Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 1 godz. 1 min czytania

Kharen

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Kharen

Ki czuł jak wzbiera w nim złość. Niespokojnie spoglądał na czujniki zamieszczone na szerokim pasie przegubu dłoni. Stopień zdenerwowania zbliżał się do czerwonej granicy, gdy linia ją przekroczy natychmiast o tym fakcie zostanie poinformowany Główny Mózg Analizacyjny. Wtedy będzie mógł zapomnieć o swojej randze, a dotychczasowe dokonania przestaną się liczyć. Skończy na karnej planecie z wyczyszczonym mózgiem! Od czasu buntu na jednej z planet w Ramieniu Oriona złość wywołana rozkazem szefa traktowana jest jako jedno z najwyższych przestępstw przeciw Unii. Na karnej planecie był raz. Był to jeden z jego pierwszych lotów międzygwiezdnych. Zapewne po to, by pokazać mu - żółtodziobowi co go czeka, gdy przyjdzie mu do głowy zbuntować się przeciwko systemowi. Istoty, które tam zobaczył były godne pożałowania. Już na macierzystych planetach wyczyszczono im pamięć. Pozostawiono jedynie wiedzę konieczną do przetrwania. Niektórym nawet ona nie wystarczała. Planeta była dziką, przeważnie pustynną krainą, na której łatwiej było stać się pokarmem, niż ten pokarm zdobyć. Ki odrzucił wspomnienia, niczym natrętną muchę. Wcale mu nie pomagały. Wręcz przeciwnie – czujnik zaczął niebezpiecznie migotać. Za chwilę, gdy pojawi się ciągły sygnał będzie już na wszystko za późno. Postanowił wykorzystać prastarą, ale czasami skuteczną metodę świetlistego oddechu. Zaczerpnął powietrza i powoli zaczął wsysać je do płuc. Przytrzymał chwilę i powoli zaczął wypuszczać. Teraz skupił się jedynie na oddechu. Czujniki przestały migotać. Przed oczami zobaczył piękny widok. Znajomy. Tak, to była jego Mido, czekająca z utęsknieniem na jego powrót. Czujniki zasygnalizowały ponownie gwałtowny wzrost zdenerwowania. Ki spojrzał wymownie na maleńkie pudełeczko przyczepione do pasa. Znajdowała się tam mała pigułka, która mogłaby znacząco go uspokoić. Jednak zażycie jej skończyłoby się w najlepszym razie na zdegradowaniu go ze stopnia kapitana. Nie potrafiłby też logicznie wytłumaczyć sensu jej zażycia. Nie powie parzcież, że boi się latać! Przećwiczył już wszystkie znane mu metody powrotu do równowagi a i tak kreska była niebezpiecznie blisko czerwonej przestrzeni. Siedział w przedziale dla pasażerów w klasie pierwszej. Wszyscy z zainteresowaniem oglądali najświeższe informacje z planet Unii przerywane reklamami najciekawszych miejsc. To jeszcze bardziej wzmogło jego zdenerwowanie. Już miał sięgnąć po pigułkę, gdy krążownik międzyplanetarny wpadł w niebezpieczny wir i Ki oderwał się myślami od tego, co tak bardzo go wzburzyło. Po ponownym sprawdzeniu analizatora okazało się, że wszystkie odczucia są w normie. Do przedziału wpłynął robot, by sprawdzić zabezpieczenia każdego z pasażerów. Krążownik zaczął wchodzić na orbitę Skio. Na Ki już czekał vailixiam. Lubił te małe, sprawne i prawie niezawodne statki do poruszania się zarówno w powietrzu jak i w wodzie. Pilot obsługujący statek nie zamienił z Ki ani jednego słowa, nie wymienił z nim ani jednej myśli. Ki poczuł się nieswojo. Wiedział, że nakaz milczenia dotyczy w głównej mierze przestępców. Czyżby już wiedzieli? Czyżby sygnał z jego analizatora został przekazany, mimo iż nie osiągnął granicy krytycznej? Pilot zmniejszył prędkość, gdy znaleźli się nad Główną Bazą Eksperymentalną. Tam, w jednym z niewielkich, ale funkcjonalnych pomieszczeń, czekał już na niego Najwyższy Dowódca Sił Unijnych typowy przedstawiciel swojej rasy: niskiego wzrostu, z żółtą niemal cerą. W gabinecie panował półmrok. Ki wiedział, że tylko dla niego przedstawiciel Arisów zwiększył ilość emitowanego światła. Ci mieszkańcy odległej od gwiazdy planety nie znosili promieni słonecznych. Zielonożółte oczy zawsze wzbudzały w Ki niejasne odczucia. Czuł się zawsze niezręcznie w towarzystwie ludu Arisa. - Witam kapitanie – powiedział Najwyższy Dowódca przyjaźnie, wskazując gestem fotel, który właśnie materializował się przed Ki. Kapitan usiadł wygodnie a mebel dopasował się automatycznie do jego kształtów. - Wiem – kontynuował Najwyższy – że przerwałem panu oczekiwany od wielu