Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Rodzina · 7 godz. 39 min czytania

Klasa III d

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{i}Jasło Gimnazjum numer 3 Przy Zespole Szkół Miejskich numer 5

KLASA III d Wychowawca: Katarzyna Czarnecka 1. Daniel Andrus 2. Celina Bartczyk 3. Aniela Borowiecka 4. Maria Budyńska 5. Adrian Cedler 6. Barbara Darkoś 7. Michał Flet 8. Angelika Florecińska 9. Paulina Foka 10. Mariusz Furtka 11. Ilona Gajda 12. Marta Gugosz 13. Wanda Hak 14. Piotr Iron 15. Edwin Jarocin 16. Hadam Jędrzyk 17. Bartosz Kpich 18. Paweł Kulon 19. Grzegorz Lunetka 20. Renata Nawrocka 21. Zdzisław Patora 22. Aleksander Pędrak 23. Andrzej Sardyna 24. Tomasz Tukaj 25. Lena Wartroczyk 26. Dariusz Zdziwiecki{/i}

TYDZIEŃ PIERWSZY PONIEDZIAŁEK -Kto mi powie? No, kto? Szepty. Piszczenie komórek pod ławką. Szelest paczki chipsów. -To łatwe! Kto napisał „Chłopów”? Jej wzrok prześlizguje się z jednego ucznia na drugiego. Na ich twarzach maluje się wyłącznie znudzenie. Zegar tyka powoli, jakby dając więcej czasu na wymyślenie odpowiedzi. Nagle w górę wystrzela chuda ręka, obleczona ciemną bluzą. -Ja wiem!- krzyczy właściciel ręki, Michał. Twarz nauczycielki rozjaśnia uśmiech; choć uśmiech to mało powiedziane- ona niemal cieszy się jak dziecko. -Proszę, mów!- prosi, zapominając, że Michał lubi sobie pożartować, w pełnym tego słowa znaczeniu. -Katarzyna Cichopek! Przez klasę przetacza się śmiech; nie jest czysty, brzmi w nim znudzenie, jakby żart powtórzony został już któryś raz. Nauczycielka przeciąga bezradnie dłonią po twarzy i wzdycha głośno. -Zła odpowiedź- podchodzi do tablicy i bierze do ręki resztkę kredy- Władysław Reymont- mówi i pisze wielkimi literami na tablicy- przecież przed chwilą czytaliśmy fragment jego dzieła z podręcznika! Upuszcza kredę, a ta rozpryskuje się na drobne kawałeczki. Teraz nie zostaje z niej już nic. -Daniel- zwraca się do chłopca z blizną na policzku- po kredę. Chłopak z miną cierpiętnika wstaje i posuwając wolno nogami wychodzi z klasy. Na korytarzu panuje cisza, przerywana jedynie krzykami i różnymi odgłosami dochodzącymi z sal. Daniel idzie, przez jego głowę przewija się milion myśli, co chwilę zmieniających bieg. Idzie, nie zważając na to, że minuty do końca lekcji mijają, a on stąpa coraz wolniej. W końcu zatrzymuje się przed portiernią; jest pusta. Bierze trzy kredy z pudełka leżącego na parapecie; chce odejść. Zauważa jednak monitor komputera, na nim dziesięć kwadratów pokazujących poszczególne miejsca szkoły. Obrazy z kamery. Daniel odwraca się; nikt go nie obserwuje. Osoba pilnująca portierni, pewnie pije kawę w pokoju nauczycielskim. Jakby podczas lekcji nie można było czegoś nabroić. Daniel wchodzi do portierni i niewiele myśląc chwyta czarny marker leżący obok. Po chwil na monitorze dużymi, wyraźnymi literami pisze: PRYWATNOŚĆ! Daniel, zadowolony z siebie wychodzi z portierni, jak gdyby nigdy nic. Zanim wchodzi do sali języka polskiego, skręca jeszcze do łazienki i zamyka szczelnie drzwi. ### -No, jesteś wreszcie! Daniel z niewinną miną, podaje nauczycielce lekko żółtą kredę. Pani jednak tego nie zauważa; pisze coś na tablicy. Daniel nachyla się do kolegów i szepcze coś. Po chwili klasa chichocze, spoglądając na nauczycielkę z pogardą i rozbawieniem. „Co jest? Ubrudziłam się czymś?”- myśli. Nagle przerywa pisanie, odwraca się do klasy, nadal trzymając kredę w ręku. -Cicho być i pisać! Bo pały powstawiam z góry na dół! Ktoś mówi coś obraźliwego półgłosem. Nauczycielka udaje głuchą. Wyćwiczyła tą umiejętność do perfekcji. Spogląda na kredę, ”Dlaczego ona jest taka żółtawa?”- myśli i podnosi ją na wysokość oczu. Nie mija sekunda, a nauczycielka porażona zapachem puszcza kredę. -Cholera!!- krzyczy- Daniel!! Minus pięćdziesiąt punktów i do dyrektora! „No żeby obsikać kredę, też mi coś! Kiedy ja chodziłam do szkoły, takich <<żartów>> się nie robiło!” Daniel z kpiącym uśmieszkiem, rozwalony na krześle, patrzy na kredę i nauczycielkę z satysfakcją. „Misja wykonana!”- myśli i stwierdza, że pora na przerwę. Dzwonek rozlega się; po chwili sala jest pusta. Po uczniach zostały tylko pobazgrane karteczki. A wiedza? Uleciała wraz z potężnym zimowym wiatrem, który wpadł przez uchylone okno. ### -To było perfekcyjne, kotku- Andzia wsuwa swoją rękę pod ramię Daniela- Myślałam, że Czarna wybuchnie ze złości! -Czy ja wiem-Daniel szybkimi krokami idzie w stronę sklepiku, nie zważając na Andzię. Dziewczyna kumuluje swoją siłę w rękach i przytrzymuje Daniela. Ten zirytowany odwraca się, a Andzia wyciska na jego ustach długi pocałunek. -Kocham zbuntowanych- mruczy i odchodzi kręcąc biodrami. „Niezła laska”- stwierdza Daniel bez nuty emocji i idzie do sklepiku. -Andzia!! Andziaaa! I co?- krzyczy Ilona i wiesza się na szyi przyjaciółki. Cola light, która jeszcze przed chwilą stała spokojnie na podłodze, pod siłą modnej tenisówki Ilony, rozlewa się tworząc dużą brązową kałużę. -Ty idiotko! Co za chlew!- Andzia odskakuje od koleżanki- Sprzątaj to, świnio! Ilona mruczy pod nosem przekleństwa, chwyta złotą torebkę i siada na ławce. -Co mnie to, kurwa, obchodzi. Sprzątaczki są od tego. Andzia wzrusza ramionami i siada obok niej. -Taa- z torebki wyjmuje niskokalorycznego batonika- chcesz trochę? Ilona kiwa głową i wsadza z gracją do ust kawałek batonika. Okruchy spadają na idealnie dopasowaną bluzkę. Strzepuje je niecierpliwie, czując na sobie wzrok jakiegoś chłopaka. Jeszcze nie wie jakiego, ale w planach już snuje wizje ich randek. Z błogim uśmiechem siedzi idealnie wyprostowana, odwraca głowę w lewo,” niech poogląda sobie mój prawy profil, jest ładniejszy” myśli i przywołuje na twarz uśmiech typu „Mona Liza”. „Tajemnicza, piękna i niedostępna- to jest to!”. Andzia wciska opakowanie po batoniku na samo dno torebki. Nudzi jej się. Krzyki i wrzaski sprawiają, że nie słyszy własnych myśli. Są zawsze, niezmiennie na każdej przerwie, każdego dnia. Staje się to już nudne, ale jest swojego rodzaju upewnieniem, że to szkoła. By zabić nudę, Andzia obserwuje jakąś dziewczynę z tłustymi włosami. -Ej, idiotko! Przestań się wykrzywiać, bo ktoś pomyśli, że jesteś jakąś kretynką. Patrz, na tamtą zaniedbaną dziewczynę. Co za syf! Ja bym z takimi włosami nie wyszła z domu!- Andzia szturcha mocno przyjaciółkę. Ilona patrzy na chłopaka. Śmieje się z niej. Dziewczyna ze złością udaje, że słucha Andzi, przytakuje jej, myślami jest jednak gdzie indziej. Dzwonek nad ich głową zaczyna brzęczeć niebezpiecznie. Andzia nadaje dalej, nie zważając na to, czy przyjaciółka ją słucha. Zrywa się, kiedy podchodzi do niej Daniel. -Daniel! Jaki wywiniesz numer Rybie? Na pewnooo coś zajebistegooo, kotkuu!- mówi przesłodzonym tonem napierając na chłopaka całą sobą, przylegając każdym centymetrem ciała do niego. Daniela skręca się z obrzydzenia; nienawidzi tego dziewczyńskiego, przesłodzonego tonu. Podchwytuje jednak zazdrosne spojrzenia przechodzących kumpli, więc uśmiecha się miło do Andzi. Ta tymczasem wykorzystuje to jako zaproszenie do pocałunku. Co więcej, korzysta z niego. Ściska go mocno, głaszcze po włosach, jęczy i mruczy. Daniel bez żadnych emocji, przyciska ją do siebie, całuje jak najlepiej potrafi. Nagle czuje ostry kant jakiegoś przedmiotu na plecach. Odwraca się i widzi za sobą Rybę, nauczycielkę angielskiego, która patrzy na nich z obrzydzeniem. -Do klasy! Ale to już! Andzia zerka uwodzicielsko na Daniela, przesuwa językiem po ustach zlizując sobie przy okazji kilogramy błyszczku. Chłopak szybko wchodzi do sali, udaje, że jej nie widzi. Ona jest zbyt napastliwa, zbyt oczywista. Kobieta powinna być tajemnicza i nieśmiała. To on powinien o nią zabiegać. Nie odwrotnie. Angielski wydaje się nie mieć końca. Trzy pały i uwaga to dla Daniela za mało. Stanowczo za mało. Czuje na swoim karku delikatne acz ostre uderzenie. Zmięta kula opada na podłogę, Daniel podnosi ją i odczytuje. Co to za kurwa obściskiwanie się z Andzią? Michał Daniel uśmiecha się lekko i odpisuje, nie zważając na ostry jak nóż wzrok nauczycielki. Taa, a co, zazdrościsz? Odrzuca kulkę papieru. Zanim jednak dociera ona do Michała, Ryba łapie ją i prostuje. Czyta. Na jej twarzy pojawia się złośliwość. -Niech mi pani to odda. To do mnie- protestuje Michał. Patrzy ponuro na nauczycielkę, wstaje. -Flet! Cicho bądź! Wracaj do ćwiczeń! Michał nie słucha nauczycielki. Zwinnym ruchem odbiera jej kartkę. Ryba czerwieni się, dłonie drżą jej z wściekłości. -F L E T oddaj mi to!- literuje głośno i wyraźnie chcąc powstrzymać złość, która jednak aż ocieka z jej słów. Michał cofa rękę z kartką. -Mamy prawo do prywatności. Oczy Ryby jak laser przecinają go. -Tak, ciekawe do czego jeszcze? Dzieci i ryby głosu nie mają! Andzia ma ochotę wybuchnąć niepohamowanym śmiechem, wyszczerza jednak tylko perłowe ząbki i śmieje się czysto. Daniel bije po ławce, rechocze, łzy płyną mu po twarzy. Wszyscy śmieją się głośno z wybitnego acz niezamierzonego żartu pani od angielskiego. Nauczycielka nie jest najlepsza w kojarzeniu faktów. Nie wie, z czego młodzież tak się śmieje. Najchętniej żyłaby w epoce wiktoriańskiej, w Anglii, gdzie do głowy nikomu by nie przyszło tak arogancko odnosić się do nauczycielki. Wzdycha i wykorzystując sytuację, chwyta zmięty papier i szybko idzie w stronę biurka. Śmiech powoli cichnie. Michał kłóci się jeszcze chwilę z nauczycielką o kartkę, następnie w ramach protestu wychodzi z klasy głośno trzaskając drzwiami. Stoi, opiera się o ścianę, goły tynk, gdyż farba została zdrapana już dawno temu, a szkoły- no cóż- po prostu nie stać na remont. Stoi zły i przeklina w myślach nauczycielkę. Szybko wyciąga z kieszonki słuchawki i po chwili zatapia się w muzyce. Zamyka oczy. Nie wie ile czasu minęło, kiedy ktoś szarpie go za rękaw. Uchyla powieki i zauważa dziewczynę; orzechowe włosy, oczy jak najczystsza woda ciemnobłękitne i głębokie. Mówi coś do niego, w ręku trzyma gąbkę ociekającą wodą, tworząc na podłodze niewielką kałużę. Michał ospale wyciąga słuchawki. -.... tu stoisz? Są lekcje! Dziewczyna patrzy na niego, Michał czuje jak kręci mu się w głowie. -Spierdalaj. -Co?! -To co słyszałaś. Spierdalaj. Dziewczyna mówi coś z oburzeniem, jednak Michał ma już na uszach słuchawki. Nic nie słyszy. Odpływa. Jest daleko od świata. Od życia. Od szkoły. Tylko on i Linkin Park. Obserwuje dziewczynę, która wchodzi do jego klasy, mówi coś; dla Michała tylko porusza ustami, jak w niemym filmie. Po chwili zamyka drzwi, patrzy na niego. Michałowi znowu kręci się w głowie, zamyka oczy, już jej nie widzi, nie widzi nic. Teraz istnieje dla niego tylko chrapliwy głos Chester’a Bennington’a.

Let's get it going for the everyman, anybody You gotta be ready

### Dzwonek. W pierwszej sekundzie cisza, podłogi drżą, by po chwili w ogólnym hałasie po kolei z każdej sali wysypała się grupka uczniów. Dla niektórych jest to już ostatni dzwonek- pędzą oni do szatni jak szaleni, jakby metalowe drzwi miały zamknąć się za parę sekund, by już nigdy nie wypuścić uczniów ze szkoły, a przynajmniej w niekompletnym stroju; w tenisówkach i t-shirtach. Po paru minutach korytarze są opustoszałe, pojedyncze grupki uczniów przechodzą z sali do sali, idą na kółka lub jeszcze na lekcje. Przy ścianie stoi jakaś dziewczyna. Kąciki ust skierowane w dół; ale nie jest smutna. Oczy schowane za przydługą grzywką. Plecak ciemny, byle nie rzucał się w oczy. Dłonie złączone grzecznie opadają na brzuch. Dziewczyna patrzy gdzieś przed siebie, ale na nic konkretnego. Stoi cicho, prawie niezauważalna. Ktoś jednak widzi ją; to Michał. Podchodzi, mówi coś. Złośliwy uśmiech. Dziewczyna nie broni się; ona w ogóle nie reaguje. Zsuwa plecak z ramion, szuka czegoś. Michał wyrywa jej plecak gwałtownie. Z plecaka wysypują się książki, wyślizgują podpaski. Dziewczyna przywiera do ściany, boi się i wstydzi. Michał śmieje się głośno i szyderczo, bawi podpaską, rozbawiając kumpli. -Martaaa! TE dni stały się lepsze!- mówi do dziewczyny Michał, naśladując głos kobiety z reklamy. -Flet! Co ty robisz!!? Nauczycielka grozi mu palcem, krzyczy. Dziewczyna prawie wtopiła się w ścianę. Nie chce, by ją zauważono. Nauczycielka, jak się okazało- Ryba, odchodzi. Michał wraca do zabawy, otwiera podpaskę i przykleja ją na plecaku. Dzwonek brzęczy ponownie, nawołuje na lekcje. Daniel uderza Michała w ramię, idą. Już mu się znudziło. Dziewczyna podbiega do plecaka, chowa szybko rzeczy i odkleja podpaskę. Wrzuca ją byle jak i pędzi na lekcje na łeb na szyję, nie chce stać przed całą klasą, być wypytywana przez nauczycielkę o powód spóźnienia. Wtopić się w tłum, to jej największe pragnienie. Biegnie. Zdążyła. Nauczycielka otwarła już drzwi, mierzy ją wzrokiem, kiedy wpada szybko do klasy, zaraz za Michałem i Danielem. W końcu matematyka, będzie mogła robić różne obliczenia, rysować jakieś kąty, koła czy okręgi. Matematyka jest dobra; w matematyce wszystko można wyjaśnić, obliczyć, doświadczyć. Oddycha z ulgą. ### Świeże powietrze uderza ich, kiedy tylko otwierają drzwi. Jest lodowate. Uderza, szczypie w policzki, wieje w oczy, każe je zamknąć i na oślep iść do domu. Niekoniecznie. Niektórzy wstąpią jeszcze zapalić czy coś wypić. Dopiero po tych zabiegach udadzą się do domu, by uśmiechnąć się do mamy, o ile rodzicielka wróci już z pracy i powiedzieć kłamliwie: ”W szkole? Nudy....” Adrian biegnie, chce dogonić Daniela. Andzia kołysze biodrami, wczepiona w jego bok, jakby już zawsze tam była. Ilona idzie krok za nią, jak zawsze. Próbuje włączyć się do rozmowy, Andzia jednak ignoruje ją, papla szybko słodkim głosikiem do Daniela. -Daniel! Chłopak zatrzymuje się, ku niezadowoleniu Andzi. Na jego twarz wpływa lekki uśmieszek. -Siema stary. Chłopcy witają się i skręcają za sklep obok szkoły, gdzie wszyscy uczniowie kupują i konsumują papierosy. Kiedy już z papierosem w dłoni rozmawia z kolegami, czuje mocne szarpanie za kurtkę. Dopiero wtedy uświadamia sobie, że jest z nim Andzia. -Daniel! Daj mi papierosa! Chłopak patrzy na nią nieprzytomnym wzrokiem. Wyciąga ku niej papierosa i pyta ze zdziwieniem: -To ty palisz? Andzia patrzy na niego z oburzeniem, wyrywa mu papierosa i zaciąga się. -Za kogo ty mnie masz? Jasne, że palę! Daniel obejmuje ją i palą jednego papierosa na spółkę. Kumple patrzą na niego z zazdrością. Paulina wzdycha z irytacją. -Kurwa, idę do domu. Zimno jak cholera. Paulina, wysoka dziewczyna z długimi rudymi włosami (naturalnymi), uchodzi za chłopczycę, lecz jest zarazem kobieca. Teraz okuła swoje długie nogi w bojówki, a tułów w skórzaną kurtkę. Stoi z niedbałą miną i wypuszcza z ust nierówne kółka dymu; jest profesjonalistką w tej dziedzinie. Daniel patrzy na nią uważnie. Z taką dziewczyną mógłby wszystko. Paula kręciła go od zawsze; z upływem czasu jego zainteresowanie wzrastało na sile. Przenosi swój wzrok na Andzię, która nagle wydaje mu się ogromną pijawką, ale nie tą lekarską, co niekiedy leczy ludzi, ale taką wredną, co przysysa się do człowieka i kropla po kropli zabiera krew z organizmu, aż w końcu nie zostaje nic; jedynie dusza swobodnie śmigająca po niebie. Nagle uderza go myśl- teraz albo nigdy! Jeśli nie spróbuje, za niedługo wszyscy rozejdą się do innych szkół i straci szanse na zdobycie Pauli. Ośmieszy się czy nie, próbować warto. Odsuwa się od Andzi i spogląda z tajemniczym uśmiechem na Paulę. -Odprowadzę cię. Andzia kaszle spazmatycznie, jakiś chłopak patrzy z pogardą na Daniela i klepie ją po plecach. Chłopak łapie Paulę za przegub i szybko oddalają się. Po chwili idą już spokojniej; Daniel z wciśniętymi głęboko pięściami w kieszenie kurtki, Paula, choć jest chłopczycą porusza się z gracją, elegancko stawiając stopy na powierzchni. -Ale jej pojechałeś- komentuje. Daniel wzrusza ramionami. -Nie kręci mnie. To sztuczna lala, która myśli, że błyszczy. Próbowała mnie podrywać. Paula przystaje i z zagadkowym uśmiechem patrzy na Daniela. Ten patrzy jej w oczy; są błękitno wyblakłe, wydawałoby się nudne, ale chłopakowi się podobają. Opuszcza wzrok. Ona podchodzi bliżej, Daniel czuje jej ciało przy swoim; jednak nie obejmuje go. Chwyta delikatnie jego kaptur i nakłada mu na szopę, którą ma na swojej głowie. Odsuwa się i patrzy ciepło. -Teraz nie zmarzniesz. Daniel słyszy tylko głośne bicie swojego serca. Cholera.

WTOREK Lena ziewa, grzebiąc jednocześnie w plecaku. W kuchni pali się lampa, mama szykuje już śniadanie. Dziewczynę uderzają nagle wspomnienia, odgania je jednak i jednym ruchem zasuwa plecak, zarzuca go na ramię. Idzie do kuchni. -Cześć mamuś. Siada. Chleb z dżemem. Znowu. Je jednak bez protestu. W domu krucho z kasą. Matka jest już przygotowana do pracy; eleganckie ubranie i kok na samym czubku głowy. Szybko pochłania byle jak kanapkę. Nie rozmawiają ze sobą. Każdej z nich śpieszy się, myślą tylko o swoich sprawach. „Kiedyś byłyśmy sobie takie bliskie”. Matka wstaje, całuje powietrze obok policzka córki i wybiega z domu. Chwilę później słychać jeszcze echo jej obcasów, uderzających o płytki. Lena patrzy na zegarek. Autobus już odjechał, zapominając o niej. Dziewczyna wstaje od stołu i biegnie z powrotem do swojego pokoju. Dom jest cichy i pusty. Roznosi się po nim jedynie ciche łkanie Leny. Za oknem pada śnieg. Lena spogląda na niego przelotnie. To jednak wystarcza.

-Tato! Tato! Jestem aniołem! Siedmioletnia dziewczynka szarpie ojca za rękaw kurtki, pokazuje na miejsce, gdzie prze chwilą leżała. Teraz w tym miejscu osiadł niemy anioł. Ojciec śmieje się i wywraca delikatnie córkę na śnieg. Chwilę później prowadzą zaciętą bitwę na śnieżki. Oboje śmieją się głośno, a ich śmiech niesie się wysoko po niebie. -Tato! Ulepmy bałwana! Po chwili pod domem, na podwórku staje ogromny bałwan. Ojciec i dziewczynka uśmiechają się, rozmawiają szczęśliwi. Wracają do domu wyglądając jak dwa bałwanki. Matka śmieje się i podaje im gorący rosół z kluskami- ich ulubiony.

