Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 50 min czytania

Kilka dni wytchnienia

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Szefowa dała mi wolne. Nie powiem, spodobał mi się jej pomysł na udzielenie mi urlopu. Po kilku ostatnich misjach wyglądałem jak cień człowieka. Amunicji miałem już niewiele na swoim magazynie, wyposażenie było zaniedbane i niekompletne. Cóż, takie są uroki życia w biegu. Czasem jednak trzeba się wyrwać na parę dni by wypocząć i uzupełnić braki w sprzęcie. Gdy tylko dowiedziałem się o otrzymanej przepustce, natychmiast zamówiłem bilety do mojego macierzystego układu planetarnego. Zabrawszy ze sobą walizkę z ubraniami i kartę kredytową wyruszyłem do mojego ulubionego sklepu militarnego w Imperium.

Ów przybytek znajdował się na Księżycu, w wielkim kompleksie handlowym. Powstał niedawno; zaledwie trzy lata temu. Do tego czasu zdążył już zdobyć sławę na miarę międzygatunkową. Można tam kupić wszystko, począwszy od zawieszek z wmontowanymi mikro paralizatorami, po gigantyczne działa kinetyczne mogące jednym strzałem dosłownie zmieść dwukilometrowy wieżowiec na Kariboo! O tak… Kiedy tylko karta kredytowa ciążyła mi w kieszeni, leciałem tam najbliższym kursem frachtowca i kupowałem wyposażenie na kolejne zwariowane zlecenia.

Tak więc znajduję się teraz w jednym z krążowników publicznych. Specjalnie dla siebie zarezerwowałem klasę premium, by móc w dużym i wygodnym fotelu wypoczywać obserwując występy odbywające się przed nami na scenie. Cała kabina była niezbyt obszerna; mieściło się tu dwadzieścia pięć foteli dla pasażerów, oraz półokrągły podest na którym kapela, bądź jakaś grupa taneczna odgrywała różne role. Sufit był przezroczysty; można było obserwować gwiazdy w przestrzeni kosmicznej.

- Nieźle grają, nie? – szturchnął mnie gruboskóry, barczysty jegomość o ciemnej karnacji ubrany w garnitur. Aktualnie na scenie znajdował się jakiś zespół rockowy. Tego typu muzyka pochodzenia ziemskiego była uważana w Imperium jako ewenement.

- Trzeba im to przyznać - odparłem wsłuchując się w odgrywany utwór. Nie znałem tej kapeli, ani żadnej innej które tu występowały. Mnie wykonawcy muzyki zupełnie nie interesowali.

- Ty jesteś Ziemianinem – jakże błyskotliwie stwierdził brązowy kosmita – Na pewno znasz się na rzeczy: powiedz, czym się różni rock od metalu?

Pytanie trochę mnie zakłopotało. Nie znałem się na tym. Żeby nie wyjść na idiotę, od niechcenia walnąłem pierwszą lepszą odpowiedź, która przyszła mi tylko do głowy. Nie miałem pewności, czy mówię prawdę.

- Rock od metalu jest łagodniejszy. Rock także powstał jako pierwszy. Reszta szczegółów, typu słowa i rytm nie różnią się nazbyt od siebie.

- Ale też słyszałem, że jest wiele odmian tej muzyki… - wtrącił się inny, granatowy jegomość także w ubraniu wizytowym – czy mógłbyś nam wytłumaczyć i to?

- Proszę was, drodzy panowie – zacząłem, próbując wykręcić się z tej sytuacji – Za chwilę ta kapela zejdzie. Moglibyśmy ich jeszcze posłuchać, zanim się im skończy repertuar?

Dwaj kosmici, którzy chcieli rozpocząć jakże ciekawą rozmowę, umilkli. Kilka chwil później owa kapela zakończyła swój koncert. Zaczęto grać inne „hity”.

