Romans · 14 min czytania
Kiedy pada deszcz (Miejskie Opowieści cz. 3)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
{i}Z cyklu “Miejskie Opowieści” – część trzecia:{/i}
{b}KIEDY PADA DESZCZ{/b}
Śniło mu się, że kończył się świat. Słońce, ogromna kula ognia, wypełzło nad horyzont i spaliło Miasto. Ludzie pękali jak baloniki. Nie było słychać nawet najmniejszego krzyku. Tylko wybuchy i chlupot wnętrzności rozlewających się po chodnikach. A potem wszystko spowiła śmiertelna cisza.
***
Kiedy się obudził, znów padał deszcz. Podniósł się leniwie z łóżka i podrapał po brzuchu. Podszedł do okna kurcząc się lekko pod wpływem zimna przenikającego jego stopy. Wielkie krople monotonnie bębniły o parapet. Deszcz. Jak zawsze, jak każdego poranka. W Mieście zawsze padało. Już zapomniał jak wygląda słońce, błękitne niebo i ciepły wiatr. Tak działo się za każdym razem, gdy nadchodziła pora deszczu. Na parapecie leżała paczka papierosów. Leniwie sięgnął po jednego i zapalił. Pierwszy papieros. To uczucie nie mogło równać się żadnemu. No, może poza orgazmem. Ciężki, biały dym wbijający się bezlitośnie w płuca. Przenikał zaraz całe ciało i wprawiał w ten stan, którego nikt nie zdołał opisać. Spoglądał w zamyśleniu w okno. Pierwsze zamazane postaci poczęły wędrować śpiesznie ulicami. Okutane w płaszcze przeciwdeszczowe, bądź zakryte wielkimi parasolkami biegły by wypełniać kolejne zadania kolejnego dnia. Takiego samego jak setki innych. Wśród nich zobaczył żółtą parasolkę. Uśmiechnął się do siebie. Julia. Kobieta, której nie znał. Kobieta, o której wiedział prawie wszystko.
***
Wdział nieśpiesznie wysokie kalosze i narzucił na plecy ortalionowy płaszcz. Do kieszeni wcisnął paczkę papierosów i wyszedł, zamykając cicho drzwi do mieszkania. Piętro, schody, piętro, schody, piętro, schody. Poranna gimnastyka polegająca na skakaniu co trzeci stopień. Wyprysnął z klatki schodowej jak torpeda, na spotkanie deszczu. Stanął, zdyszany lekko, na środku chodnika i uniósł twarz. Witał krople spadające mu raz po raz na policzki. Wdychał łapczywie wilgotne, świeże powietrze. Roześmiał się krótko i zaraz ruszył szybko chodnikiem. Na kolejną wyprawę.
***
Część 22 / 4
Kasandra <10.10.99 21-53-10> Jesteś? Proteus<10.10.99 21-53-20> Zawsze jestem.
***
Przemierzył już prawie całą dzielnicę, ale nie czuł się zmęczony. W strugach deszczu był ukryty. Przed wzrokiem ludzi. Przed zbędnymi pytaniami. Przed wszystkim. I wreszcie stanął u celu. Rozglądając się naokoło zagłębił się w ciemny zaułek.
***
Śniło mu się, że kończył się świat. Wielka fala, z ogromnym szumem przetoczyła się przez Miasto. Ludzie próbowali uciekać, stawiać barykady, chronić się w budynkach. Na nic. Zmiatała ich jednego po drugim. Powietrze wypełnione było wrzaskami ginących i gniecionych przez zwały wody ludzi. Stał na dachu wieżowca, wpatrywał się w falę. Poczuł, że ktoś stoi obok niego. Obejrzał się by zobaczyć kto to był.
***
Sufit był już stary. Jak wszystko w tym mieszkaniu. Stare i zmurszałe. Każdego ranka, gdy się budził i wpatrywał w te same zacieki i plamy, wydawało mu się, że jest taki sam jak one. Stary. Szary. Pokryty pęknięciami. Wstał, przeciągając się i rozejrzał w poszukiwaniu papierosów.
