. - właśnie tak – kobieta odwróciła się przodem do córek, wyraz jej twarzy był nieprzenikniony. - yyy… gdzie właściwie idziemy?- wtrąciła się Kat. - niespodzianka – - nie lubię niespodzianek… - Kat zmarszczyła nos, nie wiedziała czego się spodziewać, jej mama nigdy nie zachowywała się tak tajemniczo. A przynajmniej Kat nie potrafiła odnaleźć w pamięci takiej sytuacji. - myślę, że ci się spodoba, jedz szybko bo wystygnie. Zakończywszy temat kobieta spojrzała na talerz starszej córki. No tak… Kat wzdrygnęła się lekko i ciągle zastanawiając się nad celem ich niespodziewanej wycieczki zabrała się do jedzenia. Jak na zwykłą jajecznice posiłek był przepyszny. Zresztą jak zawsze. Ich mama była wyśmienitą kucharką. Pięć minut później w domu rozległ się odgłos dzwonka. Zgodnie z przewidywaniami w progu stała Mel. Zanim Kat doszła do drzwi młodsza dziewczynka już uwiesiła się gościowi w pasie mocno się przytulając. - dobry wieczór pani Thompson – Melani uśmiechnęła się szeroko. Zawsze była zadowolona, czasami stawało się to denerwujące, przynajmniej w opinii Kat. - mamo, idziemy?- - tak, tak… nakładaj buty, ja idę do garażu. Sara nie zapomnij posprzątać po kolacji i nie namawiaj Mel do siedzenia przed telewizorem przez całą noc – puściła oko do niani i pocałowała córkę w czoło. - do zobaczenia – Wieczór był przyjemny. Lekki wiatr, odpowiednia temperatura, Kat zdecydowanie lubiła tę porę dnia. Czekając na matkę włożyła ręce do kieszeni. Po chwili ze zdziwieniem wymacała w jednej z nich dziwny przedmiot, wyjęła go i przyjrzała się uważnie. No tak, pomadka. Mogła się tego spodziewać, mama uparcie robiła jej takie prezenty, choć doskonale wiedziała, że córka za nimi nie przepada. Właściwie to była chłopczycą. Włosy sięgające do połowy pleców zawsze związane były w kucyk, na głowie nieodłączny element jej stroju – bejsbolowa czapka z daszkiem. Dżinsy, luźny podkoszulek i bluza. Tak czuła się swobodnie. Nienawidziła kiedy mama starała się przekonać ją do sukienek, spódnic, błyszczyków i innych zbędnych według niej rzeczy. Była niewysoka i szczupła. W swoim przekonaniu nie była pięknością toteż nie starała się eksponować własnego wyglądu. Stojąc tak na podjeździe rozejrzała się dookoła. Nie miała pojęcia dokąd zabiera ją mama o tej porze. Stała tak przez chwilę prześlizgując się wzrokiem po okolicy. Cała ulica usiana była jednorodzinnymi domkami z niewielkimi ogródkami. Każdy z nich czymś się wyróżniał, jakby mieszkańcy chcieli podkreślić swoją indywidualność. Wieżyczki, tarasy, nietypowe kształty nie były tu rzadkością. Jedynie ich własny dom Kat uważała za pospolity, szczególnie w takiej okolicy. Ot, zwykły budynek, zwykle podwórko, podjazd i garaż. Przeciętny. - Kat?- zawołała mama z samochodu. - już idę – odpowiedziała i wsiadła od strony pasażera. Zapinając pasy spojrzała na mamę. Kobieta patrzyła przed siebie. - dokąd my się właściwie wybieramy? – zapytała dopiero kiedy minęły ostatni dom, opuszczając miasto. - widziałam świeczki – odpowiedziała mama zmieniając temat. - o… tak Sara je zapaliła, wiesz taka zabawa… - Mama nic już nie odpowiedziała. Po kilku minutach Kathleen zmógł sen, co wydawało się dziwne ponieważ wcześniej wcale nie czuła się senna. Obudziła się nie wiedząc, która w gruncie rzeczy jest godzina, spojrzała na deskę rozdzielczą 22:16. Musiały przejechać spory kawałek drogi. Dziewczyna wyjrzała przez okno, wokół panowały ciemności, skutecznie uniemożliwiając określenie ich położenia. - mamo? – - cierpliwości kochanie, wydaje mi się, że już dojeżdżamy – odpowiedziała spokojnie kobieta. - wydaje ci się? – mruknęła powątpiewająco. Mama nie odpowiedziała. Kat czuła się lekko zdezorientowana. Ufała mamie, ale te tajemnice zaczęły ją najzwyczajniej w świecie wkurzać. Brała też pod uwagę możliwość zgubienia drogi, zawsze podczas dłuższych wycieczek robiła za pilota, mama nie miała za grosz zmysłu orientacji. Zaczęła zastanawiać się czy zdąży jutro spotkać się ze swoim najlepszym kumplem Jacobem. Umówili się o 10 w centrum handlowym. Jake i Kat przyjaźnili się właściwie od przedszkola. Dziewczynka często śmiała się, że ujął ją prezentem, który dostała od niego pewnego dnia po zajęciach, był to przekomiczny rysunek dwójki dzieci trzymających się za ręce. Tak naprawdę to po tym zdarzeniu byli już nierozłączni. Ich rodzice prorokowali im ślub i potomstwo za kilka lat, ale oni czuli się po prostu w swoim towarzystwie swobodnie a z tego pomysłu nieraz zaśmiewali się do łez, Jake był dla niej jak brat. Myśl o przyjacielu przywołała uśmiech. Mama spojrzała na córkę – chyba się nie domyślasz