Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Środowisko · 38 min czytania

Kiedy Bóg śpi pt. I

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{i}"Zanim dotrzemy do spokojnych, słodkich wód, czeka nas przeprawa przez gorzkie i wzburzone"{/i} van Helsing.

{b}1.{/b}

Miało się wrażenie, że byli stworzeni do autodestrukcji lub do wyniszczenia siebie nawzajem. Jemu pomagały w tym dragi, jej – on. Jeśli istniała jakakolwiek szansa na uratowanie się – oni chcieli ją zniszczyć, a jeśli jakikolwiek związek można nazwać zabójczym, to ten do tej nazwy pasował. Powinni byli dla własnego bezpieczeństwa nigdy się nie spotkać, nie spojrzeć na siebie i nie próbować zabić ludzi, którzy utrudniali im życie. Powinni byli po prostu pozostać dwójką beztroskich nastolatków, którzy wieczorami chodziliby do kina a po lekcjach wraz ze znajomymi opychali się różową watą cukrową. Powinni byli zahamować się nawzajem, kiedy jeszcze było to możliwe. Powinni byli nie dać porwać się tajemniczej sile, która ich ku sobie skierowała. Ale jej ulegli.

{b}2.{/b}

Noel był tym typem człowieka, który tuż po narodzeniu skrzywił się z pogardą dla całego świata, a później jedynie próbował coś zrobić, żeby uczucie obrzydzenia do pomiotów Matki Ziemi nieco przygasło. Wypróbował niemal wszystkie możliwości, które dawała mu współczesność – litry alkoholu, głośna muzyka i tyle narkotyków, ile było w stanie wytrzymać jego ciało. Nie chciał wyostrzyć żadnego ze zmysłów, najchętniej przytępiłby je wszystkie raz na zawsze. Cud Boży narodzony dwa tysiące lat po Jezusie w Boże Narodzenie. Mając 13 lat po raz pierwszy i całkowicie na poważnie uciekł z domu. Nie było to spowodowane ani nudą, ani strachem, ani problemami jego uzależnionej od arthrotecu matki. Był najzwyklejszą chęcią ucieczki od wszystkiego, która nachodzi tak wiele dzieciaków, ale na którą niewiele z nich ostatecznie się decyduje. Spędził wtedy dwa tygodnie w jednym z domków letniskowych nad jeziorem Bowles Reservoir. Tam też spotkał swoich nowych znajomych, w większości sporo od niego starszych, zachwyconych jego sprytem, który pozwolił mu się wkraść do zabezpieczonego alarmem domu. Z nimi po raz pierwszy zasmakował w amfetaminie, „białych ścieżkach wprost do drzwi kurwy rozkoszy” jak nazywał ją jeden z chłopaków, Dick. Wyglądał, jakby przez połowę swoich dziewiętnastu lat spędził na ścieżce do rozkoszy, ale jakby nigdy do niej nie doszedł. Był jednym z tych żałosnych ludzi, którzy tak obrzydzali Noela. Jednym z tych, przed którymi uciekł. Po czternastu dniach, kiedy jego wszyscy dotychczasowi towarzysze wpadli w ciąg, wyszedł z domu i uszkodził skrzynkę alarmową, natychmiast powiadamiając policję w Littleton o niechcianych lokatorach. Wrócił do Denver w ciężarówce jakiegoś obcego faceta, opowiadającego mu o swojej młodej żonie i czekającym w domu dziecku. Od razu wyczuł, że ten facet tak naprawdę jest już pewnie znany na każdym parkingu wzdłuż U.S. Route 66 pod którymś z tych głupich pseudonimów typu Casanova z Springfield czy Don Juan z Amarillo. Nie odzywał się, ponieważ potrzebował go jeszcze przez najbliższe kilkanaście mil, których nie miał zamiaru przejść w trampkach i w ulewnym deszczu.

