Thriller · 15 min czytania
Każdy ma swoje demony
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Róg Carslon way i Monton avenue, pomiędzy sklepem z tania biżuterią a cuchnącą z rana masarnią. Stary Pimockle prowadził swój interes. Prowadził go już na tyle długo, że zdążyły zdechnąć 4 pokolenia miejscowych kotów i psów a Pimockle dalej miał tą samą wystawę, ten sam wystrój i tą samą osikaną fasadę, tylko mocz był jakiś taki nowocześniejszy, miejski, all inclusive nie to co dawniej. Lombard był stary jak świat, stary jak Pimockle, lecz żadna to różnica. Szpargały na wystawie odstraszyć mogłyby nawet zbieraczy złomu, lecz jeśli ktoś zajrzał do środka, a zdarzali się śmiałkowie którzy zaglądali tam od lat, widział ta sama twarz, przerzedzoną zmarszczkami i obojętnością, ale ta sama nie można było pomylić jej z nikim innym. Jeśli przynosiłeś tu przedmiot który chciałeś zostawić, stary Pimockle potrzebował sekund żeby go oszacować. Jego przerzedzone rudawe włosy utrzymane w nieładzie, nieogolona wiecznie zmęczona twarz, to wszystko sprawiało ze niejednokrotnie drobne cwaniaczki próbowały go oszukać deklarując iż nóź przyniesiony przez nich, bądź stara wędka są pozostałością po Hemingwayu, albo cięły liny na kutrach w okolicach Alaski. Pimockle nigdy nie zapłacił za towar więcej niż ten był wart, w sumie nigdy nie zapłacił tez sumy równej jego wartości, zawsze potrafił uszczknąć swoje. Wykrył drobną wadę, jakiś brak, bądź tez wyczul naglącą potrzebę klienta do wzięcia gotówki, przepite oczy świadczące o tym, że musi się napić bądź niepewność w oczach, wyrażająca strach przed wierzycielami, pozwalały Pimocklowi od lat kursować na powierzchni i nie utonąć. Za ladą gdy oswoiwszy się z postacią sprzedającego powłóczyliśmy oczami dalej były różnorakie przedmioty, niektóre opisane małymi karteczkami, lecz żaden nie był podpisany zwyczajnie ot po prostu swoja nazwa. Stary taboret widniał pod nazwa „rzutoklótniowysiadywacz”, pierścionek, nawet ładny choć już lekko przybrudzony to był „ symbol nieudanego małżeństwa, które wspominają narożne kurwy” Futerał na sztylet miał podpis „ chętnie włożył byś tu swoja teściową ale ta kurwa się nie zmieści”. Niektórych to bawiło innych odstraszało, lecz dzięki temu był znany w całej okolicy dzieci nazywały go „pan podpis” a dorośli przestrzegali je przed nim ze nie należy się z nim zadawać, choć wiedzieli ze w gruncie rzeczy jest to niegroźny staruszek, robili to widocznie tylko dlatego ze rodzice musza tak robić, przestrzegać dzieci przed wszystkim, tak na wszelki wypadek, żeby mieć czyste sumienie w razie gdyby pociesze życie się nie udało. Polki uginały się pod ciężarem różnorakich szpargałów, to miejsce kryło więcej dziwnych przedmiotów niż magazyny armii zbawienia. Był letni dzień miał w tym dniu 3 klientów, jeden zostawił abażur za który zgarnął 10 dolarów ( Pimockle wiedział ze jeśli go sprzeda to minimum za 25) drugi kupił zegarek (zysk na czysto to 20 dolców) a trzeci pomylił adres ale wyszedł z pudełkiem tanich cygar. Pimockle wiedział, ze być może żadnego ruchu już nie będzie, ludzie zaczną wylęgać na ulice ale w celu zaspokojenia pragnienia albo aby załatwić codzienne sprawunki, do niego może nie zajrzeć już nikt. Większość ludzi zapewne postanowiłaby zamknąć wcześniej i rozkoszować się resztką dnia która im pozostała, lecz Pimockle nawet o tym nie myślał. Powrót do domu wcale nie wydawał mu się czymś najprzyjemniejszym, wiedział że jak wróci do jedzenia będą klopsiki, wiedział że żona znowu będzie narzekać ze bolą ja stawy. Stara Henrietta narzeka od dawna w poniedziałki na bóle szyi, w środy na nogi a w piątki ogólnie na stawy, dziś był piątek. Wołał pozostać w swoim sklepie, choć było brudno to sprzątać nie zamierzał nie widział w tym sensu i