Wspomnienie odchodzi równie szybko, jak przyszło. Zostawia po sobie tylko ślad. „Życie jest jak śnieg- ani się obejrzymy, a już roztapia się pozostawiając tylko krople wody- nasze łzy”. Lena zanosi się cichym łkaniem. Kot wskakuje na łóżko i zasypia na brzuchu dziewczyny. ### -Lena Wartroczyk! Każdy uczeń wydaje się być zajęty wszystkim innym, tylko nie lekcją. Jedynie Marta, dziewczyna-ściana mruczy coś cicho na temat absencji Leny. -Nie ma Leny? Ktoś wie dlaczego?- pyta nauczycielka i wpisuje do dziennika nieobecność. Paulina pisze SMS pod ławką. Daniel patrzy na nią i co chwileczkę sprawdza telefon- może to do niego pisze wiadomości? Jednak mija lekcja, a żadna wiadomość nie przychodzi na jego komórkę. Chowa ją do kieszeni i wstaje ospale; muszą przenieść się do innej sali na lekcję, teraz wychowanie fizyczne, rzecz jasna zwane w skrócie wf-em. Aniela przeklina pod nosem. Nienawidzi wf-u; na tę lekcję trzeba przywdziać krótkie gimnastyczne spodenki i białą bluzkę przez którą widać wszystko. „Gdybym była taka szczupła jak Angelika- myśli, patrząc z zazdrością na Andzię- kochałabym wf tak jak ona! Choć ona także za nim nie przepada- w końcu łapiąc piłkę, może złamać swoje bezcenne tipsy rodem Joli Rutowicz!”. Grupka uczniów wpada do korytarza, gdzie znajdują się szatnie i sale gimnastyczne. Pachnie potem, jest duszno. Ciepło stłoczonych, zmęczonych ciał unosi się w górę. Aniela wchodzi do szatni dla dziewcząt, gdzie jakaś panienka z równoległej klasy paraduje w samej bieliźnie. Dziewczyna jest zaokrąglona w odpowiednich miejscach. Piersi nieomal wylewają się jej z za ciasnego stanika; brzuch jest idealnie płaski. Wygląda jak modelka i dobrze o tym wie. -Barbie- mruczy Aniela i odwraca się przodem do ściany. -A wiecie, że Janeczek kupił mi wczoraj taaaakiego miśka? Ja spytałam: z jakiej okazji? A ten: z tobą każdy dzień jest świętem! Słychać okrzyk zachwytu. -Jakie to jest słłłłłłłłit!- jęczy jakaś dziewczyna. Słychać śmiechy, gratulacje i pojękiwania. Aniela jest już przebrana, sprawdza stan swoich ud. „Muszę schudnąć… Muszę schudnąć. Muszę schudnąć! Inaczej skończę jako stara panna”- stwierdza i solennie obiecuje sobie, że dziś na wf-ie nie będzie wymigiwała się od ćwiczeń. ### -O kurna, ale dziś Aniela dałaś popalić! Nigdy cię takiej nie widziałam! Renata jest niebotycznie chuda, jej skóra jest cienka jak chusteczka higieniczna. Uśmiecha się; widać jej wszystkie zęby, jak u konia. Teraz klepie Anielę po plecach ze zdziwieniem i podziwem. Aniela jest w siódmym niebie. Chociaż pot leje się z niej, sklejając włosy w nieforemne podłużne i grube kosmyki, chociaż czuje jak bluzka ciasno przylega do niej, opina brzuch i piersi- to nic. -Czuję się, jakbym straciła dwa kilogramy! -Z drogi Grubasie! Aniela z wściekłością odwraca się. Za nią stoi nie kto inny jak Andzia i Ilona. Patrzą kpiąco na Anielę i wymijają je szybko, jakby bały się, że się czymś zarażą. Lubią być złośliwe. -Nie przejmuj się. Aniela gromi je wzrokiem. Czuje wściekłość, która ogrania najpierw umysł, później już całe ciało. Impuls. -Schudnę. Wtedy zobaczą kto tu będzie grubasem- mówi cicho Aniela. Renata popycha ją delikatnie w stronę szatni. Szpiczaste kości wpijają się Anieli w plecy. Dziewczyna wchodzi do szatni z wściekłością i zrzuca z siebie ubranie. Renata szybko nakłada na siebie dżinsy, które zamiast opinać jej nogi, zwisają jakby nic pod sobą nie kryły. W przeciwieństwie do Anieli, której spodnie ciasno opinają uda. Ma się wrażenie, że zaraz pękną szwy i ukażą różowe udo. Dziewczyny nie patrzą na nikogo, nie chcą widzieć zdziwienia, może pogardy czy kpiny w oczach koleżanek. Wybiegają. Tymczasem Maryśka szepcze coś do swoich koleżanek. Celina udaje, że się śmieje. Tak naprawdę coś ją gnębi i męczy. Wchodzi wolno do łazienki. Patrzy się na swój brzuch. Wychodzi i szczelnie zamyka za sobą kabinę, opiera się o nią i zamyka oczy. Dobrze wie, co jej jest. Problem w tym, że nie chce tej myśli do siebie dopuścić. Wychodzi. Pod łazienką czeka na nią Darek, całuje ją i wsadza dłoń pod bluzkę, głaszcząc dziewczynę po plecach. -Przyjdź do mnie wieczorem. Starych nie będzie. Znów jadą gdzieś w delegację.- szepcze, dmuchając w jej szyję. -Zabezpieczenie. -Co?- patrzy na nią ze zdziwieniem. -Zabezpieczenie. Ostatnio zapomnieliśmy o zabezpieczeniu- mówi spokojnie. Darek przytula ją mocno. -I co z tego? Celina milczy. Darek powoli sztywnieje, myśli tłuką się w jego głowie. -Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że....? Celina wbija ostre paznokcie w jego bluzkę, chce się mocniej go uczepić, szuka bezpieczeństwa, nadziei. -Nie wiem. Musimy to sprawdzić. Po szkole pójdziemy kupić test ciążowy. Darek głośno przełyka ślinę i robi się blady. -Ok. Chodź na lekcję- łapie ją za rękę i idą szybko. Żadne z nich się nie odzywa, boi się odezwać, jak gdyby przez słowa mogło się stać to, czego oboje tak bardzo się boją. -Dziwnie się zachowują- komentuje Maryśka. Dzwoni telefon. Wanda wyciąga z torebki I-phone’a i odbiera. -Halo?- pyta znużonym głosem Ktoś po drugiej stronie mówi coś szybko. Maryśka przewraca oczami i idzie szybciej, zostawiając kumpelkę w tyle. Jest zła, wypuszcza ze świstem powietrze i udaje, że jest bardzo zaabsorbowana własnymi paznokciami. „Jestem od niej ładniejsza- mierzy wzrokiem wysoką i szczupłą Wandę, jej długie czarne włosy opadające na plecy miękką falą, kręcące się w delikatne loczki, lekkie jak morskie fale; oczy dziewczyny są intensywnie zielone, zwracają uwagę- więc dlaczego to ona występuje w różnych filmach a ja nie?!” . Celina siedzi w kącie z Darkiem, rozmawiają cicho. Dziewczyna wygląda jak balon z którego spuszczono całe powietrze. „O czym oni tak dyskutują? I dlaczego są tacy smutni? Może ktoś umarł, może ona jest w ciąży, a może on z nią zrywa?”- myśli Marysia, już wyobrażając sobie wielkie afery. Kocha je, żyje tylko dzięki nim. Przechadza się obok zakochanych obojętnie, w odległości takiej, by mogła cokolwiek wychwycić z rozmowy. -....a jeśli, to co?- pyta Celina. Darek obejmuje ją mocno. Marysia nie słyszy w całości jego odpowiedzi, zagłusza ją śmiech Michała, gdzieś w tle. -....nie zostaniesz sama....masz mnie. Dzwonek przerywa wszelkie rozmowy. Uczniowie ze złością walą w drzwi, przeklinają. Chcą się wyrwać z tej okropnej szkoły. -Zrywamy się? Nie mam zamiaru siedzieć na gegrze- mówi Daniel i uderza Michała mocno w plecy. -Jasne- mówi Michał i patrzy po reszcie kumpli- a wy? W końcu wybiegają ze szkoły w składzie: Piotrek, Michał, Daniel, Hadam, Bartek i Paweł. Na chodniku leży brudny śnieg, zmieszany z błotem. Chłopcy idą, mówią coś do siebie. Ostry wiatr zakłóca trochę ich komunikację. -Chodźmy na górkę- pada propozycja z ust Hadama. Górka znajduje się niedaleko placu zabaw. Jest niewielka. Została stworzona specjalnie dla dzieci, żeby miały gdzie bawić się zimą, ponieważ w pobliżu miasta nie było najmniejszych nawet pagórków. Dzieci jeździły na sankach, starsi wymyślali coraz to bardziej niebezpieczne zabawy jak zjeżdżanie po olodzonym zejściu z góry na nogach. -Jeszcze sobie coś, kurwa, złamiemy- mruczy niezadowolony Piotrek. Zostaje przegłosowany. Po chwili nie zważając na chłód zjeżdżają na butach z górki. Najważniejszą kwestią jest równowaga- jeśli nie utrzymasz się, spadniesz na twardy lód. Piotrek stoi i obserwuje kolegów. Nie lubi wysiłku fizycznego. Patrzy w górę, czuje płatki śniegu spadające mu na twarz. -Wagarowicze! Piotrek odwraca się tak gwałtownie, że nie zdołuje utrzymać równowagi. Pada na śnieg, czuje jak boli go kość ogonowa. Wstaje, udając, że nie słyszy śmiechów kolegów. On zawsze ma pecha. I wszyscy się już do tego przyzwyczaili. „Może straciłem anioła stróża, jak w <<Tam gdzie spadają anioły>> Terakowskiej”- myśli, przypominając sobie książkę, którą przez długi czas zachwycała się jego siostra i nie szczędziła długich ( i nudnych dla Piotrka) opowieści o książce. U podnóża górki stoi Paula. Daniel cieszy się, ukrywa to jednak i z obojętną miną zbiega do Pauli. -Co, urwałaś się z gegry? Paulina kiwa głową i splata swoje dłonie z dłońmi Daniela. Serce chłopca obija się o żebra, tymczasem sam Daniel uśmiecha się do dziewczyny i delikatnie ściska jej dłoń. Idą na szczyt górki i obserwują zjeżdżających kolegów. -Piotrek! Zjedź ty cykorze! Piotrek waha się. Spogląda z zazdrością na splecione dłonie Daniela i Pauli. Wzdycha. -Okay, kurwa, okay. Staje. Patrzy w dół. Górka jest malutka, znajdzie się na dole zanim się obejrzy. Nabiera powietrza. Stanie mu się coś złego. Dobrze to wie. Wycofuje się, kiedy nagle czuje czyjeś dłonie, które popychają go. -Jedź, cykorze, jedź!- słyszy za sobą głos Hadama. Chwieje się. Koledzy śmieją się. Ślizga się i traci równowagę. Upada na twardy lód, twarzą do przodu, pośród śmiechów słychać cichy gruchot. Leży na lodzie, powoli zjeżdżając w dół. Paula dostrzega cienką stróżkę ciemnoczerwonej cieczy, która zostawia cieniutki ślad za Piotrkiem. W końcu chłopiec zatrzymuje się na podnóżu. Nie porusza się. Nie wstaje. Śmiech powoli cichnie. Pojawia się strach i niepewność a uczucia te zawisają pomiędzy nimi. Atmosfera gęstnieje. Paula puszcza dłoń Daniela i biegnie w dół. Pochyla się nad Piotrkiem i próbuje go ocucić. Odwraca go na bok, w końcu kładzie go w pozycji, którą zapamiętała z kursu pierwszej pomocy, to znaczy ręka do twarzy, jedna noga zgięta w kolanie, druga wyprostowana. Paula sprawdza, czy Piotrek oddycha. Na szczęście tak, chociaż robi to bardzo wolno i nierówno. Oddycha z ulgą ale czuje niepokój i strach. Z czoła Piotrka sączy się krew. Paula nagle zdejmuje kurtkę, ściąga swój sweter i znów ubiera kurtkę. Przyciska sweter do czoła Piotrka, w końcu podnosi mu głowę i mocno zawiązuje rękawy swetra. Chłopcy stoją jak skamienieli. Paula podnosi głowę i krzyczy: -Idioci! Wezwijcie karetkę, na co czekacie?! On jest nieprzytomny! Nagle robi się zamieszanie; każdy chłopiec wyciąga telefon i wybierają numery: jedni 999 inni 112. -Debile, tak mu nie pomożemy. Daniel, ty dzwoń. A reszta chować komórki.- odzywa się trzeźwo Paweł. Daniel przykłada drżącą dłonią telefon do ucha. Podaje informacje, ciągle myląc się. Hadam siedzi na śniegu, twarz schował w dłoniach. Siedzi i milczy. Mężczyznom nie wypada płakać, ten ledwo powstrzymuje łzy. Nie wie co się stało, dociera do niego tylko, że Piotrek jest nieprzytomny. Przez niego. To on go pchnął. -Ty kretynie! Patrz co zrobiłeś Piotrkowi!- krzyczy nagle Bartek. -Kurwa!- jęczy Michał, chyba pierwszy raz w życiu poważny- Kurwa! Daniel chowa telefon do kieszeni i blady jak trup biegnie do Pauli. Ta wstaje i przytula się do niego mocno. On obejmuje ją, mówi coś cicho i głaszcze po włosach. Paweł także schodzi do nich, za nim Bartek i Michał. Stoją nad Piotrkiem, to się pochylą i coś powiedzą, to stoją w milczeniu i patrzą na wszystko, byle nie na Piotrka. Są zdenerwowani, przerażeni i wściekli. Hadam bezradnie siedzi na szczycie górki. Po długiej chwili podnosi się, zwiesza głowę i schodzi do reszty. Przystaje obok nich na ułamek sekundy i już wymija ich i szybkim krokiem chce odejść. -Gdzie leziesz, kretynie!?- krzyczy za nim Bartek. Hadam nie odpowiada, ba, nawet się nie odwraca. Przyśpiesza kroku. Cisza wypełnia się cichym płaczem Pauli, cichym głosem Daniela i szelestem suchych gałęzi, który chłopcy odbierają jako ciche pojękiwanie drzew. Bartek zrywa się i biegnie do Hadama. Jest najlepszy z wf-u uprawia niemalże wszystkie dyscypliny sportu- jednak najlepszy jest z lekkoatletyki i to w tej dziedzinie najczęściej zbiera laury. Z łatwością dobiega do Hadama, ściska go mocno za ramię i syczy: -Teraz nam nie zwiejesz, idioto. Najpierw go popchnąłeś, a teraz uciekasz. To ty jesteś cykorem, nie Piotrek. Idziemy. Ciągnie go za ramię, trzyma mocno niemal w żelaznym uścisku. Hadamowi jest już wszystko jedno, czuje się beznadziejnie, najchętniej uderzyłby głową w najbliższe drzewo, z własnej głupoty i bezsilności. Stają. W oddali słychać odgłosy karetki pomieszane z dźwiękami policji. Paula wczepia się w Daniela, oddycha niespokojnie. -Ty, ty nie jesteś taki jak Hadam, prawda? Ty byś tego nie zrobił, ty jesteś inny. Lubisz pożartować, jak ja, ale w granicach rozsądku, prawda? Ty nie jesteś jak Hadam, PRAWDA?- krzyczy ze strachem, nie wie co się z nią dzieje, nie panuje nad własnymi słowami. Patrzy błękitnymi oczami w pospolito brązowe oczy Daniela, patrzy z nadzieją i błaganiem. -Tak, tak. Oczywiście, Paula. Już się nie bój, wszystko będzie dobrze- mówi cicho Daniel, obejmuje ją mocno i gładzi po włosach. Coraz wolniej, wolniej aż w końcu przestaje. Za bramką stoi wóz policyjny i karetka. Wybiegają zdenerwowani funkcjonariusze. Biegną w ich stronę. -Co się stało?- pyta lekarka i pochyla się nad Piotrkiem- kto mu zawiązał sweter? -Ja- mówi cichutko Paula. -Bardzo dobrze- chwali lekarka i odwiązuje sweter. Z rany nadal płynie krew. -Coo, łjest? dziee, ja, estem?- mruczy nagle Piotrek. -Cichooo, wszystko jest dobrze- mówi Paula, wyprzedzając lekarkę. Nagle Piotrek zrywa się i wymiotuje. Paweł odskakuje od niego gwałtownie. Niestety, za późno. Buty i nogawki spodni ma w wymiocinach. -Cholera- mruczy cicho i zastanawia się, co z tym zrobić. -Wszystkie objawy wskazują na wstrząs mózgu. Zabieramy go- mówi lekarka. Jej koledzy kładą go delikatnie na noszach i zmierzają w stronę karetki. Piotrek mruczy coś do siebie niezrozumiale, krztusi się. Pochodzą dwaj policjanci. -Co tu się stało?- pyta jeden grubym głosem i patrzy na krew. -Ee...kolega poślizgnął się i uderzył twarzą o lód- mówi Daniel. -Poślizgnął się, czy może ktoś go popchnął?- pyta policjant. Cisza. Paulina odsuwa się od Daniela. Myśli. Waha się. -On- wskazuje ręką na Hadama- go popchnął. Hadam kuli się w sobie. Wygląda jak bezbronne dziecko. Boi się. -Ach tak....Wiesz, że mogłeś zrobić mu coś o wiele gorszego? Dobrze, że skończyło się tylko na wstrząsie mózgu....o ile to wstrząs- mówi policjant. Zamyśla się- a wy nie powinniście być w szkole? Cisza. -Noo, tak- mówi cicho Bartek. Na twarz policjanta wpływa chytry uśmieszek. -Wagary, wagary! Pojedziecie z nami....wszyscy. Grupa wagarowiczów idzie posłusznie za policjantem. Samochód jest duży, swobodnie mieszczą się z tyłu auta. Policjant zapala silnik. -Do jakiej szkoły uczęszczacie?- pyta drugi. -Publiczne Gimnazjum numer trzy. Tu, w Jaśle.- mówi Paweł. Policjant zapisuje coś w notatniku. -Najpierw pojedziemy do szkoły i zgłosimy wagary oraz to, co stało się na placu zabaw- stwierdza. Trafiają na przerwę. Wóz policyjny sprawia niemałe zamieszanie, grupa uczniów wybiega ze szkoły, reszta rozpłaszcza twarze na szybie. Kiedy Daniel, Bartek, Paweł, Paulina, Hadam i Michał wysiadają z samochodu, słychać piski, gwizdy i krzyki. Wraz z policjantami szóstka wagarowiczów trafia do gabinetu dyrektora. ### Celina zwiesza głowę i patrzy na swój brzuch. „Jesteś tam? Jeśli jesteś, to kim? Dziewczynką czy chłopcem? A może jesteś tylko moim strachem, wydumaniem, niepokojem? Zbieg okoliczności? Trzy tygodnie temu powstałeś, tak? Chyba, że cię tam nie ma. Nie istniejesz, a mój brzuch jest pusty...Niestety, wszystko wskazuje na to, że jesteś. Spóźnia mi się okres. Może to jednak tylko zbieg okoliczności i ty nie powstałeś....?” -Celinka.... Dziewczyna podnosi wzrok. Darek patrzy na nią z mieszaniną strachu i niepewności. -Ja dłużej nie wytrzymam. Chodź, zrywamy się z chemii, ja nie wytrzymam jeszcze trzech lekcji w niepewności. Mam pustą chatę, kupimy i sprawdzimy. Celina wstaje bez słowa i podaje mu rękę. Idą. „A może to tylko sen? Przecież to zdarza się wszystkim, wszystkim tylko nie mnie!” Mijają dwóch policjantów z sześciorgiem znajomych z klasy. W normalnej sytuacji, zainteresowaliby się tym, teraz jednak nie ma to dla nich żadnego znaczenia. Zbiegają szybko po schodach, do szatni. Mieli szczęście. Policjanci nie zauważyli ich, bo mogliby zadawać krępujące pytania i powstrzymać ich ucieczkę- kto w końcu, jak nie wagarowicze z plecakami pędzą do szatni? ### -Ale jaja! Będzie afera! Złapali ich!- krzyczy podniecona Maryśka. -Yhym. Wiesz, że zagram rolę Sandry w tym najnowszym filmie „Droga miłości”? -No, no! Gratulacje!- mruczy niezadowolona Marysia i wyciąga szyję, by zobaczyć jak policjanci wraz z wagarowiczami wchodzą do gabinetu dyrektora. -To już większa rola, drugoplanowa. Tak się cieszę! „Bufon” Dzwonek. -Cholera! Hej, a gdzie Piotrek? Nie było go wśród nich! Może kiedy zobaczył policję uciekł, zostawiając przyjaciół?- patrzy na uciekającą Celinę i Darka- A wy gdzie, gołąbeczki? Celina zatrzymuje się gwałtownie. Darek patrzy na nią zniecierpliwiony. -Do zobaczenia później!- woła i zbiegają po betonowych schodach. -Wow! Ciekawe co się stało?- wyobraźnia już podsuwa Marysi różne wersje wydarzeń. Z nienasyconą plotkarską wiedzą, biegnie do sali. Wanda stoi jeszcze chwilę. Myśli. „Coś jest nie tak z Celiną. Muszę z nią pogadać. Oczywiście bez Maryśki, bo ta zaraz wszystko rozpapla”- postanawia i popędzana wzrokiem nauczycielki, biegnie na lekcje. -Myślisz, że jak jesteś gwiazdą, to chemia ci nie potrzebna?! Na lekcję! ### Katarzyna ma okienko, siedzi więc w pokoju nauczycielskim i poprawia kartkówki z polskiego. Głowę zaprząta jej jednak coś całkiem innego, więc co chwilę upuszcza długopis, to stuka nim rytmicznie w stół. Myśli o swojej klasie, o tym co się przed chwilą dowiedziała. Jest wychowawczynią trzeciej „de” od pierwszej klasy, męczy się nimi już przez dwa i pół roku. Rozpoczęło się drugie półrocze. Dla klas trzecich, to najważniejszy czas, muszą zmierzyć się z wyborem szkoły i testami. To jeden z najbardziej znaczących egzaminów w ich życiu- jeśli nie postarają się, trafią do zawodówki i zmarnują sobie przyszłość. Jeśli jednak będą chcieli po niej kontynuować edukację w szkołach uzupełniających, będą musieli kolejne lata poświęcić na naukę, a i pracodawcy będą patrzeć na to gorzej. Drugie, przełomowe półrocze a oni zaczęli je wizytą policji, nietrafionymi żartami na języku polskim i kłótnią z Leokadią Rybą, nauczycielką angielskiego. Siedemnasty luty, drugi dzień po feriach, drugi dzień drugiego semestru. Zaledwie dwa dni minęły, a trzecia „de” jak zawsze już ściągnęła na siebie kłopoty. Katarzyna od początku wiedziała, że to nie będzie łatwy orzech do zgryzienia. Tydzień po rozpoczęciu roku szkolnego, w pierwszej klasie, kłócili się z nauczycielką fizyki i uciekli z dwóch lekcji. Z czasem było coraz gorzej. Katarzyna już wiele razy rozważała opuszczenie wychowawstwa w tej klasie. Niech kto inny się z nimi morduje. Jednak ta kobieta, to twardy zawodnik; nie poddała się. Postanowiła walczyć z nimi do końca. Jeszcze tylko cztery i pół miesiąca, tylko a może aż. Katarzyna chowa kartkówki do barwnej torebki i zapatrzona w okno, popija malutkimi łyczkami kawę. Ktoś puka do drzwi pokoju nauczycielskiego. Katarzyna podchodzi i otwiera je na oścież. Stoją tam Daniel, Michał, Paweł, Hadam, Paulina i Bartek. Mają skruszone miny, patrzą w podłogę. -Wejdźcie. Porozmawiamy. Siadają na krzesłach. Milczą. Paulina szuka dłoni Daniela pod stołem. Chwyta ją i ściska, jakby chciała dodać jemu, ale i sobie odwagi. Uśmiechają się do siebie leciutko. -Opowiedzcie mi wszystko od początku do końca z wszelkimi szczegółami- nakazuje stanowczo Katarzyna. Hadam otwiera usta, ale szybko je zamyka. Bartek czuje na sobie wzrok nauczycielki. Podnosi głowę i mówi szybko, jakby się bał, że zaraz zawaha się i nic już nie powie. -To Hadam. Hadam go popchnął, Piotrek uderzył głową o lód i stracił przytomność. Nauczycielka kiwa głową. -Poszliście na wagary, tak? Potakują cicho. Katarzyna wstaje gwałtownie i wybucha: -Musicie myśleć, zanim coś zrobicie! Wam, wydaje się, że wagary to nic. Uciekniecie sobie, wrócicie i po sprawie. Nie przewidzieliście, że przez waszą głupotę, niewinnemu człowiekowi mogło się stać coś o wiele poważniejszego niż wstrząs mózgu! W twoich papierach- zwraca się do Hadama- już na zawsze będzie zapis o twoim czynie! Nie pozbędziesz się tego tak łatwo, przez to możesz mieć trudności z dostaniem się do szkoły! Czy wy naprawdę tak chcieliście zacząć to decydujące półrocze?! Cisza. Nauczycielka opada zmęczona na krzesło. Chowa twarz w dłoniach. -Ja, ja....Ja...- jęczy cicho Hadam i nagle z kącików jego oczu, wypływają łzy, pierwsze łzy Hadama- jeśli Piotrkowi stanie się coś gorszego, jeśli on na tym ucierpi, jeśli ten wypadek odbierze mu jakiś zmysł, czy cokolwiek innego, co zostanie mu już na całe życie....Ja sobie tego nie wybaczę! Płacze. -Hej, to wstrząs mózgu. Piotrkowi nic nie będzie- mówi pocieszająco Paula- po prostu musi leżeć parę dni w łóżku. -A-ale mogłem mu zrobić coś naprawdę poważnego!- mówi Hadam łamiącym się głosem. -Ciesz się, że to twój pierwszy tak poważny wybryk. Jeśli miałbyś ich za sobą już kilka, jak nic trafiłbyś do poprawczaka!- mówi Katarzyna; w jej głosie słychać już łagodność. Zalega cisza. Hadam płacze bezgłośnie. Jest mu obojętne, czy straci swoją renomę twardziela. Płacze, tak jak chciał od zawsze; ojciec nauczył go, że męskie łzy to żenada, coś co w żadnym wypadku nie pasuje do twardego faceta, raczej do kapusiów i maminsynków. Hadam poszedł do szkoły i przekonał się, że dziewczyny lecą na twardzieli a gardzą kapusiami. Został zwykłym pozerem, chował swoje uczucia przed innymi. Każda dziewczyna w skrytości ducha marzyła o nim. Ale czy go to satysfakcjonowało? Nie. Na pewno nie. Mimo wszystko brnął dalej i pokazywał wszystkim jaki jest męski i jaki to z niego twardziel. Aż do dziś. W tej chwili, płacząc, pokazuje wszystkim tu zgromadzonym swą prawdziwą twarz- tchórza, kapusia- i o dziwo, nikt nie patrzy na niego z pogardą. Hadam podnosi wzrok i widzi same pocieszające spojrzenia. „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”- przychodzi mu na myśl znane przysłowie. Katarzyna wzdycha i patrzy na swoich uczniów. -Chemia zaraz się skończy. Idźcie na matematykę. Nie mówcie nikomu, co się stało. Nie chcemy afery. Aha, i ty- patrzy na Paulę- bardzo się cieszę, że poszłaś na te wagary. Z tego, co wiem, to ty udzieliłaś Piotrkowi pierwszej pomocy. Gdybyś nie poszła za chłopcami, z Piotrkiem mogłoby być o wiele gorzej. Co nie znaczy, że nie porozmawiam sobie z twoimi rodzicami i nie zostanie ci udzielona kara w postaci minusowych punktów za wagary. No, zmykać mi stąd, ale już! Paulina z lekkim uśmiechem wstaje i patrzy na Daniela. Odwzajemnia jej uśmiech. Wychodzą na korytarz. Wtedy Daniel zatrzymuje się i patrzy jej głęboko w oczy. -Ja też się cieszę, że poszłaś z nami. Cieszę się, że jesteś. Jesteś wyjątkowa, jedyna i… …I całuje ją w usta, tak jak nakazuje tego chwila. I choć nie jest to romantyczne miejsce do takich wyznań, to śmiechy, piski i krzyki, nie przeszkadzają im. Czują tylko siebie, złączeni ustami. Kiedy kończą, Paulina patrzy na niego zawadiacko. -No, no, no! Taki romantyk, pod skorupą żartownisia. Daniel śmieje się krótko. -Myślałam, że mnie szlag trafi, za każdym razem, jak chodziłeś z tymi wszystkimi panienkami. -Czyli, ty też....? -Tak. Odkąd cię poznałam. Tym razem całują się dłużej i tym sposobem spóźniają się na matematykę. Jednak czy ma to jakąkolwiek ważność w porównaniu do wystawionej na światło dzienne skrywanej, szczęśliwej miłości? ### Darek siedzi wbity w skórzaną kanapę. Nie porusza się, boi się nawet oddychać. W łazience, tuż za ścianą, rozstrzyga się ich przyszłość. Boi się jej. Bardzo się boi. Nie wie, czy w razie czego, zdoła podołać tej odpowiedzialności. Trzask drzwi. Do pokoju wchodzi Celina. Jest blada. Wygląda, jakby zaraz miała się przewrócić, ledwo trzyma się na nogach. Darek już wie; podchodzi do niej i obejmuje ją. Sadza na kanapie. -I co?! Celina przełyka głośno ślinę. -Tak. Coś we mnie rośnie. Jestem w ciąży. Cisza. Złowieszcza cisza. Złośliwa cisza. Celina zamyka oczy i opiera głowę na oparciu kanapy. „Jesteś we mnie. Podobno testy ciążowe nie dają stuprocentowej pewności. Ale i tak, wiem. Czuję to.”- myśli Celina. -Domowe testy ciążowe, nie dają stuprocentowej pewności. Może się okazać, że jednak nie jestem w ciąży- mówi drewnianym głosem, jakby był to wyuczony tekst, czytany z podręcznika. Darek kiwa głową i niezgrabnie obejmuje dziewczynę. -Pójdziesz do tego jak mu tam, ginekologa. -Tak. A co, jeśli on też potwierdzi, że jestem w ciąży? Co wtedy zrobimy? -Nie wiem. Aż do wczoraj byłem beztroskim nastolatkiem. Celina wtula swoją twarz w pierś Darka. -Ja też. A teraz jesteśmy w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach rodzicami jakiegoś embriona. Cisza. Nagle Darek wstaje, idzie do kuchni. Po chwili wraca z eleganckim notesikiem. Siada i szuka adresu lekarza swojej matki. Znajduje go z triumfalnym uśmiechem. -Nie będziemy czekać w niepewności. Chodź, idziemy. Celina bez słowa, pozwala zaprowadzić się do gabinetu ginekologa. Wchodzą bez pukania i kolejki, udając, że nie słyszą komentarzy kobiet z poczekalni. Lekarz popija kawę. -Czego chcecie, dzieci?- pyta ich. -Niech pan sprawdzi, czy moja dziewczyna jest w ciąży. -A ile wy macie lat? Trzynaście?! -Piętnaście- mówi Darek z wyższością, choć wie, że brzmi to absurdalnie- Szesnaście skończymy w tym roku- dodaje szybko. Lekarz kręci głową. Po chwili namawiań, zgadza się i bada Celinę. Ta jest spięta, leży jak na łożu śmierci, trzęsie się ze strachu. Lekarz widzi to. W duchu złości się, że tak młode osoby, mogą zostać rodzicami. Bada ją. Po chwili kręci głową z bezsilności. -Brawo- mówi z ironią- będziecie rodzicami. „Wiedziałam- myśli- wiedziałam. Cholera, wiedziałam.” ### -Nie jesz? Aniela siedzi w stołówce. Przed nosem ma talerz pełen zielonej, a może szarej- kto to wie?, breji, czyli żurek. Patrzy na niego, jakby chciała by zniknął, rozpłynął się w powietrzu. Przyciska ręce do brzucha, który domaga się jedzenia. -Nie, nie jem- odpowiada i podsuwa talerz pod nos Renaty. Ta je szybko i łapczywie, jakby bała się, że Aniela za chwileczkę weźmie zupę z powrotem. Renata idzie po drugie danie, przynosi je także Anieli. -Nic nie jem, rozumiesz?! Odnieś to obrzydlistwo. Kotlet, świeży, pachnący kotlet. Parujące ziemniaki, zachęcające do spożycia. Sałatka układająca się w misterne kolorowe wzory. „Karmią nas tu jak w restauracji, a ona nic nie chce jeść. Dziwne. Zazwyczaj zjada nawet czyjeś niechciane porcje i dokładki. A dziś? Co jej się stało?” Renata je swoją i jej porcję. Czuje się nasycona. Przez ferie jadła mało, nawet bardzo mało. Ojciec znów przepił prawie wszystkie pieniądze i matka musiała kombinować, żeby ona i czwórka jej rodzeństwa nie było głodne. Aniela wstaje i wychodzi ze stołówki. Jest głodna. Najchętniej zjadłaby porcje, oddane przyjaciółce. Idzie jednak dziarskim krokiem pod salę. Spotyka tam Wandę, która zgubiła gdzieś Marysię. Obok niej stoi Baśka, mówi coś szybko i niewyraźnie. Wanda stoi ze znudzoną miną, żuje gumę. Myśli o Celinie. Teraz ona jest dla niej najważniejsza. „Wytrzymam jeszcze te dwie lekcje, a potem pędem do Celi. Ciekawe, co się stało?”- myśli. Baśka jest modnie ubrana i ma włosy obcięte jak nakazuje najnowszy trend. Stoi w luźniej pozie, kolczyki uderzają jej o szyję. Mówi coś, wysila się na dobry humor. -Ej odczep się, dobra?- słyszy nagle Wandę. Dziewczynę wkurza już ta bezsensowna paplanina, bo wie, że jej przyjaciółka ma problem. Poważny problem. Baśka oblizuje wargi, zdenerwowana. „Znowu nie wyszło! A tak bardzo się starałam!!” ### -Cholera, cholera, cholera! Edwin bazgrze coś na kartce, naprędce wyrwanej z zeszytu. Musi uwiecznić swoją myśl na papierze, inaczej ona ucieknie i już nie wróci. Twarde jak sprężynki loki, opadają mu na twarz. Co chwilkę poprawia je i po raz setny stwierdza, że dziewczyny mogą nosić spinki, jest im wygodniej; on nie może. Włosy sięgają mu ramion; przynajmniej tak było dwa miesiące temu. Teraz czuje je już na łopatkach. Nie interesuje go nudny wykład fizycy, powszechnie zwanej Strzykawką (dlaczego? Tego nikt nie wie. Przezwisko to, ciągnie się za nauczycielką od wieków). Rysuje, teraz tylko to się dla niego liczy. W myślach już kombinuje, jak wymigać się od zajęć z angielskiego w domu kultury, by przenieść swój pomysł z prymitywnej kartki w kratkę na płótno. Odchyla się. Na kartce widnieje kobieta, naga kobieta, która nie ma początku ani końca. Pośrodku nieba, błękit nabiera kształtów kobiecej głowy, łączy się z nią. Następnie wyciągnięte ręce kobiety powoli zamieniają się w wodę, tak, że nie można rozróżnić, gdzie kończy się woda a zaczynają ręce kobiety. Na koniec nogi kobiety wrastają w ziemię, aż do ud emanują coraz słabszą zielenią. Edwin podsuwa kartkę Grzegorzowi, swojemu najlepszemu koledze i osobistemu krytykowi. Ten jednak spogląda obojętnie na papier, odwraca go i pisze coś naprędce. Podaje kartkę Edwinowi.

