Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 46 min czytania

KILROY CITY - RAYGUN

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

ROZDZIAŁ I - Maxwell Street

[I]

(2 Lata temu)

Na schodach letniego domku przy Maxwell Street dało się słyszeć miarowe stukanie obcasów o powierzchnię paneli pokrywających schody prowadzące na drugie piętro. Dosyć już stare, ciemnoszare mokasyny były własnością Josha Pique, który dzierżąc w dłoni puste opakowanie po czekoladkach marki Charvey Sweets zmierzał w kierunku swojej sypialni, gdzie miał nadzieję zastać Janet. Od 2136, czyli przeszło od trzech lat odkąd w życie weszła ustawa o obowiązku utrzymywania prawidłowej wagi ciała i rok po tym odkąd Janet nie mogła znaleźć wydawcy dla swojej nowej powieści, zamknęła się w pokoju i zaczęła zajadać swoje problemy. W podobny sposób reagowało większość obywateli nie mających dosyć pieniędzy, aby wysyłać dzieci do szkół, kupować jedzenie inne niż super-pomniejszone mrożonki Kartera, czy witaminowe dropsy Marley’a bądź ci zmuszeni czekać w odległych o kilometry od przedmieścia urzędach, położonej w centrum Arizony, sponsorowanej przez przeróżne korporacje aglomeracji Kilroy City w oczekiwaniu na darmowe porcje butelkowanej wody. Woda bowiem – zwykła, najnormalniejsza na świecie woda od czasu, gdy temperatura na kontynencie w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat wzrosła o siedem i pół stopnia stała się największym towarem deficytowym. Morza przypominały teraz brudne bajora, lodowce były nimi już tylko z nazwy, a jezioro Michigan - nad którym Luc wraz z ojcem uwielbiał przesiadywać w jesienne popołudnia, łowić ryby i rozmawiać o najnowszej ofercie amortyzatorów z katalogu Jacksona przestało istnieć. Podobnie zresztą jak wiele państw trzeciego świata niezdolnych do dalszego prosperowania w obliczu suszy.

- Janet? Janet? - Co się stało? – zapytała dość niechętnie, jednak widząc Josha stojącego w progu drzwi i wymachującego ostentacyjnie pudełkiem czekoladek zniżyła pod koniec nieświadomie ton swojej wypowiedzi. - Co się stało? I ty się jeszcze głupio pytasz co się stało? Joshua rzucił opakowanie na łóżko i spojrzał ze złością na Janet. Ona zaś biorąc do ręki pudełeczko odruchowo cofnęła się o kilka kroków widząc wyraz jego twarzy. - Jak tak dalej będzie to zbankrutujemy! Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę ile mnie kosztują te twoje obżarstwa? Zżarłaś całe pudełko tych pieprzonych czekoladek, a nie minęła jeszcze dziesiąta. Za dwie godziny musimy się zważyć, czy ty zdajesz sobie w ogóle z tego sprawę? - Nie przesadzaj, to tylko jed.. - Nie przesadzam! – wrzasnął Josh, po czym chwycił mocno nadgarstki Janet, aż wydała z siebie cichy jęk - Od roku nie robisz nic oprócz obżerania się tym świństwem i siedzenia w pokoju. Wiesz jak stoimy z budżetem, wiesz, że lada chwila mają redukować miejsca pracy, bo już prawie nikt nie używa spedycji lądowej. Nie mogę sobie pozwolić na ciągłe wydatki na ciebie! - Co to znaczy? – zapytała lekko zszokowana - To, że od dzisiaj przechodzisz na dietę.

