Komedia · 9 min czytania
Klan Rufquantensonów cz.2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
-------------------------------------
Od autora: Przypisy jakie w tym formacie opowiadania są hm.. sprezentowane mogą mieć formę nieczytelną. Nie zrezygnowałem z nich jednak, bo moim skromnym zdaniem jeżeli coś stanowi siłę tego opowiadania, to właśnie one. Przepraszam za ewentualne kłopoty z klarownością czytania. Ale to wina serwisu (mam nadzieję, że nie narażam się pisząc takie rzeczy.) Pozdrawiam, i życzę miłej lektury.
------------------------------------- Wprawdzie na horyzoncie po mgle zostało tylko wspomnienie, ale jej dubler – dym – radził sobie całkiem nieźle. I wspaniale komponował się ze zgliszczami czegoś, co kiedyś prawdopodobnie było wioską. Gdyby ujrzał to jakiś malarz, i zdecydowałby się na uwiecznienie czarno-białej destrukcji na płótnie nazwałby to „Krajobraz po Bitwie”. Albowiem to był krajobraz po bitwie. Zwęglone resztki drewnianych belek pękały z chrzęstem pod ciężkimi, okutymi butami Sigurda Młotobija. Twarz miał zasępioną, jak najbardziej sępowaty z sępowatych sępów. „No cóż...” – pocieszał się – „przynajmniej nikt nie zginął”. Dosiadł się do smętnie siedzących przy ognisku Larsa i Petera Długorękiego. I kompletnie pijanego Magnusa śpiącego na spalonych podwalinach swojego byłego domu. -To się w głowie nie mieści – zaczął, pociągając z bukłaka duży łyk rozgrzewającego napoju – żeby zgubić się we mgle, zaatakować własną wioskę? Knulle! Podpaliliśmy swoje własne domostwa! – splunął z niesmakiem na śnieżny dywan. -Ha! Nic to w porównaniu z tym co zrobił wódz – odrzekł współczującym tonem Peter, smagły olbrzym o twarzy prawie niewidocznej zza ogromnego zarostu. – Panowie... żeby zgwałcić własną matkę, to się nazywa pech. Można się załamać. Ech... Ciche westchnięcie zostało wchłonięte przez świszczący wiatr, smagający ogorzałe twarze wikingów, i tyle je widziano. Magnus, zalany jak szybki kisiel z hukiem spadł z czarnego pogorzeliska w ogromną zaspę. Wyjątkowo niefortunnie - nabił się na własny miecz* , w wyniku czego żył tylko przez następne siedem sekund. Prawdopodobnie gdyby był trzeźwy, i wiedział, że to będą jego ostatnie słowa powiedziałby coś mądrzejszego niż: -Hej ho! I butelka rumu!
**
-Zebraliśmy się tutaj wszyscy...
Część 22 / 2
**
Przyjrzyjmy się Wiatrowi. Ów Wiatr zwykł wiać – z różną siłą. Zdarzają się dni w których dmie słabo i cicho, głaszcząc dopiero co kwitnące liście drzew, pióra różnych ptaków i suszące się na sznurze kalesony w czewono-zielone pasy. W innych momentach Wiatr szarpie chłodnymi podmuchami, które w dość nieprzyjemny sposób prześlizgują się po twarzach przechodniów, jak szpikulec lodu. Czasami Wiatru nie ma** - i wtedy ludzie włączają klimatyzację, żeby w sztuczny sposób zasymulować jego istnienie. Ale do niebytu wiatrowego jest przeciwieństwo: O-Matko-Kto-Widział-Taką-Wichurę-Patrz-Jadźka-To-Nasza-Mućka-Tam-Leci. Wiatr, który obraca w perzynę wszystko co napotka na swojej drodze: budynki, przystanki autobusowe a nawet Norweżki. Wiatr istnieje od kiedy tylko człowiek pamięta. A istniał nawet wcześniej, bowiem jest stary – starożytne plemiona zamieszkujące dzisiejszy Ural mawiały nawet „Stary jak Wiatr” – i przez swój podeszły wiek widział wiele. Towarzyszył ludzkości przez wszystkie najważniejsze wydarzenia w dziejach Ziemi, towarzyszy wciąż, i nie zanosi się aby przestał. Wynika z tego, że jest bardzo bogaty w doświadczenia, obyty w towarzystwie i zna wiele opowieści. Dlatego wiele znakomitości zaprasza go na przyjęcia. „Jaka ona śliczna” zaświstał sobie w myślach Wiatr, spoglądając na sączącą poncz pannę Burzę. Miała na sobie ciemnogranatową błyszczącą tysiącem małych błyskawic suknię z ogromnym dekoltem, odsłaniającym pokaźnych rozmiarów cumulusy. Odgarnęła sobie włosy z czegoś, co u człowieka nazwać można by czołem. „Jaka ona śliczna” świsnął Wiatr jeszcze raz. Gwoli ścisłości, trzeba zaznaczyć, że przyjęcie odbywało się w pałacu Pana Morza, więc wszędzie pałętała się służba – rzeki, i dopływy. - Może szklaneczkę cherry, sire? – z miłym uśmiechem zapytała się Wiatru młoda Rzeczka z figlarnym błyskiem w oku. Wiatr mechanicznym ruchem porwał szklankę, wychylił do dna, i z rumieńcem*** poszedł do Pani Burzy. Porwać ją. Do tańca.
**
Bardzo charakterystyczny odgłos gromu przeszył zakute w rogate hełmy łby wikingów, co ładnie komponowało się z rzęsistym deszczem wystukującym rytm na ich pordzewiałych pancerzach. Kolejny trzask, trwający długo i brzęczący w głowie przez…