Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 1 godz. 9 min czytania

Kinga z Tajnachten

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

ROZDZIAŁ PIERWSZY STRASZNIE CIĘŻKI CZAS Kinga Szachewicz - dla przyjaciół Sól - żyła wraz ze swoją rodziną w Tajnachten. Uczyła się w li-ceum ogólnokształcącym, miała wielu przyjaciół i niezliczoną ilość kolegów i koleżanek. Od dłuższego już czasu (po nie spełnionym marzeniu chodzenia z Radkiem Podjeziernym) chodziła z Krzyśkiem, swoim rówieśnikiem. Był to dość oryginalny osobnik, nie lubił piłki nożnej, był nadzwyczaj miłym i uprzejmym chłopcem i nie było nikogo kto by go nie polubił. Razem z Kingą trenował taekwondo, przez co jego popularność wzrosła równie bardzo jak tabun wielbicielek. Trzeba bowiem powiedzieć, że Krzysiu oczarowywał swoim wdziękiem. Był średniego wzrostu, szczupły, dobrze zbudowany, miał jasne włosy i szkliste, roześmiane oczy o nieokreślonej barwie. Uśmiechał się ciągle i miał w sobie coś takiego, co rozweselało innych. Sama Kinga była osobą bardzo pogodną i optymistycznie nasta-wiona do życia. Nie lubiła wiecznie znajdować się w centrum uwagi i nigdy o to nie zabiegała. Swoim sympatycznym zachowaniem przyciągała do siebie ludzi. Jej największym marzeniem było zagranie w jakimś filmie. Nie zależało jej na sławie ewentualnie związanej z tym przedsięwzięciem, ale o samo granie w filmie. Była zdecydowana, bystra, pomysłowa, zawsze znalazła słowo właściwe do przeka-zania tego co czuje i myśli w sposób nieco inny niż przeciętny, prosty. Miała jedną przyjaciółkę, z którą była zawsze razem, często uczyły się wspólnie, chodziły na zakupy. Nazywały siebie siostrami tyle że z różnych rodzin. Nazywała się ona Waleria Morilowicz, mówiono na nią Walcia albo Morelka (zależy kto i w jakiej sprawie). Była wzrostu Soli, podobnie jak ona miała włosy i oczy brązowe, uśmiechała się wyjątkowo uroczo, miała wielu wielbicieli, ale wszystkich trzymała na dystans, żyjąc mottem "jeszcze się taki nie urodził". Ich ulubionym kumplem z klasy był Olgierd Lampadi - zatwardziały metalowiec, którego marzeniem był własny Harley (dlatego zapuszczał włosy). Jego zaletą było świetne poczucie humoru, wyczucie sytuacji i umiejętne zmienianie swojego zachowania. Kinga miała bardzo dużą familię - trzech wujków ze strony mamy, wujek i trzy ciocie ze strony taty, a każdy miał przynajmniej dwójkę dzieci (z wyjątkiem wujka ze strony taty, który miał dorosłą córkę, która dawno wyjechała i praktycznie nie utrzymywała z ojcem kontaktu). Ona sama miała brata i dwie siostry. Nikt w jej rodzinie nie był kimś, nie zajmował praktycznie żadnego ważnego stanowiska. Rodzina była po prostu jedną z wielu zamieszkujących Tajnachten. Nikomu nie zawadzała i z nikim nigdy nie za-darła. Podobnie jak rodzina Walerii. Nikt by nie pomyślał, że jest ktoś, kto chce ich zniszczyć. A jednak. Tajemniczy typ wraz z kilkoma kompanami był sprawcą serii tragicznych "wypadków", w których wy-kańczał jednego po drugim Szachewicza albo Morilowicza. Owe tragiczne "wypadki" to na przykład: zepchnięcie z chodnika na ulicę wprost pod rozpędzonego tira, śmiertelne porażenie prądem, podcięte hamulce w samochodzie, utopienie na basenie dwójki dzieci, upadek z czwartego piętra na betonowy chodnik, pożar, który odciął drogę ratunku pięciooso-bowej rodzinie ze strony ojca Walerii i wiele, wiele innych. Po dwóch tygodniach nieszczęśliwych wy-darzeń, które były oczywistymi, lecz zupełnie niemożliwymi do udowodnienia morderstwami, w rodzi-nie Kingi było już tylko osiem osób - jej najbliższa rodzina, babcia i wujek Zbigniew , ten którego córka wyjechała, a Waleria została sama z babcią. Pogrążeni w żałobie i lęku, że mordercza śmierć może również ich dosięgnąć, trzymali się razem. Jednak tragiczne "wypadki" ustały. Kinga i Waleria pierwszy raz po dłuższej przerwie pojawiły się w szkole. Bardzo przez ten czas spoważniały, ale dzięki pracy psychologów nie załamały się psychicznie. Powrót tego dnia do domu okazał się być naprawdę straszny. Waleria