Fantastyka · 9 min czytania
Kim jesteś? Czyli abstrakcyjna wizja jestestwa.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Kim jesteś? Czyli abstrakcyjna wizja jestestwa.
Minęła bramę ogrodu. Uważając, by nie potknąć się o wystające korzenie, szła powoli, delikatnie stawiając bose stopy na wilgotnej ziemi.
Mrużyła oczy, aby w ciemności móc dostrzec jak najwięcej. Obracała głowę we wszystkich kierunkach, łapiąc w usta słone powietrze jak wyciągnięta z wody ryba, jakby każdy kolejny oddech miał być tym ostatnim. Czuła ciepłe dreszcze, kiedy trafiała wzrokiem w fantazyjne do granic wyobraźni kształty. Drzewa, kwiaty, trawa… Nawet w tak nikłej łunie srebrzystego światła kolory zdawały się wypływać z otaczającego ją życia i rozlewać w baśniowy pejzaż. Te kolory żyły, miały własne, czujące dusze. Kamienne posągi przedstawiające istoty, których nawet nie potrafiłaby nazwać, przyglądały się jej badawczo, z uznaniem unosząc głowy. Uśmiechała się do nich, wkładając w ten gest całą siebie. Nie, to miejsce nie było zwyczajne. I tak, deszcz, który padał, zdawał się być deszczem myśli. Każda kropla, każda jedna chłodna kropla, spadając na skórę, przynosiła nową ideę. Zamknęła oczy, próbując uporządkować napór tworzących się w jej umyśle odczuć. Nie było to trudne. Była świadoma tego, że jest, świadoma każdego pierwiastka swojego ciała. W tym miejscu wszystko było przejrzyste , klarowne i otwarte, ona również. Kap, kap, kap - bombardowanie twórcze. Odpowiedzi na niezadane jeszcze pytania kłębiły się tysiącami nad jej głową, a po każdą wystarczyło tylko wyciągnąć rękę…
Sam ogród był ogromny, znacznie inny niż zapamiętała go ze wcześniejszych wizyt. Otoczony murem trzy razy wyższym od niej, po którym pięły się majestatycznie, wilgotne – teraz – winorośle „To mój ogród” – pomyślała. Ruszyła naprzód, jedną z promieniście rozchodzących się od centrum dróg. Minęła mały stawik, w którym woda mieniła się wszystkimi możliwymi odcieniami turkusa, falując w sposób, jakby właśnie w ten jedyny chciała. Oczy przyzwyczaiły się już do otaczających ją ciemności i mogła teraz, dopiero teraz, pojąć ogrom cudownego piękna miejsca, które przecież sama wykreowała. Szła przed siebie, a każdy centymetr bliżej serca ogrodu ładował ją falami czystej miłości i zrozumienia dla wszystkiego z czym dotychczas miała do czynienia. Była w euforii, ekstazie. Powłoka, w której się znalazła, jej ciało, zdawało się być napełnione do granic i zastanawiała się czy czasem nie przyjdzie jej eksplodować. Rozbić się na miliardy mikroskopijnej wielkości kryształów, oddać część siebie każdemu elementowi geniuszu tego ulotnego świata. Osiąść na liściach drzew, stać się pyłkiem kwiatowym i pokarmem dla ryb. Poczuć jedność i być integralną częścią Planu. Po kilku minutach marszu, zatopiona w oceanie emocji, mogła już dojrzeć prawdziwy cel swojej podróży. Jeszcze tylko kilka chwil i będzie na miejscu.
Podchodząc do największego, centralnego posągu, od którego rozchodziło się osiem ścieżek, ze zdziwieniem zauważyła, że przestał padać deszcz, a niebo formuje fantastyczne, nierealne wręcz, gwiezdne konstelacje. Wyróżniła skrzypce, nagą kobietę, drzewo i kilka innych. Wszystkie one tworzyły zwarty kontur, ale to nie gwiazdy były inne, to ona potrafiła spojrzeć we wszechświat głębiej niż zawsze. Były tak blisko, że zdawało jej się, że może ściągać je z nieboskłonu i żonglować nimi niby szklanymi kulkami.
Instynktownie przysiadła pod posągiem, zielonymi oczami mierząc całą jego powierzchnię. Na pierwszy rzut oka przedstawiał gigantycznego gargulca. Z tym, że nie był to zwyczajny gargulec, nie był to nawet zwyczajny posąg. Kiedy tak siedziała naprzeciw niego, czekając, on – bardzo powoli – nabierał barw. Ożywał. Patrzyła na jego metamorfozę, napajając się łaskoczącą gdzieś w dole energią. Była uśmiechnięta, rozradowana i onieśmielona. Z niedowierzaniem obserwowała wzrastające na jego plecach, lazurowe, ogromne, prawie motyle skrzydła. Były ozdobione oczkami w kolorach, na które nie mogła znaleźć w sobie pasującej nazwy. Rozpostarł je, prezentując w całej okazałości ich ogrom. Wtedy oczka zaczęły pękać… nie, one się otwierały, a z ich wnętrza wylatywały fosforyzujące, małe owady. Były ich setki, zawisły nad nią niczym gigantyczny lampion, rozświetlając ogród w promieniu dziesiątek metrów od niej. Patrzyła teraz i widziała - jak kamień zamienia się w skórę, jak koloryzują się i miękną twarde dotychczas włosy. Trwało to kilka minut, w końcu jednak…