{b}3.{/b}

Cynthia Salwador, mieszanka meksykańskiej urody i amerykańskiego stylu bycia. Najlepsza w swojej grupie uczennica, zafascynowana kulturą Japonii i starymi komiksami pióra Stana Lee, chociaż posiadała prawie wszystkie wydania Marvela, nawet te, które chłopcy czytają pod kołdrą, ściskając latarki. Tak można w skrócie ująć całą mentalność Cynthii. Jako czterolatka kochała cały świat, który znała. Ogródek jej rodziców i pokoje kilku koleżanek z sąsiedztwa, z którymi lepiły piaskowe torty, pamiętając o tym, że na spodzie zawsze musi być ciemny, wilgotny piasek wygrzebany z samego wnętrza piaskownicy, a na górze ten jasny, który leżał cały dzień na słońcu. Znała też przedszkole, do którego poszła wcześniej niż jej koleżanki z którymi się bawiła, co bardzo ją zdenerwowało. Jedenaście lat później zdjęła ze swoich ścian plakaty Daredevila i X-mana i zamieniła je na postery The Exploited i Dead Kennedys. A małe różowe pokoje swoich przyjaciółek z dzieciństwa zamieniła na zadymione nocne kluby, w których co weekend grała jakaś miejscowa kapela rockowa. Zwykle można było usłyszeć covery Bad Religion i starych przebojów pop, przerobionych na półtoraminutowe utwory punkowe. Na wokal zawsze szedł ten z ekipy, który nie potrafił na niczym grać, ale nikogo to nie obchodziło. Ważne, że w piątkowy wieczór można powiedzieć rodzicom, że będzie się nocować u nowej koleżanki i iść tam, gdzie ucieka się od wszystkich problemów. I od tych wszystkich nudnych ludzi, z którymi spędza się ponad trzydzieści pięć godzin tygodniowo. Tam, gdzie spotyka się faceta, którego rodzice nigdy nie polubią i z którym nie pozwolą się spotykać, nakazując jednocześnie wyjąć z siebie wszystkie idiotyczne kolczyki (przy okazji odkrywając, że o niektórych nie mieli pojęcia) i wrócić do naturalnego koloru włosów. A takie wrażenia dla piętnastolatki są naprawdę wiele warte.

{b}4.{/b}

- Chciałabym, żeby oni wszyscy znikli – położyła się na ławce i zamknęła oczy, żeby powstrzymać łzy. Nie chciała płakać, ale jeszcze bardziej nie chciała, aby zobaczył to Noel. Gdyby zauważył, że mazgai się z powodu kilku docinek w jej stronę, nie miałaby po co się znowu mu pokazywać. "Jakby ta głupia pizda Ivonne nie mogła się po prostu zamknąć!" - pomyślała rozgoryczona, co wywołało kolejną falę łez napływających do oczu. - Więc to zrób – wzruszył ramionami. - Mogę ich zabić? - Możesz zabić kogo chcesz. Ich życie nie zależy od nich, zależy od ciebie. „Dla niego wszystko jest niczym” – pomyślała. Przełknęła głośno ślinę, czując w gardle napór wielkiego kamienia goryczy. Bo czy nie miał racji? Czyż nie zawsze na końcu wszystko okazuje się być niczym? - Pomożesz mi? – spytała. „Na co się łudzisz, dziewczyno? On nikomu nie pomoże. On zna jedynie swoje teorie” pomyślała. Poczuła, że jej oczy stały się niemalże całkowicie suche. Otworzyła je i spojrzała wprost na oślepiającą latarnię, świecącą tuż nad jej głową. Mogłaby usiąść koło niego, wolała jednak bezpiecznie leżeć, czekając na jego odpowiedź. Być może znowu będzie musiała zamknąć oczy. - Pomogę, ale ty to zrobisz. - Mam zabić Ivonne? – ponownie spojrzała na latarnię, później odwróciła wzrok w stronę chłopaka. Przypomniała sobie, jak głęboko Noel chowa jakiś cudem zdobyty, poniszczony egzemplarz „Mein Kampf”. Jak skarb, któremu miałyby szkodzić ludzkie spojrzenia. Jakby książka o brudnych, nazistowskich ideach była jego Biblią. Teraz mogła poznać prawdziwą mind kampf. Zapalał właśnie kolejnego papierosa. - Boję się. – lekko drgnęła z zimna. A przynajmniej tak to odebrała. - Nie możesz się bać brania życia w swoje ręce – zaciągnął się i powoli wypuścił mocny dym – masz na to za mało czasu.

