Biografia · 18 min czytania
Keep on Singing - Rozdział 8
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Jedyną osobą, która przykładała się do prób tego wieczora, była naturalnie Kathy. Siedziała z tyłu autobusu, przy prowadzących na dół schodach, na swoim i Patricii łóżku. Układając palce na klawiszach akordeonu, przypominała sobie z trudem, na ile liczone są takty „Wonderful World”, granego przez nich rzadko, raczej od święta, a wystarczająco znanego, by wprowadzić go na stałe do repertuaru zespołu. Im bardziej jednak starała się skupić na tym, co robi, tym bardziej jej nie wychodziło, i w końcu, wyprowadzona z równowagi, huknęła na resztę, nie przebierając już w słowach, że każdy bez wyjątku ma się natychmiast zamknąć. Posłuch był bezzwłoczny. Wszyscy momentalnie zamilkli. Siedem par oczu taksowało ją teraz z przestrachem lub zdziwieniem, kompletnie nie rozumiejąc, czemu przerwała im tak ekscytującą dyskusję. - Słuchajcie. – Zaczęła. – Mną też to wszystko wstrząsnęło i też mam mętlik w głowie, ale paplaniem o tym, co ciotka chciała zrobić, a czego nie, i dokąd uciekła oraz czy wróci, nie zarobimy ani na ciuchy, ani na jedzenie, ani tym bardziej na paliwo do Niemiec, które – miejcie na uwadze – będzie nam niedługo potrzebne! Westchnienie Joey’a, siedzącego naprzeciw pod oknem, położyło się mgiełką na szybie. - Papa jeszcze nie dał ostatecznej odpowiedzi – oznajmił zaraz później. – Póki co, to gada z Paddy’m, a więc też nasz czas marnuje. – Odwrócił się do siostry i brwi zaczepnie uniósł. Usta brunetki zacisnęły się w wąziutką kreseczkę, gdy brat, osunąwszy się w poprzek własnego łóżka, wyciągnął nogi tak daleko, że buty oparł o jej czystą i wykrochmaloną pościel. Rozbestwiony, z założonymi na piersiach rękoma, świdrował ją kpiącym wzrokiem, aż… - Przeginasz! – John go zrugał. Przeszedł przez prawie całe piętro, żeby zepchnąć z łóżka siostry nogi zadziornego dwunastolatka. Zbuntowana natura Joey’a odebrała to za najdotkliwiej wymierzony policzek i chłopiec, chwili nie zwlekając, dźwignął się do pionu, pierś naprężył bojowo i zbliżył do Johna, dysząc ciężko, demonstracyjnie, niby w przejawie ledwo już tłumionej ofensywy, na odległość kilku wątłych, zelektryzowanych napięciem centymetrów. Choć był niższy i młodszy, poradziłby z nim sobie bez problemu. I tylko ta nieustępliwość i opanowanie w oczach brata, tylko szacunek, jakim zawsze, a skrycie go darzył, sprawiły, że zaniechał uderzenia i opadł z powrotem na łóżko, mląc wkrótce pod nosem bujną kwintesencję przekleństw. John to zignorował. Dawno już nauczył się pobłażliwości. Skinął głową i obrócił się do niego plecami. - Papa nie dał jeszcze odpowiedzi, bo nie miał tak naprawdę kiedy, ale wątpię, by odmówił temu facetowi. Taka okazja, rozumiecie chyba, nie zdarza się przecież na co dzień! – Podjął przerwany wątek. – Tego chyba chcieliśmy. Pracowaliśmy na to ciężko przez kilka ostatnich miesięcy! – perorował z pasją. – Jeśli mamy szansę wystąpić w tym programie, to musimy się pokazać z jak najlepszej strony! – motywował. – Bo nie sądzicie chyba, że jeszcze jakiś producent telewizyjny trafi nam się w publiczności na ulicy i że zachwycimy go na tyle, by zaproponował nam koncert?! – Wykrzywił usta w ociekającym ironią uśmiechu. – No! – skomentował ciszę. – Więc zepnijcie pośladki, bo do Niemiec został nam miesiąc! - Który zleci szybciej, niż się obejrzymy – Kathy wtrąciła z przekąsem. - A ja z ręką w nocniku na pewno nie chcę się obudzić! – zakończył triumfalnie i oprowadził spojrzenie po wszystkich wytrzeszczonych w niego oczach, szukając w nich zgody i poparcia, a znajdując jedynie nic nie wnoszące zażenowanie. – To jak? Jak będzie? – dopytał niecierpliwie. – Kto chce żyć na kółkach, a komu marzy się własny, normalny pokój? - Ja marzę o toaletce – pierwsza odezwała się Patricia. Stojąc w kącie, daleko od wszystkich, przebierała się właśnie w piżamę. Gdy zauważyła szyderczy uśmieszek Joey’a, złapała za poduszkę Maite, nie zważając na to, że wyciąga ją dosłownie spod jej małej główki, i cisnęła nią z siłą przez całą długość wąskiego, a tasiemcowego pomieszczenia, celując doskonale, prosto w głowę brata. - Garderoba też by się przydała – wybełkotała z poirytowaniem, gdy Joey w następstwie po prostu się bezczelnie rozrechotał. – Są wśród nas obleśni, podglądający starsze siostry gówniarze! - A wiecie, czego ja bym chciała? – Barby do śmiechu nie było. Leżała z tamburynem na brzuchu, raz na jakiś czas nim grzechocząc. – Chciałabym mieć manekina. Takiego jak na wystawach w tych prawdziwych butikach, do których nigdy nie chodzimy. – Policzki dziewięciolatki oblewały się z wolna płomiennym rumieńcem krępującej ją fantazji. – Postawiłabym go sobie przy łóżku, kupiła kilogram… nie… całe kilogramy tiulu!