mieszkała nieco bliżej szkoły, gdy dziewczyny rozstały się i każda udała się do siebie, Morelka dotarła do swojego domu szybciej. Mieszkanie było otwarte i zdemolowane w środku. Znalazła kartkę: "Była sobie babcia!". Przestra-szyła się i pobiegła do Kingi, która właśnie wchodziła po schodach do swojego domu. Jej mieszkanie również było otwarte. Właściwie drzwi były wyłamane. Weszły do środka. W przedpo-koju na ścianie i podłodze był wyraźny ślad krwi. Serca dziewczyn zamarły na ten widok. Weszły do pokoju na stole leżała kartka: "Szkoda, że nie pożegnałaś się z rodziną!" -Jezu... - jęknęła Kinga. Serce tłukło jej jak szalone, trzęsła się cała. -Oj, szkoda, szkoda. - w drzwiach pokoju stanął wysoki, silnie zbudowany, zamaskowany mężczyzna. Miał charakterystyczny głos, który wydobywał się gdzieś z jego głębi. - Pójdziecie ze mną. - burknął. Walerii i Kindze nogi jakby przyrosły do podłogi, głos utknął w gardłach, kolana się lekko uginały, serca cudem zatrzymały się w gardłach. Były kompletnie przerażone i zdezorientowane. Owy mężczyzna zaprowadził je do auta stojącego pod domem i zawiózł, gdzieś daleko za miasto, do jakiegoś starego magazynu pod lasem. Tam byli również ich bliscy. Stali przed owym magazynem, zamaskowanych ludzi było siedmiu, każdy trzymał w ręku broń. Nie pozwolili dziewczynom nawet podejść do swoich rodzin. Zaczął padać deszcz. Wszyscy milczeli i czekali w napięciu. -Czego wy chcecie? - jęknęła Kinga, ledwo powstrzymując się od płaczu. Deszcz zaczynał lać coraz bardziej. Pytanie Soli pozostało bez odpowiedzi. -Przepraszam... zadałam pytanie. - powtórzyła nieśmiało. -Krwi. - odparł jeden z zamaskowanych mężczyzn i zaczął strzelać do rodziny Kingi. Stało się to tak szybko, że ani ona, ani Waleria nie zdążyły powiedzieć słowa. Strugi krwi płynęły na namakającą deszczem ziemię. -Z serdecznymi życzeniami! - zaśmiał się morderca i razem z kompanami zniknął w rzęsistym desz-czu. Jeden z nich przed odejściem, rzucił na ziemię telefon komórkowy. Z kartką pod futerałem. Był to owy mężczyzna z głębinowym głosem. Kinga podbiegła do swojej rodziny. Uklęknęła w błocie, ukryła twarz w rękach i szlochała cicho. Waleria płakała w głos. Nie mogła ruszyć się z miejsca. Obie przeżyły ogromny wstrząs. Widok takie-go okrucieństwa, dokonanego na ich oczach na osobach tak bliskich, był okropny. Sól podniosła się i podeszła do przyjaciółki, przytuliła ją i po chwili obie uspokoiły się na tyle, żeby pomyśleć gdzie są i jak stamtąd wrócić do ludzi. Kinga zobaczyła telefon. Podniosła go. Na kartce napisane było położe-nie miejsca, w którym były. Zadzwoniły na policję, później odeszły od miejsca egzekucji. Po pół godzinie były obie w mieszkaniu wujka Zbigniewa. Reszta dnia była jednym wielkim milcze-niem. Dziewczyny nawet bały się myśleć o tym co je spotkało. Następnego już dnia Zbyszek zadbał o to, żeby obie miały zajęcia z psychologiem. Niewątpliwie był to dobry pomysł. Policja ustaliła kto stał za zabójstwami członków rodzin Szachewiczów i Morilowiczów, ale nikt nie miał pojęcia, gdzie i jak sprawcy szukać. Ślad o nim zaginął, straszliwe widmo czyhającej śmierci powoli się zacierało, a życie przybierało normalniejszy tryb. Kinga i Waleria gorzej przeżyłyby tragedię rodzinną, gdyby nie odniesiony sukces w sądzie. Mianowi-cie Waleria mogła zamieszkać z Kingą i jej wujkiem. Dziewczyny zżyły się ze sobą, ich przyjaźń spotęgowała się wielokrotnie, wspierały się wzajemnie i czuły się ze sobą bezpiecznie. A fakt, że Zbigniew miał się zajmować dwoma jeszcze niepełnoletnimi dziewczynami, nie pozwalał mu na powrót do starych nałogów. Chciał jednak zmienić miejsce zamieszkania. Szukał mieszkania z daleka od Tajnachten. Znalazł. W Ulkanowicku. Obwieścił tę informację podopiecznym. Przyjęły one ją obojętnie, gdyż podejście do życia ostatnimi czasy im odrobinę zobojętniało. Kinga nawet nie skojarzyła, że w tym mieście mieszkają państwo Raszczukowie, rodzina mocno zwią-zana ze snowboardem, dyscypliną sportową, której ona zawsze bardzo wiernie kibicowała.

