Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

przygoda · 14 min czytania

kita, gęba, faja...

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wziąłem wszystkie rzeczy, klucz i komórkę. Pozamykałem wszystko. Całe życie stało mi w pamięci wraz z kałużą melancholii. Jeszcze raz postanowiłem wywinąć się kostusi i oszukać przeznaczenie. I urwać łeb hydrze. Droga wiodła nad Wisłą, brzegiem, trotuarem i potem Aleją Pokoju. Pamiętałem miejsce, gdzie niedawno samochodem KIA dowoziłem posiłki dzieciom z depresjami, schizofreniami czy autyzmem. Teraz sam pogrążony w czarnych myślach, które na dokładkę co jakiś czas znikały, szedłem, by wywinąć się - jako się rzekło - kostusi. Bramka na ulicy Cystersów, kod 1212, złote drzwi, podwórko w nowym budownictwie, gabinet, podświetlone miejsce. Wieczór, rześkie powietrze, ostatni pet i wchodzę z bagażami. Psychiatra otwiera i wita mnie. Ja witam jego, on mnie, witamy się. Na ścianie dwa skrzyżowane miecze, retorta, gdzie wytapia się złoto, czarny kot macha ogonem na szafie, na stoliku pokrytym zielonym suknem przezroczysta kula. Obok kielnia i cyrkiel, a pod oknem kozetka. Zdejmuję kulę ze stolika i stawiam obok. Psychiatra pyta, czy jestem gotowy. Jestem. Albo stąd wyjdę żywy i zdrowy, albo podjedzie karawan. Tak postanowione. Zdejmuje dwa miecze i jeden mi podaje. Biorę do ręki, oglądam, dawno nie ćwiczyłem, jakieś czterysta lat. Lecz psychiatra nie daje czasu do namysłu - krzyżujemy miecze. W gabinecie rozlegają się pojedyncze uderzenia metalu o metal, stali o stal, żelaza o żelazo. Robię uniki, w bok, w prawo, lewo, atakuję do przodu. On mimo, że ma na sobie błękitny płaszcz z gwiazdami, lekko i zwinnie uskakuje, krzesło, stół, kozetka, znowu krzesło. Obracamy się, stuknięcia stają się coraz bardziej pewne, miarowe, tępe. Po chwili podaje mi dłoń i uśmiecha się. - Dobry jesteś. Witaj w naszym świecie. Teraz zaprasza mnie do stolika, kula ląduje z powrotem na miejsce, będzie jeszcze potrzebna. Wchodzi jakaś dziewczyna i podaje mi trunek w kielichu. Uśmiecha się tajemniczo, po czym oddala się i znika w głębi. Zdejmuję resztki ubioru, który dostałem przed walką. Teraz słucham. Pada pytanie, czy wiem, jaką drogą idę? Nie. Czy wiem, że wyższe instancje mnie od dawna bacznie obserwują i wiedzą o mnie wszystko. Wali mnie to, mówię, walę wszystkie instancje, ja czuję bezsens i walczę o życie. Dlaczego chcesz żyć? Chcę. Żeby zaliczać panienki? Psychiatra dociska coraz dalej. Nie. Wystarczą te zaliczone. Jak chcesz żyć? Inaczej. Słowo? Słowo. Podpisz. Wal się, nic nie podpisuję w tej dziwnej komnacie. Jestem wyznawcą Chrystusa, nie trzech magów w szopce. To jakaś szopka. Chcesz żyć? A co, nie? Chcę. Nie chcę umierać i tyle. Słuchaj. Wielu nam już tak obiecywało, że trala la inaczej żyć, a potem co? Kończyli w bagnie. Dajcie mi leki, to będę żył. Żadnych leków. Od dzisiaj dostajesz to - i tu psychiatra podaje mi zalakowaną kopertę. Wygląda na starą, pytam, co to znowu, coś dla wybranych, pamiętaj, wiemy o Tobie więcej niż myślisz. Nie stworzyliśmy cię, żebyś zaliczał panienki i cieszył mordę na koncertach Metaliki. Więc od dzisiaj pracujesz dla nas. Kim jesteście? Nie bój się, dobrzy ludzie. Tralala, a kto wysadził WTC? Na pewno nie my. Słuchaj wybrańcu, pamiętasz jak wtedy wyleciałeś z dominikanów i zadzwoniłeś na 112? Wieźli cię, a Ty sobie myślisz: "E tam, Boga nie ma, to koniec". No więc to On nas posłał, a my oddamy Mu Ciebie całego i zdrowego…. Jeszcze raz mówię, najpierw przeczytam, nic nie podpiszę in blanco. Czytaj, wiemy, że babcia Cię uczyła, tak jej kazaliśmy. Psychiatra podaje mi kawałek pergaminu: "od dziś żyję inaczej. Czynię dobro, pomagam słabszym i nie zaliczam panienek." I co mądralo, takie straszne? Nie wygląda to podejrzanie, więc biorę pióro z kałamarza i maluję zygzak. Żeby się odpierniczyli. Teraz dalej: zaraz pójdziesz schodami na górę, wejdziesz do komnaty, tam podadzą ci napój. Wypijesz jednym haustem. Poczujesz się euforycznie, to normalne, nie bój się - to nie trucizna. Wybrańcy bogów mają najlepsze specyfiki. Jeszcze jedno - wyjdziesz stąd i nigdy nie wrócisz, ani nie wspomnisz słowem nikomu. Inaczej melancholia powróci. Pożegnałem się, poszedłem i dostałem napój cienisty. Przez chwilę czułem zamęt w głowie, potem wszystko ucichło. Wiedziałem, że mówili prawdę. Zostałem uratowany, oszukałem los, wywinąłem się naszej dobrej znajomej kostusi. Szybko opuściłem gabinet. Znalazłem się na jakiejś cichej ulicy. Czułem radość. Uratowany. Wreszcie. Po tylu latach bezskuteczności. Widziałem swoje życie i jego przeznaczenie. Ktoś bardzo Dobry szedł obok mnie. A wtedy, gdy był na piasku jeden ślad, to niósł mnie na rękach….