Wyszedłem z transportowca po dwudziestu godzinach lotu. Moja walizka została wręczona osobiście przez stewarda, jako że byłem pasażerem klasy premium. Uniknąłem tym samym sterczenia w porcie kosmicznym w poszukiwaniu bagażu. Przeszedłem przez kontrolę celną bez żadnych nieprzyjemności, po czym wszedłem na teren „Międzynarodowej Stacji Handlowej na Księżycu” przez główne wejście. Hala główna była gigantyczną szklarnią, pełną drzew, krzewów i ptactwa sprowadzonego z Ziemi. Świergotające stworzonka miały tutaj istny raj. Codziennie były dokarmiane przez dozorców, ich odchody usuwane niemalże na okrągło przez droidy sprzątające, były pod opieką lekarską, miały nawet rzeźbione z drzewa budki, gdzie w beztrosce mieszkały. Potrafiły tutaj swobodnie latać i oddychać dzięki szeregu urządzeń wspomagających grawitację planety, filtrów i czujników ciśnienia powietrza, oraz odpowiedniemu rodzajowi szkła, który izolował ciepłe wnętrze budynku od zewnętrznej, lodowatej części. W tym przeogromnym kompleksie znajdowały się sklepy, hotele, apartamentowce, baseny, parki rozrywki i wiele innych, różnych atrakcji. Było to świetne miejsce na spędzanie wypoczynku… o ile posiadało się kieszeń bez dna. Ceny wszystkich usług tutaj sięgały tysięcy graalbulgów.

Skierowałem się w stronę sklepu z bronią. Znajdował się w oddzielnej hali, gdzie niemalże każdy kąt był zasypany stojakami, półkami i gablotami z giwerami.

Podczas mojego marszu z walizką zauważyłem pewnego grubego jegomościa, który spierał się z zielonym kosmitą. Byli ubrani w stroje wizytowe. Mięli oni obaj w rękach jakiś towar handlowy; człowiek w rękach trzymał małą, czarną aktówkę, a chudy i wiotki kosmita z łuskowatą, jak u jaszczurki, skórą niewielki metalowy pokrowiec z uchwytem. Był to pokrowiec na broń. Ich ubiór zaraz przyniósł mi na myśl przedstawicieli jakichś nielegalnych organizacji.

- Przepraszam, że przerwę – zacząłem mówić niepewnie do sprzeczających się osób. Oboje ucichli i spojrzeli się na mnie – Czy mam przyjemność spotkać po pięciu latach Moliera Grungsa?

- Dawid, ty palancie! – zawołał uradowany człowiek odpychając kosmitę na bok – Gdzie się podziewałeś po tych wszystkich latach naszej wspólnej współpracy?

- Robiłem to i owo… - odparłem niejednoznacznie.

- Ja, jak widzisz, jestem tu w interesach. Aktualnie prowadzę swoją firmę zbrojeniową, i zbijam kokosy na produkcji broni plazmowej…

- Maszynowej? – zapytałem, udając laika co do panujących na Ziemi przepisach.

- Nie, akurat tylko zwykłej, tej… no… ręcznej. – odparł już nieco opadłszy z pierwszych emocji – A chciałbyś może tu coś kupić?

- No tak, chciałbym sprawić sobie jakąś pukawkę. Nie wiem, może kaliber jedenaście milimetrów, z przełącznikiem analogowo-automatycznym…

Molier spojrzał się na mnie krytycznym wzrokiem.

- Chcesz wpaść do pudła za nielegalne posiadanie broni? Ja bym ci tego nie życzył.

- Nie tylko po nowego rozpylacza przyleciałem. Muszę kupić tu też ze sto magazynków do LKP v.14, pięćdziesiąt do pulsatora plazmowego, około dwustu granatów różnej maści, ewentualnie tarczę z kompozytowej plecionki. A na koniec zamierzam sobie sprawić nowy pojazd kroczący, najlepiej MŁT z kadłubem pancernym. Jednym słowem: czeka mnie tu masa zakupów…

Oczy człowieka w miarę opowieści wychodziły coraz bardziej z orbit. Gdy wspomniałem o MŁT, szczęka mu opadła, trupio pobladł, a ręce zaczęły się mu trząść.