jednostek czasowych wypoczynek na pana rodzinnej planecie. Mam nadzieję, że chociaż udało się panu zobaczyć dwie wasze gwiazdy w zenicie. - O tak – czerwony karzeł wyglądał pięknie przechodząc przez orbitę Azhdehu. - Przejdźmy do rzeczy – jak pan wie przed wieloma jednostkami czasowymi Enki zbuntował się przeciw Komandorii. - Oczywiście – tę historię przerabia się podczas pierwszego etapu... - Dobrze więc – proszę powiedzieć co pan wie. Ki poczuł się nieswojo. - Dobrze. Komandoria zrobiła wszystko, aby wymazać z pamięci tych istot wszystkie nauki Enkiego. - I jak pan myśli udało się? - Z obserwacji wynika, że tak. Istoty te, w każdym razie do czasu ostatnich badań niewiele wzniosły się nad poziom rozwoju. Właściwie to, co osiągnęły jest niczym w porównaniu z wiedzą im przekazaną. Śmiem twierdzić, że nawet uwsteczniły się. - Właśnie. Dlatego też dowództwo Unii nakazało likwidację rasy. Ich czas minął. Obserwacje wykazują jeszcze zgoła coś innego – Komandoria zdecydowanie zwycięża... - Ale to oznacza ponowną wojnę! Czy ta mała zaginiona planeta jest tego warta? - Jak najbardziej. Tu nie chodzi o te prymitywne istoty, które zabijają się wzajemnie, niszcząc nasze dokonania. Potrzebujemy tej planety jako zaplecza, najwyższy już czas odtworzyć tam wrota. Dla pana to przecież rutynowe zadanie. - Czy nie za wcześnie? - Musimy interweniować teraz. Niszczona jest sieć kondensatorów fal tachionowych. Niebawem nasza misja będzie zdecydowanie trudniejsza. - Nie można przesłać im informacji za pomocą tych fal? - Próbowaliśmy – tylko nieliczni są w stanie je odczytać. - To chyba wystarczy? - Wystarczyłoby gdyby... te osobniki nie były niszczone przez sprawujących władzę. Niszczenie kondensatorów i przekaźników powoduje, że dociera do nas coraz mniej informacji, właściwie jest to tylko szum. W wielu miejscach wokół centrum przekazu rosną tylko rośliny, albo istnieje pustynia. No cóż... – tutaj generał spojrzał niepewnie na Ki – od czasu wojny roślinność nie zdołała się odrodzić. Miejsca te otrzymały zdecydowanie za dużą dawkę promieniowania. W innych – powrócił do wątku - aż roi się od tych osobników, ale nic z tego nie wynika. Wiemy tylko, że rozmnażają się na ogromną skalę, niszczą planetę – są jak pasożyty. Zabili tych, którzy mieli przekazywać im naszą wiedzę i poszli inną drogą. Nie możemy ryzykować aż zniszczą wszystko! - Kiedy były sprawdzane ostatnie wiadomości? - Czy to ważne? Nasza chwila trwa u nich setki lat – sprawdzamy systematycznie. Kapitanie, dla pana taki lot, to tylko rutyna. Wystarczy włączyć klucz, a wiązki destrukcyjne zostaną uruchomione – są zaprojektowane tak – że zniszczą tylko organizmy gatunku wiodącego. W ich DNA zamieściliśmy odpowiedni gen. - To tak jak na planecie Hun i Red. Ale czy nie można zdetonować stąd? - Możnaby było, ale nie teraz. Oś obrotu planety nie jest prostopadła do ekliptyki, ale pochylona pod kątem ok. 23,5°. Jednocześnie planeta nie jest kulą. Jej oś zakreśla stożek i nie może zachować stałego położenia w przestrzeni. Skutkiem precesji planety równik niebieski wędruje po ekliptyce z prędkością 1° na ich 72 lata, a biegun niebieski zakreśla wokół bieguna ekliptyki okrąg o promieniu 23,5°. Wszystkie te dane są zakodowane w tamtejszych przekaźnikach. Gdy zbliży się pan do planety, dane zostaną odszyfrowane i będzie pan mógł zaprojektować dalsze działania. Ale wracając do pytania. Dopiero za 11 tysięcy jednostek czasowym planety kanały odbiorcze głównego przekaźnika połączą się z naszymi. Nie możemy tyle czekać. W tym czasie możemy tam wiele zmienić. - Mam lecieć sam? - A potrzebuje pan towarzystwa? - Nie. - W takim razie powodzenia kapitanie. Czeka na pana kortan. - Kortan? - Tak, jest to ulepszona wersja i przetestowana. Dzięki niemu pokona pan odległość dzielącą planetę błyskawicznie. Będzie pan musiał zatankować H2O na planecie Ma w tym samym układzie słonecznym. Istnieje tam jeszcze stary zaczep w kształcie kamiennego mostu. Komputer pokładowy ma dokładne dane. Resztę paliwa uzupełni pan już na miejscu – jest tam mnóstwo oceanów. Uran może pan pobrać bezpośrednio z oceanu w dwóch miejscach. Pokażę panu na mapie. W tym momencie na hologramie pojawiła się najpierw