{b}5.{/b}

Nazajutrz wszyscy w szkole wiedzieli, że jedna z cheerleaderek leży na oddziale intensywnej terapii. Po pierwszej lekcji rozniosła się wersja o pobiciu, po drugiej doszedł napad, po czwartej zlinczowano Nathana – jej byłego chłopaka – za okrutną zemstę za jej zdradę sprzed kilku tygodni. Szczęśliwie udało mu się skończyć jedynie na kilku szwach, złamanym nosie i rozciętym łuku brwiowym. W trakcie piątej lekcji w szkole pojawiła się dwójka policjantów twierdzących, że są tu, by pomóc. Wyszli po czterech bitych godzinach spędzonych w dusznym gabinecie wicedyrektorki, śmierdząc lucky strike’ami, z zeznaniami kilkunastu osób i z niczym więcej. W międzyczasie Ivonne zdążyła wyciszyć się i zacząć kierować się długim tunelem w stronę białego światła i nieopisanego ciepła. Daleko nie zaszła, bo siła elektrowstrząsu sprowadziła ją spowrotem do świata żywych. I bynajmniej nie było to zasługą jej licznie zgromadzonej rodziny rozmawiającej wówczas o zaprzepaszczonej karierze tancerki, a przypadkowo przechodzącego statysty. To on pomógł, gdy na ekranie pojawiła się ciągła linia, zaintonowana odpowiednio głośnym sygnałem „piii”. Równo pół godziny później w miejscu napadu znaleziono nóż, którym została zaatakowana. Żadnych możliwych do zidentyfikowania odcisków palców ani znaków charakterystycznych, jak na przykład wyryte inicjały czy nietypowy motyw. Najzwyklejszy, prosty scyzoryk z ostrzem typu spear, dostępny na każdej stacji benzynowej od Kalifornii po Nowy York. W ciągu następnych trzech dni policja jeszcze dwukrotne odwiedziła szkołę. Czwartego dnia stwierdzili, że są blisko rozwiązania zagadki tajemniczej napaści na dobrze zapowiadającą się cheerleaderkę. Sami chyba w to nie wierzyli, za to wierzyło jakieś pół tysiąca nastolatków, którzy liczyli na zgodę rodziców na ich nocne wyjścia. W ten weekend żaden podrzędny klub, wpuszczający i pozwalający upijać się małolatom, nie miał kompletu gości. Cynthia tymczasem trzymała się z dala wszystkiego i wszystkich żyjących tą sprawą. Odsunęła się też od Noela, bojąc się zarówno przyznać mu się do swojego strachu jak i do strachu o niego. Ale przede wszystkim paraliżowało ja poczucie obrzydzenia do siebie samej i wściekłość, że wcześniejszy wieczór nie przyniósł jej tyle satysfakcji, na ile liczyła. Że napad na Ivonne nie okazał się być jej osobistym katharsis, a stał się głównym powodem jej rosnącego strachu. W tydzień po zajściu z ulicy Wellingtona pojawiła się nieoficjalna wiadomość, że Ivonne porusza palcami, że jednak jej przyszłość nie jest do końca stracona. Ktoś inny dopowiedział, że jej rodzice załatwiają jej najlepszych chirurgów (co akurat było prawdą). Po południu rozniosła się wieść, że Ivonne odzyskała przytomność i jest w stanie wskazać sprawców napadu. Ten, kto naprawdę ją widział, wiedział, że szanse na odzyskanie przez nią przytomności - kiedykolwiek – są nikłe, i z każdą godziną maleją jeszcze bardziej. Jej rodzice przestali komunikować się z jej znajomymi, a policja przestała kontrolować szkołę. Usunęła się subtelnie w cień, ale nie przestała węszyć. Cynthia przestała widywać się z Noelem, on przez tydzień był w ciągu. Zawsze gdy dwie pasje sprzeczają się o jednego człowieka, któraś musi wygrać, a druga przegrywa z kretesem i skupiającym się na niej całym piętnem porażki.