Dokładnie o godzinie 12.04 waga Janet przekroczyła dopuszczalny dla jej wzrostu limit o przeszło 18 kilo, co oznaczało dodatkowe sto osiemdziesiąt dolarów do tygodniowego rozliczenia. Josh pozostawił to bez komentarza, zresztą bardziej był zdumiony swoimi wynikami. Postanowił albowiemprzydzielać sobie mniejsze porcje w nadziei, że przez jakiś czas uda mu się zaoszczędzić na jedzeniu, aby zapłacić zaległe rachunki za swój "Trzeci Dom" - metalicznego sferomustanga z '25, który stał zarekwirowany na policyjnym parkingu wskutek zaległych mandatów losowych, przydzielanych obywatelom o niskim statusie podatkowym. Mimo, że zdecydowanie nie podobała mu się ta nowa forma klasyfikacji społeczeństwa, wolał nie kwestionować niczyich zarządzeń, zresztą w przypadku aresztowania pod zarzutem spisku (co nie było niczym szczególnym), wiedział, że nikt by mu nie pomógł. Strażnicy pilnowali wyłącznie magnatów, tych zresztą było stać na osobistą ochronę i całkowity imminutet. Całe miasto centralne zapełnione było bogaczami nie muszącymi się martwić ani o stan swojego portfela, ani o restrykcje podatkowe. Joshua zdawał sobie sprawę, że dopóki nie należy do tej grupy nie ma co się łudzić. Wziął więc swoją wytartą jeansową kurtkę, założył czapeczkę z logo firmy Chapman Company lekko przekrzywiając daszek w prawą stronę a następnie wyjął prawie już puste opakowanie po papierosach marki Camay Light - po czym zapalił uroczyście jednego, prezentując miastu, że tej przyjemności nikt go nie ma prawa pozbawić.

[II]

- ... rozumiesz więc Josh, że nie robię tego z przyjemnością. Jesteś jednym z naszych najbardziej zasłużonych pracowników, masz najlepsze wyniki w całej północnej Arizonie... - I dlatego chcesz mnie wyrzucić na zbity pysk? Tak traktujesz ludzi, którzy przez lata harowali jak wół, żeby ta firma mogła się rozwijać? - zarzucił oskarżycielsko Pique. - Wiesz, że nie to mam na myśli - odpowiedział James, jednocześnie obracając piórem w lewej ręce - Spedycja powoli zaczyna upadać, podobnie jak dziesiątki małych firm nie mogących sobie pozwolić na potknięcia. - Z tego co mi wiadomo nasza firma nie zaliczyła ostatnio żadnych "potknięć"? - Nie jeżeli patrzysz z czysto biznesowego punktu widzenia Luc. Ale firma to nie tylko obrót wokół pieniędzy. Firma to także szacunek klienta do niej. Wizerunek firmy jest jej fundamentem... - Aha, więc o TO ci chodzi tak? - przerwał - Mogłeś od razu zaznaczyć, że przeszkadza ci Janet, a nie pieprzyć o zasługach dla Chapmana! - Josh zrozum - nasza firma ma problemy. I nie są to TYLKO problemy finansowe. Wiesz, że nie chcę cię obrażać, ale każdy pracownik jest częścią wizerunku firmy, a Janet... - Janet go psuje tak? Zamierzasz mnie wywalić tylko dlatego? - Przykro mi Josh - rzucił James, przesuwając po wypolerowanym blacie biurka wymówienie - prosiłbym cię o podpisanie tutaj - wskazał piórem na małą linię, która oznaczała 400 dolarów odprawy i kilkugodzinne postoje w urzędach pracy. - Tak. Tobie jest przykro...