planeta błyszcząca błękitem a potem nastąpiło zbliżenie na wschodnią półkulę. Proszę zobaczyć – tutaj, tuż za kontynentem znajduje się wyspa w kształcie zwiniętej pięści z wyciągniętym kciukiem – kciuk wskazuje dokładnie miejsce, w którym na oceanie płynie prąd niosący najwięcej uranu. Na tej wyspie mieliśmy kiedyś jedną ze swoich baz przetwarzających. Gdyby okazało się, że nie może pan skorzystać z tej wyspy, bo nie mamy z niej żadnych przekazów, to dokładnie po drugiej stronie globu znajduje się wyspa w kształcie naszego symbolu – trójzębu. Znajduje się na oceanie powyżej łącznika dwóch zachodnich kontynentów. Gdyby miał pan problemy powinny poprowadzić pana znaki pozostawione na obu kontynentach w tym samym kształcie, po drodze znajdzie pan przekaźniki. Fale niosące uran opływają ją. Może pan wylądować na samym środku wyspy, a znajdujące się tam urządzenia, powinny wspomóc pobór uranu. Obie wyspy są na tyle daleko od siedzib rasy wiodącej, że nie powinna nawet zauważyć pana obecności. - To są najnowsze zdjęcia? – Ki patrzył na wspaniałe wyspy ze starymi wprawdzie urządzeniami, ale sprawdzającymi się w każdej epoce – każdy bowiem najnowszy model statku powietrznego dostosowany był do poboru i przetwarzania energii ze starych konstrukcji. Te zresztą wykorzystywały zawsze lokalne możliwości planet i zbudowaną na nich sieć energetyczną. - Nie. Te zdjęcia są stare. Przekaźniki na tych wyspach zostały zniszczone. Ale zgodnie z analizą Komputera, nic nie powinno się tam zmienić od czasu zrobienia ostatnich zdjęć. Ma pan jeszcze jakieś pytania? - Nie. - Powodzenia kapitanie. Najlepiej wyruszyć natychmiast. Po powrocie wróci pan na swoją planetę, a misją tą zarobi pan dwie jednostki czasowe urlopu. - Dziękuję. Ki wsiadł do kortanu – niewielkiego, ale niezmiernie wytrzymałego i sprawnego statku. Sprawdził jeszcze mapy i dane informacyjne – komputer pokładowy poinformował go o gotowości lotu. Wieża zezwoliła na start. Po chwili Ki przebywał już w przestrzeni kosmicznej i zbliżał się do wrót. Wprawdzie wielu pilotów narzekało na dyskomfort przejścia przez wrota, ale on osobiście bardzo lubił to uczucie. Obawiał się, że jest nawet od tego uzależniony. Wrota przeniosły go w nieznany mu wcześniej rejon nieba. Ki włączył komputer informacyjny. Na monitorze pojawiły się dane, zgodnie z którymi statek samoistnie zaczął naprowadzać się na Ma. Pobór energii trwał bardzo szybko. Ki widział już docelową planetę. Błękitniała wśród czerni oceanu nieba. Był zafascynowany. Zwrócił uwagę, że układ planetarny posiada tylko jedną i to niezbyt dużą gwiazdę, a planeta docelowa tylko jednego satelitę. Postanowił schować się na chwilę za satelitą i obrać docelową drogę do jednej z wysp o której mówił generał. Odległość między planetami pokonał bardzo szybko. Komputer wskazał miejsce na satelicie, w którym został zainstalowany przekaźnik fal tachionowych. Ki przycupnął na ciemnej stronie satelity nad przekaźnikiem i zaczął analizować dane. Informacje spływające do przekaźnika były tak niespójne i zagłuszane jakimiś szumami, że nawet komputer nie był w stanie ich zanalizować. Zaniepokoiły go również sztuczne satelity krążące wokół globu. Czyżby Komandoria posunęła się aż tak daleko? Jeśli tak, to złamała wszelkie umowy pomiędzy Unią a Komandorią. Wystartował szybko i postanowił sam sprawdzić wszystko na miejscu. Zaledwie jednak wychylił się zza satelity, jakieś pojazdy otoczyły go ciasno. Włączył pole siłowe, jednak to zostało bardzo szybko zneutralizowane. Spróbował teleportacji – ale komputery odmówiły jakiejkolwiek współpracy. Zaczął wzywać pomocy. Przez chwilę połączył się z bazą. - Zostałem zaatakowany. Pojazdy nieznane. Nieznana cywilizacja. W pobliżu celu... – i tutaj połączenie zostało przerwane. Ki był przerażony. Pojazdy prowadziły go wprost na błękitną planetę. Tuż przed wejściem w atmosferę pozwolono mu włączyć niezbędne zabezpieczenia. Później ukazał mu się niezwykle piękny widok. Lecieli na zachodnią półkulę. Ki zaczął szukać owej wyspy, która miała być jego kosmodromem. Wyspa jednak zalana była falami oceanu, a o jej bytności świadczyły tylko zarysy pod wodą. Gorączkowo zaczął poszukiwać drugiej wyspy – na próżno...