PRZEPROWADZKA Z przeprowadzką poczekano do zakończenia się semestru, a w tym czasie dziewczyny zdążyły upo-rządkować swoje sprawy (koleżeńskie, sercowe i szkolne). Kinga dogadała się ze swoim chłopakiem, Krzyśkiem, że ona daje mu wolną rękę i jeżeli on pozna kogoś, kogo będzie uważał za wspaniałą osobę, może z nią być i Kinga mu nie będzie miała tego za złe, pod warunkiem, że ona otrzymuje taką wolność od niego. Mieli rozstać się w przyjaźni. Zgodził się. Oboje stwierdzili, że nie ma sensu się wiązać jakimiś zobowiązaniami, w perspektywie małego praw-dopodobieństwa spotkania się jeszcze kiedykolwiek. Waleria nie miała takiego problemu, gdyż miała jedynie kolegów i wielbicieli. Pożegnały się ze wszystkimi przyjaciółmi, a miały ich naprawdę sporo. Ferie spędziły u swoich rodzin, a w nowym domu zamieszkały dwa dni przed końcem ferii. Zdążyły poznać kilku ludzi, na przykład listonosza, sąsiadów po prawej stronie, sprzedawczyni z po-bliskiego sklepu i innych takich. -Już prawie północ, a jutro idziemy do szkoły. - westchnęła Waleria. - Trzeba już spać, nie sądzisz? -Też prawda. Boisz się? -Szczerze? Trochę. -Nie ma czego. Jesteśmy razem. Jeżeli to towarzystwo okaże się tak samo wredne, jak to w Tajna-chen, to zawsze możemy liczyć na siebie. -Nie mogę zaprzeczyć. Aj, ciekawa jestem jaka jest ta szkoła. "Ja też... ale bardziej interesują mnie sąsiedzi z lewej..." - pomyślała Kinga i wskoczyła pod kołdrę. Obie zasnęły dosyć szybko i równie szybko wstały. Z początku Waleria chciała ubrać się jakoś bombowo, ale Kinga krótko stwierdziła: -A po co wmawiać ludziom, że jesteśmy inne niż jesteśmy? Ja zakładam to co zawsze. -Ty masz "to co zawsze", a ja nie wiem co ubrać. Kinga otwarła szafkę. -Spodnie czy spódnicę? -Spodnie. - podeszła do niej Waleria. Sięgnęła po dżinsowe dzwony, bardzo podobne do tych, które miała Kinga. -A na górę sweterek, ten z frędzelkami. Robisz makijaż? -Nie chce mi się. I tak nie uda mi się ukryć piegów pod pudrem... -Co ty masz z tymi piegami? Przecież one nadają ci takiego specyficznego uroku! W sprawie piegów to ja ciebie w życiu nie zrozumiem. Waleria zamilkła na chwilę. Nie lubiła tego tematu. Zmieniła go. -Co robisz z włosami? -Wyjątkowo je nawet rozczeszę. -Pójdziesz w rozpuszczonych? -W końcu to święto. Początek roku. Dla nas. Dziewczyny przegryzły małe co nie co, pożegnały się z wujkiem i poszły do szkoły. Budynek szkolny był dosyć duży, mieściła się koło niego duża hala sportowa, basen kryty i piękna kawiarenka dla uczniów. -To jest buda! Nie to co u nas. -No co chcesz? Halę też mamy! - parsknęła śmiechem Waleria. -Ciekawe co nas dzisiaj czeka. Idziemy najpierw do sekretariatu? -No. Tam dowiedziały się, gdzie mają mieć lekcje. -A może w naszej nowej klasie znajdą się jacyś fajni chłopacy? -Ładniejsi, od naszych tajnachtackich sierotek? Może nawet inteligentniejsi? -Byłoby ciekawie. - westchnęła Waleria. -Będzie ciekawie... - stwierdziła Kinga, gdy otwarła drzwi klasy. -Dzień dobry. - rzekły chórkiem. -Waleria i Kinga? - zapytał starszy nauczyciel zza biurka. -Tak. - odparły znowu chórem. -Usiądźcie. - powiedział z uśmiechem, wskazując ławki pod ścianą. W dwóch ostatnich ławkach sie-dzieli osobno dwaj nawet miło wyglądający nowi koledzy. Kinga pierwsza ruszyła na wskazane miejsce. -Można? - mrugnęła do tego w ostatniej ławce. -Jasne. - odparł trochę zaskoczony, odsuwając lekko krzesło do tyłu. Usiadła. A za nią podążyła Waleria. Usiadła przed nią, zrobiwszy to samo co ona. -Bo jeżeli ulkanowiccy faceci mają oczy, to mamy już sporo wrogów płci żeńskiej. - dokończyła Kinga już szeptem, gdy Waleria odwróciła się do niej na chwilę. -Podbijamy bezbronne chłopięce serduszka? Szachewiczowa kiwnęła głową, a w tym samym momencie nauczyciel - jak się później dowiedziała wychowawca - zaczął sprawdzać listę obecności. Chłopcy z ostatnich ławek nazywali się Przemek Mirasiuk i Mariusz Toledończyk. Przy pierwszej okazji Kinga podpytała się swojego towarzysza z ławki, jaka panuje sytuacja w klasie. Wówczas dopiero skojarzyła kilka osób, dowiedziała się, kto tu się kłóci, lubi, nienawidzi czy niszczy. -Opowiedz coś o sobie. - zaproponował Mariusz. -Nie lubię tego robić, ale dobra. Pokrótce opowiedziała o tym co już przeżyła. Chłopak był pełen podziwu zarówno dla niej jak i dla Walerii. Nie mógł sobie wyobrazić co on by zrobił, gdyby to on stracił rodziców. -Masz chłopaka? Kinga westchnęła. Od momentu przeprowadzki w ogóle nie myślała o Krzyśku. -Właściwie nie... -Panie Toledończyk, proszę nie zagadywać nowej koleżanki. - rzekł sucho