Fantasy · 7 min czytania
Khölg
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ciemny kształt spłynął lekko z bezchmurnego nieba i bezgłośnie wylądował na ziemi. Jego ciało zlewało się z czernią nocy czyniąc go całkowicie niewidzialnym. Nie musiał się także obawiać, że ci ludzie, te głupie istoty go wyczują. Oni nic nie wiedzieli, byli ślepi na znaki, które były im wysyłane. Smok wyciągnął z zębatej paszczy swój rozwidlony język smakując cudowny zapach ludzkiego strachu. Mieszkańcy tej wioski mieli wiele powodów do niespokojnych snów, gdyż Khölg jasno dawał im do zrozumienia, że będą jego następnymi ofiarami. Co noc przelatywał nad ich domami rozdzierając senną ciszę swym donośnym rykiem, budząc strwożonych wieśniaków. Tym razem jednak zleciał na dół wyjątkowo cicho, nie chciał ich na razie wyrywać ze snu. Przepełzł do pierwszego z domów i jednym, lekkim tchnieniem podpalił ganek. Roznieci parę małych pożarów, a dopiero po tym głośno oznajmi swoje przybycie śpiącym ludziom. Mieszkańcy zobaczą ogień, ale będzie już dla nich za późno, znajdą się w pułapce. Wtedy bowiem Khölg dokończy swe dzieło, zalewając miasto ogniem z powietrza. Potem będzie łapać palące się ciała i zjadać je, bo będą dokładnie takie jakie lubi. Smoki z reguły jedzą pieczone mięso, lecz akurat ten woli te jeszcze żyjące, nasączone paniką i bólem. Oszczędzi tylko parę tlących się trucheł, zostawiając innym wyraźne ostrzeżenie wypisane zwęglonym szlakiem. "Wynoście się z naszej ziemi." Khölg wyszczerzył do siebie kły w smoczej, przerażającej wersji uśmiechu. To nie tym ludziom należą się te tereny, tylko smokom i ludom Północy, a oni w końcu to zrozumieją. Jak na razie nie mógł pozwolić sobie na zaatakowanie większych miast, ale to tylko kwestia czasu. Ulrik już zbierał swoją armię, a Khölg swymi wyczynami przekonywał resztę {i}vykha{/i} - smoków, że warto walczyć o swoje. Będą niszczyć i plądrować wioski, powoli przesuwając się w stronę stolicy. Zajmą ją, i na tych ziemiach rozpocznie się zupełnie nowe panowanie. Panowanie smoków i ludzi Północy. Czarny potwór otrząsnął się z zamyślenia i skierował swój kolczasty łeb w stronę kolejnego z domów. Musiał szybko skończyć swe dzieło, zanim wieśniacy zorientują się, że ich chaty się palą. Już miał podpalić następny ganek, gdy do jego nozdrzy napłynął zgoła nieprzyjemny zapach. Nie tak słodki jak woń strachu, o nie. Ten zionął pewnością siebie, a co gorsza, pewnością siebie wznieconą przez zwykłego człowieka. Khölg sapnął, zdziwiony. Któż z ludzi mógłby się nie bać, wiedząc co czyha na jego drodze? A co do jednego, {i}vykha{/i} był pewien - ów śmiertelnik doskonale zdawał sobie sprawę z tego, do kogo zmierza. Smok wciągnął w nozdrza powietrze przesiąknięte tym złym zapachem, i postanowił wpierw rozprawić się z tajemniczym przybyszem, zostawiając zniszczenie wioski na później. Rozłożył swoje wielkie skrzydła i jednym, potężnym skokiem wzbił się w powietrze. Od razu skierował się w stronę nieprzyjemnej woni, i już po paru minutach lotu dostrzegł w dole człowieka, do którego zmierzał. Nieznacznie wyszczerzył kły i zleciał na ziemię. Wylądował wprost przed przybyszem, po czym spojrzał na niego z pogardą. - Witaj człowieku - wypowiedziane słowa wręcz ociekały nienawiścią,