{b}6.{/b}

Policja przyszła do szkoły jeszcze kilka razy. Za każdym razem pojawiała się ta sama dwójka – niczym nieodłączni Starski i Hutch – Duhamel i jego wierny jak pies pomocnik Haslinger . I niemal za każdym razem nieco ponad pół tysiąca nastolatków słyszało, że policja potrzebuje ich pomocy i współpracy. Następnie solennie zapewniali ich, że sprawa postępuje i są coraz bliżej poznania tego, kto dopuścił się „tej okrutnej zbrodni”. A na koniec ponownie prosili o wsparcie tonem, który nie zachęcał nawet do podania im ręki bez obawy porządnego przetrącenia kości. Tuż przed wyjściem rzucali parę słów, a następnie znikali ze sceny, zostawiając za sobą gorzki zapach kawy i papierosów. Nie mieli w sobie daru zjednywania dzieciaków, to jedno można im z całą pewnością przyznać. Ale ich praca nigdy na tym nie polegała. Duhamel i Haslinger mieli jedynie wytropić jednego właściwego psychopatę spośród setek anonimowych twarzy zapełniających szkolne korytarze.

Tym razem, 14 marca 2005 roku, pomiędzy prośbą o pomoc wymierzoną w czułe sumienia nastolatków a przypomnieniem o obywatelskich obowiązkach pojawiło się coś jeszcze. Otyły czarnoskóry mężczyzna dwukrotnie odchrząknął w zwiniętą w pięść dłoń, następnie wytarł obie ręce w jednorazową chusteczkę. Ponownie skierował wzrok na zapełnioną uczniami aulę, intensywnie pachnącą kurzem wydobywającym się z zaplecza, na którym trzymano wszystkie bezużyteczne dekoracje z nadzieją, że ktoś kiedyś doceni ich wartość sceniczną i pozwoli jeszcze raz zagrać weroński balkon Julii. Tym razem nie miał zamiaru poprzestać na prośbach i miłych słowach. Miał zamiar jak najszybciej zakończyć tą sprawę i był pewien, że jeśli istnieje ktoś odpowiedzialny za napad na Ivonne w największym stopniu, to znajduje się właśnie tu. W tej samej sali, wąchając ten sam zapach kurzu i próbując zachowywać się jak najbardziej przeciętnie. Powiedział dokładnie to, co pomyślał.