- Oszalałeś?! – wykrzyknął przecierając czoło wyjętą z kieszeni chustką – Tylko wojsko i osoby uprzywilejowane mogą nabyć taki sprzęt legalnie!

- A kim są niby osoby uprzywilejowane? Wszyscy przecież w Imperium jesteśmy równi. – zapytałem udając, że urwałem się z choinki. Chciałem go sprowokować do mówienia.

- Kretynie! – wrzasnął Molier, po czym szybko obejrzał się wokoło siebie – Osoby uprzywilejowane są elitą wśród kosmitów. Żaden człowiek nie ma nawet najmniejszych szans, aby zdobyć takie odznaczenie! Trzeba by było być Billem Gatesem razy dwa, by móc się ledwie ubiegać o takie stanowisko!

- Niekoniecznie. – mruknąłem dotykając swojego płaszcza na wysokości piersi. Odznaka Strażnika należała właśnie do grona logo uprzywilejowanych. – Chodź za mną. Muszę ci coś pokazać.

Poirytowany jegomość, pomimo że stracił do mnie lata temu zaufanie, po tym jak uciekłem po Wielkiej Bitwie o Ziemię mu sprzed nosa, zgodził się pójść ze mną. Weszliśmy do najbliższej pijalni sargu. Wokół nas panowała dość spokojna atmosfera wytwarzana przez beżowe umeblowanie i ściany, oraz biznesmenów z różnych planet. Delektowali się oni trunkiem przy stolikach, i debatowali nad sprawami typowo gospodarczymi. Wszystkie sprzęty użytkowe posiadały łagodne, koliste kontury.

- Po co mnie tu przywlokłeś? – zapytał jegomość w smokingu rozglądając się niepewnie wokół.

- To najbezpieczniejsze miejsce w całej stacji. Tutaj nikogo nie interesuje temat uzbrojenia. Możemy rozmawiać spokojnie. – odparłem rozsiadając się przy wolnym stoliku na fotelu.

- To co chcesz mi powiedzieć? – zaczął człowiek dosiadając się do mnie. Ledwie rozpoczętą rozmowę przerwał naraz droid-kelner, który niespodziewanie wtrącił się.

- Czy mieliby państwo ochotę na lampkę sargu sprowadzonego prosto z układu Dakoss?

- Poproszę jedną. – odparłem najnaturalniej w świecie – Nie wiem, czy mój kompan także miałby ochotę na skosztowanie tego trunku…

- A postawisz? – zapytał półgłosem tak, aby droid nie dosłyszał. Dla niego absurdem była cena tego napoju, która wynosiła średnio 100 graalbulgów za jeden kieliszek. Dla przeciętnego ziemianina był to majątek, ale dla mnie, przy moich zarobkach, zaledwie grosze.

- Niech będzie, mój kompanie. On także prosi o jedną. – odparłem zamawiając dwie lampki. Podałem kelnerowi moją kartę kredytową, którą on zeskanował, po czym oddał mówiąc:

- Pobrano opłatę 228 graalbulgów. Dziękujemy za zamówienie.

Jak szybko się pojawił, tak też zniknął.

- Wracając do rozmowy, chciałem ci zakomunikować, że jestem Strażnikiem w Agencji Ochrony. – oznajmiłem odsłaniając rąbek płaszcza ukazując odznakę - Jestem, jako jeden z nielicznych ziemian, pełnoprawnym obywatelem Imperium Dziesięciu. Ten przywilej otrzymałem po Wielkiej Bitwie o Ziemię. Przybyłem tu, aby uzupełnić moje braki w amunicji i broni, i ewentualnie poszukać przy okazji jakiegoś drobnego zlecenia. A ty…?