Moja mama nadal nie wróciła, nie dzwoniła, nie dała żadnego znaku życia….Minęło już pół roku, rozumiesz, pół roku!!

Uch, stary, niefajna sprawa. Ale może jeszcze wróci do was?

Taa. Zostawiła jakąś pieprzoną kartkę z informacją, że nie może już dłużej żyć z ojcem, że może kiedyś się odezwie i z prośbą, by jej nie szukać.

Grzesiek, przestań! Wróci…Może.

No właśnie. Może.

-A co to za poczta pantoflowa?! Proszę mi to dać, chłopcy! Grzesiek podaje drżącą ręką kartkę nauczycielce i obaj zastygają w oczekiwaniu. Strzykawka chwyta papier i patrzy na stronę z rysunkiem Edwina. -Wam to tylko jedno w głowie! Rysować obnażone panienki, też mi coś! I co to w ogóle za kobieta!? Gdzie ona ma głowę? Dlaczego nie ma dłoni i nóg aż do ud? No tak, wam chłopcy, chodziło tylko o pewne części ciała.... Klasa tarza się ze śmiechu. Jedynie szóstka wagarowiczów siedzi w milczeniu, boją się o Piotrka, zastanawiają co z nim jest. Postanowili już odwiedzić Piotrka zaraz po lekcjach. Angelika spogląda cały czas na Daniela. Zranił ją i ośmieszył. Rzucił, dla jakiejś chłopczycy. Widziała przecież, jak obściskiwali się na korytarzu. „No cóż, obściskiwaniem nie da się tego nazwać, bo to były tylko dziecinne całuski”- stwierdza złośliwie. Już obmyśla zemstę. Ilona, od słynnego porzucenia Andzi, wczoraj za sklepem, czuje się trochę lepiej. Andzi nikt nigdy nie rzucił. I czuje, że właśnie dlatego, zemsta na Danielu, będzie wyjątkowo ostra i perfidna. Nie została jeszcze wtajemniczona w plan, ale wie, że od Andzi wiele się nie dowie w tej sprawie. Ta dziewczyna ma honor. Pamięta, jak dawno temu, jakaś dziewczyna ośmieszyła Andzię przed jej ówczesnym chłopakiem. Słono za to zapłaciła. Angelika zrobiła to, sobie tylko znanymi sposobami. Wszyscy wiedzą tylko, że ów dziewczyna wypisała się z ich klasy i szkoły i przeniosła do gimnazjum położonego o godzinę drogi od ich miasta. Od tego czasu nikt nie zadziera z Angeliką. Daniel jak gdyby nigdy nic, rozmawia cicho z Paulą. Jego ławka, w której siedzi wraz z Bartkiem znajduje się przed ławką Pauli i Leny, której dziś nie ma. Daniel nachyla się nad Paulą tak, że stykają się czołami i coś cicho do siebie mówią. Michał ze znudzonym wyrazem twarzy, gryzie zatyczkę od długopisu. Nauczycielka zabiera kartkę i wciska do rozlatującej się szuflady. -Który to narysował? Milczenie. Przecież nie można wydać przyjaciela. -Ja- mruczy cicho Edwin. Nauczycielka patrzy na niego z pogardliwym uśmieszkiem. -Przyjdziesz jutro z rodzicami. Wracamy do lekcji. ### -I co my teraz zrobimy? Celina trzyma mocno Darka za rękę. Idą ośnieżoną drogą, auta wokół nich jadą z piskiem, kierowcy przeklinają głośno. „Nie chcę by moje dziecko przyszło na TAKI świat, kiedy jestem jeszcze nie gotowa, młoda, niedoświadczona”- myśli Celina. -Bo wiesz, moja ciotka miała skrobankę. -Że co? Celina patrzy na niego ze zdziwieniem. Darek speszony, czerwieni się. -Echem, no, to znaczy….usunęła ciążę. „Aborcja, czyli morderstwo. Brzydziłam się nim, przecież nawet pisałam o tym w necie, protestowałam, zachęcałam nastoletnie przyszłe matki do donoszenia ciąży. To było takie proste, to nie dotyczyło mnie. Wszystko co nie dotyczy nas, każdego z osobna, jest dla nas mało ważne. Kiedy nastolatka zabiła się przez kolegów z klasy, oprócz jej najbliższych, nikt z gimnazjalistów z całej Polski, nie przejął się nią. Udawaliśmy smutnych, zaskoczonych a tak naprawdę myśleliśmy <<Jak dobrze, że to nie spotkało mnie>>. Jesteśmy takimi egoistami, nieczułymi potworami. Nawet ja i ty, Darek, nawet ty, który wydawałeś mi się ósmym cudem świata”. Darek patrzy na nią niepewnie. -Darek, ja muszę ochłonąć, jeszcze za wcześnie…- mówi Celina cicho. -Uhm, tak, jasne, oswój się z tym. Mamy jeszcze czas na decyzję… Jego palce zaciskają się mocniej na jej dłoni. Boi się, Celina czuje to. Obaj zwalniają kroku, powoli przytulając się do siebie. -Poradzimy sobie z tym. Przecież się kochamy, a to najważniejsze.- mówi nagle Darek z udawaną pewnością siebie i sztucznym uśmiechem na twarzy. „Nawet ty, Darku kłamiesz. Sam dobrze wiesz, że nie poradzimy sobie z ciążą, dzieckiem….jak ty to nazywasz- „tym”. A nawet jeśli, jakoś się uda to wszystko będzie tak trudne, że nasza miłość może tego nie wytrzymać. Brutalna prawda, jak i świat. Life is brutal, prawda?” -Kotek, może pójdziemy gdzieś? Przecież do szkoły już nie wrócimy. „Nie będę nic udawać” Celina patrzy na niego z niechęcią. -Odprowadź mnie do domu. Darek jest zaskoczony. Obejmuje Celinę tak, że jej głowa spoczywa na jego ramieniu. -Kochanie, nie chcesz tego czasu spędzić ze mną? Celina patrzy. Jakiś kundel załatwia się pod drzewem. Małe dzieci bawią się brudnym śniegiem. Dorośli przeklinają, wołają dzieci, palą papierosy. Krzyk. Odgłos gniecionego metalu. Niewielkie zderzenie dwóch samochodów. Nagie płyty chodnikowe w kolorze błota, powstałego poprzez posypanie ich piaskiem i stopniałego śniegu. Staruszka potrącona przez młodego chłopca. „Nie ocenia się książki po okładce, jednak wszyscy to robimy. Świat z wyglądu jest brzydki, nieprzyjemny i śmierdzący. Patrząc w głąb, widzimy kolorową i piękną przyrodę, radość i śmiech. Niestety teraz, ja widzę tylko tą okładkę. Zanim posunę się dalej, przerzucę strony życia, dojrzę radość, minie trochę czasu”. -Jestem zmęczona. Odprowadź mnie. ### Adrian kopie niewielki kamyk. Ten odskakuje od niego, turla się aż w końcu zatrzymuje. Chłopak czuje promienie słońca na swoich plecach. Zima się kończy. Śnieg powoli topnieje, na chodnikach zamienia się już w błoto. Nogawki spodni Adriana, są całe z tegoż właśnie błota, podobnie jak buty. „Cholera, Stara się będzie złościć. Ale to moja wina?!”- myśli. Stara...Właśnie, Stara. W domu dziecka Adrian jest odkąd sięga pamięcią. Wie tylko tyle, że pewnego dnia znaleziono go w lesie, prawie skostniałego z zimna. Po prostu matka, pewnie jeszcze nie dojrzała do macierzyństwa. Urodziła go, spróbowała pokochać i zaopiekować się nim. Nie wyszło. Adrian tułał się po różnych ośrodkach, w końcu trafił do domu dziecka, w którym jest do dziś. Parę razy jakaś rodzina chciała go adoptować- niestety, proces nigdy nie został sfinalizowany; albo Adrian nie chciał zostać pod opieką dwójki dorosłych, albo małżeństwa rozmyślały się. Takim oto sposobem, szesnastoletni już Adrian wciąż mieszka w murach (koloru kiedyś niebieskiego; teraz odrapanego i potraktowanego sprejem) domu dziecka i wie, że zostanie tu jeszcze dwa lata- później…? Jeszcze nie zastanawiał się nad przyszłością. „Trzeba żyć chwilą - powtarza- w jednej chwili jesteś z matką, której nawet nie pamiętasz, w drugiej siedzisz we wspólnym pokoju w domu dziecka i czekasz na swoją kolej do komputera”. Stara jest jedną z opiekunek w domu dziecka. Jest najbardziej matczyna i to właśnie ją Adrian lubi najbardziej, choć ma słabe nerwy i często się denerwuje. Wszystko to jednak z miłości do swoich wychowanków. „A może właśnie taka, powinna być prawdziwa matka?”- zastanawiał się kiedyś chłopak. Dziś Adrian ma wyjątkowo zły humor. Nie raz chciał poznać swoje korzenie, teraz pragnie tego tak mocno, że czuje ból niemalże fizyczny, który uderza o ściany jego serca; wie, że jest to niemożliwe. Matka porzuciła go w lesie. Nie zostawiła żadnych informacji, poza imieniem i nazwiskiem dziecka oraz kartką, w której zrzeka się praw rodzicielskich. Niestety, osób o nazwisku Cedler, jest 76; tak przynajmniej podaje serwis www.moikrewni.pl; a wszyscy są oddaleni od Adrianowego miejsca zamieszkania. Póki co, Adrian jest ograniczony finansowo i nie może objechać podanych województw. Zamierza zrobić to w przyszłości. Myśli. Jeszcze tylko dwa lata i wyrwie się z tego zadupia, jak pieszczotliwie nazywa swoje miejsce zamieszkania. Ma dość ograniczeń, wścibstwa i współczucia. Jest samotnikiem i takim właśnie zamierza pozostać. Z nikim się nie wiązać, nikomu nie dawać nadziei; to tylko ból. Wchodzi. Wita go krzyk i zapach zupy. Ogórkowa. Wpada do pokoju, szybko się przebiera(„Pamiętajcie- mawia Stara- lepsze ubrania są do szkoły i kościoła. Tutaj możecie chodzić w gorszych.”) i wybiega z niego, zderzając się właśnie ze Starą. -Adrianku! Jak dobrze, że już jesteś. Nie zgadniesz, kto nas odwiedził...- mówi podnieconym głosem Stara. Mija sekunda, może dwie, a już jakieś ramiona mocno ściskają Adriana. Do jego nozdrzy dociera ostry zapach perfum, połączony z potem. Czuje, że kobieta napiera na niego całą sobą, mówi coś. Adrian nie rejestruje jej słów, oddycha niespokojnie, coś miga mu w pamięci. Zaciska mocno powieki.

-Adrian.... Roczny chłopczyk ubrany w cienką kurtkę, biega po lesie rozrzucając liście. -Adrian! Silne, grube ramiona powstrzymują chłopca. Jest niezadowolony. Kobieta patrzy mu w oczy. -Muszę cię zostawi. Nie mam innego wyjścia. Twój ojciec to po prostu chuj....Uhm, nie powinnam przeklinać przy dziecku. W każdym razie, nie mam pieniędzy, by cię jakkolwiek utrzymać, nie umiem nawet się tobą zająć. Cholera, mam dopiero siedemnaście lat! Jeśli będziesz mieć szczęście, ktoś cię znajdzie. Jeśli nie- trudno. Może śmierć jest lepszym rozwiązaniem. Kobieta odchodzi. Do rozumu chłopca dociera, że ONA odchodzi. I nie wróci. Głośny, żałosny dziecinny płacz wypłosza wróble z gałęzi drzew. Powoli zapada zmrok, chłopiec jest czerwony od płaczu i krzyku. Trzęsie się z zimna. ONA jedzie zatłoczonym autobusem, myśli już tylko o uldze, która ogarnęła ją i nie dopuszcza do umysłu kobiety wyrzutów sumienia. Ciemność zalewa las, jedynie księżyc słabym światłem oświetla chłopca, którego powieki opadają bezwiednie, po chwili powoli podnosząc się, ukazując zmęczone błękitne oczy. Chłopiec nie podda się tak łatwo. Będzie miał szczęście. Przeżyje.

Adrian już wie. Nie wie co ma czuć: radość czy może gniew? Czuje się pusty w środku, jakby uczucia całkiem go opuściły i nie zamierzały już powrócić. Oglądał przecież filmy, w których powrót matki był wielkim wydarzeniem, dzieci płakały, ściskały matkę, śmiały się. On nie czuje nic. -Adrianku! Moje kochanie!- łzy Aleksandry kapią na głowę chłopaka. Stara ze szczęśliwą miną przygląda się scenie. Tak bardzo pragnęła szczęścia dla Adriana. Kocha go niemal jak własnego syna. Teraz, widząc tą wzruszającą scenę, sama niezauważalnie roni parę łez, które szybko ociera rękawem wełnianego swetra. Mija parę minut. Aleksandra odsuwa się od syna. Patrzy na niego z miłością. Adrian jest zdezorientowany. Także spogląda na matkę, próbuje ją sobie przypomnieć i wykrzesać chociaż odrobinę radości. Nie umie. Denerwuje go to. Wzbiera w nim wściekłość. Na tą uśmiechniętą twarz matki, dopiero teraz, po piętnastu latach, kiedy już zdołał przyzwyczaić się do tego, że nie ma rodziny i nigdy nie będzie jej miał. Na siebie, że widząc Aleksandrę nie może się cieszyć. -M-m....Maa...?- duka, uczy się tego słowa, które dotąd nie miał komu powiedzieć- Ma-a-mo? Stoją naprzeciw siebie, bardzo blisko. Matce płyną łzy wzruszenia po twarzy, Adrian jest wściekły. Chce się cieszyć. Nie może, ONA jest mu zbyt obca. -Mamo....J-ja.... Nie wie co powiedzieć. Otworzył usta, czekał aż słowa same spłyną na język. Na próżno. Aleksandra mylnie podejrzewając, że chce powiedzieć coś ckliwego(„Mamo! Kocham cię!”, „Mamusiu, czekałem na ciebie te piętnaście lat w miłości do ciebie!”) ponownie obejmuje go mocno. Dusi. Przytłacza swoją miłością. Adrian delikatnie kładzie swoje dłonie na jej plecach. Są spocone, bluzka klei się Aleksandrze do ciała. Jest to nieprzyjemne w dotyku i odpychające. Chłopak czuje jej oddech na swoich włosach, później na twarzy, kiedy schyla się by pocałować go w czoło. Jest on przesiąknięty ciepłem i słodkością. Adrian ma wrażenie, że matka zaraz go udusi z miłości, że on zemdleje od tego zaduchu. Trzyma się chwiejnie na nogach. Matka powoli odsuwa się od Adriana. -Idź, idź już syneczku na obiad. Może ostatni tutaj- chichocze szczęśliwa. Adrian wychodzi bez słowa. „Co za dziwka”- to pierwsze określenie matki, które wpycha się do jego umysłu i nie chce odejść, mimo gróźb i próśb. „Spokojnie, spokojnie. Może miała jakieś powody, że mnie porzuciła. A jeśli musiała?...”- Adrian naiwnie szuka wyjaśnień postępku matki. „Wraca po piętnastu latach i myśli, że wszystko będzie dobrze!” Stołówka wita go zapachem ogórków. „Nareszcie coś znajomego. I stałego”- wzdycha z ulgą. Chwyta miskę z zupą i siada przy najbliższym stole. Ogórkowa jest w każdą środę, niezmiennie. Zawsze smakuje tak samo. Nie zaskakuje ( „w przeciwieństwie do mojej nagle napełnionej miłością matki”- stwierdza Adrian). I to choć czasem denerwujące, jest w niej najpiękniejsze. ### Lustro pokazuje postać bladej istoty, trzymającej się za brzuch. -Jesteś tam, jesteś tam, jesteś tam!! Przyszłoś, choć nikt cię nie prosił na ten świat!!- krzyczy Celina. Lustro drga. Podciągnięta bluzka Celiny zsuwa się. Dziewczyna z furią naciąga ją, jakby chciała zakryć nią brzuch- i to co w nim jest. „Dobrze wiem, że to nie jest jego....a może jej? wina. Tylko i wyłącznie moja. I Darka, oczywiście. Byliśmy tacy naiwni. Że niby przy pierwszym razie nie można zajść....Jasne. Ten kto to wymyślił, chyba nigdy tego nie sprawdził. Wpadliśmy i koniec. Nie da się cofnąć czasu. Mogę cię usunąć, „wyskrobać”. Nie wiem czy tego chcę. Jestem pewna tylko jednego- muszę o tym komuś powiedzieć” Siada na łóżku. Trzynasta czterdzieści. Lekcje się skończyły. W końcu można odetchnąć i pójść do domu. Dzwonek do drzwi. Celina idzie ostrożnie do sieni. Nie patrzy przez wizjer; otwiera. -Celina....! Wanda bierze przyjaciółkę w ramiona, tuli do siebie. Ciało Celiny drży rytmicznie; ona płacze. -Co się stało? Cisza. Łkanie. -Powiedz mi, będzie ci lżej, martwię się o ciebie.... Ramię Wandy jest już mokre od łez Celiny. Dziewczyna odsuwa ją delikatnie od siebie i patrzy w oczy. -P-po prost-u-u, wpa-d-liś-my!- duka przez łzy i znów pada w ramiona przyjaciółki. „Wpadliście?” -To znaczy, że jesteś w ciąży?! -T-tak.... Cisza. „Ty, Celino, ty najbardziej rozważna z nas trzech. Niemożliwe. Boże, widzisz i nie grzmisz?!” ### Zgrzyt klucza w zamku. Lena podnosi zmęczone płaczem powieki, na początku nie orientuje się, co się dzieje. Słyszy śmiech matki i śmiech jakby znajomy. Głosy. Matka mówi coś cicho, następnie pada odpowiedź. Ktoś przyszedł z Gabrielą. Lena wstaje; ubranie ma pomięte z kilogramem kociej sierści. Przeciera piąstkami oczy i wchodzi do hollu. Matkę obejmuje wysoki mężczyzna. Całuje ją. A Gabriela wbijając swoje długie paznokcie w szyję kochanka, ociera się o niego niczym kocica. Oddaje pocałunek. Pisk. Szybki, niespodziewany pisk. Wypełnia każdy centymetr domu, wpija się w umysł, pozostawiając echo, dekoncentrując. Gabriela już wie, co się stało; odwraca gwałtownie głowę. Mężczyzna patrzy zdezorientowany na Lenę. Gabriela czerwieni się, to blednie. W jej oczach widać strach. Jej ręce opadają bezsilnie, kobieta odsuwa się od tak bardzo znanej im obu osoby.

-Nie chciałabyś mieć takiego męża jak Zbyszek? Ojciec obejmuje mocno matkę. Obaj stoją przed drzwiami wejściowymi i machają na pożegnanie wujkowi. -No co ty! Tylko ciebie kocham! Matka wtula się w ojca i całuje go w nos. Lena opiera się o ścianę domu, tynk drapie ją w plecy. Nie przeszkadza jej to. Jest szczęśliwa. -A ja ciebie, słoneczko. Słońce zachodzi powoli, pozostawiając na niebie różową poświatę. Jest pięknie. Lena wdycha z całych sił powietrze, chce pamiętać tę chwilę na zawsze.

I pamięta. Scena ta, staje jej teraz przed oczami. Matka mówi coś do niej. Czuje jej dłonie, spoczywające teraz na plecach Leny. Odpycha matkę i szybko wbiega z powrotem do swojego pokoju. Zamyka drzwi i napiera na nie całym ciałem. Chce coś powiedzieć, obrazić matkę. Chce krzyczeć, wrzeszczeć, piszczeć…wołać o pomstę do nieba! Słowa więzną jej w gardle. Krztusi się. „Tato, wróć!” ### Niebo stopniowo czernieje, jakby ktoś powoli pokrywał błękit czarną farbą. Grupka młodzieży stoi przy malutkim, osiedlowym sklepiku. Wokoło panuje cisza, wszyscy schowali się już do domów, chcąc uniknąć deszczu. Tomek kopie mocno w drzwi, inny mocuje się z klamką. Jakaś dziewczyna kręci w zamku własną wsuwką. Trik znany z filmów. W końcu, nie wiadomo za czyją sprawą, drzwi stają otworem. Grupka młodzieży- jest ich pięciu, może sześciu- wpadają do sklepu i rzucają się na półki. Już ustalili, kto co bierze. Są zorganizowani. Tomek biegnie do kasy, otwiera ją jednym kopniakiem i pakuje pieniądze do materiałowego worka. Wszyscy wybiegają przed sklep. Jest pusto i całkiem ciemno. Nie mija minuta, a podjeżdża samochód dostawczy. Łupy zostają wrzucone do bagażnika, Grupka młodzieży wsiada do auta. Tomek zamyka drzwi, zacierając po włamaniu wszelkie ślady. Odjeżdżają. -Tego jest w chuj!- krzyczy szczęśliwy Tomek. -Jasne! Dobrze się zorganizowaliśmy! To dzięki tobie!- mówi dziewczyna i przytula się do chłopaka- Jednak do czegoś przydaje się umysł ścisły! Jadą w milczeniu, oglądając złodziejskie łupy. -Kurwa, jesteśmy najlepsi! Gliny nas nie złapią!- jęczy Irek. Pamiętali o wszystkim. Są najlepsi. Okradli niewinnych ludzi. Rzeczywiście, powód do dumy. ### -Piotrek! Paulina obejmuje chłopca mocno, jęczy szczęśliwa i z wielkim uśmiechem siada na krzesełku. Daniel staje obok niej, kładzie dłoń na jej ramieniu. -Stary! Jak się czujesz?- pyta Michał, odzyskał już dobry humor- Masz tu w szpitalu jakieś laski? Podobno pielęgniarki tutaj są niezłe! Wszyscy śmieją się głośno. Jedynie Hadam stoi przy drzwiach w milczeniu. Piotrek uśmiecha się z wysiłkiem. -Same stare baby- mówi. Paweł wyciąga z torby laptopa i kładzie go na miękkiej kołdrze, przed Piotrkiem. -Patrz, mam najnowsze GTA! Piotrek opiera się o poduszkę, siada. Czuje się trochę lepiej. -Mieliśmy przyjść do ciebie wcześniej, ale Adidas zatrzymał mnie na treningu- tłumaczy się Bartek. Piotrek nagle przerywa grę, patrzy na Hadama. -Chodź tu. Nie zjem cię. Chłopak idzie powoli, wzrok wlepił w brudną, szpitalną podłogę. Cisza. Nawet odgłosy z komputera jakby przycichły, za oknem, gdzie toczyło się miejskie życie, zapadło milczenie. Hadam staje przy łóżku. Piotrek patrzy na niego. Jest wściekły, ale uczucie to powoli zamienia się w łagodność. -Zazwyczaj gadasz jak najęty. Czemu dziś tak milczysz? Hadam nie odzywa się. Przestępuje z nogi na nogę. -Przepraszam. Nie chciałem, żebyś leżał w szpitalu. Ja tylko...No....- mówi nagle cicho. Piotrek odpowiada mu uśmiechem. -Okay. Hadam podnosi głowę, patrzy na kolegę. -Dzięki. Jesteś naprawdę zajebisty, stary. ### Celina pochłania sałatkę, następnie kanapkę z szynką, pierogi i spaghetti. Wyczyściła spiżarkę z zapasów na kolejne dni. Teraz jest jej niedobrze, czuje, że zaraz zwymiotuje. Nogi ma jak z waty, idzie jednak do salonu, gdzie ojciec z matką oglądają powtórkę jakiegoś filmu. Siada obok nich w milczeniu. -Córeczko, niewyraźnie wyglądasz- mówi matka i patrzy na nią z niepokojem. Rodem ze znanej reklamy. -Ja....muszę....- mówi, nagle przerywa i wybiega z salonu, prosto do łazienki. Zaniepokojona matka patrzy w oczy mężowi. -Adam, co jej jest?! -Cicho bądź, kobieto! Film oglądam!

Hanka wbiega do pokoju. -Adam! Adam! Jestem w ciąży! Na szklanym ekranie dwóch mężczyzn, próbuje wbić w przeciwnika miecz. Adam nie odrywa wzroku od telewizora. Hanka siada mu na kolanach. -ADAM! BĘDZIEMY MIELI DZIECKO! Mężczyzna patrzy na żonę. Uśmiecha się. -To wspaniale!! Całuje żonę. -Może pójdziemy to uczcić? Koniecznie w tej restauracji w centrum!- proponuje Hanka. Adam zsuwa ją ze swoich kolan. -Strata czasu i pieniędzy! Film oglądam! Hanka zdziwiona i zrezygnowana wstaje z kanapy i idzie do kuchni. Tam w samotności pije sok w kieliszku do szampana.

Hanka wzdycha. Wstaje, chwyta pilot i wyłącza telewizor. Adam wstaje wściekły. -Włącz to, głupia! Hanka trzyma mocno pilot. Ma zaciętą minę. -Od lat nic, tylko gapisz w to pudło! Nie interesujesz się nikim i niczym! CZAS DOJRZEĆ! Adam patrzy zdziwiony na małżonkę. Otwiera usta, by coś powiedzieć, przerywa mu jednak jego własna córka: -Jestem w ciąży. Stoi oparta o framugę. Jej twarz jest blada, lekko zielonkawa. -CO?!- krzyczy Adam. Matka patrzy na Celinę, jak na obcą osobę: chłodno i obojętnie. -Darek?!- pyta zimno. Celina wolno i niepewnie kiwa głową. Spodziewała się takiej reakcji. Adam siada na kanapie. Patrzy w jakiś martwy punkt. -Ja już nie mam córki- mówi cicho. -Tato....!- jęczy żałośnie Celina. -Adam...!- wtóruje jej Hanna. -Nie mam córki. Bo na pewno moją pierworodną nie jest jakaś....-wzbiera w nim wściekłość-...dziwka!! Cisza. Celina pochyla głowę, wstrząsa nią spazmatyczny płacz. Matka patrzy na swojego męża, zaskoczona. Słychać tupot małych stóp. Do pokoju wpada najwyżej sześcioletni chłopczyk. -Tata powiedział brzydkie słowo! Tata powiedział brzydkie słowo! ### -Co z Kaśką? Matka stoi z telefonem w ręku. Nic nie mówi. Ojciec i Andrzej wpatrują się w nią z niecierpliwością. -Kaśka... I znów cisza. Matka ma pokerową twarz, nie da się z niej wyczytać, czy ma do przekazania złe, czy może dobre informacje. -Z Kaśką jest coraz lepiej! Radioterapia działa! Zanim ktokolwiek się obejrzał, już cała trójka ściska się, radośnie się śmiejąc. -Kiedy wróci do domu?- pyta Andrzej. -Za niedługo!- śmieje się matka i całuje syna w czoło. Andrzej po raz pierwszy od wielu miesięcy nie czuje strachu czy niepewności. Kaśka zdrowieje! Wróci do domu i Andrzej w końcu zazna zwykłego, normalnego życia! Już dawno o nim zapomniał. Po chwili, wszyscy wracają do codziennych spraw. Andrzej po namyśle postanawia odwiedzić Darka. Jest już późno, ale czy to komukolwiek przeszkadza? Dom Darka znajduje się niedaleko. Po pięciu minutach Jędrek siedzi już w pokoju kolegi wraz z Tomkiem, który z tajemniczym wyrazem twarzy pisze SMS. Czekają na Darka, który rozmawia w hollu przez telefon. Wraca. Siada na podłodze, opiera się o ścianę i zamyka oczy. -Co się stało?- pyta zaniepokojony stanem zwykle radosnego kolegi, Andrzej. Tomek chowa telefon. Patrzy z chytrym uśmieszkiem na Darka. -Mów, najlepszym kumplom nie powiesz? Chłopak otwiera oczy i patrzy na nich z niechęcią. -Głupi jestem. Ot, co się stało. -Co ty pierdolisz?- pyta Tomek ponaglająco- streść się chłopie, bo ja też mam newsa! -Celina jest w ciąży! Cisza, która zapada, zdaje się być przesiąknięta zdziwieniem. -Z tymi babami, to same problemy są. Zabawić się człowiek nie może, bo zaraz ci z ciążą wyjedzie- mówi Tomek tonem doświadczonego starca. -No to dupa!- stwierdza Andrzej- Albo ona ją usunie, albo będziesz się musiał bachorem opiekować. Darek jęczy żałośnie. -Kurwa, nie znam się na tym! Tego mi jeszcze brakowało...! Zapada pełna zrozumienia cisza. -Jeśli nie uważałeś jak robiłeś, to teraz rób jak uważasz!- Tomek szczerzy lekko żółte od palenia papierosów, zęby. -Dzięki za radę- mówi Darek z ironią. -No!- Tomek wstaje- Jeśli sprawy oficjalne mamy już za sobą, mam wam coś do powiedzenia! Andrzej patrzy na niego z ciekawością. Darek prycha lekceważąco. Tomek udaje, że tego nie słyszał. Bez słowa wyciąga z plecaka leżącego obok, worek. Otwiera go i jak gdyby nigdy nic wysypuje jego zawartość na podłogę. -Ta-dam!- mówi z dumą. Darek rzuca się na pieniądze. Andrzej patrzy krzywo na Tomka. -Ukradliście to- mówi z niechęcią. -Staaary! Tu jest ładnych parę setek!- jęczy z podziwem ale i pogardą Darek. -Pełen profesjonalizm!- Tomek klepie się w pierś- Byliśmy gotowi na każdą ewentualność, wszystko jest zabezpieczone i policja nas nie odnajdzie! Andrzej kręci głową zniesmaczony. -Bez komentarza. Tomek tylko śmieje się w odpowiedzi. Chowa z powrotem łup do worka, następnie do plecaka po czym patrzy na zegarek. -Dobra, miło było chłopaki, ale muszę lecieć- biegnie do drzwi, po czym zatrzymuje się- czy ja się mylę, czy jutro jest sprawdzian z bioli? -Jest, niestety jest! -To może zacznijmy robić ściągi?