- Przepraszam... panie władzo – sama nie wiedziała, czemu go tak nazwała. Jako pierwszy odwrócił się czarnoskóry i potężniejszy, ten w krzywo włożonej w spodnie koszuli i z mocno poluzowanym pod szyją granatowym krawatem. Spojrzał na nią żółtymi białkami oczu wieloletniego palacza Nie było odwrotu. Jego kolega stał tępo w jednym miejscu obserwując drzwi wyjściowe ze szkoły. - Tak? – wychrypiał grubym głosem. Jego przyczepiona na prawej piersi odznaka była na wprost jej twarzy, chuchnął jej w twarz papierosami, ale próbowała powstrzymać się od grymasów. - Czy wiadomo... coś o Ivonne? Wie pan, rodzice się niepokoją, więc chciałabym wiedzieć... coś. – wydukała. Robienie z siebie idiotki przestało ją przejmować, kiedy zauważyła spojrzenie Duhamela. Było zbyt inteligentne... i zbyt przebiegłe. I zbyt niepokojące. - Nic, co mógłbym ci powiedzieć – energicznie poruszył szczęką, przeżuwają ogromną gumę. Poza mocnym zapachem lucky stike’ów wyczuła truskawkową woń Juicy Fruit. Guma dla dzieci. Guma dla gliniarza mierzącego dwa metry i mającego uścisk dłoni tak silny, że mógłby miażdżyć małe dzieci, roztrzaskując im kości na miazgę. - Nic? - Absolutnie. A rodzice jeszcze trochę się pomartwią, na złe ci nie wyjdzie – mlasnął głośno, błądząc wzrokiem gdzieś nad jej głową. Dziewczyna potulnie skinęła głową na znak aprobaty. Czarnoskóry odwrócił się i odszedł kilka kroków, zostawiając ją samą. Miał piętnastoletnią córkę i osiemnastoletni staż pracy, więc doskonale wiedział, kiedy małolata coś kręci. - Sprawdź tą małą – zwrócił się do pomocnika. Oboje energicznie ruszyli w stronę wyjścia. Czekało ich jeszcze czterogodzinne wypełnianie papierków dla Stanowej.

{b}7.{/b}

Miesiąc co całym zajściu temat wygasł. Szkolna drużyna znalazła nową dziewczynę machającą pomponami. Jak zwykle na przesłuchaniu do zespołu ujawniły się dziewczyny, które pomimo tańczenia jak kulawi z artretyzmem miały nadzieje na szkolną karierę. Żadna z przedstawicielek jury nie miała najmniejszych wyrzutów sumienia, żeby po kolei wyrzucać każdą z ochotniczek, żeby na końcu przyjąć starą znajomą. Nie miały też nic przeciwko udawaniu, że nic nie pamiętają, jeśli stara znajoma okazała się być fajtłapą. Nie miały też wyrzutów, że wybierały długotrwałą zastępczynię Ivonne, zamiast wspierać poszkodowaną koleżankę. Wszystkie dziewczyny obchodziły się nawzajem tak długo, jak mogły się do czegoś przydać. Półmartwa Ivonne była już w zasadzie bezużyteczna. Tymczasem musiały sobie poradzić z kilkoma tuzinami dziewczyn, równie bezużytecznych co Ivonne z poharatanymi wnętrznościami. I musiały konsekwentnie eliminować krótkonogie brunetki, krzywonogie uczennice z bogatymi rodzicami, którzy mogli dać im wystarczająco pieniędzy, żeby przed zawodami stanowymi przekupić każde jury w kraju i dziewczyny z desperacją oczach, które zakwalifikowały jako małolaty liczące na utratę dziewictwa z którymś z chłopaków z drużyny.

W tym samym czasie Cynthia po raz pierwszy odważyła się iść tam, gdzie zazwyczaj znajdowała Noela – w opuszczonym domu przeznaczonym do rozbiórki, na rogu Washington St. i alei Cromwella, jednocześnie będącej ostatnią ulicą w mieście, zamykającą je i w pewnym sensie oddzielającą od reszty świata grubą warstwą czarnego, wyniszczonego przez ciężarówki asfaltu.