- Ja? – odpowiedział Molier spojrzawszy się na mnie już nieco spokojniej - Cóż… Na ziemi nastały bardzo niepewne czasy. Staram się utrzymać standard życia, na którym byłem przed laty, ale nie jest to proste. Oddział w NASA zajmujący się tematem UFO został zamknięty, ja straciłem pracę. Żeby móc nadal zarabiać, założyłem niewielką fabrykę broni. Jednakże ostatnimi czasy dochodziło do częstych prób przejęcia towaru znajdującego się na moich magazynach. Wojna domowa na naszej planecie wisi na włosku. Tak więc, by chronić swoją skórę przed złodziejami i łowcami nagród postanowiłem sprawić sobie niewielką broń plazmową maszynową, by mieć przewagę nad bandytami. Tyle że trudno taką dostać; sprzedaż jej na Ziemi jest surowo zabroniona, nie mówiąc o samym posiadaniu.

- Ile potrzebujesz tej broni? – zapytałem wiedząc, że jestem winien Molierowi przysługę.

Jegomość osłupiał. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Z pewnością nie spodziewał się z mojej strony propozycji nielegalnego interesu. Tę niezręczną sytuację przerwał ponownie kelner, który jakby wyrósł spod ziemi. Niósł on gustowną, ciemnozłotą tacę, a na niej dwa wysmukłe, wąskie i wysokie kieliszki z ustnikiem podobnym do fajki kończącej się w połowie naczynia.

- Dziękuję bardzo. – odparłem widząc, jak robot zręcznie rozkłada kieliszki na stole.

- Do usług. – odparł droid uniżając się z pustą tacą wpół przede mną.

Przez chwilę nadal nic do siebie nie mówiliśmy. Ani ja, ani mój towarzysz nie wiedzieliśmy, od czego zacząć. Impas ów spróbowałem przełamać własnymi siłami.

- Jeżeli chcesz, kupię dla ciebie dwadzieścia automatów typu samopał. Dopasuję je pod duże magazynki dla pistoletów plazmowych. Będą łudząco podobne do zwykłych pistoletów średniego kalibru. Za całość, wraz z przetransportowaniem pod adres wynajętego przeze mnie magazynu, do którego kod podam ci po wypłacie, będę chciał 10.000 graalbulgów w gotówce bądź kruszcu.

- To dość duża kwota. – odparł jegomość z powagą – Wiesz dobrze, że nasze, ziemskie waluty są warte grosze w porównaniu z graalbulgami.

- Zdaję sobie z tego sprawę. – odpowiedziałem na jego wątpliwości – Jednakże ryzyko, koszty transportu, koszty zakupu broni i wynajmu magazynu także są duże.

- Naprawdę chcesz się tego podjąć? – zapytał powoli dostrzegając w mojej propozycji dużą okazję.

- Czemu nie? Na Ziemi nikt mnie nie zatrzyma. Mam przecież upoważnienie do posiadania broni wszelakiego rodzaju i wielkości.

- Nie byłbym tego taki pewien… - odparł jegomość, ale w porę urwał, nim zrozumiałem, o co mu chodzi.

- Wchodzisz w to?

Molier przez chwilę milczał. Najpewniej rozważał różne możliwości i argumenty za i przeciw tej misji. Odkąd go znam, zawsze wszystko musiał przemyśleć trzy razy, nim coś zrobił. Ale widząc po chwili jego minę, już znałem odpowiedź.

- Niech ci będzie, wchodzę. – odparł Molier powoli rumieniąc się na twarzy. Jego usta zamieniły się w banan – Do jutra wszystko przygotuj, a ja przybędę dobić targu z tobą pojutrze wieczorem. Naszym miejscem spotkania będzie ta oto pijalnia sargu, punkt osiemnasta. Umowa stoi?

- Stoi!

