Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Biografia · 15 min czytania

Keep on Singing - Rozdział 7

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

To paradoks, jak wiele odcieni ma żałoba. Starzec sądził, że już dawno się z nią uporał, a teraz, nagle, gdy jego życiem wstrząsały symbiozy przeróżnych kolorów, gubił się bardziej niż wtedy i tęsknił za czernią, która usprawiedliwiała jego indolencję. Ten weekend miał być dla nich: dla niego i jego dzieci. Spędzony poza miastem, na łonie natury, miał ich zbliżyć, zintegrować; scementować ich jako rodzinę, a nie zespół, którym przez ostatnie pół roku stali się pełną gębą. Pojęcia nie miał, jak mógł nie zauważyć, że więź między dziećmi istnieje, silniejsza niż kiedykolwiek… że to tylko on jest na uboczu… on… Człowiek, któremu najpierw ból, a później pieniądze przysłoniły rodzinę, i któremu dzisiaj rodzinę przysłoniła inna rodzina. Gdy tylko wyciągnął z Louisa, co stało się z Jolene i stanie już wkrótce z Biancą, zarządził powrót do Paryża, nie pytając dzieci o zdanie i wcale się z nim nie licząc, zapominając o swoich obietnicach i na bok odkładając wszystkie weekendowe plany. Dopiero teraz, po kolacji, gdy poszły na górę przygotowywać się do przyszłotygodniowych występów, wyszedł z zaparkowanego na prowincji autobusu i miał czas, by na trzeźwo, już po opadnięciu pierwszych emocji, wszystko raz jeszcze przemyśleć. Był potworem. Hipokrytą. Zbeształ przyjaciela za to, że ten nie chce być ojcem nieswojego dziecka, choć sam od tak dawna marnym był ojcem dla własnych! Bo co za życie im zaoferował? Co im zgotował?! Tułali się po Francji gruchotem, który rdzewieć powinien nie na drodze, a na złomowisku, grając niezależnie od warunków pogodowych w miejscach, z których nieraz byli przepędzani. Jego dzieci nie miały własnych pokoi, ani nawet łóżek z prawdziwego zdarzenia. Ich prycze (bo łaskawiej już nie można tego nazwać), mimo niewielkiego metrażu, służyły za posłania nie dla jednej, a dla dwóch osób, trzeszcząc pod samym chrapaniem, a co dopiero jakimś innym, bardziej zuchwałym ruchem, i kompletnie nie nadając się do wypoczynku, raczej do przechowywania. Nie dał im niczego, czego już nie miały, na co nie zapracowały sobie same. Nie dał im nawet siebie, nawet dzisiaj, mimo postanowień. Miał dziewięcioro dzieci i pięćdziesiąt cztery lata na karku, a czuł się zniedołężniały, wyprany ze wszelkiej energii. Gdyby tylko miał możliwość zadania Barbarze ostatniego pytania, spytałby, jak to robiła, że do samego końca, wiedząc o tym, że umiera, nie myślała o sobie, a o nich, zawsze znajdując czas, ochotę i siłę, by nieba im przychylić, zawsze będąc w pierwszej kolejności żoną i matką. - Wiem, że tam jesteś – wykrztusił nagle, w powietrze, nie oglądając się nawet przez ramię. Nie wiedział, ile czasu siedział tak w bezruchu, pochłonięty myślami, na niskim, turystycznym krześle dosuniętym do rozkładanego, metalowego stolika, ale wiedział, że syn jest za nim, na schodkach autobusu. Że jak zwykle go obserwuje. – Każdego dnia tak siedziałeś, sądząc, że nie zdaję sobie z tego sprawy, ale ja zawsze wiedziałem – ciągnął po chwili. – Wiedziałem, że wciąż jesteś ze mną. - Czemu nie wejdziesz do środka? - Słońce zaszło. Chłodniej się wreszcie zrobiło. – Westchnął przeciągle. – I te świerszcze… Pięknie dziś grają! - Późno już. Chodź spać. - Pochopnym jest pójście spać, gdy dzień się jeszcze nie skończył. Paddy’ego zamurowało. Nie wierzył, że ojciec przytoczył jego własne słowa, i to takie sprzed pół roku, kiedy – wydawało się – nie był świadom tego, co się wokół dzieje. - Mówiłem, że wiedziałem – Dan kontynuował. – O wszystkim. Także