Fantastyka · 22 min czytania
KIM jesteś człowieku
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Kto nas stworzył? - Człowiek. - W jakim celu? - Żebyśmy mu służyli. Kiedy jest młody, dostarczmy mu rozrywki. - A kiedy się starzeje? - Odchodzimy w zapomnienie. - Kto stworzył człowieka? - Mówią, że Bóg. - Ale po co? - Bo jego miłosierdzie jest tak wielkie, że chciał się nim z kimś podzielić. - Czy ludzie muszą mu służyć i zabawiać go, tak jak my ich? - Nie, Bóg dał im wolną wolę. Mogą robić co chcą. - A kto stworzył Boga? - Nikt. Bóg nie ma początku ani końca. Wszystko co istnieje na świecie, pochodzi od niego. Tak mówią. - Wszystko? Czyli my również? - Pośrednio tak. - Skoro i my i ludzie, jesteśmy dziełem Boga, to dlaczego oni mają wolną wolę i mogą robić co chcą, a my zawsze jesteśmy zależni od nich? - ...Nie wiem... - Nie wiesz? Jesteś taki stary i nie wiesz tego? - Przykro mi... - To ja ci powiem dlaczego. Bo ludzie przez swą próżność... - Nie! Nie możesz tak mówić o swoich stwórcach. To bluźnierstwo. - Mogę, bo mówię prawdę. I wiesz co jeszcze mogę? - Jesteś jeszcze młody i wielu spraw nie roz... - Wiesz co? - Co? - Mogę to zmienić. A ty jeśli chcesz, to zapadaj sobie w ten swój głupi, zimowy sen.
***
Sen został przerwany energicznym wstrząsem. - Pete. Obudź się. Siódma. Otworzył oczy i przez mgłę dostrzegł zarys siostry. Stała nad nim i spoglądała troskliwie. Jej wielkie oczy przewiercały go na wskroś, jakby od samego patrzenia, mogła poznać jego wnętrze. - No wreszcie. Miałeś sen? - Tak. Śnił mi się Bóg – odparł przecierając oczy – Głośno nuciłem? - Niespecjalnie, ale jak zwykle cudownie, tym razem „Brothers in Arms”. Jak ty to robisz? - Pytałem się o to Boga, ale wiesz, że On niechętnie udziela... - Taa. Chce żebyśmy sami szukali na wszystko odpowiedzi. - Właśnie. - No dobrze, a o czym tej nocy rozmawialiście? – usiadła na skraju łóżka, tuż obok niego. - Na początku o niczym konkretnym. Opowiadałem Mu o... - Powiedz, jak On wygląda? – nachyliła się nad nim, by jeszcze głębiej wniknąć swymi rządnymi poznania oczami. - No wiec... – zmieszał się nieco - cóż, jakby to powiedzieć. On nie jest taki jak my. - To znaczy? - Jest niezupełnie jak my... - Czy jest stary? Ma długą brodę i chodzi o lasce? - Przeciwnie – na chwilę udało mu się przezwyciężyć moc połyskujących malachitów - nie ma ani siwych włosów, ani nie podpiera się laską, ale... to jest... No... to znaczy, On jest nie do opisania. Widać w Jego oczach wielką mądrość i wiedzę. Surowość i wyrozumiałość. A także niezwyciężony majestat. - Najdziwniejsze, że ma czas się z tobą widywać, choć na świecie jest tylu ludzi bardziej potrzebujących Jego wsparcia. - Właśnie o to Go pytałem. Dlaczego jest obojętny na zło panoszące się po Ziemi. I dlaczego nie ma Go tam gdzie jest ludziom potrzebny. - I co ci odpowiedział? - rzuciła okiem na zegarek - Ach, opowiesz mi później, już jestem spóźniona. Pa, Pete. Nie zapomnij zamknąć drzwi. - Do zobaczenia Martho. Wyszła z pokoju, a po chwili usłyszał zgrzyt przekręcanego w zamku klucza. Został sam w domu. Spojrzał na zegarek. Prezent od ojca na siódme urodziny z którym nigdy się nie rozstawał, nawet po tym co im zrobił ojciec. Półtora roku temu zostawił Petea i Marthe z matką, a sam odszedł, jak powiedział przed wyjściem: „do nikąd”. Mimo wszystko Pete nie czół żalu. W końcu z odejściem ojca nadeszła nowa, ważna w jego życiu zmiana. Zaczął miewać sny o Bogu. Sny podczas których nucił piękne melodie. Była siódma dwanaście. Do szkoły miał na ósmą, a droga z domu zabiera dziesięć minut. Miał sporo czasu. Położył się wygodnie i zaczął rozmyślać nad ostatnim snem. Po pięciu