*

Lil sunęła z maksymalną prędkością po korytarzach pamiętających jeszcze zamierzchłe czasy. Co rusz widniały na nich jaśniejsze plamy oznaczające prace naprawcze. W tej części Imperium mogła pozwolić sobie na tak olbrzymią prędkość, komputer pokładowy jej supernowej gedi wskazywał dokładny plan kolejnych korytarzy. Już wcześniej zaprogramowała cel swojej podróży. Główny komputer wskazywał zagrożenie w sektorze DXII. Była wściekła. Analizatory po raz kolejny pokazały, że nie jest to wynik działania sił natury. Minęła już znane jej tereny i wleciała do bardziej zaniedbanego i mniej używanego tunelu. Od pewnego czasu w tym rejonie obserwowano niebezpieczne dla nich zachowywania się ziemi. Zwolniła i zaczęła się rozglądać. Monitor zaczął wskazywać nie jeden jak się spodziewała punkt, lecz kilka mniejszych stref niebezpieczeństwa. Mimo wyraźnego zakazu ojca postanowiła naocznie sprawdzić co się dzieje. Poruszała się powoli. Na razie nic się nie działo i gdy już poczuła się bezpieczniej, nagle cała ziemia się zatrzęsła, a analizatory pokładowe wskazały równoczesny wzrost promieniowania. - Niech was robaki! – zaklęła i szybko włączyła wsteczny. Po raz kolejny w tym trymestrze nastąpił wybuch bomby w ich Imperium. Ludzie z powierzchni najwyraźniej dążyli do ich zagłady. Gdy wpadła do sali ojca spotkała tam już Wielką Radę. Sami starcy prowadzeni przez starego ojca. Lil skrzywiła usta. Tutaj trzeba działać! Zdała raport. Na twarzach Rady ukazało się wielkie oburzenie, ale niewiele z niego wynikało. Nikt właściwie nie miał żadnego pomysłu, a te które przedstawiali nie mogły sprawdzić się w czasach, w których przyszło im żyć. - Może wysłać tam diabolo? - Albo rozpuścić zarazę? - Można też wysłać adeptów sztuk iluzorycznych... - Albo... Na kolejne propozycje postraszenia ludzi z powierzchni Lil wybuchnęła gromkim śmiechem. - I co? Sądzicie, że ci, którzy dążą do naszej zagłady przestraszą się stworka z różkami, ogonkiem i kopytkiem? Przecież nasi agenci już od dawna informują, że ludzie nie boją się takich przebierańców. Niektórzy czasami wystraszą się kogoś w kapturze z żółtymi oczkami, ale to tylko ci, którzy w tym wypadku nie mają nic do powiedzenia. „Idioci” Lil wiedziała, że łamie prawo, zabierając głos bez zezwolenia ojca, ale nie mogła już słuchać tych wszystkich bredni. To była jej jedyna szansa. Po sali przeszedł pomruk, jednak nikt nie wypowiedział na głos swojego oburzenia w stosunku do Lil. - Co więc proponujesz? – odezwał się ojciec. Dotychczas wolno jej było być jedynie wolnym słuchaczem . - Proponuję zebrać informacje od wszystkich agentów i udać się na górę, by sprawdzić do czego dążą ludzie i poznać ich obecne słabe punkty. Skoro nie działają już dotychczasowe metody, należy znaleźć nową. W razie gdyby ludzie przekroczyli normy zdrowego rozsądku mamy, zgodnie ze starodawnym prawem, wezwać pomoc Skio. - Skio? – na sali ponownie słychać było pomruk. - Ależ to oznaczałoby, że nie dajemy sobie rady... Wiesz czym to grozi? Znasz prawo? Wówczas przejmują kontrolę... - Wraz z nami. A dajemy? Powiedziałam, że w ostateczności. Ojcze proszę o pozwolenie udania się na powierzchnię. - Ależ to zbyt niebezpieczne! Nigdy tam nie byłaś. Słońce i jego zabójcze promienie, bardzo wysokie amplitudy temperatury i wilgotności. Zróżnicowany klimat, dziecko – to cię zabije! - A te wyładowania nie zabiją nas wkrótce? Jestem twoją córką i moim obowiązkiem jest dbać o nasz lud. - Zarządzam głosowanie – westchnął Lu i spojrzał z nadzieją na Radę. Miał nadzieję, że chociaż oni wybiją z głowy szalone pomysły córki. Wynik głosowania jednak był całkiem odmienny. Tylko jeden głos był przeciw i wszyscy wiedzieli, że należy do Lu. Rada zrzuciła chętnie odpowiedzialność na młode ramiona Lil.