Część 33 / 4
***
Kasandra <11.10.99 22-45-23> Ciekawa jestem... Czemu spotykamy się zawsze tak późno? Proteus <11.10.99 22-45-56> Może dlatego, że to nasz czas? Kasandra <11.10.99 22-46-15> Nasz czas? Co masz na myśli? Proteus <11.10.99 22-46-45> Noc. Noc jest naszym czasem. Może jesteśmy stworzeniami nocy :) Kasandra <11.10.99 22-47-25> Hihi... Jesteś czasami okrutnie pompatyczny. Proteus <11.10.99 22-48-00> To zaleta czy wada? Kasandra <11.10.99 22-49-12> Sama nie wiem. Może Ty mi powiesz. Proteus <11.10.99 22-50-12> Chciałbym to powiedzieć, patrząc na Ciebie. Proteus <11.10.99 22-53-34> Jesteś? Kasandra <11.10.99 22-54-15> Tak, jestem. Zamyśliłam się... A wracając do naszej sprawy, myślę, że to się da załatwić.
***
Na zewnątrz znów padało. Miasto zasnute było szarą mgiełką deszczu. Szedł spokojnie chodnikiem, nie omijając kałuż. Zdawało się, jakby specjalnie przechodził przez największe zagłębienia w chodniku, by radośnie rozpryskiwać naokoło wodę. Jak dziecko, a jednak szedł ze spuszczoną głową, pogrążony w myślach. Raz po raz tylko unosił dłoń i mały obłoczek dymu otaczał jego twarz, by potem ulecieć gdzieś w przestrzeń Miasta. Stanął wreszcie przed jednym z niezliczonych zaułków i rozejrzał się szybko wokół siebie. Potem wkroczył w zaułek. Śmierdziało. Jak zawsze i jak wszędzie. Pochylił się i mozolnie odsunął żelazną pokrywę. Wejście do kanału ziało bezdenną, smrodliwą pustką. Chrząknął dla dodania sobie odwagi i zsunął się w ciemność ścieków.
***
Spotkał ją kiedyś na ulicy. Wtedy jeszcze nie wiedział, że to ona. Szła spokojnie, trzymając w szczupłej dłoni żółtą parasolkę. Zerknął na nią ukradkiem i poczuł nagły ścisk w klatce piersiowej. Przechodząc, obrzuciła go jednym, krótkim spojrzeniem. A potem ruszyła dalej, nucąc coś pod nosem.
***
Część 44 / 4
Śniło mu się, że kończył się świat. Znikąd uderzyła w Miasto jakaś wielka skała. Meteoryt. Piętnaście dystryktów w jednej chwili przestało istnieć. A potem zatrzęsła się wściekła ziemia. Budynki waliły się jak domki z kart. Miasto powoli zasnuwało się chmurą dymu.
***
Proteus <08.10.99 23-21-03> Dlaczego Kasandra? Kasandra <08.10.99 23-21-45> Bo mam wrażenie, jakbym ciągle przewidywała coś złego. W każdym ruchu, akcji, emocji... Proteus <08.10.99 23-22-12> Mhm... Kasandra <08.10.99 23-23-01> A dlaczego Proteus? Proteus <08.10.99 23-23-56> Bo mam wrażenie, jakbym rozpływał się w deszczu.
***
Przez chwilę zdawało mu się, że promień słońca przedarł się przez chmury i obudził go swoim blaskiem. Wstał raptownie z łóżka i podbiegł do okna. Nocą Miasto spowite było ciemnością. Otworzył szybko okno i wyjrzał przez nie – zobaczył tylko światła oddalającego się samochodu. Deszcz, szumiąc cicho, spokojnie obmywał ulice. Westchnął głęboko i, nie zamykając całkiem okna, wrócił do łóżka. Usiadł na nim i przez chwilę trzymał twarz w dłoniach, naciągając ją i krzywiąc. Rozcierał palcami policzki i oczy, jakby w poszukiwaniu czegoś, czego od dawna nie mógł znaleźć. Urwał nagle te dziwne poczynania i sięgnął odruchowo po papierosy. Leżały, na nocnej szafce. Wymiętoszone i pogięte. Zapalił jednego i pustym wzrokiem patrzył się przed siebie, na to co jest za oknem.
***
Szedł przez Miasto, przez tak dobrze znane mu ulice, skrzyżowania i maleńkie klomby z kwiatami. Dotarł, jak zawsze, do tego zaułka, jedynego w swoim rodzaju. Do swojego azylu. Rzucił się szybko na spotkanie ściekom. Wbrew pozorom, nie śmierdziało tak strasznie. Choć być może odór był rzeczywiście nie do zniesienia, ale on po