Chwyciliśmy tak więc za kieliszki, i na cześć dobrej umowy delektowaliśmy się gorzko-słodkim trunkiem koloru bursztynowo-złotego przez dobrą godzinę.

* * *

Wszedłem do sklepu zbrojeniowego. W środku panował niezwykły porządek; droidy sprzątające wciąż krążyły wokół i pilnowały wielkiej hali, aby uchronić całe tony giwer przed kradzieżą. Natychmiast skierowałem swoje kroki w stronę sklepowej lady po drugiej stronie przybytku.

- Dzień dobry. – zacząłem niepewnie.

- Witam. – odparł wielki kosmita. Był koloru zgniłozielonego, miał trzy metry wysokości, a jego bary miały półtora metra szerokości. Pochodził on z wyjątkowo dużej planety, gdzie grawitacja była dwa i pół razy większa niż na Ziemi. Tak więc ewolucja zbudowała go nad podziw solidnie. Siedział on na miedzianym, w całości odlanym siedzisku. W rękach trzymał ogromny karabin obrotowy, i dłubał małymi szczypcami z wmontowaną lutownicą w jego układzie ładującym. Wokół niego na stojakach wisiało dziesiątki różnorodnych rozpylaczy. Wiedziałem jedno: był tu nowy.

- Czy mógłbym tu dostać towar hurtowo?

- Dla uprzywilejowanych jest to możliwe. – odpowiedział spoglądając na mnie swymi, małymi, brązowymi oczkami.

Słysząc jego odpowiedź wyjąłem spod płaszcza odznakę strażnika i wyłożyłem na ladę. Widząc ją, kosmita osłupiał. Zamarł w bezruchu.

- Tak więc, prosiłbym sto magazynków do LKP v.14, pięćdziesiąt magazynków do pulsatora plazmowego kalibru 19,5 milimetrów, cztery rodzaje lekkich granatów po pięćdziesiąt sztuk, dwadzieścia jeden karabinków typu analog-auto, półtora ręczne, najlepiej z wielogatunkowych kompozytów…

- Wybierasz się na wojnę? – wtrącił się sprzedawca podnosząc się z siedziska – Zdajesz sobie sprawę, że wydasz kilkadziesiąt tysięcy graalbulgów?

- Nie dokończyłem składać zamówienia. – odburknąłem patrząc się na jego zdziwioną minę – Jeszcze chętnie zakupiłbym MŁT z pancernym kadłubem.

- Jak pan sobie życzy. – odparł kosmita odkładając karabin obrotowy na stojak. Wyszedł z hali do magazynu przez wejście za ladą. W czasie nieobecności sprzedawcy hałas dobiegał z zaplecza. Kilka chwil później dryblas wygramolił się stamtąd pchając wózek obładowany różnego rodzaju opakowaniami kartonowymi i małymi walizkami na broń.

- Oto wszystko wedle zamówienia. – odburknął mięśniak, układając kartony po dziesięć do maszyny pakującej wbudowanej w ścianie, po czym wyciągał je posortowane na ladę.

- Prosiłbym o wysłanie paczek z amunicją i granatami pod adres podany na odwrocie mojej odznaki, zaś te walizki wezmę ze sobą. – rozkazałem - Teraz prosiłbym o pokazanie dostępnych tutaj machin krocznych.

- Wedle życzenia. – odparł kosmita, prowadząc mnie w głąb hali. Moje paczki zostały zabrane przez droidy sprzątające, a walizki z karabinkami włożone na lewitującą paletę, która cały czas podążała za mną na każdym kroku. Przeszliśmy obok pancerzy, stojaków z droidami bojowymi, dział kinetycznych i broni białej. Gdy wyszliśmy zza zakrętu wśród regałów, ujrzałem rząd dziesiątek łazików i machin kroczących ustawionych od najmniejszych i najtańszych do olbrzymów za miliony graalbulgów.

- Tak więc, jaki posiadasz budżet przeznaczony na machinę?

- Mogę wydać do miliona graalbulgów. – odparłem pewnie.