ŚRODA Szczęk sztućców zakłóca słowa Gabrieli. -Kochanie, zrozum ja nie- brzdęk, brzdęk- przez całe życie kochać tylko ojca- rumieniec, brzdęk, brzdęk- oczywiście gdyby żył-brzdęk, brzdęk- więc mam prawo mieć innego mężczyznę- brzdęk, brzdęk- serce nie sługa!- cisza. Matka stoi przy kuchennym blacie, szykuje obiad, na który przyjeżdża babcia Danuta, dziadek Staszek, wujek Zbyszek, ciocia Józia i jej mąż, Roman. Choć jest środa, dzień powszedni. Rodzina Wartroczyków, lubi robić rodzinne zjazdy w środku tygodnia. -Odezwij się, do jasnej cholery!- krzyczy Gabriela. Lena, jak gdyby nigdy nic siedzi w milczeniu i przeżuwa kęs chleba. To nic, że nie jest głodna. Czuje w sobie bezbrzeżną pustkę. Musi ją zapełnić. Połyka. Wstaje, bierze czekoladę. Kostka. Dwie. Ćwierć tabliczki. Pół tabliczki. Tabliczka. Mdli ją. Prostuje dłońmi sreberko. Patrzy chwilę na ciąg ciemnych napisów, które pokrywają sreberko w równych odstępach. Lena zwija sreberko w kanciastą kulę i wyrzuca do kosza. Matka chwyta ją za rękę i przytrzymuje. Dziewczyna czuje ostre paznokcie matki, które wpijają się jej w przegub. Coraz mocniej i mocniej. To dlatego, że Lena chce się wyrwać. Po ręce dziewczyny spływa bordowa kropla krwi. Spada na podłogę. Dziewczyna zagryza wargi. A za oknem promienie słoneczne miękko otulają drzewa i krzewy, chcą pobudzić je do życia. Co poniektóre ptaki latają po szafirowym niebie, ćwierkają, zapowiadając wiosnę. Jeszcze wczoraj śnieg zalegał na drogach i chodnikach, w południe począł topnieć. Dziś nie ma go wcale. Gabriela puszcza córkę. Stoją naprzeciw siebie, mierząc się wzrokiem. -Dlaczego akurat brat taty?! Czy wam nie jest wstyd?! Minął dopiero rok!- wybucha nagle Lena. Uczucia kotłują się w niej, pragnąc wydostać się poprzez słowa. -Mówiłam ci już. Serce nie sługa- Gabriela wzdycha. Lena otwiera usta, by ugodzić matkę prostymi, ale jakże bolesnymi słowami. Już spłynęły na język, już chcą wybiec na zewnątrz, popłynąć na werbalnej fali. -T....- pierwsze słowo pędzi ku matce. Jest tylko jedno, nie ma wielkiej siły, można do niego dobrać wiele znaczeń. Kiedy drugie słówko już, już wydostaje się z ukrycia, ubiega go dzwonek do drzwi, hałaśliwy i denerwujący. Słowa zostają powstrzymane, gnieżdżą się w Lenie. Gabriela jest w przedpokoju, wita się z babcią, dziadkiem i wujkiem Zbyszkiem. Lena opada na krzesło, jest wściekła, a uczucie to wylewa się z niej na wszystkie strony. Pragnie przerwać to zazwyczaj miłe rodzinne spotkanie, nawrzucać matce i ośmieszyć ją. Chciałaby, ale nie jest do tego zdolna. Przelewa więc swoje uczucia na papier, zdziwiona, pisząc wiersz.

Matko Matko pędzisz do niego który ukoi twój ból grzesznym pocałunkiem już jesteś szczęśliwa

Matko ojciec cię widzi a z deszczem zmieszane jego łzy żałości spadają na twoją parasolkę pod którą chowasz się z kochankiem

Matko twoja córka cię nienawidzi mąż z żalu w zaświatach płacze a ty w najlepsze nie przejmując się światem grzeszysz z jego bratem

Matko zostaniesz potępiona nie zaznasz radości kiedy córka opuści dom kiedy mąż przestanie kochać kiedy brat odejdzie do innej

Matko niewierna grzesznico dlaczego twój mąż zbyt wspaniały dla ciebie już nie mój ojciec ### Adriana obudziły dwa znajome głosy: Starej i jego matki. -....to wspaniały chłopiec- chwali Stara. -Och tak, żałuję, że go porzuciłam...przegapiłam najważniejsze okresy w jego życiu. -Dlaczego pani to zrobiła?!- pyta agresywnie Stara, zanim zdołuje się powstrzymać- Uhm, przepraszam- reflektuje się natychmiast. -Otóż....hm....jakby to powiedzieć....-Aleksandra wzdycha jakby sztucznie- chyba nie byłam jeszcze gotowa na macierzyństwo... -Nie chcę się wtrącać, ale....Mogła pani zrzec się praw rodzicielskich....oddać go w dobre ręce. A tak? Adrian mógł umrzeć w tym lesie...- mówi Stara niepewnie. -Czy pani wie, jak to jest mieć siedemnaście lat i głupiego bachora?! Miałam usunąć ciążę, ale skąd miałam do cholery kasę wytrzasnąć?! Urodziłam. Ojciec nawet się nim nie interesował. To wszystko mnie przytłaczało. Chciałam normalnie żyć, jak moje rówieśniczki ale miałam JEGO na karku! Chciałam się go pozbyć, to pozbyłam!- wybucha Aleksandra. Adrian zaciska mocniej powieki. Słowa matki docierają do jego serca i kłują boleśnie. Napięcie czuć w powietrzu. -Uhm, ale to...hm....było dawniej. Teraz wiem, że nie mogę żyć bez Adrianka!- mówi naprędce matka- Te piętnaście lat bez niego...och....jakby dziura w życiorysie! -Jeśli pani tak za nim tęskniła, dlaczego nie przyjechała pani po niego wcześniej? Cisza. Stara patrzy chytrze na Aleksandrę, która poci się ze zdenerwowania. Jej twarz przybiera kolor dojrzałych pomidorów. -Bo...No....- szuka wymówki- a czy to ważne? Najistotniejsze jest to, że jestem już przy nim! Stara opiera się o framugę drzwi. Wznosi oczy do nieba. „Gdybym miała na to jakiś wpływ- myśli- nie oddałabym jej Adriana za nic. Zapragnęła sobie dziecka po piętnastu latach, więc przypomniała sobie o swoim potomku. Takich ludzi powinno się....Cóż, przecież to nie ludzie. To potwory!” Morfeusz porywa Adriana w swoje objęcia. Niech chociaż na te parę godzin zapomni o bolesnych aczkolwiek szczerych słowach matki.

CZWARTEK Angelika ciaśniej otula się fioletową kurteczką. Mocny wiatr utrudnia szybkie poruszanie się. Złote adidasy są (pomimo starań) naznaczone gdzieniegdzie błotem. Andzia przeklina. Postanawia jednak nie przejąć się tym, to przecież normalne o tej porze roku. Przyśpiesza korku, walcząc z wiatrem. Na przystanku autobusowym czeka na nią Magda, starsza koleżanka. Witają się, wydając głośne „cmok” i całując powietrze obok swoich policzków. Siadają. Ściany przystanku tłumią wiatr, więc można porozmawiać bez krzyczenia do siebie. Magda wyciąga papierosa i zapala go. Zaciąga się, wydmuchuje dym i znacząco wyciąga rękę z papierosem w stronę Andzi. -Nie, dzięki- odmawia- jakoś nie mam ochoty. Magda wzrusza ramionami. Jest niezwykle powściągliwą dziewczyną. Odzywa się mało i rzadko, a jeśli już coś powie, są to słowa zazwyczaj przemyślane i trafne. -Jak mam się zemścić na tym draniu?- pyta Angelika. Czeka. Wie, że nie odejdzie bez porady Magdy. Starszy pan pochyla się nad tablicą z odjazdami autobusów. Kaszle. Siada. Kaszle. Magda patrzy na niego, wzdycha i domyślając się przyczyny kaszlu, gasi papierosa obcasem drogiego buta. Starszy pan posyła jej uśmiech pełen wdzięczności. Dziewczyna wywraca oczami i patrzy na koleżankę. -Odbierz mu lub zniszcz coś, co kocha- odpowiada. Angelika patrzy na nią ze znudzeniem. -Wow- mruczy- nie jest to zbyt odkrywcze. Magda opiera się o ścianę przystanku, mruży oczy i rozsuwa kurtkę. -Owszem. Każdy mówi, że to proste, lecz nie jest to takie banalne, jak myślisz. To rzecz najtrudniejsza i najbardziej zadająca ból. Andzia wyciąga błyszczyk (Sweet kiss, kolor jasnoróżowy) i obficie smaruje nim wydatne wargi. -Teraz chodzi z Pauliną, tą chłopczycą kompletnie bez gustu! Wygląda jakby ją...- słowa nie mogą przejść jej przez gardło- kochał. Jeszcze żadnej lasce, nie był tak oddany. Łazi za nią wszędzie, odprowadza do domu i dba jak o delikatny kwiat. Zresztą wodzi za nią oczami od pierwszej klasy. To jasne, buja się w niej. Magda zamyka oczy. -Co jeszcze?- pyta znudzonym tonem. -Kawały. I to nie byle jakie. Te z najwyższej półki. Dla ofiar- wredne. -Jeśli Daniel tak bardzo lubi żarty, ty także zrób mu kawał. Podrzuć mu marychę czy inne świństwo. Proste. -Tak! Jasne!- mruczy z ironią Andzia- Bardzo proste! Magda prycha cicho. -Chciałaś radę, to ją masz. A teraz zmykaj. Andzia podnosi się, wciska pięści w kieszenie i odchodzi. Wbija wzrok w obłocone chodnikowe płyty. Wiatr stał się delikatniejszy, więc nie utrudnia poruszania się dziewczynie. Promienie słoneczne padają na jej kurtkę, przenikają ją i wślizgują się pod sweter. Andzia czuje pot na plecach. Przyśpiesza kroku. Chce jak najszybciej znaleźć się w domu i przemyśleć plan zemsty pod chłodnym strumieniem prysznica. Słyszy za sobą na pół przeraźliwe, na pół radosne piski i krzyki. Nie odwraca się, tym bardziej, że wydają się jej znajome. Bardzo znajome. Dokładniej pochodzące z cienkich ust Pauli Foki. Bach. Czuje przeszywający ból w łydce, ciężar czyjegoś ciała na plecach. Jest w stanie tylko zarejestrować, że niebezpiecznie szybko zbliża się ku twardym, chodnikowym płytom. Minie może ułamek sekundy, zanim zderzy się z nimi. Ktoś chwyta za jej kurtkę i szybkim, gwałtownym ruchem ciągnie w górę. Słychać odgłos darcia materiału. Andzia odzyskuje równowagę. Obraca się gwałtownie. Widzi Paulinę, wczepioną w Daniela; dziewczyna śmieje się, ale w jej śmiechu słychać strach. Daniel nie obejmuje jej. W jednej ręce trzyma płat materiału. Dziwnie podobny. Angelika jest trochę oszołomiona, więc dopiero po chwili rejestruje, że to płat materiału z JEJ kurtki. Sprawdza. Rzeczywiście. Gdzieś w okolicach ramienia widnieje puste miejsce, pokazując kolejne warstwy cienkiej i słabej kurteczki. Andzia przypatruje się defektowi. Nitka, która trzymała przy sobie poszczególne miejsca, tutaj materiał między ramieniem a okolicami łokcia, była jakby cienka. To dlatego tak łatwo Daniel zdołał oderwać materiał. W końcu, był też silny; codziennie wieczorami ćwiczył na małej siłowni, niedaleko szkoły. -Sorry- rzuca chłopak niedbale- chciałem was ratować- podaje jej płat materiału. Angelika bierze go z furią, odwraca się na pięcie i biegnie w stronę swojego domu. -Wrażliwa jakaś- mruczy Paulina. Daniel kiwa głową. Patrzy na rolki, które ozdabiają smukłe nogi dziewczyny. -Chyba mocno jej tym przywaliłaś- mów wskazując ruchem głowy na jej stopy. Paulina nachyla się ku Danielowi i szepcze mu kokieteryjnym głosem do ucha: -Kto pierwszy pod spożywczakiem, zgarnia całusa... Odjeżdża. Jest szybka. Daniel śmieje się i biegnie za nią. Przechodnie patrzą na nich zdziwieni. Dystans między nimi zmniejsza się. Paulina zatrzymuje się pod sklepem, a kiedy tylko chłopak zbliża się do niej, zarzuca ręce na jego szyję i mocno przyciska swoje usta do ust Daniela. Chłopak zanurza dłoń w długich i miękkich włosach dziewczyny. Podwójna wygrana. I tak powinno być w każdej konkurencji. ### -Proszę pani.... Stara odwraca się gwałtownie. Okulary ma zamglone od parującej kawy. Uśmiecha się uprzejmie. -Tak, Adrian? Chłopak ogląda się za siebie i zamyka drzwi. Siada obok Starej. -Ja tu zostaję. Mam prawo decydować o tym, czy chcę być adoptowany!- broni się od razu swoimi prawami, zapamiętanymi z lekcji WOS-u. Stara patrzy na niego zdumiona. -Dlaczego?-„Jak to dobrze! Dobry wybór, Adrian!”- cieszy się w myśli. Adrian patrzy na nią niechętnie. -Uch- mówi- słyszałem pani rozmowę z moją matką. Stara kiwa głową z bladym uśmiechem. -Taaak, przyszła zobaczyć cię ostatni raz przed odjazdem. Musiała wrócić do pracy, mieszka daleko. I tak się złożyło, że zaczęłyśmy rozmawiać...No cóż. Przykro mi, że musiałeś tego słuchać.... Adrian przywołuje wypowiedziane wczoraj przez matkę słowa. Wciąż słyszy podniesiony i zdenerwowany głos matki. Słowa znów zadają mu ból; ale już nie tak wielki. -Nie martw się, twoje zdanie jest najważniejsze. Nie oddamy cię! - mówi Stara i przytula Adriana. Chłopak czuje się jak w objęciach matki. Ale nie swojej, tylko takiej prawdziwej. Pachnącej po prostu domem. Takiej, co zawsze jest blisko. To właśnie daje mu Stara. Wychodząc, Adrian wzdycha. Patrzy jeszcze raz na matczyną Starą i nie może znieść żalu, że nie jest jej synem. Jest najbliższą mu osobą.

PIĄTEK -Co na obiad?- Aleksander rzuca plecak i siada przed pięknie zastawionym stołem. Kucharka uśmiecha się do niego zagadkowo. Mówi coś do służących a ci wnoszą do jadalni srebrne tace, półmiski i filiżanki, najdroższe jakie wyprodukowano dotychczas, wypełnione cieczą niezidentyfikowanego koloru. -Homar! Pycha!- jęczy z radością Olek i zabiera się do jedzenia. Części upieczonego skorupiaka lądują mu w żołądku. Popija go herbatą(sprowadzaną z drugiego końca świata). Jest zadowolony. Kończy. Wstaje bez słowa od stołu, żadnego „dziękuję” czy pochwały. Patrzy z obojętnością na kucharkę i wychodzi. Jego pokój przypomina królestwo. Ściany są neutralne, białe z drobinkami złota. Olek ma własną łazienkę, trzy komputery, laptop, plamptop, Ipoda, komórkę I-phone, telewizor typu plazma, odtwarzacz i nagrywarkę DVD....a to i tak tylko niewielka część posiadanych przez niego sprzętów. Pokój jest ogromny; oczywiście to nie jedyne pomieszczenie Aleksandra. Posiada też drugi pokój, jest on jednak trochę mniejszy. Jest to jego sypialnia. Łóżko jest duże, wręcz ogromne, zasłane czystym jedwabiem. Rodzice Olka są znanymi producentami oprogramowania komputerowego. Choć mają twardego przeciwnika, „Windowsa”, zbili na swoim oprogramowaniu fortunę. Zaistnieli nie dawno, może z pięć, sześć lat temu. Mieli zamiar wysłać Olka do prywatnej szkoły, ten jednak uparł się, by iść do zwykłego, publicznego gimnazjum, tam, gdzie jego najlepszy kolega Zdzisiek. Olek siada na skórzanej kanapie w pokoju pierwszym( czyli tak zwanym „pokoju rozrywkowym”) i obejmuje wzrokiem całe pomieszczenie. „A pomyśleć, że jeszcze tak niedawno byliśmy zwykłymi, prostymi ludźmi...”- myśli ni to z żalem, ni to z radością. Czy to jednak powód do radości, gdy rodziców nigdy nie ma w domu? Są w nim jedynie gośćmi, przyjeżdżają czasami, zobaczyć syna. I znów jadą w podróż po całym świecie. Można by pomyśleć, że tak znani ludzie jak oni, nie będą mieszkać w prowincjonalnym miasteczku; może gdzieś w Ameryce, Nowy York, Waszyngton. Nawet Warszawa czy Kraków wydają się przy tak światowej konkurencji niczym. Rodzice Olka są jednak sentymentalni. Cała trójka zgodnie stwierdziła, że nie mogłaby żyć gdzie indziej, niż w małym miasteczku. To właśnie tu poznali się rodzice, pokochali i ożenili, znaleźli mieszkanie. To tu trudzili się początkowo w małej firmie komputerowej, zarabiając niewielkie pieniądze. To tu przyszedł na świat Aleksander. To tu wszystko się zaczęło i to tu wszystko się skończy. Aleksander włącza wieżę; pokój wypełnia się głośną, agresywną muzyką. Chłopak bierze laptopa i włącza go. Najszybszy mobilny dostęp do Internetu budzi się do życia. Oprogramowanie we wszystkich komputerach, które są w domu (około siedmiu), jest oczywiście to, stworzone przez rodziców. Proste w użyciu ale funkcjonalne z wieloma interesującymi dodatkami. Aleksander zna każdy szczegół tworzenia „FreeFast’a” , jak nazwali rodzice swoje oprogramowanie. Nie ma on dla niego tajemnic. Klik, klik, klik. „Zdzichu jest dostępny”- miga podłużny pasek u dołu ekrany. Po chwili na jego miejscu pojawia się napis „Zdzichu przesyła wiadomość” z pomarańczową kopertą. Adrian kilka w nią.

Zdzichu (15:56:08) Co tam, stary? Ja tylko na chwilę, zaraz muszę iść pomóc rodzicom. Krowę sprzedajemy.

Olek (15:57:15) Uhm, spoko. Gruchę?

Zdzichu (15:57:35) No, Gruchę. Biedna Grucha....pewnie kiedyś ją zjem, a nie będę nawet o tym wiedział.

Olek (15:58:13) Hm, no! Ale lajtowo, dziś piątek!

Zdzichu (15:59:50) Nie tak lajtowo, przynajmniej dla mnie. W weekend muszę pomagać rodzicom przez cały dzień. Żal! To ja już wolę budę. Przynajmniej nie będę w sobotę taki padnięty.

Olek (16:00:38) Przynajmniej masz co robić. A ja znów będę się nudził. Cały dzień.

Zdzichu (16:01:02) Uhm, zamień się, wiesz?! Z chęcią trochę odpocznę. Ja spadam. Narka!

Olek zatrzaskuje z hukiem matrycę laptopa. Całe popołudnie w towarzystwie sprzętów elektronicznych. Niezbyt kusząca perspektywa. Chłopak wzdycha i rozkłada się na kanapie. Pragnie, by rodzice przyjechali i się nim zajęli. Posłuchali o tym, co dzieje się w szkole. Opowiedzieli coś o swoich podróżach. Ale ich nie ma. Są jak zawsze nieobecni. Czy to są jeszcze rodzice, czy już jedynie chlebodawcy? ### Wieczór. Marta pochylona nad zeszytem, coś pisze. Z pomieszczenia obok, kuchni płynie smutna muzyka, z salonu dobiegają odgłosy strzelaniny i przestraszone głosy. Normalna, codzienna mowa domu, która wtapia się w tło i jest obowiązkowym elementem. Dzwoni telefon. Marta sztywnieje. Zawsze boi się, że ktoś będzie kazał jej odebrać, albo, że telefon będzie do niej. Odbiera matka. -Martusia, do ciebie!- woła i natychmiast wraca do kuchni, przygotowywać kolację. Dziewczyna na nogach jak z waty podchodzi do telefonu. Serce bije jej jak szalone. Któż mógłby do niej dzwonić? -S-słuch...am?- duka. -Yyy...To ja, Mariusz. „Mariusz? Mariusz Furtka? Ale po co on do mnie dzwoni?” -....Cześć...- mówi cicho, speszonym głosem. -Hm, mam taką propozycję....Wpadniesz do mnie jutro?!- wyrzuca z siebie słowa, w obawie, że za chwilę mógłby zrezygnować z wypowiedzenia ich. „?!” -.....ee…ee...- Marta jest tak zdziwiona, że nie może wydobyć z siebie głosu. -No, wiesz....Bo...Moglibyśmy się trochę po-uczyć? Jeśli nie chcesz, to powiedz od razu!- mówi szybko Mariusz. -Nie, jasne, wpadnę! Będę o szesnastej!- mówi z nagłą pewnością siebie Marta- To do jutra! Cześć! Odkłada słuchawkę i czuje w sobie nagły przypływ radości. Podśpiewując sobie pod nosem wraca do pokoju i wraca do zapisywania swoich przeżyć i przemyśleń w zeszycie.

Mariusz zaprosił mnie do siebie! Będziemy się uczyć....? Wątpię! Czuję się niemal tak wartościowa jak Angelika! Mogę góry przenosić! Co też chłopak może uczynić! Zwykły, nieśmiały Mariusz, a jak poprawił mi humor!