o tym, przez co przechodziliście i z czym musieliście sobie radzić. – Prychnął z żalem. – Tytuł Ojca Roku raczej mi się nie należy. - Osiemdziesiątego trzeciego raczej nie – Paddy zażartował, po czym dodał z wahaniem, że jest już osiemdziesiąty czwarty… – Więc masz jeszcze czas, żeby się starać. W pół roku odbudować to, co przez półtora nieprzerwanie burzył? Paddy był optymistą. Wierzył w ludzi bardziej niż oni w samych siebie. - A powiedz mi, synku. – Odwrócił się, spojrzał na uśmiechniętego lekko chłopca i sam się do niego uśmiechnął. Zawsze wiedział, że Paddy jest naprawdę wyjątkowym dzieckiem. Teraz jeszcze uderzyło go, że bardzo jak na chłopca urodziwym. – Uważasz, że ten rok jest lepszy czy gorszy od poprzedniego? Nie jesteś nim… zmęczony? - Pytasz o koncerty? - Też – przyznał. – O to, że nie macie czasu na własne przyjemności, że w kółko gdzieś jeździmy, żeby grać i zarabiać. - Koncerty to dla nas przyjemność – odparł rezolutnie. – Ona też tego dla nas chciała. - O-ona? – Starzec zaniemówił. - Myślałeś przed chwilą o mamie, prawda? Usta Dana rozchyliły się w niemym zdumieniu. Błyskotliwość chłopca, choć powalająca, zaczynała go powoli niepokoić. - Skąd… – Zaciągnął ze świstem powietrze. – Skąd wiesz, że o niej myślałem? – Podniósł się z krzesła. – Skąd wiesz o wszystkim, o czym inni zazwyczaj nie wiedzą? – Mówiąc to, myślał o Jolene. Ani on, ani Louis nie podejrzewali nawet, że mogłaby chcieć skrzywdzić własne dziecko, że byłaby w ogóle do czegoś takiego zdolna! – To nie jest normalne, że wiesz, co inni myślą lub chcą zrobić. To… nie zrozum mnie źle… to dla mnie kompletnie niepojęte! - Obrączka… – Paddy skinął głową, a jego szafirowe, skrzące się blaskiem księżyca oczy przyległy do pulchnej dłoni starca. – Bawiłeś się nią. Obracałeś ją sobie na palcu. Dan spojrzał na obie swoje ręce, odruchowo. Jeśli nawet bawił się tą obrączką, to bezwiednie, nie będąc tego świadomym. - Czasami coś po prostu przyuważę – chłopiec dodał. I wzruszył najzwyczajniej ramionami. - Twoje „czasem coś przyuważę” jest jakby drobnym niedopowiedzeniem, nieprawdaż? – Głos starca drżał od zafascynowania i podziwu. – Nic się przed tobą nie ukryje – dopowiedział cicho, bardziej do siebie niż syna. – Nie wiem, Paddy, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale – podszedł do chłopca i tak jak on usiadł na schodach, w wejściu autobusu – uratowałeś czyjeś życie. W wieku raptem siedmiu lat uratowałeś komuś życie! – nadmienił z mocą i objął malca ramieniem. – Gdyby miarą wartości człowieka było to, kim staną się jego dzieci, gdy dorosną, tytuł Ojca Roku zdobyłbym już dawno, i to bez skinienia palcem. Paddy posmutniał. Nie umiał cieszyć się z tego, że być może Biancę uratował, bo konsekwencje były straszne, a on ani nie mógł ich przewidzieć, ani tym bardziej im zapobiec. Ciotka, uciekłszy ze szpitala, złamała wszystkim życie. Maddie z Chloe znów straciły matkę, wujek odchodził od zmysłów, a sama Bianca, uniknąwszy śmierci, miała wychować się w sierocińcu. Przerastała go świadomość, że przysłużył się tak wielu tragediom, a w słowach ojca, choć pochwalnych, nie było nic, co mogłoby go pokrzepić. Nie wiedział, jak odnaleźć ciotkę. Miał też w pamięci, co Jim mu tego dnia powiedział, że miłość, jaką Maddie ją obdarza, jest chora, przez co nie do końca chyba nawet chciał ją odnajdywać, ale jedno – wierzył – był w stanie naprawić. I musiał, musiał po prostu to zrobić! - Nigdy mi nie powiedziałeś, papo – błyskawicznie zmienił temat – że to ty mnie odebrałeś. – Aby spojrzeć ojcu prosto w oczy, wyswobodził się z jego czułego jak nigdy objęcia.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%