W hangarze stał statek powierzchniowy i skafandry. Już miała wsiąść, gdy raptem w wejściu pojawił się ojciec podpierający się laską. - Lil – zaczął – Wiem, że masz rację, ale nie musisz osobiście lecieć. Przecież nasze bioroboty systematycznie przywożą informacje z ziemi. - Wiem ojcze, ale bioroboty nie załatwią wszystkiego. Muszę znaleźć na powierzchni kogoś, kto rozpocznie walkę z tym idiotyzmem. - Widzę, że nic nie zmieni twojej decyzji. Na powierzchni nie będziesz mogła korzystać ze statku zbyt często. Pamiętaj – tylko w wyjątkowych sytuacjach. Za dużo zestrzeleń jest w tamtych rejonach. Lepiej poruszać się ich smrodliwymi pojazdami. - Dobrze ojcze. Będziemy w łączności. Lil skierowała się do tunelu N, prowadzącego w rejon zagrożenia. Spoglądała na wskaźniki, zbliżała się coraz bardziej do niebieskiej linii. Serce jej biło nieprzyzwoicie szybko. Jeszcze nigdy nie była na powierzchni, słyszała tylko, że ludzie tam żyjący są strasznie zacofani, bo zapomnieli. Filozofowie twierdzili, że to działalność szkodliwego promieniowania i zmiennej amplitudy powietrza. Dlatego zostały stworzone tak ostre przepisy dotyczące czasu pozostawania na powierzchni. Nie wolno się było też kontaktować z ludźmi z góry, bo groziło to zachorowaniem na dziwne choroby. Uczeni dowodzili też, że na powierzchni ponownie wzrosło promieniowanie. Był czas, gdy zmniejszyło się ono i ludzie z dołu częściej wychodzili, ale coś się zmieniło. Był to wyraźny znak, by zacząć interweniować. Właściwie jej rasa miała głęboko w nosie co robią ze sobą ludzie na powierzchni, ale gdy zaczęli ingerować w ICH sprawy... Lil zacisnęła usta. Kiedyś zostanie władczynią Imperium i nie pozwoli, by jakieś tam ludziki zniszczyły jej świat. Statek automatycznie zaczął zwalniać. Zbliżył się do platformy i zacumował. Lil usłyszała lekki szczęk, otworzyła klapę i wyszła na zewnątrz. Nie zakładała kombinezonu, bowiem liczniki wskazywały dopuszczalną normę promieniowania. Wzięła ze sobą jedynie niezbędnik. Rozejrzała się wokół. Platforma była fantastycznie wkomponowana w otaczające ją skały. Znajdowała się w jakimś pomieszczeniu o bardzo nieregularnych kształtach. Przypomniała sobie, że takie miejsca ludzie z góry nazywają jaskiniami. Niektórzy z nich zapuszczają się niebezpiecznie daleko i już nie raz byli bliscy odkrycia ich platform. Lil włączyła pole maskujące i po chwili pojawił się hologram imitujący skały. Platforma mieściła się w bocznej komorze, za wystającymi skałkami dość wysoko nad powierzchnią tunelu. Lil wiedziała, że ludzie mają bardzo słaby wzrok i w ciemności nic nie widzą. Muszą sobie oświetlać drogę jakimiś urządzeniami. Prawdopodobnie jej lud tysiące lat temu też tak musiał robić, ale ewolucja przystosowała ich do widzenia w ciemności. Z czasem doszło do tego, że aby widzieć na powierzchni podczas pory nazywanej przez ludzi dniem, musieli nosić specjalne okulary. Okulary te początkowo wyróżniały ludzi z dołu. Obecnie z tego co wiedziała, stały się one bardzo popularne wśród ludzi na ziemi. Lil spojrzała na drogowskaz. Urządzenie zainstalowane na pasku, mieszczącym się na przegubie dłoni wskazywało kierunek. Ruszyła w tę stronę. Droga okazał się kręta, prowadziła wśród labiryntu