Kiedy tracisz coś ważnego - nieistotne jak to była wielkia strata - zawsze w zamian dostajesz wspaniałą umiejętność analizy wszystkiego z nadzwyczajną wręcz dokładnością. W przypadku Josha Pique miało to co prawda związek z utratą pracy i wynikającym z tego nadmiarem czasu do zagospodarowania, lecz bardziej chodziło o magiczne spowolnienie rzeczywistości. Dzień nie polegał już na regułce "Wstań, pracuj, kupuj - konsumuj i wyciągnij nogi". Dzień nie polegał na porannym śniadaniu o 6.30 i dziesięciominutowym czekaniu na światłach przy skrzyżowaniu Maxwell Street i Huntington Road. Dzień nie polegał na masie papierkowej roboty do wypełnienia i podpisywaniu kurierskich papierków, kiedy to jakiś najczęściej niekończący szkoły średniej młokos przywoził nowe dostawy. Nie chcąc tracić resztki pieniędzy i nerwów Joshua zrezygnował więc z wyprawy do będącego w zasięgu wzroku postoju taksówek. Wybrał letargiczną wyprawę przez miejską dżunglę. W jakiś dziwny sposób sprawiało mu to nawet przyjemność. Codzienność, którą przeżywał, była tak na prawdę codziennością którą mijał. Hej - w końcu kiedy ostatni raz widziałeś kobietę wyrzucaną z busu za przekroczenie dozwolonej wagi? Zabawa na całego prawda? Na pewno dla urzędnika, który wpadł na taki pomysł twierdząc, że przez zbytnie "przeciążenie" jak to określił w ładnym, politycznym języku psują się miejskie środki lokomocji. Fajnie. Przechodzenie przez coraz to brudniejsze przedmieścia, zerknięcie na mury otaczające miasto właściwe, miasto bogatych, miasto bez skazy - Witamy w Kilroy City! Rzut oka na dziurawe ogrodzenia dzielące slumsy od reszty normalnego świata, gdzie prochy kupisz taniej od chleba. Dzieciaki siedzące w bramach, ogrzewające się przy niewielkich ogniskach, popijające tanie wino z najbliższego sklepu i w końcu dzieciaki wychodzące z podrzędnych restauracji ze zdrową żywnością McDonalda. Fajnie. Maxwell Street.

[III]

- Tak, tak - Rick uważaj trochę z tym cholerstwem! Za bogaty jesteś, czy co? Trochę w prawo. Nie idioto - w prawo! Ok jeszcze tylko... - Myślisz że piąta będzie ok? Janet wiesz, że jak coś to plan będziemy mogli zmienić dopiero za miesiąc przy wypłacie. - Przecież wiem, nie musisz my tego ciągle przypominać - odrzekła, lecz mina pana Pique zdawała się zdradzać, że nie był o tym całkowicie przekonany. Josh rzucił niepewne spojrzenie na Janet, po czym przeniósł je na plan dnia i dwa wnoszone właśnie fotele w kolorze zgniłej trawy. Tak - brakowało tylko telewizora. - Okej panowie, tylko teraz uważajcie, bo jak coś stanie się temu maleństwu, to szef nam jaja urwie. - ostrzegł nadzorca, następnie zwracając się do swojego ulubieńca - Przestań wietrzyć te zęby Rick, tylko bierz się cholera do roboty! Chwilę później czterdziestocalowy odbiornik stanął wreszcie na pożądanym miejscu i co lepsze dla Ricka i jego kolegów - będą mogli zatrzymać swoją własność. - Boże co za dzieciak! - rzucił gruby kierownik ruszając w stronę Janet i jej męża - I jak? Państwo już ustalili co trzeba? Widząc lekkie skinienie głową pani Pique wyjął z tylnej kieszeni spodni paczkę papierosów częstując przy tym Josha, po czym dodał - Okej, więc pani łaskawa będzie podpisać tutaj, a pan - panie Joshua tutaj. Pique wymienił z Janet jeszcze jedno niepewne spojrzenie po czym zapytał: - Kiedy jest możliwa zmiana planu? - Ohoho. Pan szanowny jeszcze nie zaczął, a już chce zmieniać! - parsknął kierownik ukazując przy tym paletę żółtych, zniszczonych nikotyną zębów - Zmiana możliwa jest po każdym okresie rozliczeniowym, to jest co miesiąc znaczy się. Państwo czytali regulamin, ale muszę jeszcze przypomnieć warunki umowy.