wychowawca. Chłopak zamilkł. -U nas nauczyciel powiedziałby: "Nie podrywaj koleżanki, umów się z nią po lekcjach. Zaproś do do-mu na kawkę albo coś mocniejszego..." Mariusz nic nie odrzekł. -Wy go tak słuchacie? -No... -I co? Nie odezwiesz się do końca lekcji? -Wkurzy się. -I co? - powtórzyła Kinga. Nie przyzwyczajona była do takiego posłuszeństwa wobec nauczyciela. -Będzie awantura. -Jesteś jego pupilkiem? Nie chcesz mu podpaść, bo ocenka zła wpadnie? -Nie. Zdumienie Kingi wzrastało. -Waleria... - szepnęła. -Co? -Twój kolega też jest taki grzeczny? -Wstydzi się gadać. -A może się zamienimy? -Czemu? - oburzył się Mariusz. -Ci wstydliwi są z czasem całkiem równi. Wyluzuje się chłopak, to razem powkurzamy nauczycieli. -Ale ja nie chcę się zamieniać. - Toledończyk cały czas nie chciał dać za wygraną. -Ty nie musisz. Ja z Morelką się zamienię. -Proszę zostań. -A będziesz gadał? Zdumienie przeszło na chłopaka. -Dobra nie ważne. Gdzie teraz mamy lekcje? -Piętro wyżej. Historia. - odezwał się Przemek. Miał bardzo ładny głos. Miał też bardzo ładne oczy, co nie uszło uwadze Kingi. Wychowawca był nauczycielem biologii. Omawiał właśnie jakiś temat o ssakach, który dziewczyny miały omówiony w pierwszym semestrze. Dlatego nie bardzo go słuchały. Na przerwie miała miejsce troszkę niemiła sytuacja. Miejscowe dziewczyny, to znaczy Nadia, Justyna, Karolina, Aldona i Jola, bardzo żywo zainteresowały się nowymi koleżankami. Pierwszy temat jaki był dla nich istotny, to czy mają chłopaka. Na to Kinga najspokojniej w świecie i z wspaniale udawaną naturalnością odrzekła: -Nie, nie. Mnie pociągają głównie mężatki. Ostatnio z braku laku, trzymam się z Walerią. - mówiąc to chwyciła przyjaciółkę pod rękę. Ta się uśmiechnęła, że niby przytakuje. Nowe koleżanki spojrzały na nie lekko zdegustowane. -Boże ty mój! - jęknęła Kinga. - Wy chyba nie sądzicie, że my tak naprawdę! Koleżanki nadal nie były pewne. -Czy wy się na żartach nie znacie? W Tajnachen wymyślaliśmy w klasie lepsze przekręty. Moja kole-żanka miała niby żonę, trzy córki też żonate, ja byłam jej kochanką, a jeszcze inna była moją narze-czoną. -Chłopaki odgrywali rolę ciotek, babć, czy w pojedynczych przypadkach synka, księdza i wdowy. - dodała Waleria. - I tak było też w innych klasach. Wszyscy kapowaliśmy te dowcipy, razem się z tego śmialiśmy. -Równo zakręcaliśmy nauczycieli, robiliśmy sobie z nich jaja, wymyślaliśmy przezwiska, ośmieszające wierszyki i historyjki. -Mieliśmy wychowawcę, młodego przymulonego polonistę, który przez rok czasu wychowawstwa z nami całkowicie się wyluzował. Nawet żartował z nami, mówił coś co było dwu znaczne i powodo-wało salwę śmiechu. Wstawiał się za nami, bo po prostu nas polubił. -Na pozostałych nauczycieli też mieliśmy sposoby. Nawet ci najbardziej ostrzy, surowi i wredni przy nas miękli. A chłopaków to obie żeśmy miały. Tylko, że życie potoczyło się tak, a nie inaczej i wszyst-ko co było, teraz już przepadło. Mogę teraz ja zadać pytanie? O czym wy rozmawiacie na przerwach? -O ocenach... - odparła Justyna. - Czasami o tym co było na lekcji... -A spotykacie się? Robicie sobie jakieś imprezki? Wybieracie się czasem we dwie, trzy osoby do skle-pu po to tylko, żeby poprzymierzać wszystkie ciuszki i na koniec powiedzieć, że jeszcze się zastano-wisz? Albo wybrać się po mieście, żeby jakiś fajnych kolesi pozaczepiać? -Raczej nie. A po co mamy tracić czas na drętwe zabawy, bezsensowne marnotrawienie czasu na przymierzaniu ciuchów, które najczęściej i tak są za drogie? I czemu mamy starać się o względy jakiś chłopaków? Niech oni się o nas starają. Jesteśmy zadbane, dobrze ubrane, używamy dobrych ko-smetyków, po prostu jesteśmy atrakcyjne. -Drętwe zabawy? A może wy po prostu nie umiecie się dobrze bawić? Jak jesteś wkurzona, to nie masz ochoty powkurzać innych? Idziesz do sklepu, bierzesz jedną bluzkę, przymierzasz, mówisz, że jest za duża. A później za mała. Albo źle leży, prosisz inną. I w pewnym momencie stwierdzasz, że ta jest dobra, ale jeszcze się zastanowisz. Sprzedawczyni jest piekielnie wkurzona, a ty cholernie zado-wolona, że komuś innemu niż sobie popsułaś nerwy. A co do chłopaków... Nie chodziło mi o to, żeby się o nich starać, tylko żeby było wesoło i żeby się pośmiać. -A wy macie chłopaków? - walnęła Waleria. -Nie. -A ktoś się do was przystawia? -No nie. -A czemu? Koleżanki były zdziwione. -Bo jesteście drętwe. -I to czy będziecie ubierały modne ciuchy, malowały się drogimi kosmetykami, nie wpłynie na wasze wzięcie wśród chłopaków, jeżeli będziecie drętwe i non