korytarzy, czasami musiała przeciskać się przez wąskie szczeliny, by w końcu wyprowadzić Lil na powierzchnię. Im bliżej była wyjścia, tym gorzej widziała. Światło zaczynało ją oślepiać. Założyła okulary i ruszyła dalej. Przed wejściem stał jakiś mężczyzna. Na jej widok ukłonił się. - Witaj pani. Kapitan Agentury Zewnętrznej Mi Ker - jestem pani przewodnikiem. - Nie prosiłam o przewodnika - Lil nie cierpiała, gdy ktoś krępował jej ruchy. - Ojciec pani poprosił mnie o to. To nie był rozkaz. Sądzę, że podczas pierwszej wizyty tak będzie lepiej. Później sama będzie pani odbywać podróże. - Później? - Tak. Czasy się zmieniły. Nasza interwencja będzie konieczna. Tutaj - wskazał na dziwny pakunek - jest torba z rzeczami, w które się pani przebierze. - Czy moje szaty są niestosowne? - Nie w tym świecie. Proszę też założyć kombinezon amlitudalny. Przylega ściśle do ciała i na dobrą sprawę nie widać go spod ubrania. Tutaj mężczyźni i kobiety noszą różne ubrania - wytłumaczył widząc zdziwioną minę Lil, gdy ta zaczęła wyciągać rzeczy. - Poczekam na zewnątrz. - Mężczyzna oddalił się, a Lil starała się ubrać w to, co pozostawił mężczyzna. Ubranie się w to było jednak zbyt skomplikowane. Z kombinezonem poradziła sobie szybko i sprawnie. Wystarczyło pokryć ciało sprayem. Po chwili zmienił się w substancję przypominającą skórę, jednak o znacznie ciemniejszej barwie. Nie mogąc poradzić sobie z resztą poprosiła mężczyznę o pomoc. - Za pierwszym razem zawsze tak jest - uśmiechnął się. - Poproszę spray. Kombinezon musi być dokładnie nałożony. Spełnia on wiele zadań. Pierwsze i najważniejsze dla nas to ochrona przed wysoką amplitudą i szkodliwymi związkami, drugie, równie ważne, to imitacja skóry najpopularniejszego w tej części globu przedstawiciela rasy. Kapitan wytłumaczył Lil jak zakłada się bieliznę i do czego służy, w jaki sposób ubrać spodnie i bluzkę. Gdy Lil była już ubrana, skrzywiła się. - Ależ to niewygodne! Jak oni mogą... - Przyzwyczai się pani. Kiedyś było gorzej. A teraz chodźmy. Jest pani pierwszy raz na powierzchni. Nie wolno pani przebywać tu zbyt długo. I tak się dziwię, że pozwolono wystartować pani w dzień. Szybko zeszli ze skarpy, w której znajdowało się wejście do jaskini i ruszyli do pojazdu na kołach. - A to co? - Samochód. Tym się m.in. poruszają ludzie tutaj. Mają jeszcze statki latające i pływające po wodzie i nad wodą. - Nie można szybciej? – spytała, gdy przemierzali pustą o tej porze drogę, wiodąca przez pustynię. - Nie. To wszystko na co stać ich samochody. Poza tym są bardzo niestabilne. - Nie można skonstruować naszych pojazdów z zewnątrz tylko przypominające ich? – Lil była zdziwiona, że tak proste rozwiązanie nie jest brane pod uwagę. - Kradną. - Nie rozumiem. - Tutaj wszyscy niemal kradną. Już niejednokrotnie wzbogacaliśmy ich urządzenia, po czym pojazdy znikały. Oni lubią przywłaszczać sobie cudzą własność… - Nie rozumiem. - Jak mam pani to wytłumaczyć? - Nie kapitanie. Nie rozumiem jak można przywłaszczyć sobie coś, co nie jest jego. U nas... - U nas księżniczko wszystko jest wspólne. Wystarczy zgłosić zapotrzebowanie na dany pojazd i to wystarczy, by móc przemieścić się z jednego punktu w drugi. Tutaj każdy ma