TYDZIEŃ DRUGI PONIEDZIAŁEK Kolejny tydzień wita ich mrozem i śniegiem. Wydawałoby się, że słoneczna pogoda pozostanie już zawsze. Tymczasem wybredny luty zaskakuje ich ziąbem. „To był najgorszy weekend w moim życiu”- stwierdza Celina i poprawia torbę na plecach. Czapkę ma nasuniętą prawie na oczy, szalik ciasno więzi jej usta. Czuje się jak prezent- pięknie opakowana, a w środku....niespodzianka? Tak. Dziecko jest niespodzianką. Celina nie wie jakiej jest płci- lekarz to powiedział? Może. Ale Celina nie zarejestrowała jego słów, była w zbyt wielkim szoku, zbyt zajęta myśleniem o dziecku. Weekend. Wydawałoby się, że na sam dźwięk tego słowa, młodzież krzyczy z radości. Wolność. Luz. Zabawa. Nie dla Celiny. Przynajmniej nie teraz. Sobota i niedziela minęła jej na krzykach i pretensjach rodziców. Na szczęście w końcu się z tym pogodzili i zostawili jej wybór- może donosić albo usunąć ciążę. Obiecali też, że jeśli zechce urodzić dziecko, pomogą jej. W końcu jest ich córką i ją kochają. Wciąż nie wie. Może jeszcze usunąć dziecko. Może, ale....czy chce? „Mam wrażenie jakbym była jednym wielkim znakiem zapytania. Ale kto jest odpowiedzią...?”- myśli. Zza pustych, nagich drzew widać zarys szkoły. Swoją szarością wtapia się w tło; ciemne od chmur niebo, nijakie drzewa, codzienna szarość i brud miasta. Jest niepozorna, lecz kryje w sobie wiele uczuć, zmartwień, miłości i nienawiści. Kłębią się w niej wszelkie gatunki młodzieży, a najlepszym na to dowodem jest III d. Z bocznej uliczki wychodzi Paulina. Jest sama. Rude włosy związała w koński ogon. Wiatr targa jej włosy pobielałe od śniegu. Uśmiecha się uprzejmie do Celiny, czeka aż dziewczyna dojdzie do niej i przyłącza się do krótkiej wyprawy do szkoły. -Jak minął weekend?- pyta, a radość aż emanuje od jej twarzy, rozświetlając wszechobecną szarość. Jest jak egzotyczny kwiat, który natychmiast wyróżnia się z tłumu nijakich roślin. „Od dziś nienawidzę tego pytania. Aż dziw, że sama je kiedyś z taką lubością wypowiadałam”- myśli Celina. -Uhm, całkiem...całkiem...nieźle- duka. -A mi świetnie! Wyobraź sobie, że...- mówi z zapałem. „Uch, trzeba być brutalnym” -Yhy, to na pewno bardzo ciekawe, ale nie obraź się, jakoś nie mam ochoty słuchać zabawnych historyjek Paulina patrzy na nią zdziwiona. -Uuu, sorry- przeprasza niemrawo- właśnie zauważyłam, że od wtorku jesteś jakaś...smutna? Celina patrzy dziewczynie w oczy. „Zaufać jej? Wprawdzie nie jest moją przyjaciółką, zwykłą koleżanką, ale...” -....w ciąży- mówi tak cicho i szybko, iż wątpliwe jest, że Paulina usłyszała jej słowa. -Co? Możesz powtórzyć?- prosi dziewczyna. Zatrzymują się pod drzwiami szkoły. -Cholera, w ciąży jestem!- Celina nagle zła, wyrzuca z siebie słowa nadzwyczaj głośno. Paulina przestraszona wybuchem zwykle spokojnej i rozważnej dziewczyny, cofa się odruchowo. Celina zaciska powieki i po paru sekundach otwiera je. Parę osób z III d patrzy na nią. Celina czuje łzy wściekłości pod powiekami. Kolejno Aleksander, Marta i Mariusz, Andrzej, Adrian i Wanda patrzą na nią, oniemiali. „Dlaczego ona to zrobiła?! Teraz będą wyzywać ją od dziwek!”- myśli Wanda w szoku. Kilka osób z pozostałych klas, zatrzymuje wzrok na Celinie by po chwili wzruszyć ramionami i zapominając o jakiejś trzecioklasistce w ciąży, zejść do szatni. -Wow!- mówi zdumiony Aleksander. Po chwili czuje na sobie wściekły wzrok Celiny, patrzy na łzy płynące ciurkiem po jej twarzy. Jest mu jej żal- Nikomu nie powiem! Słowo! Andrzej wzrusza ramionami. -Spoko. Gęba na kłódkę.- mówi i żartobliwie przejeżdża sobie dłonią po ustach, udając, że zamyka je na kłódkę. Wanda patrzy ciepło na przyjaciółkę. -No chyba wiesz, że nikomu nie powiem!- mówi przyjaźnie. Celina próbuje unieść kąciki ust w górę; chce się uśmiechnąć. Wychodzi jednak dziwny grymas. Adrian spuszcza wzrok. Nic nie mówi. Przypomina sobie słowa matki, wtedy, w środę wieczorem. „Miałam usunąć ciążę, ale skąd miałam do cholery kasę wytrzasnąć?!” brzęczy mu w głowie. Nie jest w stanie myśleć o niczym innym. Powie o tym Celinie. Powie, ale nie teraz. Nie przy wszystkich. -Spoko- mówi cicho smutnym głosem i schodzi po schodach do szatni. Celina wzdycha, ociera łzy rękawem kurtki i uśmiecha się, tym razem z śladowymi oznakami optymizmu. Zatrzymuje wzrok na Marcie i Mariuszu- dwójce najbardziej nieśmiałych ludzi z III d. -Wiem, że wy nikomu nie powiecie- mówi do nich z ufnością. Marta i Mariusz są dobrymi ludźmi, po prostu są mniej pewni siebie, niż inni. Wolą poczytać książkę niż iść na imprezę. Nie wiedzieć czemu, za swoją małomówność i brak jakiejkolwiek przebojowości, są gardzeni przez klasę. A przecież to po prostu ich sposób na życie, tacy już są. Celinie jest głupio; przypomina sobie, jak śmiała się z nich razem z innymi. Teraz, patrząc w ich twarze, przyozdobione szczerymi, miłymi uśmiechami, żałuje, że nigdy nie próbowała ich poznać. „Może jeszcze zdołam nadrobić te straty?”- myśli z nadzieją. Wanda wsuwa rękę pod ramię Celiny i ciągnie ją w dół, do szatni. Paulina biegnie za nimi. -Nikomu nie powiem! Przysięgam!- obiecuje solennie, a na jej twarzy maluje się skrucha. Czuje się winna, za to, że Celina w złości wykrzyczała te słowa. „Ale z drugiej strony- myśli chłopczyca- za co miałaby się zdenerwować? Może byłam zbyt nachalna?” Celina kiwa głową wolno. -O czym nikomu nie powiesz?! Dziewczyny obracają się. Za nimi stoi Maryśka. „O Boże- myśli przestraszona Celina- chociaż to moja przyjaciółka- nie powiem!” -No, mówcie! Nie będziecie chyba mieć tajemnic przed przyjaciółką? A może to coś o mnie? Obgadywałyście mnie?!- mówi Maryśka i już gotowa jest się obrazić. -O Boże! Jak zawsze szukasz dziury w całym! Po prostu planujemy iść po szkole zapalić! A to powinno zostać tajemnicą- jeszcze wyda nas jakiś kabel- tłumaczy Wanda z obojętną miną. „Dzięki Bogu- Celina czuje, jak kamień spada jej z serca- że mam za przyjaciółkę utalentowaną aktorkę!” ### Aniela wygląda jakby była chora. Blada twarz, podkrążone oczy i jakby mniej opięty na okrągłym brzuchu sweter. -Mój Boże, Aniela!- krzyczy na jej widok Renata i aż łapie się za serce. Aniela tymczasem chwyta ją za kościste ramię i pociąga przyjaciółkę ku sobie. -Od wtorku jem bardzo mało- tylko jogurty i owoce!- szepce podnieconym głosem Aniela- Do tego ćwiczyłam; codziennie sto brzuszków. Co drugi dzień chodzę na basen! Pływam, póki tchu mi nie braknie. Renata, kiedy dziś rano weszłam na wagę, zobaczyłam, że jestem lżejsza o jakieś kilo! Może nawet więcej, bo z tej radości nie patrzyłam za bardzo na wyświetlacz… Renata drży. Patrzy na Anielę. Efekty już widać. Choć dżinsy nadal opinają uda, a ciasny sweter uwypukla lekko zaokrąglony brzuch, widać, że trochę jej ubyło. Renata czuje dziwny ból w sercu. Przyjaciółka traci to „coś”. Może to ta dziwna sympatyczność i ciepło, które emanowały od Anieli, dzięki jej krągłościom. „Takie kościotrupy jak ja, są przecież odrażające, a tacy ludzie jak Aniela sprawiają sympatyczne wrażenie. Nie wiem, dlaczego ona chce się tego pozbyć!”- myśli ze smutkiem Renata. Katarzyna Czarnecka wchodzi zamaszystym krokiem do sali. -Dzień dobry- mówi. Młodzież z jękiem podnosi się, by natychmiast opaść na twarde krzesła. Nauczycielka kładzie z hukiem dziennik na biurko, torebka ląduje na krześle. Katarzyna przeszywa ich wzrokiem. -Dobrze wiecie, że zbliża się marzec. Cisza. Andzia piłuje paznokcie. Ktoś pisze SMS. Celina z posępną miną, wpatruje się w miejski krajobraz za oknem. Michał śmieje się. Godzina wychowawcza. Zwykle na niej tak bywa. Nauczycielka wzdycha i poprawia sobie fryzurę. -Marzec. Halo?! Wszyscy już zapomnieli, że w marcu jedziemy na wycieczkę? Ożywienie. Spora cześć klasy spogląda z ciekawością na nauczycielkę. Kilkoro osób ta informacja w ogóle nie interesuje. Katarzyna sięga po jakiś papier. Przebiega po nim wzorkiem. Odkłada go. -Chodzi o to, że chyba nie pojedziecie, ponieważ.... Głośny jęk zagłusza dalsze słowa nauczycielki. Niema radość emanuje między innymi od Marty. Na ostatniej wycieczce, czuła się beznadziejnie. Powszechnie wiadomo, że wycieczki czy zielone szkoły, są tylko po to, by przez parę dni pobyć z dala od rodziców, obowiązków i narzekań a pożyć z przyjaciółkami czy kolegami; przecież rozróby i głośne rozmowy są właśnie w nocy, nie w dzień, ponieważ nocowanie ze znajomymi zdarza się tylko na wycieczkach. Nocowanie w domu któregoś z kolegów czy koleżanek, nie daje pełnej swobody- przecież wciąż gdzieś tam czuwają rodzice. Na każdej wycieczce jest problem; z kim w pokoju ma mieszkać Marta? Kończy się to tym, że dziewczyna siedzi cicho i zajmuje się sobą, a współlokatorki ignorują ją. W nocy oczywiście nie może zasnąć, nie pozwalają jej na to głośne piski i rozmowy. Marta nie chce jechać na wycieczkę. Wie jednak, że jeśli ona odbędzie się, to pojedzie. Jej rodzice mają świra na punkcie integracji Marty z rówieśnikami. Oczywiście najgłośniej jęczy Andzia. Na każdej wycieczce chodzi po ośrodku w kusej koszuli nocnej, która, rzecz jasna, prześwituje i ukazuje wszystkim każdy centymetr smukłego ciała Andzi; włącznie z cieniutkimi stringami. Oczywiście wzbudza tym wielkie zainteresowanie już nie tyle osób z klasy, które zdążyły ja poznać, a obcych ludzki spoza III d. Każdy chyba pamięta (a zwłaszcza wychowawczyni, która najadła się przez nią wstydu) jak Andzia zniknęła gdzieś nocą z młodziutkim recepcjonistą, najwyżej dziewiętnastoletnim. -Ale dlaczego nie pojedziemy?!- pyta ktoś. Katarzyna uśmiecha się z ironią. -Czyżbyście już zapomnieli, że trochę za dużo narozrabialiście? Jak na komendę, wszystkie oczy kierują się na Hadama. Nikt nie miał się dowiedzieć o wypadku, ale, jak to zwykle w klasie bywa, wiedzą już wszyscy. -A-a jeśli od teraz będziemy grzeczni, to pojedziemy?- pyta z nadzieją Ilona. Nauczycielka wybucha niepohamowanym śmiechem. Ktoś krzyczy coś o żółtych papierach. Grupka uczniów z tyłu, śmieje się z Katarzyny. -W-wy?...! Grze-eczni...?!- śmieje się kobieta- przykro mi, zawsze tak mówicie, wybałuszacie te swoje „niewinne” oczka i rada pedagogiczna jakoś się zgadza. A później znów wariujecie, rozrabiacie aż powstrzymać was nie można! Cisza. Ktoś udaje, że płacze. Daniel jęczy żałośnie. Michał wlepia swoje błękitne oczy w Katarzynę. Przybiera minę typu „zraz się rozpłaczę”. Katarzyna choć zna go bardzo dobrze, rozczula się. -No dobrze. Porozmawiam z radą pedagogiczną- wzdycha w końcu, widząc przygnębienie panujące w klasie- Zostało równo dwa tygodnie do wycieczki. Jeśli cokolwiek nabroicie, pójdziecie na wagary, pobijecie się, w ogóle wszystko za co można dostać punkty ujemne- nie jedziecie! A zwracam się tu szczególnie do was- patrzy na Daniela, Michała i Hadama. Klasa huczy z radości. -Kochamyy paniąąa!- jęczy Michał i posyła nauczycielce całusa, podsycając atmosferę. Wszyscy ryczą ze śmiechu. Daniel w nagłym przypływie radości, całuje Paulinę. W Andzi wzbiera wściekłość. Nie zastanawiając się nad tym co robi, podchodzi do rozmawiającej już pary i mówi, niby to obojętnie: -Paula, bierzesz ze sobą Wiktora? Wiktor. Właśnie, Wiktor. Były Pauli. Chodzili ze sobą kilka miesięcy. Dlaczego zerwali? Tego nie wie nawet sama Paulina. Lubiła go, ale...ale nie kochała. Sam się napatoczył, zabiegał o nią. Romantyk. Nie mogła mieć Daniela, postanowiła zadowolić się Wiktorem. Świetny chłopak. Czasami wściekała się na samą siebie, dlaczego nie potrafi go pokochać. Teraz, słysząc jego imię, blednie. Przypomina sobie o nim. -No więc? Wydawał się taki szczęśliwy, kiedy wczoraj całowaliście się na przystanku- rzuca na ślepo Andzia. Paula patrzy na dziewczynę. Serce bije jej jak szalone, kiedy widzi na jej twarzy satysfakcję a na twarzy Daniela- wściekłość. -To dlatego nie mogłaś wczoraj się ze mną spotkać?!- rzuca gniewnie i zrywa się z ławki; brzęczy dzwonek. Paula uderza lekko głową w ławkę. Jest wściekła na siebie i Andzię. „Cholera, skąd ona wie, że wczoraj nie spotkałam się z Danielem?! HEEEELP! Ona chce nas zniszczyć!”- myśli. Niemrawo podnosi plecak z podłogi, stoi chwilę nad ławką. Ktoś ją popycha w stronę drzwi. Nie oglądając się za siebie, rzuca się w pościg za chłopakiem. ### Sklepik jest sercem szkoły. To tu uczniowie pobierają energię do kolejnych lekcji, naprędce kupują zeszyty, ołówki i inne przybory szkolne. Bez sklepiku szkoła byłaby dziwnie pusta i niemrawa. Za ladą stoi Barbara z Leną. Z chęcią zgłosiły się do poświęcania przerw na sprzedawanie wygłodniałym uczniom tony chipsów, litry pepsi i innych, chętnie kupowanych produktów. Kiedy przerwa sięga piętnastu minut, dziewczyny nie mają spokoju. Czasami pomaga im nauczyciel (od matematyki, oczywiście) i mają lżejszą pracę. Przekonały się jednak na własnej skórze, że sprzedawca to nie jest ich wymarzony zawód. Ciągłe i szybkie liczenie pieniędzy, nawet dla nich, nie najgorszych z matematyki, jest koszmarem. Często wynikają pomyłki, nie zawsze w przeliczaniu reszty. Przy sklepiku toczy się całe szkolne życie, więc kłębi się tam tłum uczniów. Nie zawsze resztę oddaje się tej osobie, co trzeba, bo ta już odeszła, zapominając o pieniądzach. Takim sposobem reszta trafia czasami do kolejnego klienta. W panującym hałasie, trudno jest zrozumieć słowa konsumenta, który złości się, kiedy podaje mu się niechciany produkt. Praca w sklepiku jest zdecydowanie męcząca! -Lena, widziałam wczoraj twoją mamę i....- mówi Barbara. Dziewczyna sztywnieje. Dwie paczki chipsów wypadają jej z rąk. Nabywca chipsów niecierpliwi się i krzyczy coś. Lena nic nie słyszy, prócz słów Basi. -Moją mamę i kogo?- pyta bezbarwnym tonem. Baśka obsługując kolejnego ucznia, odwraca głowę i rzuca: -I takiego faceta, nie znam go. Trzymali się za ręce. A później, to i całowali. To już ponad siły Leny. Zostawia chipsy na podłodze, zostawia Barbarę i biegnie na oślep; musi zdążyć do łazienki. Nie rozpłacze się. Nie rozpłacze się, tak przy wszystkich.

-Lena, widziałam wczoraj twoich starych- mówi Barbara. Lena uśmiecha się i wrzuca resztkę kanapki do ust. -Trzymali się za ręce. A później całowali. Twoi starzy są niezwykli. Moi żrą się cały czas. A twoi, gruchają sobie jak dwa szczęśliwe gołąbeczki. Szczęściara. Lena w duchu skacze z radości. Obejmuje Barbarę i mówi pocieszająco: -Hej, to tylko przejściowy okres, później będzie dobrze. Przestaną się kłócić. Barbara wywraca oczami. -Jasne, jasne- rzuca ironicznie- chodźmy do sklepiku! Dziewczyny, jeszcze pierwszoklasistki podrywają się z podłogi i w podskokach biegną do sklepiku. ### Daniel opiera się o zimną ścianę. Jest wściekły, ale i czuje w sobie żal do Pauli. Dziewczyna stoi tuż obok niego. Mówi coś, przymyka niewinne oczęta, to podnosi je na chłopaka. Widząc brak reakcji, potrząsa nim za ramiona. -Daniel! Powiedz coś! Chłopak spogląda na nią. Na swoją Paulinę. Tę, w której zakochał się na początku pierwszej klasy. Rumiane policzki, wielkie, błękitne oczy i rude jak ogień włosy. JEGO Paulina. Teraz wydaje mu się jakby brzydsza od popełnionego czynu. -Nie wierzyłbym Andzi, gdyby nie to, że wczoraj rzeczywiście nie mogłaś się ze mną spotkać- rzuca obojętnym tonem. Paulina zwiesza głowę i odwraca się twarzą do ściany. Opiera się o nią. Nagle zwija dłoń w pięść i uderza nią z całej siły w ścianę. Odskakuje nagle, porażona bólem. -Cholera!- szepce sama do siebie i dmucha na powstałą od chropowatego tynku ranę. Daniel widząc krew, wyciąga chusteczki i delikatnie przykłada jedną do rany Pauliny. -Widzisz co sobie zrobiłaś, głuptasie?- mówi z troską, patrząc jej w oczy. Nieruchomieją. -Daniel, ja naprawdę nie byłam wczoraj z Wiktorem. Nie widziałam się z nim od przeszło roku, bo on uczy się w innym mieście, niż my. Nie będę cię wiecznie przekonywać- wierz, komu chcesz. Ale to jasne, że Andzia chce nas zniszczyć, bo ją rzuciłeś. Nie widzisz tego? Wszystko co złe, przyjdzie od Andzi. Jeśli kiedykolwiek się rozejdziemy, to tylko przez nią. Chyba, że będziemy silni. I będziemy sobie ufać. Naprawdę ufać- patrzy mu w oczy. -Ale ja naprawdę ci ufam, naprawdę…Głupi byłem i tyle, że uwierzyłem tej…tej…- Daniel dostrzega całą sprawę w innym świetle i przypomina sobie sytuację, kiedy Andzia mściła się na pewnej dziewczynie ze szkoły. Paulina najpierw kładzie mu palec na ustach, później już całuje. -Możemy poudawać, że jesteśmy wielce na siebie obrażeni- może Andzię to usatysfakcjonuje i przestanie próbować nas zniszczyć- mówi Paulina i widząc aprobatę w oczach chłopaka, przybiera obrażoną minę. -Ale tylko dziś! Nie wytrzymam dłużej, bez buziaka!- zastrzega cicho chłopak. -Wiesz co? Ja też- daje mu szybkiego całusa, po czym odchodzi „obrażona”, na odchodnym jeszcze puszczając mu oczko. ### -Celina.... Dziewczyna zatrzymuje się. Ogląda się do tyłu, by znaleźć właściciela głosu. W końcu po stromych schodach prowadzących do szatni, wychodzi Adrian z zatroskaną miną. Celina nie może ukryć zdziwienia; cóż to ten człowiek ma jej do powiedzenia? Nigdy specjalnie się nie przyjaźnili; zwykli kumple, ot co. Czeka aż podejdzie do niej. Stoją, mierząc się spojrzeniami. -Jesteś w ciąży.... -Tak i co z tego?- ironia i złośliwość kapią z ust Celiny. -Nie usuwaj ciąży- prosi Adrian. -A kim ty jesteś, żeby dawać mi takie rady?!- dziewczyna jest wściekła. -Jestem niechcianym dzieckiem. Gdyby moja matka miała pieniądze, usunęłaby ciążę. A że ich nie miała, znalazłem się na tym świecie. I choć nie chce mnie własna matka, mam przyjaciół i Starą. I jestem szczęśliwy. Nie odbieraj tego swojemu dziecku. Odchodzi. Celina stoi z otwartymi ustami. Wie, że Adrian jest z domu dziecka. Wszyscy chyba to wiedzą. Ale powód jego znalezienia się w domu dziecka, pozostał tajemnicą. Do dziś. Ktoś szturcha dziewczynę w ramię. -Celinka! Ziemia do Celinki!- mówi Darek, siląc się na dobry humor. Dziewczyna obraca powoli głowę ku niemu. Patrzy mu prosto w oczy z nagłą twardością i pewnością. -Nie usunę ciąży. Darek jest zdumiony. Lustruje ją wzorkiem. -Kochanie, na takie decyzje, mamy jeszcze czas. Rozważ najpierw wszystkie za i przeciw, dopiero później zdecydujesz, co zrobisz z dzieckiem. Na pewno jeszcze sto razy zmienisz zdanie. Splata jej palce ze swoimi i ciągnie w stronę bram szkoły. „O nie. Ja jestem już tego w stu procentach pewna. Urodzę dziecko, czy tego będziesz chciał, Dareczku, czy nie.” ### Wanda rzuca się na łóżko zasłane różową pościelą. Mówi do wyłączonego telefon wyuczoną scenę. -Tak, jasne. Ona poszła… -STOP! Wanda wywraca oczami i schodzi z łóżka. -Co znowu zrobiłam źle?- rzuca pytanie. Krzątanina. Kamery przemieszczają się. Ktoś coś krzyczy. Do Wandy podchodzi reżyser. -Nie tak! Rób to z uczuciem, z uczuciem dziewczyno!- krzyczy. Powtarzają tę scenę chyba siódmy raz. To Wanda źle pada na łóżko, to brakuje uśmiechu, to dzieje się coś niezaplanowanego, jak poduszka spadająca z łóżka. Zalega cisza. Wanda ponownie rzuca się na łóżko. Myśli o najwspanialszych rzeczach, jakie zdarzyły się jej w życiu. Na jej twarzy pojawia się szczery uśmiech. Przezwycięża zmęczenie i wczuwa się w rolę swojej bohaterki, Sandry. -Tak, jasne. Ona poszła na wykłady. Powinna zaraz wrócić- w ułamku sekundy, próbuje przypomnieć sobie kolejny tekst. Coś miga jej w pamięci- A kiedy....kiedy ty- tu rzuca na oślep-…a kiedy ty do niej zadzwonisz? Co jest oczywiście kompletnie bez sensu, bo pytanie miało brzmieć: „A kiedy ty w końcu wybierzesz się na wykłady? Zawalisz studia jak nic!”. -STOP! Źle. Znowu. Wanda z westchnieniem wstaje z łóżka i z pokorą zwiesza głowę. Reżyser krzyczy, mówi jej jak powinna brzmieć jej kwestia. -....Przez ciebie nigdy nie skończymy tej sceny!! Ciągle robisz coś źle!!- wrzeszczy wściekle reżyser. Wanda patrzy mu w oczy wyzywająco. -Teraz- w jej głosie brzmi pewność siebie- teraz będzie dobrze. I po raz kolejny rzuca się na łóżko i wypowiada swoją kwestię. Wszystko robi dobrze a nawet lepiej; czuje się, jakby na prawdę była Sandrą, jakby słowa, które mówi, były wymyślone przez nią, nie przez scenarzystę. Ekipę filmową widzi jak przez mgłę. Nagle wyimaginowany pokój, sklecony z paru cienkich ścianek, wydaje jej się naprawdę pokojem Sandry. Hałaśliwie i monotonne, acz w końcu radosne „STOP!” przywołuje ją do rzeczywistości. Reżyser z wielkim uśmiechem podchodzi do młodej aktorki. -Dziewczyno-mówi niemal ze wzruszeniem- byłaś niesamowita! Wanda z niespotykaną dotąd radością, słucha chciwie jego słów. Czuje jak szczęście rozpiera jej serce. -...Będziesz w przyszłości znakomitą i uznawaną aktorką!- mówi szczerze reżyser i klepie ją delikatnie po plecach. A Wanda resztką sił powstrzymuje się, by nie rzucić się swojemu pracodawcy na szyję, w podzięce za tak ciepłe (i szczere) słowa. ### -Anielko? Anielko! Dziewczyna ćwiczy. Pot zalewa jej oczy. Przeszkadza jej to, ale musi ćwiczyć. Nie może przerwać. Jeśli przerwie, wszystko pójdzie na marne. Od zeszłego tygodnia, każdą wolną chwilę poświęca ćwiczeniom. Czuje jak chudnie. Może nie widać jeszcze bardzo drastycznych zmian, przecież jest na diecie od niecałego tygodnia. Sto. Aniela wstaje, chwyta ręcznik i wyciera nim zmęczone czoło, po czym otwiera drzwi do pokoju. Matka patrzy na nią z niepokojem. Tak samo jak Renata widzi, że córka jest jakby ciut chudsza, choć nadal ma swoje „krągłości”. -Anielka... Wchodzi. Siada na łóżku, po którym walają się różnego typu pisemka o diecie. Aniela jednym ruchem zrzuca je z łóżka i wkopuje pod nie. Patrzy na zegarek. Pozwoliła sobie na za długą przerwę. Pada na podłogę i robi pompki. -Aniela, przecież ty nienawidzisz ćwiczyć....!- mówi rozpaczliwie matka. Dziewczyna nie przerywa ćwiczeń. -Ale...ychu...polu....ychu...biłam...- odpowiada, dysząc. Matka schyla się i wyciąga spod łóżka gazetę. -Na domiar złego, mało jesz. Bardzo mało. Nic. I nie mów, że dalej jest ci albo niedobrze, albo nie jesteś głodna! Aniela z chęcią przestałaby ćwiczyć i spojrzała matce w oczy. Jednak nie przerywa. Dalej robi pompki. -PRZESTAŃ, CHOLERA, ĆWICZYĆ I SPÓJRZ NA MNIE!!- wrzeszczy matka. Aniela ma przed oczami ciemne mroczki. W głowie jej szumi. „Może jednak przesadziłam dziś z tymi ćwiczeniami. Odkąd wróciłam ze szkoły, tylko ćwiczę, a jest już wieczór. I co ja zjadłam? Dwa jabłka. I kiwi”- myśli i siada na podłodze. Ciężko dyszy. Z trudem podnosi głowę, by popatrzyć na matkę. Ale ona już podniosła się i stoi przy drzwiach. -Jeśli będziesz chciała porozmawiać, przyjdź. Widzę, że dziś nic z ciebie nie wciągnę. Wychodzi. Drzwi wydają głuchy trzask. Aniela kładzie głowę na łóżku. Jest takie miękkie i przyjemne....Zmęczone mięśnie domagają się odpoczynku. Ręka dziewczyny, bezwiednie opada wzdłuż ciała. Aniela nie ma siły ruszyć żadną kończyną, a co dopiero wstać i położyć się do łóżka. Zasypia z ciałem w pozycji na wpół leżącej i z głową miękko ułożoną na pościeli. Niestety, nawet w objęciach Morfeusza nie zaznaje spokoju. Śni jej się jak ćwiczy, a ktoś lub coś nie pozwala przestać. Ćwiczy; to pompki, to brzuszki, to podnosi ciężary, pływa....ćwiczeniom nie ma końca. Budzi się zalana potem; zmęczona, jakby rzeczywiście ćwiczyła. Boli ją kark od niewygodnej pozycji. Spogląda na zegarek. Spała ponad dwie godziny. Resztkami sił, wstaje i zrzuca z siebie przepocone ubranie. Wkłada ukochaną piżamę i rzuca się na łóżko, by zaraz zapaść w kamienny sen; tym razem spokojny i kojący; śni jej się, jak siedzą z Renatą na czymś miękkim (Aniela nie wie, co to jest, ale jest to wygodne, miękkie i ciepłe; nie chce się z niego ruszać) i śmieją się z czegoś. Stare dobre czasy...Nikt nie wie, że mają nadejść gorsze. Trudne. Najgorsze ale i zarazem najpiękniejsze pół roku w młodzieńczym życiu.

WTOREK Słońce leniwie wtacza się na niebo i rzuca promieniami słonecznymi po całym mieście. Śnieg nadal zalega na chodnikach, polach, budynkach i roślinach, jednak przestał w końcu spadać z nieba; zastygł w niemym oczekiwaniu. Mocny wiatr zamienił się w lekki, ciepły podmuch. Miasto, jeszcze uśpione, spokojne i delikatne, wygląda jak z bajki. Ale bajka szybko miesza się z prawdziwym życiem. Już po chwili, pierwsze samochody toczą się po ośnieżonych ulicach, chodniki zostają pozbawione śniegu, a zyskują ciepło żółty piasek. Ludzie napływają z każdej strony; jeszcze przed chwilą, otuleni ciepłą kołdrą mieszkali w świecie snu; teraz, zmuszeni do pójścia do pracy, szkoły czy gdziekolwiek indziej, z pochmurnymi i zaspanymi minami podążają ku swoim celom.

Minęła siódma trzydzieści w radiuu zee-eet!

Kupujcie kawę zbożową marki....!

Chrapanie to już nie problem!

Jest Chrunchips, jest impreza!