gdzie jedziemy? – Powiedziała przejęta, w jej oczach widoczna była lekka panika. - oh, mamo nie mam zielonego pojęcia. Po prostu umówiłam się na jutro z Jacobem i zastanawiam się czy zdążę. – kobieta odetchnęła lekko, ale za chwilę spojrzała na nią jednym z najbardziej przenikliwych spojrzeń. - i z tego powodu się uśmiechasz? Zresztą nieważne, myślę że zobaczysz się z Jakiem szybciej niż się spodziewasz – wypowiedziawszy to jeszcze bardziej tajemnicze zdanie odwróciła głowę patrząc prosto na drogę, przy której pojawiały się pierwsze zabudowania. - nie rozumiem? – dopytywała się Kat. – czy wyjaśnisz mi w końcu dokąd my jedziemy? – Mama milczała jak zaklęta. Przez resztę drogi nie odezwała się ani słowem głucha na coraz to bardziej natarczywe pytania córki. Po kilku minutach bezowocnej „rozmowy” Kathleen dała za wygraną. Pogodziła się z myślą, że nie zostaje jej nic innego niż zaczekać na dalszy rozwój wypadków. Starała się dostrzec za oknem coś, co pozwoliłoby jej ustalić gdzie się znajdują. - Kathleen – zaczęła matka poważnie. – Wydaje mi się, że cel naszej podróży może być dla ciebie szokiem, a może się mylę. Nie wiem. Wiem jednak, przeczuwam to, że będzie to miejsce dla ciebie ważne. Chciałabym więc, żebyś wyzbyła się uprzedzeń i ruszyła za swoim instynktem. – O tak, to wiele wyjaśnia. Pomyślała Kat. - dobrze, spróbuję – odpowiedziała ostrożnie. - to jak wysiadamy czy co? – zapytała zbita z pantałyku, dalej nie rozumiała co jest celem ich nocnej wyprawy. - jeszcze kawałek. – odpowiedziała mama, ponownie odpalając samochód. Jechały zaledwie 10 minut. Oczom Kat ukazała się zdobiona, ogromna, mosiężna brama. Przejechały ją nie zatrzymując się przy budce strażnika. Droga za wejściem prowadziła jeszcze przez kilka minut. Po obu stronach otaczała ją piękna, ciągnąca się w nieskończoność posesja. Niestety ciemność napierająca zza okna nie pozwalała odróżnić większości szczegółów, ani ustalić gdzie kończy się ten teren. Wszystko skąpane było w szarości ale pomimo tego okolica zapierała dech w piersi. Drobne ścieżki, piękna roślinność, kilka ławek, które Kathleen zdołała wyłapać nie były pospolite, nawet dla osoby, która wyrosła w dzielnicy indywidualistów. Nagle samochód zatrzymał się raptownie, Kat ciągle rozglądająca się po bokach po raz pierwszy spojrzała przed siebie. Z jej piersi wydobyło się ciche – och! – mama uśmiechnęła się lekko – no to wysiadamy – powiedziała. Kathleen właściwie wyskoczyła z samochodu. Stały na podjeździe czegoś, co można by było nazwać dworkiem, z braku lepszego słowa. Przepiękny, ogromny, stary dom górował na środku posesji. Kat zastanawiała się jak mogła nie dostrzec go wcześniej. W środku musiało znajdować się ze sto pokoi, jeżeli nie więcej. Niespodziewanie coś wpadło na nią z impetem. Odskoczyła lekko od obiektu, który mało, co jej nie stratował i nagle zaskoczenie zalała fala szczęścia. - Kat! Ojej Kat! Już myślałem, że nigdy nie przyjedziesz! – krzyczał Jake prosto do jej ucha. Zaczęło lekko padać. Pierwsze krople uparcie uderzały o daszek czapki Kat wygrywając coraz to szybszy rytm. Dziewczynka jednak zadawała się kompletnie tego nie zauważać. Patrzyła na swojego przyjaciela z lekko rozwartymi ustami. Nagle poczuła, że coś lub ktoś popycha ją lekko do przodu. Sytuacja stawała się coraz bardziej abstrakcyjna. Radość wywołana widokiem przyjaciela zdawała się szybko ustępować zaskoczeniu i zdezorientowaniu. Po sekundzie dziewczyna uświadomiła sobie, że stawia stopy na kamiennych schodach prowadzących do budynku. - Jake? Co się dzieje? – zapytała ciągnąc chłopaka za rękaw. Uśmiechnął się zawadiacko. - naprawdę nie wiesz? Mi rodzice powiedzieli wczoraj, normalnie myślałem, że nie wysiedzę, oczywiście wiedziałem, że coś takiego może się zdarzyć ale… - w tym momencie przeszli przez drewniane drzwi, które swoją wysokością sprawiały wrażenie jakby były stworzone dla olbrzyma. Jake przyłożył palec do ust, dając znak że nic więcej nie powie, że też akurat teraz musiał wyzbyć się swojej najbardziej charakterystycznej cechy, jaką było najzwyczajniej w świecie gadulstwo. Kathleen nic nie rozumiała. Spojrzała na matkę, która szła tuż obok niej, kobieta dalej się uśmiechała. Dostrzegła też rodziców Jacoba i ku swojemu zdziwieniu jeszcze kilka osób, których oczywiście nie rozpoznawała były wśród nich dziewczynki i chłopcy w jej wieku. - mamo… - zaczęła błagalnie. - Kat – kobieta zatrzymała się i spojrzała na córkę. – tylko się nie denerwuj, jesteśmy w Akademii, na początku wakacji…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Kathleen — czytnik · opowiadania