swoje własne pojazdy. - Ale przecież to marnowanie materiału i energii! Dlaczego oni tak robią? - Obawiam się, że jest w tym trochę naszej winy. - To znaczy? - Po wielkiej wojnie, gdy my zeszliśmy do podziemi zwykli obywatele zostali na powierzchni. Minęło największe zagrożenie, ludzie zaczęli się jednoczyć. Było to zbyt niebezpieczne, bowiem pamiętali doskonale urządzenia i możliwość ich odtworzenia. Wprowadziliśmy między nimi zazdrość o władzę. W ten sposób zaczęli się dzielić. Teraz ludzie utworzyli tysiące państw walczących ze sobą. - Co myśmy zrobili? - Nie chcieliśmy tylko, aby odtworzyli technikę, która zgładziła życie. Popatrz księżniczko – tutaj mieściła się ogromna metropolia, to było wielkie miasto, żyzne ziemie, wspaniałe rzeki. Jest tylko piach. Życie powoli zaczyna tu powracać, ale miną kolejne tysiąclecia, zanim przyroda poradzi sobie z efektami naszej głupoty. Jeśli w ogóle będzie dana jej szansa. - To znaczy? - Oni mają bomby potrafiące zniszczyć wszystko, takie jak kiedyś. - Ale skąd? - Można się było tego spodziewać. Jedyne co mogliśmy zrobić, to opóźnić ten efekt. Przez wiele tysięcy lat udawało nam się to. Oni nawet nie pamiętają, że byli potężni. Myślą że życie ich zaczęło się od czasu wyjścia z jaskiń których schowali się po wielkiej wojnie! Część urządzeń, które były nam wspólne przypisują bogom. - A właśnie, czy Skio przybędą? - Mamy się z nimi skontaktować, gdyby to było konieczne. Czuję się jakbym weszła do wehikułu i cofnęła się w daleką przeszłość – powiedziała Lil, gdy wjechali do miasta. Czy oni przez te tysiące lat niczego nowego nie wymyślili!? - Wymyślili. Wiedza była przekazywana i zniekształcana. Zaczęli swoją historię od początku. Czasem kradną nasze wynalazki i przypisują sobie, innym razem przypadkowo odkrywają prawa rządzące światem Ale mają za sobą wieki, gdy pewna grupa niszczyła inne jednostki za wprowadzanie myśli technicznej. - Sugeruje pan, że zabijali się za wprowadzanie innowacji technicznych? - Wciąż to robią. - Przecież to, co pan opowiada sugeruje, że cofnęli się do instynktów zwierzęcych, rozwijając jedynie niektóre części mózgu. Przecież to może doprowadzić do katastrofy! - Już doprowadza. Testują swoje bomby na pustyniach, a jak wiesz księżniczko, właśnie w miejscach dawnych metropolii, czyli tam gdzie teraz jest tylko piach są wejścia do naszego świata. Kiedyś mieliśmy spokój. Ludzie omijali pustynie, ale czasy się zmieniły. Niszczą też swoją przyrodę i życie na powierzchni. - Co należy zrobić? - Nie wiem... Nagle Lil poczuła silny ból głowy. Ktoś wzywał pomocy. Komunikat powtórzył się, ale tym razem w tajnym kodzie! Kapitan zwolnił i zatrzymał się na poboczu. Skupił się na odbieranym przekazie. To nie był nikt z jego ludzi. Dla pewności wyjął minikomputer i spytał o dane wszystkich agentów przebywających na powierzchni na całym globie. Hologramowy obraz przedstawiał po kolei tych, którzy znaleźli się w niewielkich tarapatach. Sygnał pochodził od kogoś innego. Kapitan włączył silnik i ruszyli za miasto. Jechali coraz szybciej, sygnał wzywający pomocy powtarzał się co jakiś czas. - Jedziemy do przekaźnika? - Tak. - Myślisz, że...? - Musimy to sprawdzić. Tak nakazuje święte przymierze.