Dźwięki telewizorów i radioodbiorników mieszają się ze sobą. Ludzie spragnieni czegoś pocieszającego, włączają maszyny z zniekształconym ludzkim głosem i wyczekują cierpliwie na sztucznie wesoły głos pięknej kobiety, która zapewni ich, że wszystko będzie dobrze. Po czym stawiają czoła kolejnemu dniu ich życia; będzie szczęśliwy czy może pechowy? Ktoś umrze, ktoś się ożeni, ktoś komuś pośle uśmiech? Nikt nie wie. I dlatego każdy z nas jest swojego rodzaju bohaterem, nie wiedząc, co nas spotka, idziemy przez życie, kolejny dzień, miesiąc, rok. Aż do śmierci. Niewielki czerwony samochód; jakiej marki? Chyba opel. Stoi w korku, który zbiera się przed stacją benzynową. Znów był wypadek. Nie minęła ósma, a ktoś już stracił życie lub walczy o nie za murami szpitala. Lena ze swoją matką siedzą właśnie w czerwonym oplu. Gdyby nie odgłosy ulicy; pokrzykiwanie policjanta, czyjś jęk na stacji, rozmowy ludzi w autach, zapanowałaby całkowita cisza. Matka i córka nie rozmawiają ze sobą. Głowa Leny jest nieustannie skierowana w prawo. Nie chce widzieć Gabrieli, co dopiero z nią rozmawiać. -I będziesz tak milczeć?- pyta zimno matka. Wzdycha i patrzy z niesmakiem na policjanta kierującego ruchem. Odpowiada jej pełna napięcia cisza. -A proszę bardzo. Nie chcesz, żeby twoja własna matka była szczęśliwa. Myślisz, że dla mnie to wszystko jest łatwe? Milczenie. Lena odsuwa szybkę w samochodowym oknie i wystawia głowę. Wiatr delikatnie muska jej włosy, podnosi pojedyncze kosmyki, by po chwili pozwolić im opaść już w całkiem innym miejscu. Słowa cisną się dziewczynie na usta. Chce, żeby matka je usłyszała a jednocześnie wie, że coś ją powstrzymuje. Matka uderza dłonią w kierownicę i patrzy z wściekłością na córkę. Po chwili Lena czuje na plecach czyjąś zaciśniętą dłoń. Szarpnięcie i z powrotem znajduje się w samochodzie. Zamyka okno i zmusza się, by spojrzeć na matkę. Patrzy na nią z pogardą i nienawiścią, po czym znów obraca głowę, by podziwiać to, co dzieje się za samochodową szybą. -Okej. Nie to nie. Samochód porusza się trochę do przodu i znów staje. -Pieprzone korki! Gabriela spogląda na córkę. Szesnastolatka…no, prawie. Ładna, kobieca choć jeszcze mająca w sobie dużo cech dziecięcych. Matka czuje nagły przypływ miłości, ale i żalu. Może rzeczywiście mogła poczekać ze Zbyszkiem...? Lena wciąż żyje wspomnieniami o ojcu... Gabriela pochyla się i mocno przytula dziewczynę. Córka sztywnieje. Matka zaciska swoje ramiona jeszcze mocniej. Nie jest to nieprzyjemne dla Leny, wręcz przeciwnie. Czuje to domowe ciepło, miłość i żal. Kładzie delikatnie dłonie na plecach Gabrieli, by już po chwili w odgłosach ulicy i popędzających samochodowych klaksonów, wraz z matką ronić łzy w mocnym uścisku. ### Piotrek ostrożnie stąpa po płytach chodnikowych. Omija te połamane-przynoszą pecha. Wciąż czuje pulsowanie w głowie, szwy nadal tkwią na jego czole pod wielkim plastrem. Idzie, modląc się o to, by chociaż ten tydzień okazał się bezwypadkowy. Patrzy w czyste, błękitne niebo. Z natury pesymista, widzi tam wielką śnieżną zamieć, która zapewne przybędzie w okolice niewielkiego miasta. Wzdycha. Czasem jest zły- na siebie? los? Boga? za te wszystkie wypadki. Nie jest gwiazdą szkoły czy nieśmiałym chłopcem, jak Mariusz- po prostu trzyma się ze swoją paczką i stara nie wychylać poza jej granice. Nigdy nie zrobił niczego złego, by los karał go w ten sposób- więc przywykł już do myśli, że po prostu ma pecha. Każdy rodzi się z jakimś talentem- on otrzymał dar pakowania się w różne wypadki. Tak jest i już będzie. Choćby nawet chciał to zmienić. Pcha mocno drzwi szkoły. Z wnętrza budynku, sieni, wydobywa się głośny jęk. Piotrek wchodzi przestraszony i widzi niską dziewczynę, trzymającą się za nos. Jęczy, a jęk ten jest bardzo zbliżony do płaczu. Pomiędzy jej palcami pojawiają się krople krwi. -O kurwa! Co ci się stało?!- krzyczy Piotrek. Dziewczyna uchyla powieki i chłopak widzi brązowe oczy, zza poświaty łez. -Psyfasoliłes mi dswiami!- mówi, nadal trzymając się za nos i jęcząc. Chłopak podchodzi do niej i najdelikatniej jak umie, obejmuje ją ramieniem wokół smukłej szyi: -Ja pierdolę, chodźmy szybko do higienistki! No i, rzecz jasna, przepraszam cię strasznie, ale takim już jestem pechowcem i jeśli ja sobie czegoś nie zrobię- pokazuje na plaster na czole- to kogoś skrzywdzę. No chodź, chodź. Dziewczyna schyla się i wyjmuje z kieszeni mundurka chusteczki. Przyciska jedną do nosa, a ta natychmiast pokrywa się ciemnoczerwoną cieczą. Idą. Uczniowie spoglądają ciekawie na to zjawisko. Piękna, krótkowłosa dziewczyna w objęciach niepozornego i pospolitego chłopaka. -Te, patrz tam- mówi Michał trącając Daniela. Chłopak z uśmiechem obserwuje Piotrka z nieznajomą. -No popatrz, nie dość, że chłopak po wypadku, no wiesz, te rany dodają podobno męskości- mówi ze śmiechem- to jeszcze zgarnął jakąś laskę. Obaj chichoczą i zarzucając na ramię plecaki pędzą w górę po schodach- na lekcję. ### -To dla ciebie. Pomyślałem, że ci się przyda- mruczy cicho Mariusz i wyciąga zaciśniętą pięść ku Marcie. Dziewczyna patrzy chłopcu w oczy. Od soboty zbliżyli się do siebie; nie są parą, nic z tych rzeczy. Przestali ignorować siebie i wszystkich w koło, zostali kumplami. Chłopak rozwiera pięść, na której leży spinka do włosów; nie jest jakaś droga, po prostu zwykła spinka koloru czerwonego. -B-bo, masz takie długie....- przełyka głośno ślinę- ł-łaa-aadne włosy. Dziewczyna stoi nieruchomo, czeka na jego ruch. Przymyka powieki i z lekkim uśmiechem wyczekuje. A Mariusz stoi bezradnie i zastanawia się, dlaczego Marta po nią nie sięgnęła. „Nie podoba jej się?”- myśli ze smutkiem i czuje, że się wygłupił. -Nie po-odo-ba ci się?- duka zawstydzony. Marta otwiera oczy i przysuwa się do niego. -Wręcz przeciwnie- mówi cicho- jest piękna. Mógłbyś- zbiera w sobie całą odwagę- założyć mi ją na włosy? Mariusz podchodzi bliżej. Oddech ma niespokojny. Drżącymi dłońmi zapina spinkę na kasztanowych włosach dziewczyny. Chce odsunąć się, ale Marta zaciska mu dłonie na ramieniu, wspina się na palce i całuje go w policzek. Zwykły, szybki cmok, a kosztował ją wiele wysiłku. -Y...yyy....cie-eszę się, że ci się podoba- mówi zawstydzony Mariusz i uśmiecha się. Marta czuje, jak nadal trzęsą się jej nogi. Jakimś sposobem wychodzi z pustej szatni, popędzana przez dzwonek. ### -Gratulacje! Wszyscy obecni! Cóż to się stało? Klasa uśmiecha się do wychowawczyni. -Staramy się jak możemy!- jęczy boleśnie Michał, rozśmieszając nauczycielkę i uczniów. -Dobra, dobra. Koniec żartów, zabieramy się do lekcji. Kto przeczytał wiersz Szymborskiej? Cisza. Parę nieśmiałych rąk podnosi się w górę. -Tylko tyle? Marta, czytaj. - Cebula Co innego cebula. Ona nie ma wnętrzności. Jest sobą na wskroś cebulą, do stopnia cebuliczności. Cebulasta na zewnątrz, cebulowa do rdzenia, mogłaby wejrzeć w siebie cebula bez przerażenia.

W nas obczyzna i dzikość ledwie skórą przykryta, inferno w nas interny, anatomia gwałtowna, a w cebuli cebula, nie pokrętne jelita. Ona wielekroć naga, do głębi itympodobna.

Byt niesprzeczny cebula, udany cebula twór. W jednej po prostu druga, w większej mniejsza zawarta, a w następnej kolejna, czyli trzecia i czwarta. Dośrodkowa fuga. Echo złożone w chór.

Cebula, to ja rozumiem: najnadobniejszy brzuch świata. Sam się aureolami na własną chwałę oplata. W nas - tłuszcze, nerwy, żyły, śluzy i sekretności. I jest nam odmówiony idiotyzm doskonałości.

Cisza. Każdy zajmuje się czym innym, byle nie lekcją. Nauczycielka siada na biurku i pyta: -No więc? Może mi ktoś powiedzieć, jak rozumie ten utwór? Celina wywraca oczami i odzywa się bez podnoszenia ręki w górę: -Chodzi o to, że my nigdy nie byliśmy, nie jesteśmy i nie będziemy idealni. Bo mamy umysł, serce i potrafimy mówić. A cebula jest niema. Nie posiada uczuć. Nie może nikogo zranić. A my, ludzie możemy. Katarzyna z wypiekami na twarzy, wpatruje się w tę niby niepozorną uczennicę. Celina obojętnie bazgrze po zeszycie do polskiego. -Trafiłaś w samo sedno, Celinko! Brawo! Plus z aktywności! Dziewczyna wzrusza ramionami. Wanda nachyla się do niej i szepcze: -No, no! W końcu postanowiłaś pokazać światu swoją miłość do literatury?

-Znowu piątka? A ja mam tylko tróję- jęczy Wanda- Rodzice mnie zabiją. -Za tróję?- Celina wpatruje się w kartkę z wypracowaniem na temat wiersza Poświatowskiej. -Tak, za tróję. Powiedzieli, że jeśli chcę iść na casting do tego nowego serialu, to muszę koniecznie mieć same piątki i czwórki, żadnej oceny niżej. Dla nich trója to tragedia- wywraca oczami-. Z polskiego szczególnie- patrzy na swoje wypracowanie, naznaczone grubo czerwonymi śladami- Chciałabym być z niego tak dobra jak ty- wzdycha. Celina czerwieni się lekko. -Każdy ma osobne uzdolnienia- ja rozumiem polski, a ty za to jesteś świetną aktorką- tłumaczy- jeśli chcesz, to mogę ci pomóc rozumieć wiersze. To naprawdę nie takie trudne, jak ci się wydaje. -E tam. Ty to wszystkie wiersze przerobiłaś już dawno. Ja nie rozumiem, jak można z własnej woli czytać coś, poza lekturami, ewentualnie książkami dla młodzieży! A co dopiero wiersze! -Bo ja- Celina puszcza jej oczko- jestem dziwna. -Wiesz co, moja dziwna przyjaciółko? Nie gadajmy już o polskim. Idziemy na lody? -Jeśli wstąpimy przy okazji do biblioteki, po nową książkę Meg Cabot. -No i w końcu gadasz do rzeczy! Meg Cabot, to ja rozumiem. Ahoj, Pamiętniku księżniczki! ### Ciepłe promienie słoneczne padają na sztalugi w pracowni plastycznej. Śnieg nadal się trzyma, choć ociepliło się lekko. Edwin mruży oczy i macza pędzel w zielonej farbie. Podnosi i już chce dotknąć nim sztalugi, kiedy słyszy za sobą czyjś stanowczy głos. -Nie. Nauczyciel plastyki stoi za nim i patrzy z uwagą na dzieło chłopca. Jest to ta sama kobieta, która powstała tydzień temu na pierwszej lepszej kartce. Teraz, kiedy rodzice zabronili mu malować „takie” obrazy, postanowił wykonać pracę w pracowni plastycznej, która zawsze jest otwarta dla zainteresowanych plastyką uczniów. Kropla zielonej farby kapie na umazany fartuch i spływa po nim, tworząc długą, zieloną linię wzdłuż ubrania. Edwin patrzy wyczekująco na nauczyciela. -Jest dobrze- komentuje ten i wraca do swojego kantorka. Kto wie, co on tam robi? Chodzą słuchy, że od lat maluje wielki obraz, na miarę Matejkowskiej „Bitwy pod Grunwaldem”. Oczywiście kantorek jest za mały, by pomieścić w sobie takie dzieło. Uczniom to oczywiście nie przeszkadza i z lubością przekazują plotkę z ust do ust. Edwin odsuwa się, by przyjrzeć się swojemu obrazowi. Maluje go od środy, codziennie zostaje godzinkę czy dwie po szkole. „Jest dobrze, ale....czegoś mi brakuje!”- stwierdza. Szkic jest wykonany w całości, nie brakuje mu pozornie niczego. Na płótnie widnieje już całe niebo; ale nic poza tym. Edwin maluje farbami olejnymi, nakładając na jedną, kolejną warstwę innego odcieniu błękitu. Tym sposobem niebo wygląda jak prawdziwe; w końcu Edwin jest mistrzem malarstwa swojego przedziału wiekowego. Nagle jego uwagę przykuwają uchylone drzwi od kantorka. Podchodzi bliżej i uderza go zapach farb. Już na palcach przesuwa się do drzwi. Widok zaskakuje go. Plastyk, przybrany w jasny fartuch, maluje. Edwinowi udaje się zobaczyć na obrazie portret; uśmiechniętą kobiecą głowę w modnym kapeluszu. W tle widnieją ciepłe kolory; czerwony, pomarańczowy i żółty. Edwin wycofuje się, zanim dojrzy go nauczyciel. Wraca do swojego obrazu i już wie, czego brakuje. Maluje kobiecie „niebiański uśmiech” dosłownie i w przenośni. Teraz postać na obrazie wygląda normalnie; nie jest już niema jak cebula szymborskiej. Zamknięte czarno- błękitne oczy, nos, brwi i włosy- chmury. Ręce swobodnie wyciągnięte ku wodzie, zmieszane z nią. I nogi wrośnięte, niby to naturalnie w ziemię. Jest idealnie. ### Zapach przepoconych ciał uderza w nos każdego, kto ośmieli się wejść na salę gimnastyczną. Trener lekkoatletyki- zwany potocznie Adidasem, opiera się o parapet i patrzy na zmaganie Bartka z płotkami. Jak zawsze, wszystko wychodzi mu idealnie. Kończy i nawet nie jest zbyt zmęczony- jedynie lekki jak wiosenny deszcz pot, pokrywa mu czoło. Podchodzi z uśmiechem do trenera. -Wiesz, że w czwartek odbędą się zawody lekkoatletyczne na stopniu wojewódzkim- przypomina Adidas- są cztery konkurencje- bieg krótko i średnio dystansowy oraz bieg przez płotki na sześćdziesiąt metrów i chód na dziesięć kilometrów. Ponieważ jesteś moim najlepszym uczniem, właśnie ty pojedziesz do Ciechocinka! Bartek nie może uwierzyć swojemu szczęściu. Marzył, żeby to jego Adidas wybrał, ale nie przewidział, że marzenie się spełni! Ściska dłoń trenerowi i zasypuje go gradem podziękowań. -Dobra, dobra! Ale masz zająć przynajmniej trzecie miejsce!- żartuje Adidas- a teraz idź się przebrać! Pisk adidasów połączony z radosnym śmiechem rozlega się w szatni. Trener uśmiecha się do swoich myśli i patrzy na zegarek. „Iwona już czeka z obiadem”- myśli i z niecierpliwością czeka, aż chłopcy opuszczą szatnie.

ŚRODA Zegarek pokazuje trzecią w nocy. Olek leży sztywno w łóżku. Nasłuchuje. -Mileńko! Przyciszony śmiech. Stukanie obcasów. Dzwonek komórki zagłusza dalsze słowa. -....śpi? Szkoda, bo... -Yes? -A może jednak pójdę do niego? -Good bay! Nice night! Och, sorry! Nice day! Olek najciszej jak potrafi schodzi po krętych schodach i wbiega boso do kuchni. A tam stoją jego rodzice; są niezwykle eleganccy. -MAMO!! TATOOO!!- krzyczy Olek i choć jest nastolatkiem, to jak małe dziecko tuli się do rodziców. Ostatnio widział ich jakiś miesiąc temu, a może nawet i dwa. -A to ty jeszcze nie śpisz? -Obudziłem się. Milena, kucharka Pędraków podaje im trzy szklanki wypełnione po brzegi gorącym mlekiem. Piją w milczeniu, po którym następuje seria pytań skierowanych, rzecz jasna, do Olka. -Jak się uczysz? -Eee....Uhm...Dobrze. -A dziewczynę to jakąś masz? -Ha ha ha, bardzo śmieszne! Nie. -Co tam u Zdziśka? -Krowę sprzedali. I na temu podobnych pytaniach mijają dwie godziny, po których Olek zasypia z głową na blacie, uśpiony cichą rozmową rodziców. Kiedy Morfeusz już prawie porywa go w swoje objęcia, do uszu Aleksandra dociera smutny głos matki: -Kiedy mu powiemy?! I głos ojca, silący się na spokój: -Może jeszcze wszystko się zmieni.... I zasypia. ### Pianie koguta wcina się w uszy Zdziśka i całkiem budzi ze snu. Chłopak chcąc nie chcąc wstaje i wkłada miękkie acz podniszczone kapcie. W kuchni matka przygotowuje śniadanie. Chleb z szynką i mleko. „Szkoda, że nie mogę jeść płatków kukurydzianych, jak każdy normalny nastolatek! Czuję się, jakby rodzice zostali w czasach swojej młodości i w ogóle nie szli z biegiem czasu! Cud, że w ogóle kupili komputer!”- myśli Zdzisiek i siada na zimnym, drewnianym krześle. -Trzymaj. Ino zjedz wszystko. A na obiad bedą kartofle z mlekiem- mówi matka wiejską gwarą. „Czy ona nauczy się kiedyś mówić?”- myśli i na złość matce odpowiada: -A tatę gdzie wywiało?- połyka kęs kanapki- Lajtowa szyneczka. Jedynie mleczko trochę za bardzo hot. Na twarzy matki występują szkarłatne plamy; znak, że jest zdenerwowana. -Proszę tu tak nie mówić! Jesteśmy w Polsce, nie Ameryce! -Wyluzuj, mum! -Zdzisiek! -Ja idę się ubrać, bo zaraz się spóźnię! Narka!- chłopak zrywa się z krzesła i pędzi do swojego pokoju, mijając się z zaspaną starszą siostrą. -O Czizas!- jęczy i pociera sobie czoło- Łeb mi pęka! -Trzeba było wczoraj nie pić ze Sławkiem!- szczerzy się Zdzisiek. Natasza patrzy na niego z wyższością. -Ja przynajmniej mogę pić i mam z kim! -Gdyby nie dowód stwierdziłbym, że masz najwyżej- udaje, że się zamyśla- czternaście? Piętnaście lat? No wiesz, gdybyś nie była taką deską do prasowania…- godzi siostrę w czuły punkt. Natasza zamachuje się, by go uderzyć, jednak zwinny chłopiec już jest w swoim pokoju. Ubiera się szybko i wychodzi, z niepokojem patrząc na zegarek. -Idź już, byle szybko! Ino kanapki nie zapomnij!- nakazuje mama i rzuca w niego opakowaną w papier śniadaniowy kanapką. Zdzisiek łapie ją zręcznie i wrzuca szybko do plecaka. -Z czym? -Z serem. Wychodzi. Słońce znów rzuca z nieba ciepłe promienie, acz nie dość ciepłe, by mógł stopnieć śnieg. „Jedyne co kocham w mieszkaniu na wsi, to te niezwykłe widoki!”- stwierdza Zdzisiek. Śnieg skrzypi pod jego ciężkimi, zimowymi butami, komponując z pianiem kogutów, ryczeniem krów i szczekaniem psów. Zdzisiek dociera na przystanek w ostatnim momencie; autobus już stoi wpuszczając do siebie pojedyncze osoby. Wbiega a drzwi zatrzaskują się za nim, skrzypiąc. Silnik rzęzi; maszyna ospale rusza z miejsca. ### Półki sklepowe są zapełnione po brzegi. Tomek przechadza się między nimi z zamiarem zwinięcia zwykłego rogala. „Wprawdzie mógłbym go kupić, ale po co niepotrzebnie wydawać pieniądze?”- myśli i ogląda się za siebie. Pusto. Chwyta rogalik i jednym, zwinnym ruchem wsadza sobie pod kurtkę. Trzyma ją przez materiał i z miną cierpiętnika udaje, że boli go brzuch. Idzie odpowiednio schylony, jęczy cicho, jednocześnie nie chcąc zwrócić na siebie uwagi. Sklep nie jest duży, nie posiada kamer ani ochroniarzy. Jedynym problemem są wścibscy ludzie. Pcha drzwi sklepu. Nikt się nim nie zainteresował. Skręca w stronę szkoły, podgryzając rogala. Słodka, czekoladowa polewa znika mu w ustach w pierwszej kolejności, następnie kęs po kęsie znika i rogal wypełniony czekoladowym nadzieniem. Oblizuje się, wyciera usta wierzchem dłoni i skręca w stronę jasnożółtego domu, czyli po prostu domu Darka. -No, stary! Przykro mi, ale nie ma mowy o wagarach! Musimy być grzeczni, inaczej urokliwa Kasieńka zabroni nam wyjazdu na wycieczkę- mówi swoim jak zawsze błazeńskim tonem Tomek. Darek z ponurą miną zarzuca teczkę na plecy. W oddali widać Andrzeja, który macha do nich. Czekają na niego i cała trójka rusza w stronę szkoły. -Piekło jest blisko…!- mruczy Andrzej, rozbawiając kolegów. -Taa, piekło. A pomyśleć, że już w czerwcu pożegnamy to piekło na zawsze- rzuca sentymentalnie Darek. -Uhm. A wcześniej będziemy musieli napisać diabelskie testy!- mówi Tomek. -A’ propos, wiece już do jakiej szkoły się wybieracie? -Do Średniej Szkoły Wielkiego Nieróbstwa. W skrócie ŚSWN- rzuca beztrosko Tomek. Śmiech trójki chłopców odbija się od ścian budynków i roznosi się po okolicy. -Serio? Ja bym chciał się dostać do Liceum Ogólnokształcącego numer trzy- zwierza się Andrzej. -Trzy?! Ty kujonie! Będziesz musiał się wysilić na testach. -Chłopie, sztuka nicnierobienia jest najtrudniejszą wśród sztuk! Ja też będę musiał niemało się wysilić, żeby dostać się do ŚSWN!- udaje strapienie Tomek, rzecz jasna swoim tekstem, rozbawiając ponownie kolegów. -A ja…No cóż, jeśli Celina urodzi, to chyba zadowolę się technikum. Albo zawodówką Nie ma co marzyć o liceum, bo będę musiał opiekować się dzieckiem, a nie uczył. Tomek wybałusza na niego oczy. -Chce ci się? Stary, ja bym jej rzucił tekst rodem z seriali!- mówi pewnym siebie tonem- „Jeśli spałaś ze mną, mogłaś spać z innym!” Darek patrzy na niego jak na idiotę. -Ufam Celinie. Byłem jej pierwszym. -Ha! A ty? To też był twój pierwszy raz?- pyta Andrzej z chytrym uśmieszkiem. Darek czerwieni się po korzonki włosów. -A co was to obchodzi!?- rzuca w odpowiedzi. -No dobra, dobra, nie pień się tak- mówi Tomek- my i tak wiemy swoje! Zbliżają się do bram szkoły. -Kurde, ale bym poszedł na wagary!- jęczy boleśnie Darek- Nie mam głowy do myślenia! Andrzej wzrusza ramionami. -Nie wiem jak wy, ale ja wolę się poświęcić dla wycieczki. -I bardzo dobrze!- słyszą za sobą znany, kobiecy głos. Odwracają się i widzą swoją wychowawczynię, Katarzynę Czarnecką. Mija ich i wchodzi po schodach do wejścia głównego. Tomek patrzy z żalem na schody prowadzące w dół, do szatni. -A my, biedna hołota musimy wchodzić przez piwnice! ### Daniel i Paulina trzymają się za ręce i rozmawiają o czymś cicho. Nie wiedzą, że ktoś czujnie ich obserwuje. „Kurczę, nie podziałało z Wiktorem. Trzeba wymyślić coś innego. Mocniejszego!”- myśli Andzia. Siedzi na ławce przed salą i obserwuje parę. Może wygląda na głupią- długie blond włosy, niebieskie oczy i modne ciuchy. Ale jest mądra. Potrafi obmyślić naprawdę perfidny plan i wprowadzić go w życie.. „A gdyby tak podrzucić mu narkotyk, jak radziła Magda? Uniemożliwię mu żarty a i Paulina na pewno nie będzie chciała chodzić z dilerem narkotyków…”- myśli z satysfakcją dziewczyna. Wyciąga z torebki malutki niskokaloryczny batonik i zjada go z gracją, nie wypuszczając okruszków poza swoje usta. Kończy, wpakowuje go na dno torebki i opiera głowę o ścianę by dalej obmyślać plan. „Problem tylko w tym, że marychę czy cokolwiek innego zdobyć trudno, no i pozostaje kwestia podrzucenia narkotyku do plecaka Daniela. Poza tym on na pewno się zorientuje. Cholera! Na Wiki łatwiej było znaleźć haka, parę telefonów, rozmów, fotomontaż, list i dawno już jej w tej budzie nie ma! Daniela coś takiego nie ruszy. Wymiękam jak nic!” Ławka trzęsie się. Andzia otwiera oczy i widzi Ilonę uśmiechniętą od ucha do ucha, która siada, powodując delikatny wstrząs. -A ty co taka happy?- pyta Andzia bezbarwnie. -Mam randkę dziś wieczorem! „A ze mną kto się umówi? Od dwóch tygodni z nikim nie byłam na randce!” ### Pokój zdaje się być wymarły. Łóżko idealnie zasłane, biurko czyste, nie zawalone papierami, nigdzie żadnych okruchów, śmieci, kurzu. Grzegorz opiera się o framugę. „Mama lubiła jak było czysto”- przypomina sobie. Wchodzi głębiej. Ostrożnie siada na łóżku. Rozgląda się po pokoju. Na ścianie wisi zdjęcie matki. Zrobione było na ostatnich wakacjach. Na tej fotografii, matka śmieje się a długie, ciemne kosmyki zasłaniają jej twarz. W tle widoczna jest gęsta mgła; zdjęcie było robione w Zakopanym, początkiem lipca. Grzesiek wzdycha, podchodzi i głaszcze zdjęcie. Słyszy, że ktoś otwiera drzwi. Trzask. Zamyka. Wchodzi do sieni, jego serce znów przepełnione jest nadzieją…. Ale to tylko starszy brat. Czarne jak noc włosy, przeplatane są białymi płatkami śniegu. Patrzy uważnie mądrymi oczami na młodszego brata. -Stało się coś?- pyta, widząc jego minę. Ale ten kręci tylko głową i zostawia osiemnastoletniego brata w sieni. Wraca do swojego pokoju. Adam ściąga kurtkę, odwiesza ją i idzie do kuchni. Posila się gorącą pomidorową i wchodzi do pokoju młodszego brata. -Myślisz o mamie?- zgaduje. Odpowiada mu ponowne kiwnięcie głową. -Wróci. Pewnie chce trochę odpocząć od ojca. Jak odpocznie, to wróci. Obiecuję ci to, młody. Ktoś dzwoni do drzwi. Grzegorz otwiera i ze zdziwieniem widzi na ich progu Lenę. Ta uśmiecha się nieśmiało. -Mogę wejść? Grzegorz nie może oderwać od niej oczu. Jak zawsze, zresztą. Czuje, że pocą mu się dłonie i automatycznie, jak zwykle na jej widok, miękną kolana. -Jasne. Ściąga wysokie kozaki, odwiesza ciemną kurtkę. Stoją w sieni. -Chodź do mojego pokoju. Przechodzą do hollu. Spotykają tam Adama, który ciekawy gościa, wyszedł ze swojego pokoju. Osiemnastolatek natychmiast robi na Lenie duże wrażenie; dorosły, szeroki w ramionach, wysportowany, wysoki. Czarne włosy kręcą mu się na karku w delikatne spirale. Patrzy uważnie na Lenę, której serce wrzuciło trzeci a może i czwarty bieg; bije jak szalone. -To mój brat, Adam- mówi niechętnie Grzegorz- To moja koleżanka z klasy, Lena. Adam uśmiecha się lekko i ściska delikatnie jej dłoń. Lena ma wrażenie, że dziwny prąd rozchodzi się po jej ciele, wraz z dotykiem chłopaka- pardon- mężczyzny. -Idziesz?- Grzegorz stoi przy drzwiach swojego pokoju ze zniecierpliwieniem. -Grzesiek, Grzesiek! Gdzie twoje maniery?- pyta żartobliwie Adam i patrzy na Lenę- Może jesteś głodna? Zostało nam jeszcze trochę pomidorowej. Lena patrzy na niego z uśmiechem. -Trafiłeś w samo sedno- jestem głodna i to bardzo. Adam śmieje się przyjaźnie i idzie do kuchni. Nalewa do szerokiej miski ciemnopomarańczową ciecz. Lena je z zadowoleniem. Kiedy kończy, podchodzi do zlewu i zaczyna myć puste naczynie. -Oj, zostaw to! Ja to zrobię! Ty jesteś gościem- zaprzecza Adam. Podchodzi do niej od tyłu i przechwytuje miskę. Ręce Leny wciągnięte są daleko, więc żeby dosięgnąć naczynie, musi swoim ciałem naprzeć na dziewczynę. Robi to, a jakże, wywołując dreszcze w dziewczynie. -Oddaj!- śmieje się. Ta obrzuca go pianą. Adam odpowiada śmiechem. Zaczynają bić się pianą, w bardzo wesołej atmosferze. -Uhm, uhm… Odwracają się w stronę drzwi, gdzie stoi Grzegorz z wymowną miną. Adam wyciera umazaną pianą twarz. -Hm, Lena, fajnie było…No cóż, muszę spadać. To do zobaczenia!- mówi Adam i już przy drzwiach posyła dziewczynie uśmiech, od którego serce chce wyskoczyć jej z piersi. Grzegorz patrzy na nią obojętnie. Odruchowo zaczyna robić herbatę. Wchodzi do kuchni i wyciąga puszkę z herbatą. Włącza ogień pod czajnikiem. -No więc, po co przyszłaś?- pyta bez ogródek, obojętnym tonem. Jest zły na Adama, że przeszkodził mu w spotkaniu z Leną. Mieli być sami, on miał ją oczarować swoją osobą, ona zakochać się w nim na zabój…Przepadło. Dziewczyna jest wyraźnie zachwycona Adamem. „Dlaczego jest taki nieprzyjemny?”- zastanawia się tymczasem Lena, nieświadoma jego uczuć. -Uhm, więc…wiem, że twoja mama jeszcze nie wróciła… -Nie „jeszcze”, a po prostu nie wróciła i już nie wróci…- przerywa jej chłopak i sypie cukier do szklanek- Ile słodzisz? -Dwie. Chodzi o to, że… -Dwie? Ok.- odstawia cukier- Łaski bez. Nie potrzebuję współczucia!- mówi nagle ostrym tonem. „Spieprzyłem wszystko, wszystko spieprzyłem! Po cholerę się na niej wyżywam?! To Adama powinienem opierdolić, że wtrąca się do moich znajomości, psuje wszystko, co pozostało do zepsucia...”- karci się w myślach Grzesiek. Lena łapie go za rękaw. -Mój ojciec zginął w wypadku. Grzegorz wolno kiwa głową. -Noo, tak, wiem. A co to ma wspólnego? -To, że wiem jak się czujesz. Cisza. Czajnik piszczy. Grzegorz leje wrzątek do szklanek. Para bucha w szczupłą twarz chłopca, nadając różu jego policzkom. -I powiem ci jedno. Ja nie mam już nadziei, co jest oczywiste. Widziałam jak umiera i nikomu takiego widoku nie życzę, nawet najgorszemu wrogowi... Odpychające szpitalne łóżka, mój ojciec patrzący ślepymi oczami…a później śmierć. Koniec- upija mały łyk herbaty, a wrząca para osusza załzawione oczy- A ty masz nadzieję. Twojej matki nie ma, ale ona prawdopodobnie żyje! Grzesiek rozważa jej słowa. Milczą. Lena dopija herbatę i odstawia pusty kubek na blacie, obok zlewu. -Dzięki za herbatę. Ja już pójdę. I pamiętaj o tym, co ci powiedziałam. Wychodzi. Kiedy jest już w butach i kurtce, szuka czapki na krótkich półkach postawionych w przedpokoju, ktoś wchodzi, zamykając za sobą cicho drzwi. Lena odwraca się i widzi Adama. Jej serce, znów zaczyna jak oszalałe obijać się o szczupłą klatkę piersiową dziewczyny. -Czy będziesz tak miła i podasz mi swój numer telefonu? Szybko wymieniają się numerami. Na koniec ściskają sobie ręce i Lena wychodzi. Przez całą drogę myśli tylko i wyłącznie o Adamie. Nie wie jak i dlaczego, ale nagle rozumie matkę i jej miłość. Pochyla się, bierze w dłoń zimny śnieg i dmucha w niego z całej siły. Miękki puch wiruje w powietrzu. Lena ze śmiechem przyśpiesza kroku, aż w końcu biegnie w stronę domu.