Tym razem to Joshua skinął lekko powoli już łysiejącą czupryną, po czym rzucił nieśmiałe "w porządku". - Okej, a więc tak... umowa z miastem Kilroy City zawarta jest na okres 18 miesięcy - to znaczy 2 lata, podczas, której państwo są zobligowani do wykonywania ustalonego przez siebie dziennego planu, oczywiście z możliwością jego zmiany co miesiąc, jak już wcześniej wspominałem. Kierownik spojrzał w kierunku telewizora, zgasił niedopałek w popielniczce, po czym kontynuował: - Bloki reklamowe miasta będą wyświetlane całą dobę, zgodnie rzecz jasna z państwa ustalonym planem, respektując przerwy na posiłek i toaletę. Aha - dodał ostrzegawczo - w fotelach, są wbudowane czujniki przesyłające cały dzień sygnały do naszego centrum, więc gdyby komuś zachciało się nie przestrzegać planu dnia - stanowczo odradzam. Państwo czytali zapewne w umowie, że wystarczy jeden taki incydent i pieniążki przepadają z konta. Aby centrum było zasilane cały czas, miasto nie może pozwolić sobie na żadne przerwy w dostawie energii - rozumieją państwo. To zaszczyt tak zasłużyć się społeczności, a na to miejsce czekają setki ludzi. Pan, panie Pique miał szczęście - no i oczywiście wysokie referencje, więc niech pan nie zmarnuje tej szansy. - No to co - rzucił wesoło - gotowi? To proszę siadać, seans się zaraz zacznie, pierwszy blok reklamowy puszczą za niecałe trzy minutki, wiec całuję pani rączki i pana szanownego żegnam - po czym uścisnął energicznie rękę Luca o mało mu jej nie łamiąc - i życzę miłego dnia!

* * * * *

ROZDZIAŁ II - De Muerte

[I]

(Albuquerque, Nowy Meksyk - 5 lat wcześniej)

- Czy ty do chuja pana możesz mi wytłumaczyć, jakim kurwa cudem udało się jej nie tylko zabrać zgromadzone przez nasz wydział akta anonimowych z ponad pół roku, ale także bezproblemowo uciec!? - Ale szefie, no bo my dostaliśmy cynk od barmana w De Muerte i aresztowaliśmy podejrzaną tak jak szef nam podawał te domniemane portrety pamięciowe i opisy. Tylko, że… - Tylko, że KURWA co!? - No tylko, że to się okazało, że yyy… no to była dziewczyna w podanym przedziale wiekowym, zgodna z podanym rysopisem... tylko się później okazało – to znaczy, jak my sprawdzaliśmy z chłopakami … - ŻE. TO. BYŁA. KURWA. AZJATKA!!! – wrzasnął McGeady tak, że jego podwładny odruchowo cofnął się o kilka centymetrów - MOŻESZ MI WIĘC ŁASKAWIE WYTŁUMACZYĆ JAKIM KURWA CUDEM MOGLIŚCIE POMYLIĆ AZJATKĘ Z EUROPEJKĄ!? CO MA KURWA PIERNIK DO WIATRAKA??? - No, yyy – tyle samo liter?

Ułamek sekundy później, Pherson w swej błyskotliwości zorientował się, że powiedział coś o czym nie powinien nawet pomyśleć – po czym stwierdził, iż najlepszy w jego sytuacji będzie natychmiastowy odwrót w stronę drzwi. McGeady zdążył jeszcze chwycić leżącą na mahoniowym, zawalonym e-aktami biurku popielniczkę i wycelować w uciekającego Phersona, jednakże niecelnie. - ZWALNIEM CIĘ KURWA!!! – wrzasnął McGeady na mocno przerażonego podwładnego. - Ale szefie, szef mnie już dzisiaj raz zwolnił… - NIE SZEFUJ MI TUTAJ KURWA, BO RODZONA MATKA NIE POZNA GDZIE MASZ RYJ A GDZIE DUPĘ!!! TY SIĘ KURWA NAWET DO ZAMIATANIA PUSTYŃ NIE NADAJESZ!

