Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 9 min czytania

Kibol

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Józek nienawidził swojego imienia. No bo jak prawdziwy kibic najlepszej drużyny w mieście może mieć na imię Józek?! Matka wielokrotnie wysłuchiwała tyrad i narzekań nad jego rzekomym przekleństwem. A była taka szczęśliwa, gdy się urodził niespełna dwadzieścia lat temu. Przez cały ten czas wychowywała go sama. Jej rodzice mieszkają za Warszawą. Starsi ludzie, nie mają już zdrowia na ciągłe podróże. Z resztą ojciec przestał ją wspierać, kiedy tylko zaszła w ciążę. Swojego ojca Józek nigdy nie poznał, a i jego matka nie chciała o nim pamiętać. Szukając gdzieś w pamięci, może i przypomniałaby sobie imię chłopca, któremu oddała się w kiblu którejś z łódzkich knajp, bardzo dawno temu. Wyraźnie pamiętała, jak łudziła się, że w ten sposób zatrzyma go przy sobie. W końcu chodzili ze sobą prawie dwa miesiące... Józek był wiernym kibicem – nigdy nie opuścił meczu, choćby nawet sparingu, swojej drużyny. Swojej dumy. W światku piłkarskich zapaleńców wypracował sobie pozycję, którą gruntował co jakiś czas na ustawkach. W swoim otoczeniu znany był jako Misiek i każdy doskonale wiedział, o kim była mowa, gdy ktoś rzucił hasło: Misiek z Polesia. Ludzie schodzili mu z drogi, gdy szedł chodnikiem. Z daleka widać było śnieżnobiałe skarpety, w które, zgodnie ze zwyczajem, wpychał ściągacze dresowych spodni. Każda sobota należała do jego grupy. Takich grup, nazywanych w środowisku kastami, istniały w mieście zaledwie cztery, a on był najmłodszym dowódcą jednej z nich. Tym bardziej miał więc prawo nosić głowę wysoko. "Łysy z Bałut", dotychczasowy guru zagorzałych fanów ŁKS-u, powoli zaczął schodzić w cień. Nie lubił Józka, on również nie darzył go sympatią. Oj, tak, Misiek był grubą rybą wśród młodych chuliganów i jednym z najwierniejszych kibiców "ełksy". Nadeszła kolejna sobota, tydzień po krwawych derbach, kiedy ponownie grała jego drużyna. Wymęczony remis w strugach deszczu, utrzymujący nieciekawe status quo w tabeli i okupiony kontuzją najlepszego snajpera, nie napawał Miśka optymizmem. Mimo to jego kasta szła nie zatrzymywana środkiem ulicy. Kilka radiowozów oddziału policyjnej prewencji eskortowało prawie trzydzieści osób – śpiewających stadionowe przyśpiewki, pijących hektolitry piwa i czyniących po drodze spory zamęt. Poprzewracane kosze na śmieci, powyginane barierki przy przystankach tramwajowych, czasem jakaś zbita szyba – to był norma. Kolejni członkowie grupy Miśka oddzielali się od kolektywu i wchodzili w bramy zaniedbanych kamienic, by zmienić ubranie, pozostawić w domach atrybuty w postaci szalików, czapek i koszulek i przygotować się do wieczornego picia. Wreszcie została ich garstka, a policyjne "suki" rozjechały się. Józek wpadł do swojej bramy i udał się do lewej oficyny, przemierzając po przekątnej rozległy dziedziniec. Wbiegając na trzecie piętro, usłyszał głośną muzykę. Zdziwił się nieco, gdy zorientował się, że hałas dobiega z jego mieszkania. Matka nigdy nie rozpuszczała tak radia. Szarpnął za klamkę, zamknięte. Wygrzebał z kieszeni klucze. Otworzył drzwi, wszedł i rzucił szalik na łóżko w swoim pokoju. Rozpuszczone "dramy" pulsowały mu w uszach. Podszedł do sypialni matki i wszedł bez pukania. - O... cześć, Józek... Stał chwilę i patrzył, nie dowierzając. Zrobiło mu się niedobrze. Zszokowany odwrócił się i huknął z całej siły drzwiami do sypialni matki. Wstawiona szyba rozprysła się na kawałki. Wpadł do swojego pokoju, jego wzrok zatrzymał się na sprężynowcu. Przez głowę przebiegła mu szybka myśl. Poczuł, że zaczyna się dusić. Chwycił nóż i biegiem opuścił mieszkanie. Pędził przed siebie, nie rozglądając się wokoło. Mijał kolegów ze stadionu, którzy krzyczeli do niego: "Siema, Misiek" i ze zdziwieniem odprowadzali wzrokiem. Józkowi brakło sił. Przystanął i narzygał na chodnik tuż przed jakąś babą. Zszokowana starsza pani spojrzała na niego z obrzydzeniem. Józek klęczał zgięty wpół. Z odrętwienia wybudził go dzwonek tramwaju. Podniósł się i wszedł przez ostatnie drzwi do drugiego wagonu. Rzucił się na miejsce. Siedział ze spuszczoną głową, którą rozsadzała pustka, zupełnie jak kilka minut wcześniej tępe bity klubowej muzyki w jego mieszkaniu. Podniósł oczy. Omiótł wzrokiem wnętrze pojazdu. W środku siedziały cztery osoby: dziewczyna niewiele…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%