CZWARTEK Pójdę tylko tam Jamala przerywa nauczycielowi długi (i nudny) wywód. -Czyj to telefon?- pyta i chwyta zeszyt uwag, już gotów wpisywać ujemne punkty. Uczniowie milczą.

Pójdę tylko tam, gdzie poprowadzi moje serce, nie trzeba mi fam Pójdę tylko tam, gdzie w duszy muzyka, muzyka, muzyka, moja gal Pójdę tylko tam, i nie zatrzyma mnie nikt choćbym miał być sam Pójdę tylko tam, Pójdę tylko tam...

-Mój- wzdycha Andrzej. -Brawo za odwagę- mówi z ironią Krzysztof i wpisuje coś w zeszycie. Okulary zsuwają mu się na nos- wracamy do lekcji! I znów zanudza uczniów niezmiernie nudnym tematem. Mówi, jakby czytał tekst z książki. Widocznie przez te kilkanaście lat uczenia, wbrew woli nauczył się zdanie po zdaniu na pamięć calutkiego podręcznika. -A ja, głupi, myślałem, że WOS może być fajnym przedmiotem!- wzdycha Darek- A do ciebie kto dzwonił? -Mama- głos Jędrka jest niepewny i wystraszony. -Kurde, coś nie tak z Kaśką?- pyta z niepokojem Darek. -O czym dyskutujecie, panowie? Chętnie się przyłączę!- dobiega ich szept Tomka. Odwracają się. Tomek patrzy na nich wyczekująco, z wiecznie figlarnym uśmiechem na twarzy. -Chodzi o to, że…- zaczyna Andrzej. Przerywa mu dzwonek. Jak zawsze. ### „Szybciej, Bartek, szybciej!” Tupot stóp. Kilkadziesiąt ciężkich oddechów. Zapach potu. Rywalizacja. Szybciej, szybciej. Meta już blisko! „Już niedaleko, już niedaleko!” Nadzieja. Obraz majaczący przed oczami. Pot skapujący z czoła. Wszystko wydaje się być przysłonięte mgłą niepewności i nadziei. Bartek daje z siebie wszystko i biegnie jeszcze szybciej. „Prawie, prawie….! No, dalej! Uda ci się! MUSI udać!” Trzask. Foliowa taśma opada, przerwana przez umięśniony tułów chłopaka. Trzask- i publiczność zamiera na ułamek sekundy, by już po chwili skandować i cieszyć się jak szalona. Radość. „Bar-tek! Bar-tek!”- skandujący tłum. Ktoś bierze go w objęcia. Szczęście, niby to używka, ogłupia. Głośny, szczery śmiech. -Baaartek!- krzyk Adidasa. „Nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę! Boże! Kocham wszystkich!” Bartek już sam nie wie, co się dzieje. Wygrał czwartą i ostatnią konkurencję! Skacze z radości, choć nie pozwala mu na to ściskający go tłum ludzi. Wyrzuca pięść w powietrze. Po chwili układa dwa palce w V- jak Victora, czyli zwycięstwo. Krzyczy, choć sam nie wie co. W każdej konkurencji zajął miejsce na podium; dwa drugie, jedno trzecie i rzecz jasna, jedno pierwsze! Chłopak jest niewyobrażalnie szczęśliwy- zachowuje się jak naćpany. Naćpany szczęściem. ### -Kochanie, zdecydowałaś się już? Jeśli masz usuwać ciążę, to musimy się śpieszyć, bo później nie będziesz już miała wyboru, jak tylko urodzić dziecko. Celina patrzy zirytowana na chłopaka. -Mówiłam ci już. Nie usuwam ciąży. Urodzę! Darek ma niepewną minę. -Ale… Celina kładzie palec na jego ustach. -Moi rodzice już wiedzą. Powściekali się, powściekali, ale nie wydziedziczyli, więc jest okej. Darek śmieje się cicho. -Nasze dziecko ma już miesiąc? -Tak. Cisza. Oboje milczą i wpatrują się w krajobraz za oknem. Woźny odgarnia śnieg z chodnika przed szkołą. Słońce wzbiło się już wysoko na niebo i obrzuca promieniami całe miasto. Z nagich drzew spadają grudy śniegu. Celina obejmuje bez słowa Daniela. Wycisza się, próbuje nie słuchać huku panującego jak zawsze na przerwach. Kiedy czuje ciepłe dłonie chłopca na swoich biodrach, wie, że jest bezpieczna. Wdycha specyficzny szkolny zapach- chce go zapamiętać, bo nie wie czy po wakacjach pójdzie do szkoły. W październiku urodzi. Będzie musiała się w jakimś stopniu zajmować dzieckiem, choć matka obiecała, że to ona przejmie nad nim opiekę, by córka mogła spokojnie się edukować, by kiedyś zdobyć zawód. -Chcę tu zostać- szepcze sama do siebie i zamyka oczy. Niech tak zostanie. Błogie, beztroskie gimnazjum. Kiedy jeszcze nie było dziecka, nie miała żadnych problemów. Teraz widzi ich mnóstwo. Zaciska mocniej palce na boku Darka. ### Edwin patrzy z niepokojem na przyjaciela. Grzegorz ze zmarszczonym czołem rozwiązuje jakieś ćwiczenia z angielskiego. -Stary, co jest?- Edwin pochyla się; ciemne loki zasłaniają mu twarz. Grzegorz zaciska usta. Bierze gumkę i z wściekłością trze nią po niewinnej kartce. -...stary?! Grzesiek odwraca się ku koledze. Jest blady, a pod oczami widnieją mu dwa wielkie cienie; najwyraźniej nie spał. -Lena wczoraj u mnie była. Edwin z podziwem podnosi brwi. Nie jest dla niego tajemnicą, że Grzegorz był zakochany w Lenie; i pewnie nadal jest, jednak od czasu opuszczenia domu przez matkę, przestał czynić jakiekolwiek ruchy, żeby zainteresować sobą dziewczynę; zresztą było to trudne od czasu, gdy zginął ojciec dziewczyny. -....Była i....?- Edwin chce wyciągnąć od kolegi wszystkie informacje. Grzegorz wzrusza ramionami i pochmurnieje. -Adam ją podrywał. -Adam? -No!- burczy i powraca do wykonywania zadań z angielskiego. Nauczycielka siedzi za biurkiem i czyta Twój styl. Po klasie unoszą się cichsze i głośniejsze szepty, śmiechy i chichoty. Panuje luz. Edwin drapie się po twardych jak sprężyny lokach. Nie wie, co powiedzieć. Żeby własny brat, robił człowiekowi takie świństwo? Ach, racja, Adam nic nie wie o uczuciu swojego brata do Leny. -To u was rodzinne! Ha ha ha ! Macie ten sam gust! Ciekawe, którego z was wybierze Lena!?- zanim Edwin zdążył przemyśleć konsekwencje wypowiedzenia tego zdania, mówi je na głos. Grzegorz nieruchomieje. Przez chwilę siedzi prosto, z wzrokiem tępo wlepionym w ćwiczenia od angielskiego. Po krótkiej chwili (która dla Edwina jest wiecznością) odwraca się wolno i patrzy zimno na swojego przyjaciela. -Grzegorz...?- pyta niepewnie Edwin. -Istotnie, bardzo śmieszne- mówi wolno i z tak wielkim chłodem Grzesiek, iż Edwin ma wrażenie, że w klasie temperatura spadła o co najmniej dwadzieścia stopni. -Ja-a...nie chciałem....przepraszam.... -Jasne. Grzegorz odwraca się i nie odzywa już do końca lekcji, bazgrząc coś po ćwiczeniach od angielskiego. ### -Dlaczego dzwoniłaś?...Ach tak!....I co powiedzieli?.....Mamo! Nie jestem już dzieckiem! Możecie mówić mi o wszystkim!...Co?! ŻE COO?! Naprawdę?! -A temu to co?- pyta kpiąco Maryśka obserwując wraz z Wandą i Celiną Andrzeja. Najpierw był przestraszony, później wręcz przerażony a teraz cieszy się jak dziecko. -To ty nie wiesz, że jego siostra jest chora? -Nie. Naprawdę? Na co?! -Białaczkę chyba. A może raka płuc? Nie wiem. -Wow. Współczuję mu. Naprawdę nie przepadam za moją młodszą siostrzyczką i naprawdę byłabym szczęśliwa, gdyby zniknęła choć na chwilkę, ale...nie chciałabym, żeby była chora. Nigdy- odzywa się Maryśka. -Czyżby odzywały się w tobie ludzkie uczucia?! To naprawdę niesamowite! -A tobie o co znowu chodzi?! -O nic. -Jasne, zawsze o nic. Maryśka patrzy ze złością ale i ciekawością na Celinę. Dziś ma wyjątkowy ostry język. „Ciekawe zresztą dlaczego...”- zastanawia się Maryśka i baczniej przygląda dziewczynie. Milczą. -A kiedy ten twój film wchodzi do kin? Ta „Droga miłości” czy jak jej tam?- pyta Maryśka, siląc się na obojętny ton. -Kiedy? Dobre pytanie. Zaraz, zaraz....Chyba pierwszego kwietnia. Albo maja. -Świetnie! Znów zobaczymy cię na dużym ekranie! -Uhm. -A ty co taka skromna? Wanda rumieni się. -Pochwalił mnie. Sam reżyser. -No, no, no! Gratulacje! Ja zawsze wiedziałam, że jesteś utalentowaną aktorką!- Celina cieszy się szczerze i klepie przyjaciółkę po plecach. -Dziękuję! Jesteś kochana!- jęczy radośnie Wanda i rzuca się w ramiona Celiny. Maryśka patrzy na nie z zawiścią. Czuje, jak coś się w niej gotuje. -Chodźcie, muszę kupić sobie Pepsi w sklepiku. Zaschło mi w gardle...- „ od waszych przesłodzonych tekstów”- kończy w myślach i rusza, wiedząc, że przyjaciółki jak zawsze pójdą za nią. Jej zdziwienie jest niewyobrażalne, kiedy staje pod sklepikiem sama i w oddali widzi szepczące i śmiejące się przyjaciółki. A może wcale nie przyjaciółki? ### -Witam was. Nazywam się Antonina Chorążek i przez najbliższe pół roku będziemy widywać się na lekcjach niemieckiego. Widzicie, ostatnio mieliście zastępstwa, bo wróciłam zaledwie parę dni temu z Zakopanego. Ale od dziś, aż do końca roku będziecie widywali się tylko ze mną. Ilu jest was w grupie? -Trzynastu- woła ktoś. -Ach tak...Zanim przejdziemy do lekcji, sprawdzę obecność- młodziutka nauczycielka siada za biurkiem. -Daniel Andrus!- woła i toczy wzrokiem po klasie. Michał, ku zdziwieniu kolegów i koleżanek zrywa się ze swojego krzesła. -Jestem! -Daniel Andrus....Uhm…Celina Bartczyk? -Uhm. Obecna- mruczy. Sprawdzanie listy obecności toczy się normalnie aż do momentu wywołania nazwiska Michała. -Michał Flet! Daniel wstaje przy okazji wywracając krzesło. -Obecny! A jakżeby inaczej!- żartuje. Nauczycielka kończy sprawdzać obecność, po czym wstaje i zaczyna przechadzać się po klasie, mówiąc coś po niemiecku. Nikt nic nie rozumie, więc podchodzi do tablicy i zaczyna coś pisać. -Hmm...- podchodzi do biurka i nachyla się nad dziennikiem- Michał Flet! Do tablicy! Zaszurały na raz dwa krzesła. Michał jednak coś sobie przypomina i nim zdążył wstać, uśmiecha się promiennie do nauczycielki i zostaje na swoim miejscu. Daniel swobodnym krokiem podchodzi do tablicy. Nauczycielka każe mu przetłumaczyć zdanie na poziomie trzeciej klasy. Daniel jednak nie wie. Antonina zniża zdanie na poziom klasy drugiej. Chłopak także nie wie. Kiedy nauczycielka podaje mu bardzo proste zdanie do przetłumaczenia, które opiera się już na wiedzy klasy pierwszej, Daniel wzrusza ramionami. -A wiesz przynajmniej jak się przedstawić?!- pyta zła Antonina. -No jasne! Nazywam się Danie...Michał Flet, znaczy się! Klasa wybucha śmiechem. Każdy wie, że Antonina chciała, by przedstawił się po niemiecku. Daniel szczerzy białe zęby do klasy . -Powiedz mi gdzie mieszkasz...PO NIEMIECKU! Daniel wzrusza ramionami i czuje na sobie błagalny wzrok Michała. -Ich wohne in Jasło- burczy niezadowolony. Antonina uśmiecha się radośnie, dopiero po chwili przypominając sobie, że to trzecia, nie pierwsza klasa. -Siadaj. Ze względu na to, że to pierwsza wasza lekcja ze mną, nie dam ci oceny. Ale podszkol się, bo niemiecki umiesz poniżej poziomu. No idź, już idź! Daniel siada z hukiem na swoim krześle. Odwraca się i szczerzy do Michała. Obaj wybuchają przyciszonym śmiechem. ### Powietrze jest przepełnione rześkim chłodem. Każdy, kto odważy się wychylić nos poza swój dom, od razu czuje zimno, które wkrada się nawet pod najbardziej ocieplone kurtki, czapki i rękawiczki. Słabe słońce topi zalegający jeszcze śnieg. Ostry wiatr uderza w twarz i wkrada się za kołnierze. Bajkowy zimowy nastrój zniknął a na jego miejsce pojawiła się pogoda rodem z bieguna. -Cholera, ale zimno-mruczy niezadowolony Darek i mocniej ściska dłoń Celiny, oprawioną w miękką, czerwoną rękawiczkę. Słowa wymawia z trudem, czuje, że usta sztywnieją mu pod naporem lodowatego wiatru. Celina nie odpowiada. Patrzy gdzieś w dal, mruży oczy a długie rzęsy powstrzymują grube płatki śniegu, które pchają się jej do oczu. Brwi ma już białe, długie, koloru miodu włosy wystające spod czapki, poprzeplatane są jakby pasemkami płatków. Mimo niewygodnych warunków atmosferycznych, na jej twarzy zamiast złości, która widnieje na ustach wszystkich ludzi przemierzający ulice i chodniki, jest słaby uśmiech, wcale nie wymuszony. Myśli o czymś, Darek nawet nie podejrzewa o czym. Wścieka się na pogodę i jednocześnie obserwuje przechodniów. Ludzie z ich klasy idą za nimi, coś pokrzykują. -Cel?- Darek przypomina sobie o swojej dziewczynie- Hej! Ziemia do Celiny!- wymachuje ręką przed jej twarzą. -Aa...Co? Mówiłeś coś?- spogląda na swojego chłopaka i wygląda po prostu szczęśliwie. Nie tryska może radością, ale jednocześnie nie pogrąża się w smutku i problemach jak wtedy, gdy dowiedziała się o ciąży. Może dostrzega jakiś plus w swoim nadzwyczajnym stanie? Darek patrzy na nią i powoli wściekłość zamienia się w dziwny uśmieszek. Zatrzymuje się. Przyciąga dziewczynę do siebie i całuje mocno w usta. Przechodnie potrącają ich i mruczą coś niezadowoleni. Po paru minutach Celina odsuwa swoją twarz od twarzy chłopaka, ale na tyle, by patrzyli na siebie w odległości zaledwie kilku centymetrów. -A to za co?- pyta dziewczyna swobodnym głosem. Darek śmieje się cicho i przyciska ją mocniej do siebie. Przylegają do siebie mocno, jakby bali się rozstać. Czują się bezpiecznie. -Kocham cię, wiesz? -Wiem. Celina wtula swoją głowę w jego pierś. Zaciska powieki i mocniej wczepia się w jego kurtkę. -A jego? -Jego? -Jego. Nasze dziecko. Cisza. Celina czuje jak Darek zaciska bezsilnie pięści na jej plecach. -Taaa... „Jak to dobrze, że nie tylko ja się okłamuję” ### -Idziemy gdzieś? Daniel zaciska palce na dłoni Pauli i patrzy na nią prosząco. -Jasne, a gdzie chcesz?- odpowiada dziewczyna z radosnym uśmiechem. -Do Sophii? -No. Może być. Tam są pycha ciacha. Przyśpieszają kroku, który przechodzi w bieg. Śmieją się i wymachują złączonymi dłońmi. -Ja mam szczęście! Mam szczęście! We dnie i w nocy zawsze i wszędzie ja mam szczęście! Ja mam szczęście! Na wsi i w mieście na co dzień i w święcie- nuci Paulina i wybucha radosnym śmiechem. Wchodzą do Sophii, zdejmują kurtki i siadają na miękkich krzesłach. Pośrodku leży menu. Wyciągają po nie jednocześnie ręce, w końcu menu jak leżało tak leży, a oni trzymają się za ręce i patrzą sobie ciepło w oczy. Jeszcze przed chwilą Paulina drżała z zimna, teraz jest jej ciepło, dobrze i bezpiecznie. „Niech ta chwila trwa!”- myśli prosząco i czuje jak miękka dłoń Daniela gładzi jej niewielką rękę. Mruży oczy i w tej chwili nie przejmuje się niczym. -Co dla państwa?- pyta kelnerka znudzonym głosem. Daniel chwyta oburącz menu. -Poprosimy to, o too...- mówi i stuka palcem w obrazek- ...jak to się nazywa? -Czekoladowa miłość. Porcja dla par. Biorą państwo? -Bierzemy!- mówi Paulina szybko, uprzedzając w tym Daniela. Kelnerka bazgrze coś w notesiku i odchodzi powłócząc nogami. -Skąd wiedziałeś, że uwielbiam Czekoladową miłość?- pyta dziewczyna. -Od trzech lat cię obserwuję, więc wiem, że kochasz czekoladę. Jadłaś to już kiedyś? -Tak. Dawno, z koleżankami, jeszcze w podstawówce. Żebyś wiedział, jak wtedy, szóstoklasistki, marzyłyśmy, żeby zjeść kiedyś Czekoladową miłość z chłopakiem! Ha ha ha. A ty? Jadłeś to już kiedyś? -Nie. Każda moja dziewczyna chorobliwie dbała o linię- wywraca oczami- więc jadłem co najwyżej ohydną sałatkę albo piłem zieloną herbatę- fuj! Paulina śmieje się i oblizuje usta. -A ja kocham wszystko co słodkie. I nie dbam o linię. -Nie musisz. A tamte pasztety musiały. -Nie mów tak. -Dlaczego? -Bo kiedyś chodziłeś z Leną. -Serio? -No, taak. W pierwszej klasie. -A tak....racja... -Kochałeś ją? -Nie, co ty. Żadnej dziewczyny nie kochałem, zawsze ciebie, przecież wiesz. -Po co w takim razie z nią chodziłeś? -Bo była fajna dupa. Paulina patrzy na niego z wściekłością. Daniel jednak nie zauważa tego i mówi dalej: -Ale była strasznie zrzędliwa i sztywna. Nie chciała się nawet całować, a co dopiero pie....- dopiero w tym momencie Daniel uświadamia sobie, że rozmawia ze swoją dziewczyną, nie z kolegą- ...to znaczy..! Ja nie chciałem powiedzieć, że...! W tym momencie Paulina zrywa się ze swojego krzesła. -A może ja jestem tylko następną do twojej kolekcji?! No, pomyślmy, ile ich było?! Pewnie każdej mówiłeś to, co mi....!- w oczach błyszczą jej łzy- Pewnie chcesz mnie...- słowa nie chcą jej przejść przez gardło. Kocha go od dawna, bez względu na wszystko. Wierzyła ślepo, że on naprawdę ją kocha. Teraz wie, że się myliła-...przelecieć! A później będziesz chwalił się kumplom!... -Kochanie....! -Nie przerywaj mi! Nie ze mną takie numery! Lena dobrze zrobiła, wtedy w pierwszej klasie, zrywając z tobą! Nie wiem, dlaczego ja jeszcze tego nie zrobiłam! -Kotku! -Żadne „kotku”! Możesz oficjalnie powiedzieć kumplom, że...- łzy błyszczą już na jej policzkach i ześlizgują się po szyi-...że z tą sztywniarą Paulą, nie doszedłeś daleko! -Paulina!- mówi Daniel z błaganiem w głosie. Chciał zabrać ją tutaj, żeby spędzić z nią trochę czasu. Spędzić czas m i ł o! Niestety, nie wyszło, przez jego jak zawsze za długi język. Paulina patrzy na niego a w jej oczach kryje się nadzieja. Pragnie by zaprzeczył i przeprosił ją a później oboje zjedli w spokoju i zgodzie Czekoladową miłość. Z drugiej strony najchętniej wybiegłaby teraz z Sophii i dała sobie spokój z Danielem. Sekundy mijają, a oni patrzą na siebie w oczekiwaniu. -Paulina...Siadaj- odzywa się nagle chłopak. Goście Sophii obserwują ich z ciekawością. Dziewczyna odchyla głowę do tyłu, a rude włosy przerzuca na prawe ramię. Oblizuje nerwowo wargi. Zmusza usta, by milczały. -Nie chcesz siąść? No cóż. Nie chciałaś po dobroci...- Daniel wstaje i gwałtownym ruchem wgniata ją w krzesło. Sam siada naprzeciw niej, jak przedtem-...będziesz się teraz na mnie obrażać? Wy wszystkie jesteście takie same, cholera!- mruczy ze złością. -Jeśli zamierzasz mnie obrażać- Paulina pochyla się nad stolikiem i syczy wściekle- to pozwól, że sobie już pójdę. Nie zdąża nawet ponownie odchylić się na oparcie krzesła, bo Daniel łapie ją za rękę. Znów czuje jego ciepłe, bezpieczne dłonie i nagle cała złość przechodzi jej. Do następnych słów, oczywiście... -Kochanie, proszę, nie kłóćmy się...- mówi zmęczonym głosem. Na sam dźwięk tych słów, w dziewczynie znów gotuje się wściekłość. Wyszarpuje swą rękę, ale nie wstaje. -Nie kłóćmy się, ach tak? Tak się składa, że POWIEDZIAŁEŚ parę słów za dużo...a może parę słów prawdy? -Paula! -Jak możesz mi zagwarantować, że nie chodzisz ze mną tylko dla tego, że jestem „fajną dupą” jak to ślicznie przedtem określiłeś MOJĄ PRZYJACIÓŁKĘ?!- zmusza się by nie krzyczeć i nie robić przedstawienia gościom Sophii. Nie zauważają Angeliki, która skryta w kącie sali przy stoliku, czyta gazetkę o modzie. Pozornie. Tak naprawdę przysłuchuje się rozmowie pary. -Jeśli mnie kochasz- Daniela złoszczą już fochy Pauliny- to mi ufasz. Ale z tego co widzę, to najwyraźniej nie! -Teraz to moja wina?!- mówi Paulina trochę za głośno. -Kurrwa!- jęczy Daniel i kryje twarz w dłoniach- Możemy przestać się kłócić? Błaaagam, nie po to tu przyszliśmy. -Ach racja, na ciastko! Wiesz co, tyyyyle się już wykosztowałeś na te wszystkie laski, że tym razem cię odciążę- wyciąga z portfela i rzuca na stolik dwadzieścia złotych- Proszę! -Paulina!- Daniel jest już zły. Odgarnia od siebie pieniądze- Nie wygłupiaj się! -JA się wygłupiam?! Ja?! Daniel uderza pięścią w stolik. -Mam już tego dość! -Serio? Ja też! Wstaje i wychodzi. Daniel chowa twarz w dłoniach i siedzi chwilę nieruchomo. Angelika obserwuje go i z chytrym uśmiechem na twarzy myśli: „Widzicie, gołąbeczki, zrobiliście wszystko za mnie!”. -Proszę- kelnerka stawia ogromny puchar z lodami polanymi czekoladą- co, dziewczyna panu uciekła? -Spierdalaj pani- myśli Daniel, a na głos mówi- A co to panią obchodzi? Kelnerka żuje końcówkę długopisu. -Dużo. Bo wie pan, jest taka istotna sprawa, kto to wszystko zje? Te lody są naprawdę duże. W końcu dla dwóch osób. Daniel patrzy na nią. Jest brzydka- to jasne; długie, przetłuszczone włosy, blada cera. Pod oczami sine kręgi, najwidoczniej od niewyspania. Jedynie oczy, oczy są piękne i od razu przykuwają uwagę; morski, czysty kolor. Daniel ma wrażenie, że jeśli spojrzy w nie głębiej, znajdzie na ich dnie kamyki, tak jak w czystej, niezmąconą brudami rzece. -A weź se pani połowę- mówi obojętnie i przysuwa w jej stronę pucharek. -Jestem w pracy. Nie mogę. -Rozumiem. Musi się pani starać. Ale i tak marnie pani płacą, z tego co widzę- zmienia temat Daniel. -Dlaczego pan tak sądzi? Może jestem dziedziczką wielkiej fortuny? -Wtedy nie pracowałaby pani w słabo prosperującej kawiarence. -Słabo? Ja widzę tu masę gości- obejmuje ręką wszystkie stoliki. Rzeczywiście, klientów jest niewielu. Zaledwie dwie, trzy osoby. Nie najlepiej. -Pani widzi. Ja nie. -I które z nas ma rację? -Żadne. -Życzę smacznego. Sophia zaprasza ponownie. -Ależ dziękuję. Wyuczona kwestia? -Jasne. -Ten uśmiech także? -Teraz nie. Jeszcze raz życzę smacznego. Odchodzi powłócząc nogami. Ma najwyżej siedemnaście lat. Może mniej. Jest brzydka, ale osobowość ma bardzo ciekawą. Daniel wodzi za nią wzorkiem. W końcu zabiera się do jedzenia lodów. Uwielbia czekoladę, ale teraz smakuje mu jak trociny. Z trudem powstrzymuje się od wymiotów i kończy pucharek wyjadając do ostatniej roztopionej kropli lodów. Odnosi pucharek. -Zjadł pan? -Ile pani ma lat? -A co to za zmiana tematu? Szesnaście, skończyłam wczoraj. -Wszystkiego najlepszego! To jeszcze się uczysz...Jesteś w trzeciej klasie gimnazjum? -Taak. Dzięki. Jeśli już mówimy sobie po imieniu, to może tak się czegoś napijemy? Bruderszaft? -Czemu nie. Ale soczkiem. Nie chcę zajeżdżać alkoholem na kilometr. Nie dziś. -Jasne. Nalewa do dwóch wysokich szklanek pomarańczową ciecz. Łączą się zwyczajowo przy takiej okazji ramionami, stukają szklankami i wypijają aż do ostatniej kropli. -Daniel- przedstawiają się sobie. -Danuta. Danuśka. Daniel wyjmuje z portfela dwadzieścia złotych i podaje kelnerce. -Soczek na koszt firmy. -Ale lody nie. -No, nie. Wstukuje coś w kasie i podaje Danielowi rachunek oraz resztę. -Danuta…To imię kojarzy mi się z „Krzyżakami”. -O tak. W pierwszej klasie gimnazjum, kiedy przerabialiśmy „Krzyżaków” wszyscy szukali dla mnie Zbyszka. -Ale Danuśka to była taka chuderlawa i delikatna. Bardziej pasujesz mi do Jagienki- ta to dopiero była twardą laską. A ty mi właśnie na taką wyglądasz. -Czy ty mnie podrywasz? -Nie, co ty. Mam już dziewczynę. -Ta co zrobiła nam przedstawienie? Wygląda na spoko kobitkę. -Pierdolisz! Wszystko słyszałaś? -Jasne. Trudno było nie usłyszeć. Najbardziej podobał mi się fragment: „Lena dobrze zrobiła wtedy w pierwszej klasie, zrywając z tobą! Nie wiem, dlaczego ja jeszcze tego nie zrobiłam!”. Czy ona nie na oglądała się za dużo brazylijskich seriali? Tam ciągle wyjeżdżają z takimi tekstami. -Nie wiem. -I co, ty rzeczywiście jesteś taki drań, jak ona mówi? -Uhm...Proszę o inny zestaw pytań? Powiem tylko tyle, że kocham ją. Naprawdę ją kocham. -Nie tłumacz się przed prostą kelnerką. -Uhm. -Wiesz, jak na moje oko, to ona jest typem histeryczki. -Co?! Dlaczego tak mówisz?! -Widać. Takie dramatyczne sceny o nic urządzają tylko takie. -Ale...Chodzi o to, że...No, ja coś powiedziałem. -Co? -Że jej przyjaciółka z którą dawno temu chodziłem, była sztywna i zrzędliwa i że...noo... -Nie wstydź się. „Ja prosta dziewczyna, nie żaden smok”, jak powiedziała Jagienka. A co do twojej wypowiedzi, to... No, prawdę powiedziałeś! -No, tak. Właściwie tak. -I moja dziewczynie nie spodobało się to, jak mówię o jej przyjaciółce. I nagle uznała, że może z nią też chodzę jak z innymi- tylko dla zabawy. -Nie dziwię się jej. Nie chciałabym, żeby ktoś tak mówił o mojej przyjaciółce. Ale nie robiłabym od razu awantury. A tym bardziej nie miałabym takich podejrzeń jak ona. W końcu, gdybym cię kochała, to bym ci ufała! -No właśnie! A ona zaczęła wymyślać sobie jakieś głupoty! Przecież owszem, chodziłem z paroma dziewczynami przed nią, ale nie zmieniałem ich jak rękawiczek! Nie ma podstaw do robienia takich scen! Ona też miała paru facetów przede mną! Kurwa...! -No, no. Jeszcze nikt obcy tak mi się nie zwierzał. -O kurwa, racja! Ja przepraszam... -Nic się nie stało. Widzę, że potrzeba było ci się wygadać. -Chyba tak. Ja już pójdę. Ale jeśli mogłabyś, to wytłumacz mi jakim cudem pracujesz w Sophii i jednocześnie chodzisz do szkoły? -Przyjaciółka mojej mamy załatwiła mi tu pracę. Jest szefową. -Dobrze ci. Masz własną kaskę. -Wcale nie własną. Dobra, idź już, bo praca czeka. Chociaż właściwie nie czeka, bo aktualnie zostało tylko dwóch znudzonych klientów. Plus jeden, ale tamta dziewczyna zjawiła się zaraz po tobie i ciągle czyta gazetę i nic nie zamawia; dziwne tylko, że nie przewróciła ani strony tego szmatławca- Danuśka sprytnie zmienia niewygodny temat pieniędzy. Daniel patrzy na dziewczynę, o której mówi Danusia. Te rajtuzy w kolorze wściekłego różu...to na pewno ktoś znajomy. Chłopak wytęża wzrok i jest już prawie pewien, któż to przybył za nim do Sophii. Kiedy Angelika wychyla połowę twarzy zza gazety i natychmiast się za nią chowa, Daniel już wie. -Dzięki za wysłuchanie. Idę. Narka! Wychodzi. Skręca i opiera się o ścianę zaraz za kawiarnią. Tak jak się spodziewa, Angelika wychodzi jakąś minutę po nim i jej zaskoczenie jest ogromne, kiedy wpada prosto na Daniela. -Ty tutaj?- pyta udając obojętność. -Tak jak i ty. Mam maleńką prośbę...Przestań mnie śledzić i próbować z durnej zazdrości rozbić mój związek! -Koteczku, chyba coś ci się w głowie pomieszało. Jesteś dla mnie nikim. Zerem. Byłeś jesteś i będziesz. Czy twój niewielki móżdżek, przyswoił tę wiadomość? -Ach tak? To dlaczego jakiś tydzień temu z taką ochotą całowałaś się ze mną? I jeszcze te twoje słiiiit słówka? Andzia sztywnieje. Szybko szuka ciętej riposty. Lodowaty wiatr bawi się jej włosami i dmucha jej w twarz, co nie ułatwia jej myślenia. -To proste. Z życzliwości. Szkoda mi cię było, bo ciągle jesteś takim słodkim, bezradnym pączuszkiem. Daniel zgrzyta zębami ze złości. -Ach tak? To wiesz co? -Co?- pyta przekornie. -Odpierdol się ode mnie r a z n a z a w s z e !!- literuje głośno i wyraźnie po czym odwraca się na pięcie i odchodzi popychany przez silny wiatr. ### -Mamo... -Czego chcesz? -Bo... -No, szybciej! -No wiem...bo...mamo...ja... -Damian! Złaź z tego parapetu! Amelka! Co ty, cholera, wyprawiasz?!- matka znów patrzy na Renatę- Mów! Szybko! Renata czerwieni się. -Dostałammiesiączki- mówi szybko i niezrozumiale. -Co?! Mówże głośniej! Dziewczyna przestępuje z nogi na nogę i podnosi na matkę brązowe, nieśmiałe oczy. -Dostałam...mie...esiączki....-jąka się zawstydzona. Matka śmieje się chrapliwie i klepie po wydatnym brzuchu, schowanym pod fartuchem. -No! Druga moja kobieta w domu!- mówi zadowolona- W końcu! Majeczka dostała jeszcze w szóstej klasie, ja też wcześnie...tylko ty tak późno! -I...mamo.... gdzie są podpaski? -W szafce, w łazience za papierem toaletowym i dwoma pustymi pudełkami po szamponie. Rozumiesz, żeby dzieciaki nie znalazły. Nie mam najmniejszej ochoty i pieniędzy kupować nowej paczki, bo te, które mamy są poplamione i wymięte przez Amelkę i Daniela! -Jasne, rozumiem. -Kaaaamil! Zrobiłeś już zadanie? Reńka, idź mu pomóż. -Dobrze tylko…hm…pójdę do łazienki. Renata wybiega z pokoju i po chwili wraca do niego, by pomóc bratu w zadaniu. Kamil gryzie ołówek i ze złością wymalowaną na twarzy, wpatruje się w zeszyt od matematyki. Renata siada obok brata i zagląda do książki. Klasa czwarta. Matematyka. -Co bierzecie? -Ułamki -Jakie masz zadanie? Chłopczyk chwyta książkę i czyta, lekko się jąkając: -Ania i To-omek mieli tort. Ania wzięęę-ła jedną ósm-mą tortu, Tome-ek trzy ós-sme. Resztą ch-cieli podzie-elić się jeszcze-ee z Grzesiem, Paulinką, Olą, Hanią i Józkiem. Czy-y starczy tortu, je-eśli każ-dy z pią-tki przy-jaciół Ani i To-omka weźmie jedną ósm-ą tortu? -To łatwe. -Dla ciebie! Dla mnie nie! Nigdy nie zrozumiem matematyyyykiii- jęczy Kamil łamiącym się głosem. -Spokojnie. Pomyśl tylko: Jeśli Ania wzięła jedną ósmą a Tomek trzy ósme, to razem ile wzięli? Chłopczyk wznosi oczy do nieba i porusza delikatnie wargami, nie wymawiając jednak słów. Liczy. -Cztery ósme!- krzyczy radośnie po chwili. -Bardzo dobrze!- cieszy się Renata- Więc ile jednych ósmych zmieści się w czterech ósmych, czyli tym, co zostało? Innymi słowy, ile jedynek zmieści się w czwórce? Zapada cisza. Chłopczyk znów liczy cicho. -Cztery! -Właśnie! A ile jest dzieci? Kamil zagląda do książki. -Pięcioro. -A każdy weźmie jedną ósmą.... Na twarz chłopczyka wpływa uśmiech triumfu. -Nie starczy! Jest o jedno dziecko za dużo! Renata klaszcze w dłonie. -Świetnie!- mierzwi włosy braciszkowi- Mój mądry brat! Kamil cieszy się. Z zapałem wpisuje odpowiednie obliczenia do zeszytu. Renata tymczasem wstaje i siada na podłodze gdzie bawią się Amelka i Daniel. -Gdzie Majka?- odwraca głowę i patrzy na matkę, która szpera w szafce, szuka czegoś. -Na korepetycjach. -A, tak. Współczuję jej. Już w tym roku matura... -...i egzamin gimnazjalny- matka patrzy znacząco na swoją córkę. -A tata gdzie? -Znalazł pracę. Dorywczą, rzecz jasna. Robi coś na budowie. Mam nadzieję, że tylko nie przepije jak ostatnio. -Głupi jest i tyle. -Nie pyskuj! -Mówienie prawdy, to teraz pyskowanie? -Porozmawiamy o tym KIEDY INDZIEJ!- mówi stanowczo matka i ruchem głowy wskazuje na Kamila, który jeszcze przed chwilą skupiony na zadaniu, teraz patrzy na siostrę i matkę. Amelka i Daniel zajęci zabawą, nie zwracają uwagi na nikogo, prócz siebie. Renata wzrusza ramionami i wstaje. -Idę. -Gdzie? -Nigdzie. Zarzuca kurtkę i wkłada stare kozaki. Wychodzi bez słowa.