Piętnaście minut później, po czterech wypalonych papierosach i szklance szkockiej McGeady doprowadził się do w miarę znośnego dla otoczenia stanu. To co zrobił Pherson w tym momencie nie miało w istocie żadnego znaczenia, oficer bowiem wiedział, że to on tak naprawdę dostanie po dupie za całe to zajście. Anonimowi nie od dzisiaj byli wrzodem na tyłku oficjalnie przestrzegającego konstytucji kraju jakim jest Ameryka, z tym, że zwykła akcja pojmania renegata spowodowała, że od dzisiaj był to także problem McGeady’ego. DUŻY problem. Nie na co dzień bowiem znikają gromadzone mozolnie akta wybranych – jak to się obecnie anonimowych nazywało - terrorystów. Nie na co dzień także trzeba tłumaczyć żądnym pytań dziennikarzom i władzom dlaczego coś się popieprzyło i kto jest za to odpowiedzialny. Nie na co dzień…

McGeady, zmierzwił swoją rudą czuprynę, po czym przeniósł mętny wzrok na klawisze automatu, z którego to wybrał numer 2. - Sofia? - Tak szefie? – spytała w miarę uprzejmie sekretarka. - Przyślij mi tutaj kogoś z PR. Tylko kogoś dobrego. McGeady spojrzał przez okno, na znajdujące się w patio hortensje???, wstał a następnie jakby od niechcenia ugasił ostatniego tego dnia papierosa o e-gazetę, prezentującą najświeższe wyniki ligi KillJoy’a, po czym dodał: - Tylko migiem.

[II]

(2 Tygodnie później)

Mimo, iż od ponad dwóch dni słońce nad miastem przysłonione zostało cienką warstwą burzowych chmur, De Muerte jednakże skąpane było w ciężkim do wytrzymania ukropie, dla którego to wentylacja, pootwierane na oścież okna czy wszelkie - mniej lub bardziej wymyślne sposoby radzena sobie z upałem były czytą kpiną. I chociaż przebywanie w zatłoczonym pomieszczeniu, gdzie to wilgotne powietrze przesiąknięte jest potem odpoczywających robotników wydawało się co najmniej złym pomysłem, o tyle bary były jedynym miejscem, gdzie można było ochłodzić odwodnione ciało. Niewielkie, biedne miejscowości - takie jak chociażby prowincjonalne De Muerte, na stałe wykreślone zostały z listy przewoźników wody, w związku z czym alkohol wydawał się jedyną alternatywą. I w przeciwieństwie do miejscowego szeryfa właściciele spelun nie mogli na to narzekać.

- Ha! To było dobre! - rzucił wesoło kelner, zanim to jeszcze został przywołany do jednego ze stolików - Hehe! Racja - potwierdził barman, przesuwając w kierunku już mocno odstawionego klienta kufel zimnego piwa, następnie spoglądając ku swej rozmówczyni - Powiedz mi, nadal po wszystkim rzucasz jednodolarówkę? - zapytał wyraźnie zaciekawiony. Dziewczyna jakby na zawołanie wyciągnęła z kieszeni jeansów dwie stare monety, przekazując je barmanowi. - No ładnie, ładnie - rzekł, przyglądając się uważnie każdemu zagłębieniu - Pamiętam je jeszcze, jak z ojcem wybieraliśmy się na targ w El Paso. Kiedy to było... bodajże w pierwszym roku po... hmm, Miguel! - zaryczał przez salę właściciel - Kiedy to zniesono starą walutę? W pierwszym? - Nie, W pierwszym to oficjalnie wprowadzili nowodolarówki - sprostował - Stare wycofali równo na przełomie wieków - A no widzisz, czyli równo w 2100 roku to było, ech... lepsze czasy minęły. - Jakoś nie narzekasz na brak klientów - odpowiedziała, dopijając ostarni łyk. - Ha! Jasne, że nie, ale wtedy przynajmniej na ulicach trochę spokojniej było - widząc skinienie, nalał ponownie do pełna, po czym kontynuował - Poza tym, nie musiałem codziennie wzywać tutaj ludzi szeryfa, bo ktoś postanowił z sąsiada zrobić mielonkę... ale nieważne. Ciekawe ile jeszcze ma tych monet w kolekcji? - Nie wiem, dostawałąm je co miesiąc w paczce. Ta była ostania. Nic poza tym - nawet adresu zwrotnego.