(napisano w 07.2012)

Terapia...

Pokój terapeutyczny. Wchodzi mój osobisty trener, psycholog kliniczny. - Dzień dobry, panie Rafale, jak się Pan dzisiaj czuje? - pyta matowym, rutynowym, zawodowym głosem kogoś, kto widział już setki takich wykolejeńców życiowych, jakim jestem ja, doktor nauk humanistycznych, który sprzątał ulice za 400 zł miesięcznie. Ogarnia mnie nuda. - Jak mam się czuć? Siedzę w psychiatryku, nudzę się, palę papierosy i słucham objawień kolejnych pacjentów, każdego dnia ciekawszych. Jedni słyszą głosy, inni głos Boga, a jeszcze inni widzą twarze świętych na jesiennym niebie. Jak mam się czuć? Od 14 lat mnie leczycie i nic....null koma null - dodaję znużony tą rzeczywiście idiotycznie się zaczynającą terapią. - Proszę opowiedzieć, co Pana boli? - Jestem zwykłym gównem, szambem, nic nie umiem, nic nie wiem, nie ma wykształcenia, nie mam nie tylko dobrze płatnej, ale w ogóle żadnej pracy, wiszę na ojcu, który kończy powoli karierę naukową, za mną zgliszcza, ruiny i pogorzeliska, przede mną czarna ściana przyszłości...- Panie Rafale, pan skończył doktorat...- I co z tego? Dajcie mi wszyscy spokój z tym moim doktoratem. Nie czuję się żadnym mędrcem, a tym bardziej naukowcem. Czuję się nikim, zerem, grzesznikiem, czeka mnie po życiu dużo gorsze życie, lecz tam nie będzie amnestii... - Panie Rafale, jest pan świetnym, młodym, silnym człowiekiem, przystojnym i mądrym, a na dodatek mądrym. Czemu Pan się tak katuje? - Mam dość tej rozmowy. - Widzę, że im bardziej Pana się chwali, tym bardziej pan się potępia? - Nie potwierdzam, nie zaprzeczam. - Na dzisiaj kończymy terapię, wymyslę coś specjalnego dla Pana na następną sesję jutro...żegnam. Psycholog wyszedł z pokoju lekko zamykając drzwi. Zostałem jak zwykle sam, gapiąc się przez zakratowane okno na parkowe drzewa, alejki, klomby i snujących się jak widma pacjentów. Niektórzy szli w grupie, niektórzy we dwoje, większość samotnie... Następnego dnia zaczynamy jak zwykle. - Jak się pan czuje? Tym razem nie mówię nic, więc terapeuta zaczyna monolog. - Nie odpowiadasz mi? Milczysz? Jesteś przekonany, że możesz wszystko? To ja ci udowodnię, że nie wiesz nic, nie umiesz nic i jesteś kompletnym zerem... Ja słucham tej przemowy i początkowo myślę, że terapeuta żartuje. Ale nie, on ciągnie dalej: - Kim Ty jesteś? Za kogo się masz? Myślisz, że będę z tobą tu siedział za marne grosze i ci prawił komplemetny? Dla mnie jesteś głupim, pysznym i zadufanym w sobie

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
kita, gęba, faja... — czytnik · opowiadania