stop nudziły o szkole. Cała piątka dziewczyn stała zdębiała. -I nie obrażajcie się na nas za to, że jesteśmy szczere i chcemy dla was dobrze. Teraz jesteśmy z wami jedną klasą i musimy być razem. Musimy móc na sobie polegać. I musimy utworzyć środowi-sko, w którym będzie dobrze i wam i nam. -No dobra. To teraz z innej beczki. Kto uczy historii? -Taka starsza pani z biblioteki. - odparła Nadia. -Cholera. Tylko mi nie mówcie, że nosi duże okulary i każe uczyć się dyktowanych przez siebie te-matów na pamięć słowo w słowo! -jęknęła Kinga. -Okulary ma, ale z tymi tematami nie do końca jest tak. Dyktuje temat, a później my mamy umieć go opowiadać swoimi słowami. -Historyczki nas prześladują... - westchnęła Waleria. Rzeczywiście nauczycielka była podobna w zachowaniu do historyczki z Tajnachten. Kinga i Waleria od razu zabłysnęły u niej jako "świetności klasowe", odpowiedniki Tajnachtowych "wzorów szkoły". Na trzeciej lekcji, języku niemieckim, dziewczyny z Tajnachten były świadkami samolubności i ego-izmu panującego w owej klasie. Nauczycielka wzięła do odpowiedzi chłopaczka o imieniu Rafał. Ka-zała mu na tablicy napisać trzy zdania w języku niemieckim. Bezradnie szukał pomocy od klasy. Tylko Kinga i Waleria, siedzące prawie na końcu klasy, starały się mu coś podpowiedzieć. Wszyscy inni mil-czeli, mieli zwieszone głowy, albo udawali, że zupełnie nie wiedzą co się dzieje na około. Rafałowi udało się nabazgrać jedno zdanie, nie do końca poprawne gramatycznie, później ustnie po-dał cztery znaczenia słówek niemieckich. -Dwa plus. Siadaj. - skwitowała nauczycielka. -Proszę panią... a może chociaż trzy na szelkach? Przecież napisał to jedno zdanie... - wstawiła się za nim Kinga. -Właśnie. I ustnie przetłumaczył... - przyłączyła się Waleria. -Jak mam dać mu dostateczną ocenę, jeżeli dobrze widać, że nie umiał. Dziewczyny zwiesiły głowę w geście zawodu. Nauczycielka widząc to zwróciła się do Rafała. -Chłopie, jak mi przetłumaczysz zdanie "wiem, że nic nie wiem", to dostaniesz tą tróję. -Naprawdę? - uradował się ogromnie. Wrócił do tablicy i szybko i bez zastanowienia napisał to zda-nie, które razem z kolegami przetłumaczył już na kilka języków i często chwalił się tym przed innymi. -No, udało ci się. - pochwaliła gościówka i wpisała mu całą trójkę. Po lekcji szczęśliwy Rafał podleciał do Tajnachtanek i serdecznie im podziękował. -Gdybym dostał tą dwóję, to rodzice by mnie ze skóry obdarli. Jak ja wam się odwdzięczę? Dziewczyny spojrzały po sobie. -U nas w Tajnachen cała klasa targowała się z nauczycielami o wyższą ocenę dla każdego. I wszyscy wszystkim podpowiadaliśmy, nie licząc się z tym, że groziła nam nie tylko negatywna uwaga, ale również pałka z danego przedmiotu. Panowała solidarność klasowa. Dlatego teraz zrobiłyśmy to sa-mo. - odparła Waleria. -Ale jeżeli bardzo chcesz się nam odwdzięczyć, to po prostu podpowiadaj i stawaj w obronie innych nie dokształconych. Po skończonych lekcjach Mariusz i Przemek zainteresowali się gdzie mieszkają Waleria i Kinga. Usły-szawszy numer mieszkania i ulicę, Toledończyk zachwycił się: -Koło Raszczuków! Ale szczęściary! -To oni mieszkają w tej opustoszałej chałupie! Jak mogłam się nie domyślić? - westchnęła Kinga. Z czasem klasa zaczęła żyć. Wszyscy żartowali z siebie nawzajem. Coraz skuteczniej pomagali ofia-rom nauczycieli, targowali się o oceny, i powoli zaczęli stanowić jedność. Nawet nadali sobie wszyscy przezwiska, które stosowali na co dzień, za równo między sobą, jak i na lekcjach. I tak: Nadia Prowbik otrzymała przezwisko od nazwiska (jak większość) - Biki, Justyna Arińska - Ari i Blondi, Al-dona Leśna - Dona, Karolina Śmiglańska - Minli, Jola Łośna - Łoś, Rafał Kowalcz - Kowal, Przemek Mirasiuk - Mira, Mariusz Toledończyk - Toledo, Kinga zatrzymała swoje stare - Sól, a Waleria - Mo-rela. Kinga cieszyła się, że w szkole jest już bardzo przyjemnie, że wszyscy ją i Walerię lubią i szanują, była z siebie naprawdę zadowolona, ale cały czas nie mogła się doczekać, kiedy to ujrzy swoich usportowionych sąsiadów. Z utęsknieniem czekała na tą chwilę, ale póki nie skończył się sezon nie miała szansy ich zobaczyć. Nowa klasa Kingi i Walerii okazała się być całkiem sympatyczna, a w miarę upływu czasu coraz bar-dziej zgrana i wyluzowana. Można powiedzieć, że Tajnachtanki ułożyły ją pod własne upodobania. W naturalny sposób obrzydziły wszystkim zakładanie "śmietanek" klasowych czy odrębnych grup. Zmiana miejsca zamieszkania wyszła im na dobre. Nowe, sympatyczne towarzystwo wpłynęło pozy-tywnie na psychikę dziewczyn.