Już z daleka widać było kamienne graniastosłupy zabudowane wielkim miastem. Lil wydawało się, że tak niewielką odległość przemierzali całą wieczność. Na twarzy kapitana widać było ogromne skupienie. Lil zaskoczyło, że wokół prastarej bazy nadawczej jest tyle ludzi. - Spokojnie – powiedział kapitan odgadując jej myśli – dla nich to tylko sterta kamieni wybudowana niewiadomo przez kogo i po co. - Ale jak oni mogli zapomnieć? - Mogli. Problem w tym w jaki sposób dostaniemy się do środka. - Przecież kapłani mieli pilnować dostępu do stacji i udostępnić w razie konieczności. - Nie ma już kapłanów. Najpierw ich zabili a teraz starają się odkryć tajemnicę... - Nie łatwiej byłoby... - Łatwiej, ale pamiętasz? Komplikacje najprostszych zagadnień, to najlepsza strona obrony... - Poczekaj...Odbieram jakiś sygnał... - Nic nie czuję, być może jestem tu zbyt długo... - To nie człowiek... - Nie? - Nikt z tej planety. - Być może piramida tak wzmocniła sygnał... - Nie. Nie - - Lil niecierpliwie machnęła ręką. – Nikt z tej planety, ale na planecie. - Złapali kogoś? - Na to wygląda. Muszę się skupić. Lil i kapitan oparli się plecami o piramidę, wyglądali jak zwykli zakochani w sobie turyści z Europy. Chwycili się za ręce i przymknęli oczy. Dzięki temu przesył informacji był znacznie silniejszy. Lil zobaczyła Przybysza zamkniętego w jakimś pomieszczeniu. Szybko nawiązała z nim kontakt. Przed oczami zobaczyła przesuwające się z ogromną prędkością obrazy. Po chwili przekaz został zakłócony, Ostatnią rzeczą jaką Lil zobaczyła było wejście uzbrojonego człowieka. - Widziałeś? - Tak - Gdzie oni go trzymają? - Myślę, że wiem. Musimy jeszcze sprawdzić z głównym komputerem informacyjnym. Kapitan wyciągnął z kieszeni urządzenie przypominające telefon komórkowy i wystukał na klawiaturze ciąg liczb. - Co to? - Modem łączący z głównym komputerem, dla ludzi jest to zwykły telefon komórkowy. - Pełna konspiracja? - Nie inaczej – uśmiechnął się i po chwili wydał polecenia do „telefonu”. Z boku wyglądało to na zwykłą rozmowę w jakimś języku. Gdyby jednak ktoś znający starożytne języki całkiem przypadkowo przechodził obok tej pary, zapewne zdziwiłoby go dlaczego młodzi ludzie rozmawiają w sanskrycie. Nikogo jednak takiego nie było, a rozwrzeszczany tłum nawet nie zwrócił na nich uwagi, oprócz jednego rzezimieszka. Już od pewnej chwili obserwował tę parę. Uśmiechał się pod nosem z pewnym politowaniem i pewnością siebie. Obrobienie tych naiwnie wyglądających turystów zdawało się być dla niego fraszką. Niczym nie różnili się od tłumu, prócz tego, że postanowili odpocząć na uboczu. To dla Teda było dogodne miejsce. Już miał zaatakować, gdy nagle mężczyzna wyjął telefon i zaczął rozmowę. Kobieta ponownie schyliła głowę. Miała na twarzy okulary i nie widział czy śpi. Po chwili mężczyzna zrobił to samo. Ted podszedł bezszelestnie i przystawił nóż do gardła mężczyzny. Ten podniósł głowę. Okulary były tak ciemne, że Ted nie widział oczu mężczyzny, jednak po jego skórze przebiegł dreszcz. Było w tym spojrzeniu coś władczego. To samo zrobiła kobieta. Ted spodziewał się z jej strony jakiegoś krzyku, ataku histerii, ucieczki chociażby, ale oni tylko na niego patrzyli. Nagle poczuł jak wszystkie części ciała powoli zaczynają odmawiać mu posłuszeństwa. Nogi uginały się pod nim, nawet myśli zaczęły być paraliżowane. - Co u... – wyjąkał i upadł na ziemi. Nie stracił jednak przytomności. W głowie czuł pustkę. Para stała nad nim i bacznie mu się przyglądała. Kobieta zdjęła okulary. Ted jeszcze bardziej zdrętwiał. Jej oczy były żółte! Starał się przypomnieć sobie jakąś modlitwę, jednak wszelkie wysiłki przynosiły mu marny efekt. - „Nie pomoże ci” – usłyszał w głowie. - „Dlaczego nas zaatakowałeś?”. - Chciałem tylko telefon... - Ukraść? - Tak. Lil nagle wpadła na pomysł. - Jakie urządzenie dotrze do największej grupy ludzi? - Telewizja – odpowiedział w myśli Ted. – Kim jesteście? - Waszą lepszą wersją – kapitan skrzywił usta. Nagle podbiegło do nich kilka osób. Lil założyła okulary. Czuła jak pieką ją oczy. - Co się stało? – spytał turysta w śmiesznych kolorowych spodenkach. - Nie wiem – odparł kapitan. Ten człowiek podszedł do nas i niespodziewanie upadł. Jest pan może lekarzem? - Tak. Zbadam go. - Bardzo dziękuję. Możemy więc zostawić go pod pańską opieką? - Tak. Lil i kapitan szybko odeszli spod piramidy. - Potrzebuję zobaczyć tę ich telewizję i poznać jej zasadę działania.. Dobrze pani.

Sara Kroft

- Gdzie jest Kharen? - do chaty wbiegła moja mała córeczka. Jej przerażony wzrok szukał w moich oczach odpowiedzi. - Nie wiem, może poszła coś zjeść - odparłem, nie wiedząc co jej…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%