Komedia · 10 min czytania
Klan Rufquantensonów cz.1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
-------------------------------------
Od autora: Przypisy jakie w tym formacie opowiadania są hm.. sprezentowane mogą mieć formę nieczytelną. Nie zrezygnowałem z nich jednak, bo moim skromnym zdaniem jeżeli coś stanowi siłę tego opowiadania, to właśnie one. Przepraszam za ewentualne kłopoty z klarownością czytania. Ale to wina serwisu (mam nadzieję, że nie narażam się pisząc takie rzeczy.) Pozdrawiam, i życzę miłej lektury.
-------------------------------------
W tę jesienną, zimną noc było zimno, jesiennie i nocowato. Było też ciemno. Poeta napisałby zapewne: „noc ta była czarna jak murzyn wysmarowany smołą, stojący pod nieoświetloną ścianą.”. Ja nie jestem poetą. Mi wystarczy „ciemno”. Owa noc miała miejsce w roku 1425. Data to dość ważna w annałach historii. Miały wtedy miejsce bardzo ważne wydarzenia; Papież Marcin V prowadził dość otwartą rejzę przeciwko wszelkiej maści heretykom (zaliczali się do tego Żydzi, husyci, bigamiści, baptyści, pedały, arabowie i wiele innych), Taboryci atakowali Śląsk, Jakub I umacniał władzę królewską w Szkocji a w wolnych chwilach mnożył dzieci (przynajmniej do czasu kiedy został zamordowany), a nikomu wtedy nie znana „La Pucelle” Joanna d’Arc składała śluby dziewictwa. Mało kto jednak wie, że w zamku Wineburry, nieopodal Brighton w południowo-wschodniej Anglii miał miejsce ważny dialog. Rozmowa, która winna była wpłynąć na Historię i zmienić Losy naszego świata. -Steven? -Tak, Najjaśniejszy Panie, Lordzie Nad Lordami*? -Przysuń mi pianino, Stevenie. -Och! Będzie Wasza Wielmożna Wielmożność grał? -Nie, skądże znowu. Zostawiłem tam swoje cygaro. Pech jednak chciał, że ani Historia, ani Los o tym nie wiedzieli. I nie dowiedzieli się po dziś dzień**.
**
Steven McRufqantenson nie był rodowitym Anglikiem, nie był rodowitym Szkotem, nie był nawet rodowitym Brytyjczykiem, co dla mieszkańców deszczowej wyspy było jednoznaczne z byciem byle czym. Jeden z przodków Stevena był wodzem potężnego plemienia wojowników – Klanu Urwanego Psu Ucha – wywodzącego się (ponoć) z dalekiej, mroźnej i lodem zewsząd skutej Norwegii***. Magnus Rufquantenson (tak się ów wódz nazywał) nie zasłynął w sumie niczym szczególnym. Nie licząc jednego... wyjątkowego wydarzenia. Klan Urwanego Psu Ucha w roku 1287 prowadził aktywną politykę zagraniczną, co wiązało się – jak sama nazwa „polityka” wskazuje – z gwałceniem, mordowaniem i rabowaniem. Pod koniec kwietna tamtego roku, szykowali najazd na tajemnicze, owiane legendami państwo Polska. Na nieszczęście, ranek w którym mężni Norwegowie wyruszali był bardzo zimny i mglisty. Na tyle mglisty, że najeźdźcy zgubili na morzu drogę, pokręcili się kilka dni w koło po czym wrócili do domu. Oczywiście o tym nie wiedząc.
Część 22 / 2
**
-Wodzu! Widzę ląd! – zakrzyknął piskliwym głosem obserwujący okolicę Sigurd z rodu Młotobija – największego zbója i pijaka jakiego Magnus w życiu widział. Wziął go pod swoje żagle dopiero po tym jak Młotobij użył delikatnych środków perswazji bardzo adekwatnych do jego imienia. Sigurd nie należał do ludzi szczególnie obdarowanych umiejętnością myślenia przez naturę. -Nareszcie. Widzisz jakieś statki? Ludzi? COKOLWIEK? -Widzę ląd! Magnus zmierzył bocianie gniazdo swojej knary zimnym jak chłodnik ogórkowy spojrzeniem. Statek – nazwany na cześć chomika wodza „Bjoern” – powoli zbliżał się ku wizualizującym się coraz wyraźniej na oczach wikingów ziemiom. Spod pokładu można było usłyszeć bojowe pieśni Norwegów „Engelskmann å kuk”**** oraz „Non Alkohol er helseskadelig”***** . Magnus zdjął z pleców swoją okrągłą skjold z namalowanym na niej niebieską farbą symbolem Klanu – kulawym psem w rogatym hełmie, przygotował półtoraręczny miecz, który z racji potężnej postury dzierżył bezproblemowo w jednej ręce. Na pokładzie pojawili się jego kompani. Także w gotowości bojowej. Od brzegów upragnionego lądu dzieliło ich ledwie kilka minut drogi. „Przydała by się jakaś przemowa... trzeba podtrzymywać opinie bezwzględnego i charyzmatycznego wodza... tak, tak.” Spod pokładu dało się słyszeć barytony wioślarzy:
Non alkohol er helskadelig, Ef de no her hat vodka, Dette huuu-skee venn, En fugl i handen er, Bedre enn ti pa taket!
-Kamraci! Przyjaciele! Towarzysze Broni! -Wodzu! Liderze! Przywódco! – odkrzykneli zgodnie z uśmiechami na twarzy. Tak jak ich nauczył. -Przed nami niezbadane są krainy, Polską zwane. Krążą legendy, że tam Smok Waflowy czy jakoś tak sieje tam postrach i zniszczenie! A mi się to nie podoba... bo to my mamy siać postrach! Bo to my niesiemy ogień i śmierć! Cedant arma togae! Statek dobił do brzegu. A mgła wciąż nie opadała.
**
Wiał mroźny i zimny wiatr. Smagał chłodnym batogiem umęczone twarze kobiet, które właśnie wracały przez zamglone fiordy z koszykami pełnymi mokrych szmat. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że kosze były wielkości woła w kwiecie wieku. Kobietom jednak nie sprawiało to problemów – czas i warunki je…