- Tak więc zacznijmy od nieco tańszych… - rozpoczął swój wykład kosmita, będąc w ciężkiej broni ekspertem – Z pewnością przydałaby ci się jednostka w miarę mobilna, mogąca wchodzić do budynków, ale także nadająca się do akcji w otwartym terenie… Polecałbym najpierw MŁK v.2, produkcji amerykańskiej. Posiada dwa działka plazmowe na ramionach wielofunkcyjnych, lekki pancerz kompozytowy, mięśnie hydrauliczne, komputer pokładowy wysokiej wydajności, jetpack, rozkładaną tarczę i sterowany ruchami głowy peryskop.

Wskazywał on na dość chuderlawego łazika, o wysokości niecałych czterech metrów, budowy dość lichej. Z doświadczenia wiem, że maszyny o takiej konstrukcji są łatwym celem na ogień artyleryjski, oraz broń kinetyczną. Niejednokrotnie widziałem podczas akcji płonące wraki tych maszyn z zaledwie jedną dziurą w kadłubie od pocisku dużego kalibru.

- Nie dziękuję… - odparłem na opis prezentowanej maszyny – chciałbym zakupić coś wytrzymalszego.

- Zatem więc, przejdźmy dalej.

Sprzedawca poprowadził mnie wzdłuż wystawy. Ominął kilka marnych modeli, które wcale mnie nie interesowały. Stanął przy dość osobliwej maszynie.

- A oto i cud polskiej myśli technologicznej – rozpoczął kolejny monolog – Przedstawiam ci PŁ v. Wolf, zwany potocznie w waszych kręgach „Wilkiem”. Posiada gruby pancerz kompozytowo-grafenowy, wydajne części komputera pokładowego, silne mięśnie magnetyczne, stabilny napęd kończynowy 4x4, możliwość zamontowania na grzbiecie zsynchronizowanych z myślami karabinków plazmowych lub dział kinetycznych. W jego systemie optycznym znajduje się wiele funkcji, m.in. termo wizjer, noktowizor, skaner pojazdów i obiektów, autopilot. Jest szybki, zwinny, i najnowszy wśród modeli łazików produkowanych na ziemi.

Pomimo że to nowość, już nie jedna opinia na temat tej machiny doszła do mnie. Jest to bardzo efektownie wyglądający pojazd, idealnie imitujący kształtem i zewnętrznymi powłokami wielkiego wilka. Ma pięć metrów długości, niecałe dwa i pół metra wysokości. Jest w całości sterowany myślami. Pokonuje wszelkiego rodzaju przeszkody włącznie z rwącymi rzekami i wielkimi uskokami tektonicznymi bez potrzeby użycia jetpacka. Jednakże jak na razie posiada jedna sporą wadę: aby nauczyć się nim sprawnie operować, trzeba wiele czasu poświęcić na naukę. Jest to jedna z najtrudniejszych do sterowania machin w Imperium. Wolałem zaczekać, aż zostanie rozwiązany ów problem techniczny. Dopiero wtedy odważyłbym się go kupić.

- Szukam czegoś, co miałoby budowę humanoidalną… - odparłem wykręcając się – Jestem do takich przyzwyczajony.

- Tak więc pójdźmy dalej… - odparł sprzedawca, posiadający dużą cierpliwość. Przeszliśmy niedaleko, bo minęliśmy zaledwie dwa modele. Zatrzymaliśmy się przed topornie wyglądającym, pomalowanym na szaro, ale sporych rozmiarów maszynie.

- Oto i jedna z największych machin bojowych kroczących produkowanych na Ziemi – ponownie sprzedawca rozpoczął swój monolog – Skonstruowany w Rosji, ŁT Tank. Siedem metrów wysokości, w barach trzy i pół. Mimo, że nie wygląda nazbyt zachęcająco, to machina jest wyposażona w jedne z najsilniejszych kończyn produkowanych na Ziemi. Bez problemu jest w stanie podnosić wielotonowe ciężary, a nawet nimi miotać jak kamieniami. Można do niego zamontować prawie każdy typ broni…

- Szukam czegoś mniejszego. – odparłem, przerywając wykład sprzedawcy – To machina typowo terenowa.

