Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 10 min czytania

Kiedy zapada zmrok

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wzdłuż drogi w którą skręcił Adrien na ostatnim rozdrożu nie rosło nic poza starą uschniętą akacją. Pola wokół były wyjałowione, trawa wyschnięta, pożółkła, nawet piasek był jakiś dziwnie twardy, nieswój. Do tego wszystkiego dochodził silny zapach zgnilizny, biorący się nie wiadomo skąd który niezmiernie denerwował ów jegomościa. Ten poprawił swój ogromny, czarny, kapelusz sięgający od ramienia do ramienia. Po czym zaciągnął, przewiązaną przez szyję, czarną chustkę na nos i ruszył dalej. Nawet wiatr nie zaglądał w te strony, panowała tu, dzwoniąca w uszach, cisza. Dopiero kiedy Adrien zbliżył się do drzewa na długość rzutu kamieniem zauważył siedzącego pod nim starca. Najwyraźniej starzec ów był żebrakiem. Odziany w dziurawą kamizelkę, przykrótkie spodnie i słomiany kapelusz, siedział wpatrując się w znikającą za linią horyzontu tarczę słońca. Obiema dłońmi obejmował swą prawą kostkę. Adrien, poprawił swoją czarną, długą aż do kolan kurtkę i zatrzymał się przed starcem. Witam – zaczął zdejmując chustę z nosa – co tak siedzisz tu samotnie ? Czekasz na kogoś ? Niedługo zajdzie słońce. Słyszałem, że te tereny są niezwykle niebezpieczne po zmroku. Mówi się, że tutaj po zachodzie chadzają tylko bestie. He he. Ludzie, młody człowieku – odpowiedział chrypliwym głosem starzec – dużo mówią. Najczęściej jednak bez żadnego powodu i żadnego celu. Tak właśnie szerzy się plotka. A ja biedny siedzę tutaj sam bo też nikt mnie nie chce pomóc. Widzisz jestem w podróży, zważywszy na mój wiek, pewnie ostatniej. No to też los nie chce za żadne skarby dopomóc mi jej ukończyć. Sprawił, że schodząc z pagórka niedaleko stąd zwichnąłem kostkę i nie potrafię iść. Przechodziło tutaj już paru wędrowców ale żaden nie zaoferował mi pomocy, ani nawet wezwania kogoś do pomocy. A ja... ja nienawidzę się narzucać. Więc siedzę tutaj i czekam. Albo na pomoc, albo na śmierć. Nie należy zaraz wyciągać najczarniejszych możliwości dziadku – odparł Adrien – Wszakże ja tutaj jestem i zamierzam ci pomóc. Ludzie tutaj nie oferują pomocy obcym bo się boją. To nie są źli ludzie po prostu bojaźliwi. Boją się ? - starzec, z pomocą Adriena wstał na zdrową nogę – Czego niby oni się tak boją, że chcieli mnie zostawić na pewną śmierć ? Obcych się boją ? Mogę poręczyć, że ja nie jestem groźny, no chyba, że da się ludzi astmą zarazić. Potworów się boją – Adrien przełożył rękę starca przez ramię i pomógł mu iść – Bestii. W tych okolicach podobno jest ich mnóstwo. Podobno potrafią przyjąć ludzką postać. Widzisz młodziku – odkaszlnął starzec – za moich czasów, to jak żeśmy potwora jakiego wypatrzyli zaraz, hyc po widły i na niego. Teraz chłop to już nie chłop tylko baba, ot co ! Ciekawa logika – zaśmiał się Adrien – Ciekawa, zaiste. Tak w ogóle chyba jeszcze się sobie nie przedstawiliśmy, czyż nie ? Jestem Adrien Roock z Astlee. A pan ? Ja jestem – powiedział po chwili z uśmiechem – Jestem Mario Fatmunka z Orkmund. Farmer i wędrowiec. Nie długo po tym jak dwaj mężczyźni wyruszyli w drogę słońce całkowicie schowało się za horyzontem a z przeciwnej strony wyłonił się księżyc. Choć widoczna była tylko jego mała, sierpowata, część świetnie oświetlał drogę którą szli. Kiedy zaczęli wchodzić pod małe wzgórze na które prowadziła ścieżka dziadek zaczął coraz ciężej oddychać. Gdy już byli na wzniesieniu staruszek zatrzymał jegomościa w czarnej kurtce. Może mała przerwa, młodzieńcze ? - spytał z uśmiechem – Moje starcze nogi nie pozwalają mi na tak długie wędrówki jak kiedyś. Poza tym już ciemno, może dokończymy podróż jutro ? Dla mnie to nie problem – powiedział Adrien siadając na kamieniu – Chociaż z tego wzgórza droga już nie daleka do wioski. Niemniej jednak nie ma sensu się przemęczać nie potrzebnie. Należy wszak mierzyć siły na zamiary czyż nie ? Staruszek nie odpowiedział uśmiechnął się tylko i przytaknął. Ze szczytu wzgórza świetnie było widać owalny kształt wioski która składała się z dziesiątków dosyć skromnych drewnianych chat o dachach z szarych dachówek. Nieomal w każdym oknie paliła się jeszcze świeca, z większości kominów unosił się także dym. Na wzgórzu powiał zimny wiatr, zaszeleściły liście klonu pod którym siedział staruszek. Adrien powoli zdjął kapelusz i kurtkę, kładąc oba na małym kamieniu obok siebie. Dziadek zdziwiony patrzył na swego wybawiciela. Ten dalej milcząc zaczął podwijać rękawy swojej białej koszuli. Opowiedzieć ci zabawną historię – spytał poprawiając szeroki pas przewieszony przez biodra – o tej dróżce, dziadku ? Och, mów mi Mario – staruszek machnął ręką – Swoją drogą, wiesz, kiedyś jak jeszcze byłem młody to często występowałem na festynach w swojej wsi jako komik. Ale... przepraszam zacząłem się rozgadywać a ty przecież coś zaczynałeś mówić. Proszę dokończ. Mówiłem przeto – podjął spokojnie, wlepiając wzrok w wioskę leżącą pod wzgórzem – o historii tej drogi którą przyszliśmy. Znasz ją, staruszku ? Nie, nie znam. - odparł zrobiwszy zamyśloną minę – I mówiłem ci mów mi…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Kiedy zapada zmrok — czytnik · opowiadania