ROZDZIAŁ DRUGI SĄSIAD FELEK Był marzec. Słońce zaczynało przygrzewać. Według wszystkich prognoz śniegu i mrozu do następnej zimy już nie miało być. Cieszyło to wszystkich, oprócz bałwanów. Kinga zajęta była pisaniem wypracowania, a Waleria dokańczała pracę z plastyki. Miały osobne po-koje, ale i tak zawsze siedziały razem. -Tora została na dworze? - zapytała się Morelka. -Tak. Tora to prezent jaki dostały dziewczyny od Zbigniewa - konkretniej ośmiomiesięczne szczenię Ber-nardyna. Była ona prześmiesznie sympatyczna i wszyscy ją uwielbiali. -A to dobrze, że jest sama? -Nikt jej przecież krzywdy nie zrobi. -Ale ona mogłaby komuś zrobić. -Komu? Nie sądzę... - w tym momencie, jakby na zaprzeczenie słowom Kingi, z dworu doszedł do ich uszu trzask, skowyt i krzyk jakiegoś mężczyzny. - Kurna! Może lepiej jednak pójdę sprawdzić co się dzieje. Wybiegła na podwórko i pierwsze co się rzuciło jej się w oczy to duża wyrwa w niewielkim, drewnia-nym płocie, dzielącą ich posiadłość od posiadłości Raszczuków. Dalej ujrzała wystraszonego psa Hu-skie kwilącego pod samochodem, zaparkowanym na podwórzu sąsiadów, i biegającą naokoło niego Torę. Mężczyzna, w którym Kinga, mimo iż stał do niej tyłem, rozpoznała pana Feliksa, stał teraz zdezorientowany dwa metry od auta. -Tora, wróć! - syknęła Kinga. Pies bez jakiejkolwiek próby buntu wrócił na podwórko. Wówczas zwróciła się do sąsiada. - Bardzo pana przepraszam, ale to jeszcze szczenię... -Aj tam, nic się nie stało. O ile Rubin wróci do normalnego stanu psychicznego przed powrotem mo-jego syna, to nic się nie stało. -Pierwszy raz była całkiem sama na podwórzu. Nie wiedziałam, że będzie zdolna przeskoczyć płot, skutecznie go uszkadzając i rzucić się na innego psa. -Nie rzuciła się. Po prostu płotek rozpadając się narobił hałasu i Rubin się wystraszył. A widząc ol-brzymiego psa zwiał pod samochód. Remigiusz go zanadto rozpieszczał za młodu. Teraz boi się wszystkiego. W dodatku jest potwornie wybredny w sprawach jedzenia. Nic się nie stało. - odparł pan Raszczuk. -I tak przepraszam. Płot naprawię, ale niestety nie mogę obiecać, że to się nie powtórzy. Tora wolno się uczy. Ale zrobię wszystko, żeby do tego więcej nie dochodziło. -Mój syn naprawi płot. Nie musisz się tym martwić. -To nie będzie fair. Tora przyczyniła się do takiego stanu płotu. I to właściciel powinien ponieść od-powiedzialność za czyny podopiecznego, prawda? Dlatego jeszcze dzisiaj zabiorę się do naprawy płotu. -Mieszkasz tu? - zapytał się. -Tak. Od połowy lutego. -Czyli jesteś moją sąsiadką? -Na to wygląda. -Mów mi Felek. - uśmiechnął się Raszczuk, wyciągając rękę. - A ty jak się nazywasz? -Kinga. - odparła, uściskując wyciągniętą dłoń. - Bardzo mi miło. -Mi również. Powiedz, umiesz naprawić płot? Kinga spojrzała na płotek. -Nic prostszego. -Wiesz co, jakbyś poczekała do jutra, to bardzo bym chciał, żeby Remigiusz ci pomógł. Hi! Hi! Będzie mu głupio. I przynajmniej pozna kogoś normalnego. Kinga wzięła Torę do domu, była tak mocno uradowana, że poznała sąsiada, mało tego od razu prze-szli na "ty", że nie potrafiła się skupić na wypracowaniu. Jeszcze bardziej czekała na dzień następny. Miała poznać kogoś na kim jej zależało.

PŁOT -Dobrze, że mieliśmy dzisiaj tylko pięć lekcji. Muszę płot naprawić. Jakby o płot chodziło... Waleria nie wiedziała nic o planie Felka. Dlatego szczerze współczuła przyja-ciółce: -Biedna Kinga... Poradzisz sobie? -Mam nadzieję. Weszły do domu. Sól odczekała do godziny, którą zaproponował Felek, po czym wyszła na podwórze. Naprawiała płotek spokojnie, nie spiesząc się. Słońce grzało, więc ubrała się w krótkie obcisłe spodenki, króciutką koszulkę moro z kapturem i okulary przeciwsłoneczne. Do tego czapka z dasz-kiem, również moro, odwrócona do tyłu i biało zielone adidasy. W końcu pod dom sąsiadów podjechał śliczny brązowy volvo, z którego wysiadł syn sąsiada i - jeżeli dobrze Kinga rozpoznała drugiego chłopaka - Romek Wacholski, zawodnik z kadry snowboardzkiej. -Idź do domu, powiedz, że zaraz przyjdę. - syn sąsiada podszedł do Kingi. Chwilę przyglądał się jej, aż w końcu zapytał. -Przepraszam, mie... -Możesz podać mi tamtą deskę? - Kinga przerwała mu szybko, wskazując na dechę w jego ogródku. Zdziwiony chłopak wykonał prośbę Soli. -Dzięki. - odparła. -Mieszkasz tutaj? -Chyba. -Chyba? -Gdybym tu nie mieszkała, naprawiałabym płot? -No chyba nie. -No właśnie. Chwila milczenia. -Jak