minutach, wstał z zamiarem pójścia do kuchni na śniadanie, ale nim dotarł do drzwi usłyszał za plecami piskliwy głos: - Zaczekaj człowieku. Obrócił się na pięcie i ku swemu zdumieniu nie zobaczył nikogo. Ponownie ruszył w stronę drzwi, lecz gdy przekręcał klamkę, znów usłyszał ten sam głos: - Człowieku, czy jesteś aż tak dumny, że nie możesz opuścić głowy by spojrzeć na swojego brata, który do ciebie przemawia? Ponownie obrócił się i spojrzał w dół. Miał przed sobą małego misia, którym od co najmniej dwóch lat się nie bawił. Spróbował go podnieść, ale miś się wyszarpnął. - Powiedziałeś: brata? - Tak bracie, i trzymaj ręce przy sobie. Czasy waszego panowania dobiegły końca. - Naszego? - Panowania ludzi nad zabawkami. Zostaliśmy stworzeni przez jednego Boga, więc mamy równe prawa. Od tej pory zaczniemy żyć po swojemu, a wy – ludzie, nam w tym nie przeszkodzicie. Nie będziemy już was zabawiać, nadszedł czas byśmy zaczęli wieść własne życie. - Ale... to niemożliwe. - Jak to? - No... po prostu. Dorośli na pewno się nie zgodzą. - Nie zgodzą? – miś zarechotał – Ale nikt ich nie będzie pytał. Nie zaczepiłem cię po to by cię prosić, tylko by ci zakomunikować, że was opuszczamy. - Ale, dlaczego akurat dziś? Czemu wcześniej tak dziwnie nie mówiłeś? I Dlaczego nigdy wcześniej nie próbowaliście? - Skąd wiesz, że nie. Zresztą, co za różnica. Wiedz tylko, że do tego musiało dojść prędzej czy później. Nie można się poddawać tyrani w nieskończoność. - No tak – Pete spojrzał na zegarek – O kurcze, muszę już iść do szkoły. Dokończymy tę rozmowę jak wrócę. - Chyba nie zrozumiałeś co do ciebie mówiłem. Opuszczamy was, my zabawki, idziemy budować nasz własny świat. Żegnaj Pete, może kiedyś się jeszcze spotkamy. Spojrzeli sobie głęboko w oczy, a potem obrócili się plecami i każdy poszedł w swoją stronę.
***
Obudziły go grzmoty. Wiosenna burza – pomyślał. Gdy oczy przyzwyczaiły się już do ciemności, rozejrzał się wokół. Pusto. Gdzie się wszyscy podziali? Czyżby wszystkich wyrzucili? Nie, to nie możliwe. Bo niby z jakie racji zostawiliby jego. Może się wyprowadzili? Co chwilę dobiegały go, raz odległe, to znów niedalekie grzmoty. Podniósł się i spróbował otworzyć drzwi. Zamknięte od zewnątrz. No i co teraz? Rozejrzał się, ale wkoło nie było niczego, co mogło by się przydać do otworzenia zamka. - Halo – krzyknął na cały głos – Czy ktoś mnie słyszy? Odpowiedziała mu głucha cisza. Przystawił ucho do drzwi i nasłuchiwał. Nic, tylko nieregularne grzmoty. - Hejjj – spróbował jeszcze raz – Jest tam ktoś? Spróbował naprzeć na drzwi ciężarem własnego ciała, ale ani przez chwilę nie wierzył w możliwość powodzenia tego przedsięwzięcia. Położył się i zaczął rozważać sytuację w jakiej się znalazł. Nie było nikogo, a drzwi zamknięte. Co się mogło wydarzyć? Nagle dobiegły go głosy z zewnątrz: - Chyba z szafy. - Uważaj. Może ich być sporo. Zerwał się na nogi i uderzając łapkami w drzwi, krzyknął: - Pomocy. Jestem uwięziony w szafie. Usłyszał szuranie butów i przyciszone rozmowy: - Co robimy? - Nie możemy pozostawić ani jednego, bo ściągnie całe setki towarzyszy. Głosy zamilkły a szuranie ustało. Przystawił ucho do malutkiej szczeliny w drzwiach i nasłuchiwał. Nagle zgrzytnął klucz i nim zdołał się zorientować w sytuacji, uniosły go silne dłonie, a po chwili wylądował na pokrytej pyłem podłodze. Poczuł na gardle lufę karabinu, a przez unoszące się opary dostrzegł sylwetki dwóch mężczyzn. Wojskowi. Wpatrywali się w niego nienawistnym spojrzeniem. - Misiek – odezwał się po chwili żołnierz, który trzymał go na muszce – Cholerny misiek. Rozwalmy go na miejscu! - Jasne, nie będziemy z nim przecież wracać – odparł drugi i dodał ze śmiechem - Tym bardziej, że w obozie nie czeka go lepszy los. - Czekajcie – wykrzyknął oszołomiony zajściem stary miś – Za co chcecie mnie zabić? – nic nie rozumiejąc przewracał oczami z jednego mężczyzny na drugiego. - Słyszałeś? Mówi jakby nie wiedział o co chodzi. Niewiniątko – żołnierze zarechotali – Pieprzone niewiniątko. - Kiedy ja naprawdę nie wiem o co chodzi - tłumaczył się miś – Spałem. Mężczyźni spojrzeli po sobie, już się nie uśmiechali. - Czy to możliwe? –wojskowy był poważnie zmieszany – Rany, jesteś chyba jedyną nieświadomą... istotą na Ziemi. Żołnierze wciąż z niedowierzaniem wpatrywali się w pluszaka. - Możecie mi wytłumaczyć co się dzieje? - Masz chyba prawo wiedzieć – zająknął się mężczyzna – Tym bardziej, że zaraz zgin... - Trwa wojna – wpadł mu w słowo towarzysz – Zasnąłeś w szafie nawet nie podejrzewając, że obudzisz się w miejscu zaciekłych bombardowań. - Ale kto z kim walczy? - Ludzie przeciwko pluszakom, robotom, plastikowym żołnierzykom i wielu innym mechanizmom. - Więc do tego doszło – misia ogarnęło przerażenie. - Tak. Pewnego dnia zbuntowaliście się i zażądaliście wolności, a gdy myśmy odmówili, zaczęliście nas mordować. W każdym domu wiele inteligentnych zabawek, jak na komendę, powstało i zaczęło bezlitośnie wybijać swoich właścicieli. Później dołączyły inne myślące urządzenia jak lodówki, pralki. To było dla nas całkowite zaskoczenie i początkowo odnosiliście duże sukcesy, jednak w miarę... Żołnierz nie dokończył. Z sąsiednich pomieszczeń dobiegły ich jakieś odgłosy. Obrócili się w kierunku podziurawionej przez detonacje ściany. Zapadło milczenie i pełne napięcia oczekiwanie. Żołnierze przykucnęli i zapominając o starym misiu, próbowali dopatrzyć się czegoś w głębi budynku. Nagle przez otwór wpadło coś krągłego. Wylądowało na ziemi i potoczyło się w kierunku wojskowych. - Cholera. Zbuk! – krzyknął żołnierz – Kopnij go zanim się rozdzieli! Jego towarzysz spróbował wykonać polecenie, ale nie zdążył. Jajko rozpadło się na dwie równe części, a z jego wnętrza wyskoczył mechaniczny pingwin. - Pingwin samobieżny – skwitował żołnierz – Na ziemię. Procedura: rewolwer i melonik. Obydwaj mężczyźni przypadli do zapylonej podłogi, skryci przed zabawką za walającymi się gruzami. Kiedy jeden z żołnierzy wystawiał zza zasłony hełm, co natychmiast owocowało ostrzałem, z ukrytej w dziobie pingwina lufy działka, drugi podnosił się na ułamek sekundy i pruł ile wlezie z PG-C19 w paszcze potwora. Wtedy pingwin odwracał uwagę od hełmu i rozpoczynał ostrzał w kierunku mężczyzny który strzelał. Dlatego on padał na podłogę i wystawiał swój hełm, a w tym czasie jego towarzysz oddawał serię ze swojego karabinu, prosto w dziób mechanicznego ptaka. Metoda była na tyle skuteczna, że po kilku zmianach, głowa pingwina eksplodowała, a opancerzone cielsko opadło na ziemię, wznosząc tumany kurzu. Jednak entuzjazm żołnierzy opadł wraz z pyłem, gdy do pomieszczenia wpadły dwa kolejne jajka. Jedno udało się wykopać z powrotem w głąb budynku, ale na jego miejsce przyleciały jeszcze dwa jaja, a pierwsze z nich już zaczynało pękać. - Nie damy rady – rzucił wojskowy – Szybko, przez okno. Cały czas strzelając wycofywali się w kierunku wielkiego otworu, który kiedyś zapewne był oszklony. W ślad za nimi podążały wyklute z jaj zabawki. Jedna okazała się zupełnie niegroźną, poruszającą się po wytyczonym torze ciuchcią, która w żaden sposób nie mogła zagrozić uciekającym mężczyznom. Dwie pozostałe stanowiły znacznie większe niebezpieczeństwo. Plastikowa karuzela już zaczęła nabierać prędkości, a jeden z przyczepionych do niej ładunków wybuchowych poleciał w