- No tak, tak… - odpowiedział kosmita, powoli zaczynając tracić dotychczas niewyczerpane złoża cierpliwości – Tak więc pozostaje nam tylko jedna machina do wyboru…

Posunęliśmy się dalej, niemalże aż na koniec rzędu pojazdów. Zatrzymaliśmy się ostatecznie przy jednym z ostatnich robotów z rzędu.

- Ta machina jest ostatnią na składzie. – zaczął sprzedawca spojrzawszy się na mnie – To jest aktualnie najlepsza pod każdym względem maszyna na Ziemi. Nie została wyprodukowana w dużych ilościach. Za to części do niej w każdej chwili można zamówić od Japończyków i Chińczyków. Posiada jako jedna z niewielu, własne wbudowane pole siłowe. Pancerz wykonany na Kariboo, z nieznanych mi do końca materiałów. Podczas testów wytrzymywała temperatury do dziesięciu tysięcy stopni Celsjusza. Stawia wyraźny opór na ogień z dział kinetycznych i plazmowych. Ażeby ją zniszczyć, potrzeba by było silnego ognia artyleryjskiego. Jej nazwa: MŁT Destroyer. Jest warta półtora miliona graalbulgów. Kończyny wyposażone w mięśnie magnetyczne, komputer pokładowy wyposażony w najnowocześniejsze części, umożliwiający pracę na najwyższych obrotach. Interesującym dodatkiem jest tryb machiny bezzałogowej, który przełącza system na sztuczną inteligencję. Wtedy jest podobny w obsłudze do androida. Jest wyposażony w dobrze skonstruowane dłonie, które przedstawiają dużą gamę możliwości tej jednostki. Wysoce wydajne zasilanie, umożliwia użycie go przez półtora miesiąca bez ładowania.

Przedstawiana maszyna była na wyposażeniu Aarona. Kupił ją rok temu, wydając bagatela dwa miliony graalbulgów. Teraz, widząc okoliczności, mam szansę wydać na nią tylko pięćdziesiąt procent tej kwoty.

- Jaka jest jej cena? – zapytałem bez namysłu.

- Chętnie ją sprzedam za milion dwieście. – odpowiedział z powagą – Jako, że sterczy mi tu już pół roku, muszę odświeżyć swoją wystawę.

- Dam okrągły milion. – odparłem na jego żądania – nie stać mnie na wydatek dodatkowych dwustu tysięcy.

- Jeżeli tak wygląda sytuacja, to nic nie poradzę. Proszę tędy do kasy, uregulujmy pańskie poprzednie zamówienia. – warknął straciwszy cierpliwość.

Chcąc znaleźć kompromis, rozejrzałem się wokoło. Ujrzałem kilka wystaw wcześniej ciekawy łazik. Był koloru żółtego, posiadał mięśnie hydrauliczne, wmontowany jetpack, dwa karabiny obrotowe przymocowane na hakach do kadłuba, niezbyt skomplikowane, ale sprawdzone dłonie. Miał cztery i pół metra wysokości, oraz obiektyw peryskopowy obrotowy.

- Byłbym zainteresowany tamtym modelem. – rzekłem przerywając dość krępująca ciszę.

Kosmita, zebrawszy resztki swojej cierpliwości, przeszedł ze mną do tamtej maszyny. Chciał już rozpocząć ponownie wykład, gdy mu przerwałem rzucając pytanie prosto z mostu:

- Jaka cena?

- Pięćset pięćdziesiąt tysięcy graalbulgów. – odpowiedział bez namysłu.

