Biografia · 13 min czytania
Keep on Singing - Rozdział 6
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wszystko działo się tak szybko, że nie miał czasu ochłonąć i zebrać myśli. Louis był oszołomiony, kompletnie zdruzgotany. Patrząc na niego, widział siebie sprzed pół roku… i o nic już pytać nie musiał. Po tym, jak posadził go sztywnego na leżaku Patricii, zwrócił się w stronę Madeleine. Dziewczynka stała w złowieszczym i nieobliczalnym bezruchu. Świdrowała go anemicznym, a pełnym obłędu spojrzeniem, tak innym od tego, którym zwykła wszystkich obłaskawiać. Jej milczenie było kruche. Jeden nierozważny ruch z jego strony, a rozpadłaby się na miliardy kawałeczków, bez jakichkolwiek ostrzeżeń czy zapowiedzi. Gdyby nie Kathy, nic by chyba nie zrobił. Ona jedna wiedziała, jak przemawiać do złamanych serc dzieci. Umiała je tonować, uspokajać i koić. Gdy zniknęła w autobusie z obiema córeczkami Louisa, dopadł leżaka, z trudem zaczerpując oddech. Na nic zdały się prośby, zaklinanie i pytania. Louis nie trząsł się, nie płakał. Siedział skamieniały z zawieszonym gdzieś w przestrzeni wzrokiem, na nic nie reagował i pod niczym się nie ugiął. Przytomność – jeśli można ją tak nazwać – przywrócił mu powiew wiatru. Jakiś liść, niesiony przezeń bezwolnie, przefrunął mu tuż przed nosem i opadł osowiale na kolano. Louis strzepnął go z odrazą. Zerwał się na równe nogi. Dan dogonił go dopiero wtedy, gdy wsiadał półprzytomny do swojego kampera. - Co robisz? Gdzie jedziesz? – Szarpnął przyjaciela za ramię. – Wybij sobie z głowy, że będziesz w tym stanie prowadził! – wycedził groźnie. John z Joey’em natychmiast ruszyli z odsieczą. Jimmy, przeszedłszy parę metrów, zatrzymał się o krok za równie jego zdaniem nieprzewidywalnym Paddy’m. Napięcie było już tak mocno odczuwalne, że nawet Angelo, nielękliwy zazwyczaj, rozbeczał się, czym zdołał zarazić też Maite. Patricia z Barby, capnąwszy brzdące w pośpiechu, zaniosły je śladem Kathy do autobusu. Atmosfera przez to jeszcze bardziej zgęstniała. Louis zaczął się wyrywać, Dan go powstrzymywał. Po krótkiej szamotaninie do akcji wkroczyli też chłopcy. Joey był silny, w mig obezwładnił wujka. Odciągnął go od auta, przewlókł przez całą polanę i posadził z powrotem na leżaku, nic się wyczynem nie męcząc. Wciąż gotowy do bezzwłocznej interwencji, na krok mężczyzny nie odstąpił. - Musisz mi powiedzieć co się stało. – Dan podszedł, ukucnął. – Czemu tak wcześnie wróciliście ze szpitala? Mieliście dojechać tu wieczorem, z Jolene – rozważał na głos. – Co się stało, Louie? – Wzmocnił tonację. – Coś z nią? Coś z dzieckiem? – dopytywał błagalnie. – No mówże wreszcie! – ryknął na koniec. Ni z tego, ni z owego, przyjaciel wybuchł śmiechem. Jego makabryczność przeraziła Dana. Podniósł się, powoli, wlepiał oczy w człowieka, którego przestał nagle poznawać. Byli w lesie, daleko od ewentualnej pomocy. Byli z dziećmi, za które on był odpowiedzialny. Byli z człowiekiem, który stracił swoją poczytalność i zdolny był już chyba do wszystkiego. - Johnny – starzec, analizując sytuację, zwrócił się miękko do najstarszego ze swoich synów. – Zabierz chłopców do autobusu. Zamknijcie się i niech nikt nie wychodzi, dopóki na spokojnie nie rozmówię się z wujkiem, dobrze? - Nie