tak zaraz znowu się zakurzy, poza tym niektóre przedmioty będąc zakurzone zyskiwały na wartości, gdyby je powycierał to uwydoczniły by się ich wady. Półki, regały, szafki wszystko wypełnione przedmiotami, od zestawu szpilek do pianina. Sklep bardziej przypominał magazyn, ale Pimockle był z niego dumny. Odpakował zawiniątko z drugim śniadaniem które przygotowała mu Henrietta. Kanapki z szynka i bekonem, nawet zjadliwe. Wolno poruszał ustami, spokojnie odmierzając każdy kęs. Uważał na swoje żeby które na starość zaczynały mu się psuć. W tym momencie otworzyły się drzwi i pojawił się grubszy facet w szortach rozpiętej koszuli z wybebeszonym brzuszyskiem. Był to Alvin miejscowy organista, były alkoholik, którego ksiądz dobrodziej przygarnął pod swoje skrzydła i dal mu bezpieczna posadę. Od kilku lat nie pil. Pimockle znal go dobrze, można powiedzieć ze Alvin był jego stałym klientem. Wiitaj- rzucił od progu- widzę ze jak zwykle stawiasz na wrażenia estetyczne od samego progu hah- zawsze rzucał ten sam tekst. Ale Pimockle nawet to lubił, to podkreślało ze sklep miał swój charakter- noo co tam dla mnie możesz dzisiaj mieć hmm- to mówiąc powlókł się wolno do lady- wiesz co aaa tam wszystko mi jedno dawaj dwie normalne średnie i już mnie niema, musze lecieć bo popołudniu mam msze do odprawienia a ksiądz chce żebym zagrał parę nowych kawałków Pimockle uśmiechnął się, lubił lekkoduszność Alvina, w sumie to lubił całego Alvina, albo mówiąc precyzyjniej ten, mu nie przeszkadzał wpadał na chwile, wygłaszał parę nawet śmiesznych formułek płacił i wychodził, PLACIL to było najważniejsze Niema sprawy Alvin, już się robi- to mówiąc staruszek powlókł się na zaplecze, nie było go dłuższą chwile, ale wrócił z dość duża papierowa torbą i wręczając ja Alvinowi powiedział- przepraszam ze tak długo ale nie mogłem znaleźć, mam tam naprawdę niezły bajzel, nie to co tu na sklepie Alvin uśmiechnął się słysząc, te słowa Spokojnie ważne, ze znalazłeś, ile place Hmm to będzie 25 dolarow Ooo to dość drogo Tak, tak ale na pewno będziesz zadowolony, gwarantuje Noo skoro gwarantujesz to nie mam więcej pytań, wiesz ze ci wierze- wyszczerzył zęby w serdecznym uśmiechu, wyjął pieniądze zapłacił i zebrał się do wyjścia. Pimockle jeszcze chwile obserwował, organistę, zanim ten oddalił się na dobre, pozostał tylko jego zapach mieszanka specyficznego potu i tanich perfum. Tego dnia nikt się nie pojawił, Pimockle pokręcił się trochę po sklepie, powypisywał parę karteczek, na koniec zanotował wszystko w wiekowym kajecie i gdy zaczynało się ściemniać zbierał się do wyjścia, zawsze wychodził gdy zaczynało się ściemniać ludzie o tym wiedzieli, nie miał ustalonych godzin pracy to wyróżniało go od innych, miasteczko wiedziało ze gdy się ściemnia to Pimockle zamyka. Zamknął starannie drzwi, okrył się lekkim paltem, gdyż zrobiło się chłodniej i spokojnym lekkim krokiem ruszył przed siebie. Wiedział ze za chwile zza rogu wybiegnie pies MacCleishow, biały mały kundel, pomacha radośnie ogonem i pobiegnie w swoja stronę wiedziony sobie tylko znanym zapachem. Mijał właśnie słup ogłoszeniowy, na którym obok wiadomości o możliwości wynajęcia pokoju, bądź o corocznym festynie na którym nie zabraknie piwa i dobrej zabawy wisiała wiadomość o zaginionym młodym mężczyznie „ kolejny pajac” pomyślał Pimockle zazwyczaj wisiało parę takich ogłoszeń, dość często ktoś ginął w tej okolicy, Pimockle miał ich za ludzi którzy widocznie nie umieli ustrzec się przed niebezpieczeństwem i źle kończyli, nie współczuł im, nie wiele go obchodzili. Być może czas uodpornił go na takie wiadomości i ta zainteresowałaby go dopiero wtedy jakby zaginął któryś z jego stałych klientów, szczęśliwym trafem do tej pory tak nie było.
* * *
Otwierał sklep jak co dzień, wczorajszy