- Zakupię go za dziewięćset tysięcy, pod warunkiem, że jeden z karabinów zostanie zamieniony na broń białą w postaci topora bojowego. Dodatkowo, prosiłbym o grubszy pancerz, i potężniejsze mięśnie hydrauliczne w rękach. Byłoby to możliwe do zrealizowania w ciągu dwóch tygodni?

- Mogę się tego podjąć. – burknął przemyślawszy sprawę – Do dwóch tygodni wyrobię się.

- Jeszcze coś – dodałem widząc, że jestem panem sytuacji – chciałbym, aby logo AO zostało wygrawerowane na ramionach tej maszyny. I proszę o wysłanie całego sprzętu na ten sam adres, co reszta amunicji.

Nie czekając, osiłek wyjął z kieszeni swojego stroju roboczego przezroczysty tablet. Zaczął na nim coś notować przezroczystym rysikiem. Po chwili schował go, i bez słowa poprowadził mnie do kasy.

- Należy się dziewięćset dziewięćdziesiąt pięć tysięcy graalbulgów za wszystko. – burknął, będąc już ponownie przy ladzie.

Podałem mu swoją kartę. On, bez zbędnych ceregieli, przesunął ją po blacie. Dzięki temu dokonał przelewu między kontami bankowymi. Następnie, z lewitującego wózka, sprzedawca wyłożył wszystkie walizki i zapakował je do specyficznego kartonu…

Ten fragment chętnie poświęcę tej oto drobnostce, jakim jest „lewitujące pudło”. To jeden z najgenialniejszych przedmiotów do transportu, jaki widziałem. Nie siłujesz się podnoszeniem. Nie musisz taszczyć kilometrami różnych gratów, które masz przy sobie. Ty sobie idziesz przodem, a jednorazowe opakowanie dzięki dość niezwykłej, i nieznanej mi budowie przemieszcza się za tobą. O ile mi wiadomo, porusza się za namagnetyzowaną kartą kredytową, którą zazwyczaj mam w kieszeni. Próbowano ten wynalazek wprowadzić i na Ziemi, ale koszty jego produkcji są znacznie za wysokie jak na tamte standardy.

Wracając do tematu, przeszedłem przez kilka hal i doszedłem w końcu do portu lotniczego. Tam też zakupiłem bilet w stronę Ziemi. Nie czekając na zaproszenie, wsiadłem do pierwszego lepszego transportowca, aby opuścić Księżyc.

* * *

- Czy posiada pan coś do oclenia? – zapytał ochroniarz przy bramce. Ocknąłem się z zamyślenia. Nie dając sobie jednak mówić dwa razy, wskazałem na lewitującą za mną paczkę. Wyjąłem niemalże w tym samym momencie swoją odznakę.

- Strażnik z Agencji Ochrony na Kariboo, o ile dobrze zrozumiałem?

- Tak. – odparłem przekazując walizkę do przeskanowania – Według prawa panującego w Imperium Dziesięciu…

- …Możesz wpychać swój nos wszędzie ze swoimi giwerami. To prawda.

- Czyli wszystko w porządku? – zapytałem, spoglądając na ponure miny asystentów celnika, stojących przy skanerach.

- Nie licząc kilograma złota i pistoletu w walizce… - odparł pierwszy z brzegu.

- Po prostu bierz swoje manele żołnierzyku i zejdź nam z oczu. – odburknął ochroniarz, nie mający ochoty na dłuższe pogawędki. No, jazda, następny!

Rozejrzałem się. Wokół mnie tłoczyło się mnóstwo ludzi wychodzących i wchodzących na lotnisko. Byli ubrani w większości według panującej mody. Nikt się nie wyróżniał z tego tłumu… A raczej prawie nie wyróżniał.

Z odległości dwudziestu metrów dostrzegłem dwumetrowego osiłka, potężnie zbudowanego, o szerokich barach i potężnych mięśniach u rąk. Był…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Kilka dni wytchnienia — czytnik · opowiadania