{b}8.{/b}

Po raz pierwszy idąc nocą nie miała w głowie żadnych refleksji. Zawsze gdy znajdowała się na styku ostatnich świateł miasta i bezdusznej ciemności nachodziły ją setki niemożliwych do spamiętania myśli. Tym razem jednak jedyne co na nią działało, to szum muzyki w uszach. Ten zakręt powinien napawać ją lękiem, być jak sekretne przejście ze świata żywych... tymczasem jedyne o czym pomyślała, to że pomimo dotychczasowej niechęci pewnie jeszcze nie raz zatęskni za widokiem tych wysokich drzew. Wysokich, nie pięknych, nie szlachetnych, najzwyczajniej w świecie wysokich, jak miliony innych. Nic nadzwyczajnego. Minęła je bez większej uwagi. Przez dźwięk płynący ze słuchawek słyszała niemiarowy chód swoich nóg.. „Jasne, jak mógłby być równy skoro każda noga ma inny kształt?” pomyślała. Przypomniała sobie książkę Stephena Kinga, która czytała kilka lat temu. Przypomnieli jej się uczestnicy wielkiego marszu, to jak ginęli i jak wpadali w obłęd słysząc ten sam odgłos co ona w tej chwili. Pomyślała, że pewnie zginęłaby jako pierwsza, bo już teraz odczuwała ból stóp, pomimo przejścia niecałych 5 mil. Nie pamiętała, jaki dystans przeszła pierwsza ofiara, nie pamiętała nazwiska zwycięzcy. A może w ogóle go nie było? Punkt któryś tam – nie bierz trampek. Nie wiedziała, jak mogli się czuć chłopcy w jej wieku po pięciodniowym marszu. Ponownie spojrzała przed siebie, żeby nie gapić się na szarą ulicę, pustą ładnych kilka mil za i przed nią. Była na niej sama. Zgłośniła muzykę. Jeśli można odczuć pustkę umysłu, to właśnie ją odczuwała. Całkowity brak jakichkolwiek działających emocji. Powoli zza zakrętu zaczęła wyłaniać się lekka, ledwie widoczna poświata. Cynthia nawet bez dodatkowych pomocy doskonale znała to zjawisko. Po prostu najdejżdżał samochód, którego kierowca za chwilę miał ją oślepić światłami, o których zmianie na krótkie przypomni sobie dopiero mijając ją i jej przymrużone oczy. Każdy tak robił. Tymczasem poświata robiła się coraz wyraźniejsza, ale w przeciwieństwie do wszystkich, które do tej pory widziała, ta nagle znikła, jakby nigdy niebyła. Wywołało to u niej pierwszy wyraźny impuls – niepokój. Samochód mógł zatrzymać się i jedynie czekać. Mogła w nim siedzieć czwórka nastolatków w bluzach licealnej drużyny baseballowej czekająca na nadchodzącą zabawę, bardzo możliwe, że właśnie z nią. Mógł tam siedzieć jeden z seryjnych morderców, który chciał po cichu wymordować całą rodzinę, mieszkającą w domu położonym za miastem. Wyłączyła muzykę. Strach narastał, dalej nie wiedziała, co mogło stać się z samochodem. Pragnęła, aby jej kroki były niesłyszalne, ale one jak na złość co chwilę dawały jej znać, że wciąż maszerują. Cholerne kroki, gdyby tylko nie musiała ich stawiać. Mogła wybrać polną drogę, wystarczyło jedynie zboczyć tuż przed zakrętem, za to powrót zająłby jej o wiele więcej czasu. Zanim się namyśliła, już dawno ją minęła. Przeklęte samochody, straszą nawet kiedy ich nie ma. Odgarnęła grzywkę opadającą jej na jedno oko i wypluła po cichu nienadającą się już do żucia gumę. Przeszła kilka kroków, po czym nagle w ciemnościach zaświeciły się dwa pomarańczowe światła. Serce podskoczyło jej do gardła. Nie potrafiła dostrzec żadnej sylwetki siedzącej w środku. Może jest właśnie w domu? W moim domu. Mimo wszystko podbiegła do niegdyś zielonej, teraz już obdrapanej z resztek farby bramki, nie spuszczając potwora z oczu. Otworzyła ją z trudem, pchając ją przez zaspę usypaną ze starych liści. Leżały tak od dłuższego, i zdążyły się do tego miejsca przyzwyczaić, nie ustępując jej z drogi. Wślizgnęła się przez wąską szczelinę. Nie zamknęła jej, tylko…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Kiedy Bóg śpi pt. I — czytnik · opowiadania