… i szyłabym sukienki dla baletnic; takie sztywne, rozkloszowane… - Dla lalek chyba, nie baletnic! Takich szmacianych w dodatku! – Joey znów dał do wiwatu, czego John tym razem nie mógł już mu darować. – Czemu znowu w głowę?! I czemu z otwartej?! – fuknął rozwścieczony. - W głowę po to, żeby echem się upewnić, że nie myślisz! – Cierpliwość John’a właśnie się wyczerpała. – A z otwartej dla przedsmaku, bo jeszcze raz coś palniesz i zasłużysz na zamkniętą! – zbeształ brata i spojrzał mimochodem na nieobecnego myślami Jima. – A ty, Jimmy? – zagaił naprędce. – Nie masz żadnych marzeń? Jim stał tyłem do Patricii. Ze skrzyżowanymi w kostkach nogami i biodrem opartym o łóżko, na którym Maite leżała, oderwał spojrzenie od nader interesującej podłogi i wbił je natarczywie w Johnny’ego. - Mnie tak generalnie wszystko zwisa. – Złapał się za krocze i wymownie nim potrząsnął. - Nie, no, kochani! – Kathy odłożyła akordeon i zerwała się z łóżka, ręce tylko załamując. – W ten sposób daleko nie zajdziemy! – zgromiła wszystkich, jakby każdy był jednako winny. W chwili, gdy chciała coś jeszcze dopowiedzieć, zjawił się na górze papa z Paddy’m. Obaj podnieceni, rozgorączkowani. Obaj w kompletnie innych od ich nastrojach. - Dobrze, że jeszcze nie śpicie! – Dan oznajmił z ulgą i zadyszką zarazem. – John, potrzebuję cię na dole. Reszta też schodzi i pasy zapina – komenderował w ożywieniu. – Natychmiast jedziemy do szpitala! - Dramatów familii de Chantal ciąg dalszy…? – Jim, choć nie bez kąśliwości, zgadł od razu. Pozostali, gapiąc się na starca, czekali na jakieś potwierdzenie. - Jim… – Jęknięcie papy przetoczyło się przez piętro i wszyscy prócz Jimmy’ego głowy solidarnie spuścili. – Naprawdę, Jim, nie ma teraz na to czasu… - A mówiłem: nie obiecuj? – Jim był tak bezduszny i zhardziały, przytaczając ich poranną awanturę, że w Paddy’m zawrzało i nie mógł nie zareagować: - Jeśli tam nie pojedziemy i nie odwiedziemy wujka od oddania Bianci, będzie tak, jakbyśmy to my zniszczyli jej życie, a nie ciotka! – wyjaśnił na wdechu, ze spurpurowiałą z nerwów twarzą. - To nie kochasz się już w Maddie? – Joey spytał z jadem. – Bo, wiesz, w jej ciele nie ma chyba ani jednej siostrzanej kości, więc ta – odchrząknął – przysługa – zrobił znak cudzysłowu w powietrzu – może odbić się na twojej poetyckiej twórczości. – Zadrwił. - Żeby tobie coś się znowu wewnątrz czaszki nie poodbijało! – John zagrzmiał, a Kathy, przeczuwając, co chce zrobić, złapała go szybko za nadgarstek.
***
Źrenice Johnny’ego już dawno zasłoniły tęczówki. Palce wbijał w uda, nie mając w zasięgu niczego, czego mógłby się złapać i przytrzymać. Siedział na fotelu obok ojca, nie nadążając już śledzić drogi, mijanych znaków, sygnalizatorów świetlnych i przechodniów czy tym bardziej pojazdów, zdrętwiały z przerażenia. Jego rozsądny i opanowany zazwyczaj ojciec gnał do szpitala jak narkoman na głodzie po receptę. Brawura, z jaką wszedł w ostatni zakręt, wyrzuciła ich na drugi pas ruchu, prosto pod koła nadjeżdżającej z naprzeciw furgonetki. Ci, którzy siedzieli z tyłu, nie wiedzieli, jak blisko było do zderzenia. John wiedział. I w tej jednej, a krótkiej chwili całe życie stanęło mu przed oczami. Cudem tylko uniknęli tragicznego wypadku. Następnym cudem znaleźli na szpitalnym dziedzińcu wystarczająco dużo miejsca, by zaparkować tam obszerny bądź co bądź autobus. Kiedy wbiegli do wielkiego, zalanego jaskrawym światłem holu, wyrosła przed nimi postawna sylwetka ochroniarza. Zaalarmowany tak burzliwym wtargnięciem, zlustrował ich bacznym wzrokiem. Hałastra rozkrzyczanych, ubranych częściowo w piżamy dzieci i ekscentryczny starzec z ogorzałą od słońca twarzą, którą na domiar przysłaniała długa i zaniedbana broda, nie wyglądała najwyraźniej na tyle przyzwoicie, by można było ich wpuścić, wszystkich naraz w dodatku. John dawno już przywykł do myśli, że nie zawsze byli, są i będą dobrze odbierani, ale takie momenty jak ten, gdy na niego i jego rodzeństwo patrzono jak na zgraję łachmytów i odszczepieńców, bolały go niezmiennie