zostawię was tutaj samych! – Joey wtrącił, jak zwykle się buntując. - To jest sprawa między nami, dorosłymi. – Ojciec był nieustępliwy. – Nie pytałem, czy nas zostawicie. Powiedziałem – podkreślił – że macie to po prostu zrobić. - Ale wujek przecież… - Czego konkretnie nie zrozumiałeś?! – Starzec stracił już cierpliwość i zmroził chłopca srogim, nieznoszącym sprzeciwu spojrzeniem. - Nie fikaj, Joey. – John go nagle poparł. – Idziemy! – Popchnął brata w stronę autobusu. – Jim! Paddy! – zawołał pozostałych i obrócił się do nich przez ramię. – Na zaproszenie czekacie? – Kiwnął nagląco głową. Jimmy’emu – podobnie jak Joey’owi – wcale nie spieszyło się odchodzić. Odkąd ojciec odzyskał kontrolę nad sobą i swoim życiem, wszystkimi bez wyjątku dyrygował. Nie dostrzegał faktu, że dawali sobie radę bez niego. Że się nie pozabijali, nie zagłodzili, nie zarośli brudem i nie pogubili. Że przeżyli i mieli się dobrze. Wyrzucił mu to dzisiaj i nadal tego nie żałował, ale Paddy’m – roztrzęsionym jak nigdy – nie mógł się teraz nie zająć. - Chodź, młody. – Złapał go za przedramię. – Nie wiem, gdzie żeś łaził, ale utytłałeś się strasznie i cuchniesz jak łajza! – Choć powiedział to niby od niechcenia, z właściwym sobie chłodem i nonszalancją, w środku szalał z troski. Kochał brata bardziej, niż chciał i potrafił to okazać. Życie nauczyło go powściągliwości tak w ocenach, jak emocjach, udowadniając w najbardziej dobitny sposób, że miłe chwile, jakie spędził niegdyś z matką, przeistaczają się po czasie w najokropniejsze koszmary. To dlatego zachowywał dystans. Dlatego reagował tylko wtedy, kiedy musiał, za każdym razem robiąc to z lekceważeniem i brakiem świadczącego o faktycznym zaangażowaniu przejęcia… w przeciwieństwie do Paddy’ego, który serce miał zawsze na dłoni. Który nie bał się nigdy, że spadnie i roztrzaska się o chodnik, a przechodnie je rozdepczą i wysuszą podeszwy o przygniłe z zobojętnienia trawniki. - Paddy! – warknął po chwili, poirytowany ckliwością przemyśleń. – Ruszysz swój tyłek czy mam cię tam zanieść jak jakiegoś gówniarza? - James! – ojciec wściekle syknął. – Słownictwo! - Czego konkretnie nie zrozumiałeś? – Jim, nie bez ironii powtórzywszy wcześniejszą uwagę taty, doprowadził go do czerwoności. - Nie pyskuj! - A ty mi nie mów, co mam robić! - Jeszcze do tego wrócimy! - Nie obiecuj. Mimo że Jim zrobił to, o co go prosił, a i Paddy’ego udało mu się odciągnąć, Dan czuł się tak, jakby został spoliczkowany. Dzieci nie widziały w nim autorytetu. Były zgrane, zaradne i troszczyły się o siebie nawzajem, ale przez to, co przeszły, były też krnąbrne i niezależne, świadome swej samodzielności. Starzec odprowadził synów wzrokiem i usiadł w nogach leżaka. To miał być przyjemny i beztroski weekend, a on zdążył się już przekonać, jak nikły kontakt ma z Paddy’m, jak napiętą relację ma z Jimem i że Joey jest silny jak skurczybyk. Jego dzieci nie zmieniły się z dnia na dzień. Ten proces wymagał czasu, którego on im wtedy nie poświęcał. Adaptując się do warunków, jakie sam im poniekąd zgotował, wykluczyły go z hermetycznego grona klanu, który działał w sposób spójny, zorganizowany, budząc podziw i pozazdroszczenie. - To dlatego właśnie nie chciałem kolejnego dziecka…