Dziewczyna rozejrzała się po saloonie, wypiła łyk chmielowego nepenthes, po czym ściszając ton wypowiedzi rzuciła do barmana: - A jak tam ostatnie akta? Podobno niezłe mieli miny, gdy po całym zamieszaniu zorientowali się, że "lekko" się pomylili - wspomniała, nieznacznie się uśmiechając. - Taa - odpowiedział barman, spuszczjąc nieco wzrok w kierunku lady, po czym wziąwszy pierwszy z brzegu kufel zaczął go energicznie wycierać. - Uważaj, bo się zbyt wkręcisz - odpowiedziała, widząc zdenerwowanie w ruchach - Były jakieś problemy? - Co? Nie, nie, żadnych problemów nie było - szybko potwierdził, przywlekając na twarz jeden z tych sytuacyjnych uśmiechów na każdą okazję - Z aktami wszystko jest w porządku, zostały zniszczone - twoje w pierwszej kolejności - dodał odkładając na bok kufel. - Ach, dziękuję. Prawdziwi z was dżentelmeni - stwierdziła rezygnując z następnej kolejki. - Co do reszty - to nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale zgromadziłaś całkiem niezły skład. Z całą pewnością utrudni to tym gnojkom robotę - powiedził wyraźnie podekscytowany - Mamy między innymi El Qwerte i Zimmera - straszny skurwiel, załatwił już całe tabuny tych przydupasów na Florydzie. Dalej - Vel Bosque, może z kilka lat od ciebie starszy, po tym napadzie na kasyno Siuksów dostał strzałę w oko, dwuletni wyrok i przydomek "jednookiego bandyty". Paul Steller i jego kanadyjski kuzyn Francais, nazwisko to samo - obaj poszukiwani za ataki hakerskie na pomniejsze jednostki, z czego największym osiągnięciem a zarazem głupotą była próba przejęcia opancerzonego, kalifornijskiego konwoju przy pomocy El Qweerte. Problem - że jak próbujesz coś zrobić w biały dzień to nie zawsze wychodzi. W efekcie Paul stracił cały dobytek, który zajęty został wskutek "domniemanych" podejrzeń o handel prochami, Francaisowi natomiast udało się przedwczoraj w końcu odwiedzić grób matki.

Dziewczyna, wkorzystując chwilę zamyślenia ze strony właściciela przybytku, rozejrzała się po gwarnym i zadymionym pomieszczniu w poszukiwaniu jakichś atrakcji. Jak na popołudniowe standardy jednakże w barze panowała dosć letargiczna atmosfera, przerywana jedynie odgłosami kłócących się pijaczków czy też opuszczających, bądź - dopiero wkraczających do tego miejsca przybyszów - z których to jeden, rozglądający się młodzieniec niewątpliwie pracował dla Arctosa.

- Pff - parsknął barman, zebrawszy w sobie myśli - Najpierw każą ci zdychać w gównianym państwie, a później się dziwią, że nie wszyscy zgadzają się na ich wspaniały pomysł. Banda popaprań... - Przepraszam - rzekł kurier kładąc swoją dłoń na ramieniu dziewczyny - Proszę wybaczyć, że przeszkadzam, ale zdaje się, że od ponad dwóch miesięcy z magazynie zalega pani paczka. Stacja Arctos prosiłaby o odpowiedź czy ją pani przyjmuje czy też mamy ją odesłać spowrotem. - O cholera, zupełnie zapomniałam! - rzuciła, odwracając się w kierunku chłopaka - Przez jakiś okres mnie nie było, ale mam teraz chwilę czasu więc zaraz ją odbiorę. - W takim razie proszę o pokwitowanie - odpowiedział kurier wskazując miejsce na parafkę - Dziękuję. Oto karta do skrytki, proszę ją okazać przy wejściu, a ktoś pani wkaże dalej drogę - kontynuował chowając długopis do kieszonki - Dziękuję jeszcze raz, życzę miłego dnia. - Dzięki - odpowiedziała, zwracając wzrok na powrót w kierunku barmana - No, to czas już na mnie. Będę się zbierać. - Idziesz po tą przesyłkę? - zapytał. - Tak, a coś się stało? - rzuciła na odchodnym, zakładając rękawice. - N...nie, nie nic - tu masz, za te akta coś mi się udało wyskrobać. Przyda ci się myślę. - Co to jest? - zapytała obracając w dłoni kawałek plastiku przypominający dawne karty pamięci. - Dezaktywator. Przydaje się przy problemach z zamkami, drzwiami i - tak dalej. - Hmm. Dzięki.