się nazywasz? -Kinga. -Ładnie. -Ściemniasz. -Nie prawda. -Ściemniasz. -Mówię prawdę. Kinga wzruszyła ramionami. -Ile masz lat? -Kobiet się o wiek nie pyta. -Ale ty się swojego wieku nie musisz wstydzić. -Kto powiedział, że się wstydzę? Chodzi o zasadę. -Ale powiedz, co ci szkodzi? Ile możesz mieć? Szesnaście? -Słuchaj, jesteś dżentelmenem? -A czemu? -Powiedz czy jesteś. -No chyba tak. -Tak? To czemu stoisz jak słup, a nie pomożesz mi naprawić swojego płotu? -No fakt... - pokiwał głową, ale nadal stał jak słup. Kinga podała mu młotek i gwoździa. -Ja przytrzymam deskę, ty przybij. Remik niepewnie przyłożył gwóźdź do deski i zaczął delikatnie stukać. Kinga złapała się za głowę. Wstała, przeskoczyła na stronę Raszczuków, chwyciła jego ręce z narzę-dziami i pomogła mu przybić gwoździa. -Nigdy tego nie robiłeś? -Nie... - odparł czerwieniąc się. -Znając mojego psa, ten płot nie raz będzie wymagał naprawy, zdążę cię nauczyć. -Nauczysz mnie? -Chyba, że nie chcesz. -Jasne, że chcę. Długo tu mieszkasz? -Nie. Od drugiego semestru. Nie zdążyli powiedzieć już nic więcej, bo pod dom Raszczuków podjechał samochód, z którego wyle-ciała jakaś lalunia z piskiem. -Aj, Remisiek! Mój Remiczku, chodź się przywitać! - piszczała potwornie głośno. Kinga przeskoczyła na swoją stronę płotu i spojrzała na tę piękność. -Ou... - skrzywiła się. W ich stronę powoli zmierzała wytapetowana blondynka na cieniutkich, piętnastocentymetrowej dłu-gości szpileczkach, w mini naprawdę mini i prześwitującej bluzeczce na ramiączkach. Jej paznokcie były okropnie długie, na twarzy miała chyba ze cztery różne warstwy makijażu, a włosy przypominały siano - najprawdopodobniej zużyły się przy farbowaniu i pod wpływem nieodłącznego lakieru, które-go i teraz miała stanowczo za dużo. -Chyba muszę iść. Kiedy zaczniesz mnie uczyć? -Kiedy znajdziemy czas. Idź już, bo ta ślicznotka się posika bez ciebie. Remik uśmiechnął się, mrugnął do Kingi i poszedł do swojej laluni. Nie był zadowolony z jej towarzy-stwa. Patrzył na sąsiadkę, jakby wołał o pomoc, ale ona śmiejąc się w głos naprawiała płot nawet raz nie spojrzała na niego. Gdy skończyła swoje, wróciła do domu i pochwaliła się Walerii czego dokonała. PRYWATKA DLA PAŃ -Musimy pokazać dziewczynom co to znaczy zabawa. Zorganizujmy w chacie imprezę, najlepiej z chłopakami. Tyle samo chłopów co bab, żeby były jaja. - powiedziała Kinga stanowczo, gdy szły do szkoły. -Jestem za. - podjęła myśl Waleria. - Zbigniew się zgodzi. -Też tak myślę. W szkole obwieściły tą informację koleżankom. -Z chłopakami? - żachnęła się Nadia. -A jak zamierzasz się dobrze bawić bez nich? - oburzyła się Waleria. Długo nie mogły dojść do porozumienia. W końcu Kinga dała za wygraną. -Niech wam będzie, bez chłopaków. Tylko my. Spośród dwunastu dziewczyn tylko pięć wyraziło chęć imprezowania. Były to Justyna, Aldona, Jolka, Nadia i Karolina. Razem z Tajnachtankami siedem osób. Po ustaleniu składu przyszedł czas na datę. -Następna sobota. - zaproponowała Jolka. Wszystkim termin pasował. -Czyli składamy się na chipsy, paluszki, picie i inne takie bzdety po pięć złotych, zgoda? -Zgoda. I na tym debata się zakończyła. Dziewczyny z Ulkanowicka z każdym dniem były coraz bardziej cie-kawe co też takiego będzie na imprezie u Tajnachtanek. A plan był taki, że będzie dużo żarcia, obgadają wszystkich i wszystko naokoło, poplotkują o szkole, zaczną się wydurniać, może karaoke, a jeżeli będzie się nudziło, to zrobi się kino domowe dzięki pro-jektorowi i kilku płytom DVX ze śmiesznymi filmami. Ale jak przyszło co do czego to plan szlag trafił. Przyszły wszystkie punktualnie, wszystkie były ubrane owszem inaczej niż na co dzień, ale jakoś tak... nudno. I makijaż miały strasznie delikatny. I co najgorsze były poważne. Wszystko udało się naprawić. Humor się poprawił, gdy włączono jakiś kabaret z mp3 i wypito trochę piwa, ale umiarkowanie, bo nie miała być impreza do nawalenia się, tylko do odprężenia. Makijaż został poprawiony - mimo protestu Nadii, że to niehigieniczne - kosmetykami Kingi i Walerii na bar-dziej ekstrawagancki, żywy i widoczny. W szafie znalazły się jakieś bombowe łachy, które może nie-koniecznie leżały jak ulał, ale od razu zmieniły atmosferę. Później zrobiły sobie dyskotekę. Głośna muzyka prze najróżniejszego rodzaju i stylu. Między innymi jakieś polskie przeboje, które wszystkie śpiewały wydzierając się i fałszując jak tylko się dało