Filozofia · 8 min czytania
Kawa
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozsiadł się wygodnie na skórzanej kanapie, założył nogę na nogę w pozie luzackiego zamyślenia i wertując niedbale makulaturę codzienną, bijące politycznym sercem sedno egzystencji podszywanej inteligencji, pociągnął spory łyk aromatycznej kofeiny i rozejrzał się po lokalu. Zapach smażonego tłuszczu, skacząc radośnie po patelni na zapleczu ukrytym przed oczami klienteli za marmurowym kontuarem, rzędem automatów do lodów, kawy i gówna w areozolu, uderzał w nozdrza datą przydatności do spożycia. Wiszące, z braku ściennych wieszaków, na oparciach krzeseł kurtki i płaszcze, zmęczone przeciągająca się zimą, kurczyły się w sobie z obrzydzeniem, starając się bezskutecznie pochłaniać jak najmniej drażniącego aromatu fast foodów. Jego plecy otulił drapieżnie powiew lodowatego powietrza, niosąc kłującą w kark prognozę przymrozku, a złożywszy delikatny pocałunek dreszczu, odleciał, uciekając przed masami gorącego powietrza wypełniającymi wnętrze, by chwilę później pozwolić się im wchłonąć w odwiecznym tangu skarbów w stanie lotnym. Drzwi zamknęły się ponownie, a do kasy przemknęły zwinnie cztery delikatne, urocze niewinnością, nastoletnie anioły, radosne, rozszczebiotane, słodkie... Natychmiast zmierzył je wzrokiem, krytycznie mierząc walory, tocząc perwersyjną ślinę, wystawiając oceny. W myślach twardo, w spodniach miękko, klasyczne zboczenie intelektualnego przedwczesnego wytrysku, „przesilenie wiosenne” i osłabienie libido, kiedy „mogłaby usiąść”, ale nie miałaby na czym, bo choć szczeka jak rottweiler, ma posturę chichuachua. Biedny był z niego facecik, no patrzył, bo wypadało, no ślinił się, bo nie wypadało, żeby nie... No był twardzielem z miną „cześć mała”, bo się rozbierać nie musiał. Ach, ilu już twardych poległo śmiercią samobójczą w wiecznym zwisie, gdy tak skakali z ego na realia... Ale tytuł miny – „jestem gość”. - Licealistki... – wymamrotał pod nosem, zachłannie wpatrując się w pupcie, fryzurki, oczka, noski. - Bezdomny... – myślały licealistki, patrząc na chcącego wyglądać dumnie, zarośniętego faceta pod trzydziestkę, w pomiętej koszulce i brudnych spodniach. Chłopczyki nigdy nie wyrastają z wycierania rąk w spodnie, z czasem tylko zaczynają to robić w podszewkę kieszeni, mniej widać, dłużej portki można ponosić... One usiadły w przeciwległym kącie. Chyba go nie widzą zza tego filaru. Pokręcił się nerwowo na kanapie i niby przez przypadek wychylił. Tak, znowu je widział. Wydmuchał spomiędzy warg przekleństwo ubrane w powietrze zatęchłe nikotyną, jaką karmił swój oddech przed wejściem tutaj, bo dostrzegł, że inni też je obserwują. Nie, on je sobie zarezerwował, pozostali niech sobie znajdą inne, na te on patrzy. I koniec. Mają się przestać prężyć, uśmiechać. To nie to, że oni lepiej wyglądają, właśnie, że nie, on jest sobą, to najważniejsze, może ciut zaniedbany jest, no może faktycznie... Ukradkiem zasłonił dziurę po żarze z papierosa, jaką dostrzegł na spodniach. Nie no, chyba nie widziały... Chwileczkę, tamta blondynka patrzy na tego steryda, uśmiecha się! Zagotowały się w nim emocje i ambicje, bo niby dlaczego? A czemu tamten jest lepszy? Na pewno ma mniejszego przez te anaboliki! I na pewno mniej inteligentny jest, przecież to widać! Na pewno! Jak tak, to on to chrzani, wasza strata, głupie dupy! Tępe, niedojrzałe i wcale nie takie ładne, no może młode, fakt, ale brzydkie ogólnie, ubrane też jakoś tak źle, bez gustu, za mało stonowane te kolory... Koniec. Dopił kawę, zimną już, no trudno. Nawet kawa mu przez nie wystygła, rzucił w stronę dziewcząt długie, buńczuczne spojrzenie, bo wcale nie jest zraniony ich brakiem zainteresowania, wcale bo nie! Spojrzenie z wyższością, z lekceważeniem. Nie szkodzi, że nawet tego nie dostrzegły... Nie chcecie się dać uwieść? To nie, wasza strata! Idę sobie. Głupie dupy. Pokonany samiec wycofuje się z rykowiska...
Pierwsze trzy litery przed nazwiskiem