Pożegnawszy się uprzednio z właścicielem, schowałą kartę dostępu oraz dezaktywator do tylnej kieszeni spodni, po czym ruszyła do wyjścia.

[III]

- Ach! KURWA! - rzuciała przeskakując za bardziej kuloodporną osłonę, niźli kartonowe pudła z tanimi reprodukcjami - Wiedziałam, że coś jest z nim nie tak - powtarzała w myślach, jednocześnie uważnie odserwując przesuwające się w półcieniu sylwetki żołnierzy SAT - Musieli go jakoś wyśledzić i zmusić do współpracy. Nie ma mowy, że wpakowałby mnie w to gówno z własnej woli... - PODDAJ SIĘ, A SYTUACJA ZOSTANIE ROZWIĄZANA POKOJOWO! - prawił przez megafon głos przywódcy. - Pokojowo, jasne - stwierdziła sama do siebie - Wliczając w to te kilka trupów jesteśmy na wspaniałej drodze do pokojowych metod rozwiązywania czegokolwiek. Przeczekawszy, aż jeden z najemników minie kryjówkę, postanowiła go załatwić zanim jeszcze zdąży kogoś zaalarmować, jednakże odgłos zacinającej się broni był wystarczającym bodźcem, aby żółnież zorientował się w sytuacji. Poszukując jakiegoś rozwiązania, chwyciła za jeden z leżących obok pistolentów na gwoździe i wystrzeliła w kierunku najemnika większość magazynka, upewniając się przy tym, iż nie będzie stanowił już żadnego zagrożenia. - ....nie słysz... odbió...potwierdź swój stat... Przesunowszy ciało w mało widoczne miejsce, pozostała jej dezaktywacja krótkofalowego odbiornika, jednaże jak się okazało nie stanowiło to zbyt wielkiego problememu, gdyż w tym samym momencie pięcioosobowa grupa przekroczywszy próg zagraconego pomieszczenia, zauważyła stojącą po przeciwnej stronie postać. Jedyne możliwe drogi ucieczki wiodły - albo przez stos paczek w kierunku zachodniego skrzydła, z nadzieją, że grupa SAT nie zdąży ją w tym czasie dogonić, albo po ściśniętych konenerach ku górze w poszukiwaniu schronienia. Nie zastanawiając się dłużej zaczęła wdrapywać się w możliwie najszybszym tempie ku widocznym na piętrze barierkom odgradzającym przejście do jednego z pomieszczeń. W tym czasie najemnicy zdając sobie sprawę, że strzelanie do stale zmieniającej swe położenie postaci w połączeniu z dość dużą odległością na niewiele się zda, postanowili podzielić się na dwie grupy - z czego jedna podążyła drugim przejściem go góry, druga natomiast nadal ostrzeliwała z parteru z nadzieją, iż dziewczyna zmuszona do ucieczki będzie łatwym celem.

Ona tymaczasem, przeskakując przez oddzielającą ją od podestu barierkę, pognała od razu do pierwszych drzwi, zabarykadowując się w środku czym tylko było możliwe, poszukując przy tym przejścia wentylacyjnego - które to mogłoby stanowić jakąś rozsądną drogę ucieczki. Jako, że pomieszczenie takowego nie posiadało, uważając na stale padające strzały z dołu pobiegła w kierunku następnego, żużywając w obronie resztki posiadanej amunicji. - Ach, kurwa stary złom! - przeklnęła rzucając bezużytecznym kawałkiem metalu w kąt, następnie przesuwając komodę w kierunku wejścia.

Pomieszczenie - zagracone jeszcze bardziej niż poprzednie - było…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
KILROY CITY - RAYGUN — czytnik · opowiadania