najbar-dziej. Było dużo śmiechu. Małą przerwę zrobiły sobie na przekąskę. Najpierw poszły chipsy, paluszki i orzeszki. Takie obżarte, trochę zmęczone szaleństwem przy muzyce zamilkły na chwilę. -Wiecie co wam powiem? To głupio zabrzmi, ale jakoś tu pusto... - szepnęła Karolina. -A wiecie czemu? Bo nie ma chłopaków. Oni zawsze robią zamęt i jest dużo ciekawiej. - uśmiechnęła się Waleria. -Dobra. A teraz nie rozglądajcie się za okno, ja wstanę i wyłączę światło i coś wam powiem. - Kinga zrobiła jak powiedziała, po czym podeszła do okna, wychodzącego wprost na dom Raszczuków. - Spójrzcie kto siedzi w tamtym oknie. -Remik? - zapytały prawie chórem Karolina, Justyna i Nadia. -Z kolegą. - potwierdziła Kinga. - Siedzą tam od jakiejś godziny. -Zdaje się, że mamy towarzystwo męskie. - stwierdziła Waleria z zadowoleniem. Wszystkie wróciły na miejsce, a Kinga już z telefonem w ręku zapaliła światło. Usiadła koło koleżanek i zadzwoniła do sąsiadów, mówiąc w między czasie: -Państwo Raszczukowie wyjechali gdzieś razem, czyli oni są sami w domu, więc zaraz znikną z okna. O, wołanie. I już go niema. W pokoju zrobiła się idealna cisza. Wszystkie wsłuchiwały się w głos z słuchawki. -Słucham? -Dobry wieczór. Czy mam przyjemność z panem Remigiuszem Raszczukiem? -Ta... tak. -Słuchaj, wpadniesz do mnie teraz? -Przepraszam kto mówi? -Jak to kto? Gapisz się na nas z kolegą od godziny i nie kapujesz z kim gadasz? -Aha... -Zatkało go... - szepnęła Kinga przysłaniając słuchawkę ręką. -Długo nas widzicie? -Tak. Prawie od początku. To znaczy większość was widziała. -I chcecie, żebyśmy przyszli? Z okna znikł kolega, a Kinga w słuchawce dosłyszała coś w rodzaju cichego "chodźmy". -Wy chcecie przyjść. A my się nie pogniewamy. Nasi koledzy nie dopisali i brakuje nam męskiego to-warzystwa. -W takim razie już idziemy. - wypowiedź zakończyło krótkie cmoknięcie. -Przesyła nam całuski. - zażartowała Kinga, wyłączając telefon. -Naprawdę przyjdą? - Nadii dech zaparło. -Tak. Światło zgasło, więc idą. Dwie minuty ledwo minęły rozległ się dzwonek u drzwi. -Panowie do kogo? - zapytała Kinga z powagą. -Do zacnej sąsiadki. - odparł równie poważnie Remigiusz. -Przykro mi, nie ma jej w domu. - powagę coraz ciężej utrzymać. -Jak to? Przecież umówiłem się z nią. -Ale jej nie ma, więc do widzenia. Kinga prawie zamknęła drzwi, w ostatniej chwili młody Raszczuk zatrzymał je nogą i otwarł stwier-dzając z uśmiechem na twarzy: -W takim razie to jest napad. - chwycił rękę Kingi, szarmancko ją ucałował. - Uszanowanie, zacna sąsiadko. To jest Łukasz, mój kolega z klasy. -Miło mi, Nietoperku. - Kinga rozpoznała dawnego kolegę, poznanego przez internet, który olał ją i Walerię. - Mam ci nakopać? -O ty chuju, telefon masz wyłączony od dwóch lat? - syknęła Waleria. Łukasz zrobił się cały czerwony, a wszyscy naokoło stali zdumieni nic nie rozumiejąc. -Może wytłumaczmy wszystko towarzystwu, co? - zaproponowała Kinga. Przeszli do pokoju, tam Nietoperek opowiedział wszystko jak to było, że poznał Kingę i Walerię na necie, jak spotkali się w Tajnachtackiej pizzerii, a później on przestał się odzywać do nich. Na zakoń-czenie poprosił o wybaczenie, które zostało mu udzielone. Zostało wznowione szaleństwo przy muzyce. Miejscowe dziewczyny, zwłaszcza wielbicielki Remika były trochę skrępowane męskim towarzystwem, ale widząc jak Kinga i Waleria jadą na pełnym luzie i że to się chłopakom podoba, również zaczęły wariować. Zbliżała się powoli godzina dwudziesta druga, ale impreza miała trwać jeszcze długo, w planie było że do drugiej (na dłużej nie zgodzili się rodzice koleżanek). Pozwolono sobie na mały odpoczynek, podczas którego Łukasz opowiadał wszystkim dowcipy, a Kin-ga i Waleria zajęły się trochę jako takim ładem na stole. Poszły do kuchni, aby zmyć naczynia i do-nieść żarcie. -Nie myślałam, że będzie aż tak fajnie. - westchnęła Kinga w pewnym momencie. -Ja też nie. - nagle w drzwiach kuchni stanął Remigiusz. -To może ja sobie pójdę, a ty Kindze pomożesz? -Czemu nie? - chłopak uśmiechnął się z wdzięcznością do Walerii. Gdy znikła w pokoju powiedział. - Miło mi, że mnie zaprosiłaś... Nie kryję, że miałem na to ochotę. Ty i Waleria jesteście całkiem inne niż te wszystkie pindusie, które znałem do tej pory. -Pindusie? -Bez obrazy, ale choćby na przykład wasze koleżanki,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Kinga z Tajnachten — czytnik · opowiadania