Komedia · 10 min czytania
Kfantastyczne krainy
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Obudziłem się. Usłyszałem głos ze strychu. To był dźwięk, którego nigdy wcześniej nie słyszałem. Poszedłem na górę i zobaczyłem, że odgłosy dochodzą ze starej szafy, która stała tu niemal od zawsze. Podejrzliwie i ostrożnie zajrzałem przez niedomknięte drzwi. Nic. Otworzyłem je i zobaczyłem wnętrze normalnej szafy. No, może z wyjątkiem tych dziwnych szlaczków wyglądających jak haft na starej bieliźnie. Jednak nie ulegało wątpliwości, że głos dochodził stąd. Głos – rozpoznawałem w tym mowę, która stała się bardziej zrozumiała, gdy dotarłem do szafy – skrzeczał i piszczał coś o piwie, jedzeniu i różnych innych elementach dobrej zabawy. Chcąc zorientować się wreszcie, co to właściwie jest, wszedłem do szafy. Nagle drzwi zatrzasnęły się, a ja poczułem coś jakby mdłości, a w każdym razie uczucie następujące po zjedzeniu tony cukru i dwustu kilogramów solonych śledzi...
Nie wiem, jak długo to trwało, ale gdy uderzyłem plecami o twardy kamień, to miałem na sobie fioletowy strój z gwiazdkami i spiczasty kapelusz z różnymi innymi fragmentami nieba, pokryty napisami podobnymi do tych w szafie. Szafy nie było. Znajdowałem się na stole, wśród półmisków i talerzy, skąpany w smrodzie mięsa, potu, w piwie i sosach. Wokół stołu zasiadały dziwne, niewielkie stwory. Zresztą zaraz dowiedziałem się, z kim mam do czynienia. - Czarownik! Zabić go, bracia gobliny! Rzuciła się na mnie gromada zielonkawych poczwar, których języka nie powinienem rozumieć. Mimo tego najbardziej zastanawiało mnie, skąd szafa wzięła się u mnie w domu. Na szczęście, zanim podgniły palec któregoś z goblinów mnie dotknął, otoczenie rozmazało się i nagle rąbnąłem plecami w posadzkę. Zaczynało mnie to denerwować.
-Witaj. – rzekł dziwny staruszek w angielskim, średniowiecznym stroju szlachcica – Czy w twoich stronach nosi się takie stroje? Kim jesteś? -Jestem Michał Plummer. – odpowiedziałem, nie bardzo wiedząc, czemu mówimy tak dziwnie.- Nie wiem skąd wziął się ten strój. -Ach, więc jest tak jak przypuszczałem, odziedziczyłeś strój po poprzednim właścicielu portalu ukrytego. -Nic nie rozumiem. Szafa wcale nie była ukryta u mnie na strychu. -Portal był ukryty w szafie? Ach, jakie to banalne! Zaraz tu ją sprowadzę... – Mówiąc to wykonał skomplikowany gest rękoma, dotykając od czasu do czasu mojej głowy. Nagle szafa pojawiła się tuż obok o mało nie przytrzaskując drzwiami kociego ogona w zakurzonej pracowni czarodzieja (ze wszystkimi atrybutami, poczynając od teleskopu w oknie, poprzez różne flakony i pojemniki, aż do głowy jakiegoś stwora pływającej w spirytusie). -Z tego, co wyczytałem z twoich myśli, wygląda na to, że szafa należała do czarodzieja Sordida, który nie jest zbyt znany, nawet w tym świecie. -Świecie? – Spytałem, coraz bardziej oszołomiony. – Nie powie mi pan, że przeniosło mnie gdzieś daleko od Warszawy! -Nie wiem o jakim miejscu mówisz, ale jeśli chcesz wrócić do domu, to lepiej się pospiesz, bo zostało ci niewiele czasu. Dwemeryt, który jest potrzebny do utrzymywania portalu jest na wyczerpaniu i nie starczy na podróż powrotną. Tak przy okazji, nazywam się Merlin i mam prawie czterysta lat, więc okaż mi trochę szacunku. -Merlin?! – Wrzasnąłem. – Ten od króla Artura? – dodałem, gdy się już nieco uspokoiłem. -W rzeczy samej. Jednak nie powinieneś tak krzyczeć. Niewielu wie, że jestem tym Merlinem. -Dobrze. Jak mam zdobyć ten... Dwemeryt? -Dwemeryt jest bardzo rzadkim metalem, ale wiem, gdzie jest go dosyć. Otóż mury wewnętrzne zamku królewskiego są nim oklejone, aby chronić króla przed magią, wystarczy jedna płytka. -Czy nie zaszkodzę w ten sposób królowi? – Wzdrygnąłem się, myśląc o tabunach goniącej mnie straży przybocznej króla, który boi się każdej iskierki, myśląc, że to czary. -Skądże znowu. Tak naprawdę wystarczyłby spory sześcian w centrum zamku. -Dzięki. Mogę liczyć na jeszcze jakąś pomoc? Te ubranie wygląda śmiesznie, a ja wcale nie mam pieniędzy. -Ubranie zostaw, bo w razie potrzeby może cię ochronić. Czapka jest artefaktem w rodzaju worka bez dna, więc sprawdź, czy nie ma tam czegoś przydatnego.
Zdjąłem idiotyczną czapkę i z nową nadzieją poszukałem czegoś w jej wnętrzu. Jednak dopiero po wypowiedzeniu idiotycznego zaklęcia wypadło z niej parę monet. Miejscową walutą były smoki, ale ja miałem tylko czterdzieści septimów, co odpowiadało wartości czterech zestawów w Mc’Bagiennym (miejscowym barze). Podziękowałem życzliwemu czarodziejowi i, pełen obaw, Wyszedłem na ulicę. To, co zobaczyłem, nie było takie straszne. Zwykłe, znane mi z książek, średniowieczne miasteczko. Tylko…