PIĄTEK -Ty po prostu chudniesz w oczach! -E tam, zdaje ci się. Dopiero dwa tygodnie… -Ale już widać efekty. -Naprawdę? -Oczywiście! Przestań dziewczyno, bo zaraz będziesz szkieletem! -Wcale nie. Musiałabym ćwiczyć chyba z rok, żeby zrzucić całe to sadło i być naprawdę szczupła! -Anorektyczka! -Daleko mi do niej...! Dzwonek przerywa rozmowę Anieli i Baśki. Renata obserwuje je i serce ją boli na widok Anieli. Odchudza się dopiero dwa tygodnie, ale już wygląda inaczej. Intensywne ćwiczenia i brak jakiegokolwiek pożywienia prócz jogurtów, owoców i sałatek, daje szokujący efekt. Spodnie nie opinają jej ud a sweter nie uwydatnia brzucha. Dziewczyny wchodzą do sali, gdzie rozpoczyna się właśnie polski. ### W szatni wre. Masa dziewcząt przepycha się między sobą w samej bieliźnie, śmiejąc się i gadając. Renata jak najszybciej wrzuca na siebie strój na wf, tymczasem Aniela rozbiera się powoli, pokazując wszystkim prawie płaski brzuch, różowe, nie chcące wypchać już spodni uda i ogólnie cieńszą sylwetkę. Straciła niewiele, acz wszędzie. Nigdy nie była gruba, najwyżej zaokrąglona, więc szybko odzyskała szczuplejszą sylwetkę. Powinna na tym poprzestać i utrzymać wagę; ona jednak chce być jeszcze chudsza. „Nie podoba mi się to”- myśli Renata i opiera się o zimną ścianę. Aniela nie jest jak zawsze z nią, odkąd zeszczuplała stała się nagle bardzo popularna; wszystkie niezadowolone ze swojej wagi dziewczyny wypytują ją o dietę, inni zaś pytają czy może nie jest chora? Kiedy dzwonek kończy przerwę, Aniela podbiega do Renaty i ściska ją mocno. -Udało sięę! Udałoo!- woła szczęśliwa. -Co się udało? -Zeszczuplałam! W niecałe dwa tygodnie! Ale to i tak jeszcze nie to. Muszę więcej. -Anorektyczka!- komentuje Renata, bojąc się o przyjaciółkę. Na wf-ie Aniela dostaje szóstkę za najwięcej wykonanych brzuszków, pompek i innych ćwiczeń, oraz propozycję uczęszczania na zajęcia sportowe. ### Olek je obiad z rodzicami; owoce morza wraz z herbatą sprowadzoną z...z skądśtam, Olek nie wie dokładnie skąd. -Jak idzie sprzedaż?- pyta Olek poważnie, jakby był nie synem, a co najmniej jakimś przedsiębiorcą na spotkaniu biznesowym z rodzicami. Rodzice nagle prostują się i przybierają sztuczne, uśmiechnięte miny. Zaczynają stukać sztućcami o naczynia głośniej, niż to jest potrzebne. -D-dobrze...- odpowiada siląc się na spokój matka. Olek jednak zna ich zbyt dobrze. Odkłada sztućce i spogląda karcąco na rodziców. -Kłamiecie. Ojciec rzuca widelcem i nożem, które trzyma w ręku i wykrzywia się. -Zbyt dobrze nas znasz. Tak się składa, że FreeFast już od jakiegoś czasu sprzedaje się naprawdę źle. Windows nas wyparł. Jest zbyt znany i lubiany. Nasz to nowicjusz....Nie ma tak długiej tradycji jak Windows. Kiedy FreeFast był nowością, chętnie go kupowano. Teraz....Ach, lepiej nie mówić. Ledwo starcza nam pieniędzy na spłacanie tych wszystkich kredytów....Horrendalnych kredytów! Niepotrzebnie tyle ich braliśmy! -To znaczy, że będziemy musieli się stąd wyprowadzić? Matka uśmiecha się niezręcznie, widząc strach syna. -Nie. O ile sprzedaż poprawi się... -...bo jeśli nie, to tak. A my będziemy musieli powrócić do pracy zwykłych, marnie zarabiających informatyków. -Dlaczego? Macie aż tak wysokie kredyty? Zjedzą one WSZYSTKIE nasze pieniądze? Ojciec patrzy na matkę wzrokiem mówiącym „NIC NIE MÓW”. -Prawie...Niewiele ich zostanie....- mówi matka, kuląc się pod spojrzeniem ojca. Olek rejestruje, że jest NAPRAWDĘ źle. -Ja już dziękuję. Wstaje i odchodzi wolno. Nie wie, co o tym wszystkim sądzić. Oczywiście z jednej strony jest szczęśliwy, bo w końcu skosztuje na powrót normalnego życia. Z drugiej smutny, bo w końcu...w luksusach dobrze się żyje. Nie wiedząc co robi, odszukuje płytkę z Windowsem, która leży wkopana gdzieś na samym dnie szafki, po czym instaluje go na każdym swoim komputerze. „Windows Vista” wita go czarnozielonymi kolorami.

TYDZIEŃ TRZECI PONIEDZIAŁEK Daniel z wściekłością wciska do plecaka książki. Czuje drapanie w gardle i zimno, mimo, że kaloryfery są włączone. Po raz kolejny odruchowo przykłada dłoń do gardła. -Synek, co ci jest? Chory jesteś?- pyta zaniepokojona matka i przykłada mu dłoń do czoła, mimo, że chłopak odsuwa się. -U,u! Gorące jak ogień! Coś mi się wydaje, że nie pójdziesz dziś do szkoły...- mówi matka, wiedząc, że chłopak ucieszy się. Ten jednak odskakuje jak oparzony. -Ani mi się śni! Muszę dziś iść do budy! W piątek Pauli nie było w szkole, bo, jak dowiedział się od Leny, musiała pojechać gdzieś z matką. Przez weekend ignorowała go i jego telefony. Wie, że w szkole mu nie ucieknie, więc pragnąc wyjaśnić czwartkowe nieporozumienie, niemalże pcha się dziś do szkoły. Nie przewidział jednego; że jego własny organizm spłata mu takiego figla. Matka wybałusza na niego oczy. -Nie wierzę! Po prostu nie wierzę! Gabrycha, daj mi szybko jakiś kalendarz, ten dzień trzeba zaznaczyć! Jest wiekopomny!- woła do swojej młodszej, dwunastoletniej córki- Panie Boże, dziękuję Ci, już przestałam wierzyć w cuda!- składa ręce jak do modlitwy i stoi z głupawym uśmiechem opasana czerwonym szlafrokiem frotte. Daniel cmoka z niesmakiem. Nie bawi go to. -Idę do budy- zarzuca plecak na ramię. -Nie ma mowy. Raczej do łóżka. Po jakichś piętnastu minutach sporów i krzyku, chłopakowi zbiera się na wymioty. Pędzi do łazienki . Kiedy z niej wychodzi, matka delikatnie zdejmuje z niego bluzę. -Podejrzewam, że to zwykłe przeziębienie. Possiesz tabletki na gardło, zażyjesz lekarstwo na wymioty i jutro będziesz zdrów! Nie martw się, szkoła nie zając- nie ucieknie! „Ale Paulina może. Może uciec do jakiegoś innego” ### -Cóż to, Daniel na wagarach?- pyta Maryśka Paulinę. Stoją obie pod salą i nerwowo przeglądają zeszyty od historii. Szykuje się wielki sprawdzian, o którym zapomniała większość klasy. -Nie obchodzi mnie to. -Jak to? Przecież to twój chłopak? Paulina zaciska wargi w cienką linijkę. Zamyka zeszyt. -No, twój chłopak, czy nie? Paulina nie wie, co odpowiedzieć. Krawędzie zeszytu są już mokre od jej spoconych dłoni. -Tak czy nie? Sprawę rozwiązuje za nią dzwonek. Historyca jak zawsze punktualna, zjawia się parę sekund później pod klasą. Kiedy otwiera drzwi, Maryśka spogląda jeszcze raz na Paulinę i już wie, że znalazła temat do plotek. ### Celina udeptuje resztki miękkiego śniegu. Słońce przygrzewa coraz mocniej i wycieczka zapowiada się bardzo miło. „To pierwsza wycieczka, na którą pojadę z tobą”- myśli dziewczyna spoglądając na swój brzuch. Wciąż nie może przyzwyczaić się do myśli, że od teraz nie jest sama na świecie, że musi dbać także o niego. Kiedyś od czasu do czasu wraz z koleżankami czy Darkiem wypiła piwo czy zapaliła. Teraz już nie może. „Jeden z większych plusów bycia w ciąży, to brak okresu”- myśli Celina i uśmiecha się sama do siebie. Ulice są zapełnione po brzegi. Dochodzi wpół do ósmej. Celina zaspała i nie poszła na pierwszą lekcję, historię („Uff! Ominął mnie sprawdzian!”) więc idzie teraz, dopiero na drugą lekcję. Przed ciążą, z chęcią zostałaby w domu. Teraz jednak rozpiera ją jakaś niesamowita energia...Co dziwne, bo ostatnio miała raczej gorszy nastrój, widziała setki problemów. „Kobieta zmienną jest! A w ciąży nawet bardziej. Każdemu są przecież znane te słynne wahania nastrojów.”- stwierdza Celina. Popycha bramkę szkoły, ta ustępuje szybko. Dziewczyna nie wchodzi jednak od razu. Stoi chwilę i wpatruje się w szkołę. „Ten, kto stwierdził, że szkoła została wymyślona tylko i wyłącznie do nauki, jest głupi. To przecież tu spotkałam Wandę…i Maryśkę, pokochałam Darka, podszlifowałam swoją wiedzę o literaturze- myśli- no i oczywiście, gdyby nie było szkoły, a tym samym Darka, nie byłoby Ciebie- patrzy na swój brzuch” Rześkim krokiem wchodzi na posesję szkoły. ### -Jeszcze tylko tydzień i pojedziemy na wycieeeczkęęęęę!- nuci Angelika do znanej melodii. Idzie pod rękę z Iloną i obie z zapałem rozmawiają o wyjeździe. -Znów poderwiesz jakiegoś recepcjonistę?- śmieje się dziewczyna i kątem oka obserwuje przyglądającego się im chłopaka. -No co ty. Gustuję w mężczyznach o wyższej pozycji materialnej- Andzia wydyma wargi wysmarowane przynajmniej pół toną błyszczyka. Ilona ogląda swoje dłonie przyozdobione biżuterią. -Serio? Kogo zamierzasz poderwać, w takim razie? Dyrektora hotelu? Andzia patrzy na nią z pogardą. -Taa, jasne. Raczej mam w planach wyrwać jakieś bogate ciacho...- mruży oczy i celuje palec w koleżankę. -Niech pomyślę. Tak się składa, że jedyne baardzo ale to baaardzo bogate ciacho jakie znam to...-i piszczą obie- ALEKSANDER! -No to powodzenia życzę. On jeszcze nigdy nie miał dziewczyny. Może jest kochający inaczej? Bogatym lubi odbijać. -Spadaj. Skąd wiesz? Może chodzi z jakąś lasią z innej budy. -Uhm. Jasne. On jest kochający inaczej, mówię ci! I w tym momencie zauważają Aleksandra, który siedzi na parapecie z jakąś dziewczyną z drugiej klasy obok. Śmieją się, ale na rzut oka widać, że są w przyjacielskich stosunkach. -A to zdzira!- szepcze Andzia i przystaje obojętnie, udając, że podziwia prace wykonane przez uczestników kółka plastycznego. Ilona kładzie jej rękę na ramieniu i klepie uspokajająco. Tymczasem do dziewczyny z drugiej klasy („To Estera, mówię ci, Estera! Poznałyśmy się na urodzinach naszego wspólnego znajomego. Igorka Grzegusiaka, znasz? No, Ilona, jak możesz go nie znać?!”) i Olka podchodzi jakiś chłopak. -O kurczę! To przecież Hadrianek! Ten z trzeciej F! -Znam, znam. To on n i e c h c ą c o wylał kiedyś na stołówce zupę na dyrektorkę. Chłopak obejmuje dziewczynę w pasie i stawia na podłodze obok siebie. Następnie zaczyna kłócić się z Olkiem, nadal siedzącym na parapecie. W końcu Aleksander zeskakuje i mimo próśb dziewczyny, chłopcy zaczynają się bić. Cios za ciosem. Po chwili dobrze wszystkim znana bordowa ciecz, widnieje w nieznacznych ilościach na ścianach i podłodze. W końcu jakiś nauczyciel rozdziela ich. Na nieszczęście Olka, jest to Katarzyna Czarnecka. -Olek?! No wiesz co?! Ty zawsze taki spokojny i zrównoważony...Czego nie mogę powiedzieć o tobie, Hadrian!- mówi nauczycielka. Chłopcom z nosów sączy się krew- A teraz do higienistki, marsz! Idą. Nauczycielka wolno kroczy za nimi, aby za rogiem znów nie wszczęli bitki. -Pobili się? O Estkę? -No. Kurwa, jeśli przez niego nie pojedziemy na wycieczkę...! -Spoko, Iloncia. Oluś jest zawsze grzeczniutki. Jeden wybryk ujdzie mu płazem. -Racja. Nie to co Daniel. -Albo Michał. -Poza tym on ma kupę kasy. -Wątpię, żeby Czarnecka brała łapówki. Te jej gadki o moralności. -Ty głupia jesteś?! Myślisz, że ona nie chciałaby sobie do marniutkiej pensyjki dorobić? -Niby tak. Dobra, chodź pod sklepik. -Po co? -Taki podryw na kupienie batonika. Ktoś na pewno nam kupi. -Dobre! Idziemy! ### -Niewyraźnie wyglądasz- rzuca Renata z troską. -Co to? Przerzuciłaś się na reklamy? -Ha ha ha. Strasznie śmieszne. -Naprawdę tak źle wyglądam? -Szczerze? -Szczerze. -No tak. -Wielkie dzięki! Ładna z ciebie przyjaciółka! -Hej, spokojnie! Przyjaźń opiera się na szczerości. Aniela z wielkimi kręgami pod oczami, wyschniętymi ustami i dziwnym, nieobecnym spojrzeniem idzie pod rękę z Renatą w stronę auli. -Mówię ci, przestań się odchudzać. -Ciekawe dlaczego? Mam być nadal gruba? -Nigdy nie byłaś. -Jasne. Nadzwyczaj pilne zebranie uczniów, automatycznie zajmuje geografię. Dziewczyny znikają w auli. Drzwi zamykają się za nimi z trzaskiem. ### -Ale nuuudy- jęczy cicho Tomek i nachyla się do kolegi- Co u twojej siostrzyczki? Andrzej porusza się niespokojnie na krześle. Jasne światło wpada przez szczeliny w zasuniętych, ciemnych zasłonach, oświetlając częściowo znudzonych uczniów. -U Kaśki dobrze- uśmiecha się uspokojony- nawet bardzo! Za niedługo wraca do domu! Tomek szczerzy zęby w uśmiechu. -Zajebiście, stary! -Dokładnie. Opierają się o twarde krzesełka. Wicedyrektor mówi coś znużonym głosem. -A jak u ciebie? Znowu okradliście kogoś niewinnego?- pyta z ironią Andrzej. -Nie publicznie, odbiło ci?! Chcesz, żeby świętego Tomeczka wsadzili do pierdla? -Może wtedy byś zmądrzał. Dobra, mniejsza o to. Słuchaj przemówienia wicedyra. -Uhm, jest pasjonujące- kpi sobie Tomek. -Wiadomo- wzdycha- jeszcze tydzień i w końcu będziemy mogli normalnie chodzić na wagary. -Widzę, że tęsknisz za nimi. -No jasne. Nie jestem typem grzeczniutkiego chłopczyka- szczerzy zęby Andrzej. -Aha, jasne, bo ci uwierzę. Phi! ### Paulina stuka nerwowo w kartkę. Rzuca spojrzeniem po całej klasie, jakby bała się, że ktoś ją obserwuje. Nauczycielka matematyki wbija im jakieś wzory do głowy, jednak dziewczyna w ogóle nie skupia się na lekcji. Wyjmuje z czarnego piórnika długopis i bazgrze nieświadomie coś na kartce. Dopiero kiedy przytomnieje, widzi, że kartkę pokryła inicjałami Daniela ukrytymi w koślawych serduszkach. Mnie kartkę i wrzuca do plecaka. Ręce świerzbią ją; chce zadzwonić do Daniela teraz! Nie ma zamiaru czekać. Niestety, musi. Matematyca mierzy ją karcącym spojrzeniem, jakby dawała jej ostrzeżenie. Dziewczyna posłusznie pochyla głowę i rude włosy zakrywają jej twarz. Wzdycha. -Pauluś, co się stało?- szepcze Lena. Dziewczyna nie wytrzymuje. Wstaje gwałtownie. -Psze pani, mogę wyjść do ubikacji?- pyta nerwowo, zakładając pojedyncze kosmyki za ucho. Matematyca długo waha się, jakby umyślnie grała jej na nerwach. Specjalny cyrkiel do tablicy trzyma w dłoniach i bawi się nim; to go składa, to rozkłada i obraca w dłoniach. Uśmiecha się chytrze. -Noo dobrze- mówi w końcu- idź, byle szybko. Dziewczyna niemalże rzuca się do drzwi. Kiedy znajduje się już na korytarzu, rozgląda się. Nikogo nie ma. Przezornie idzie jednak do łazienki i tam wystukuje numer Daniela. Przykłada telefon do ucha i trzyma mocno. -Halo? Halo!!? -Abonent jest czasowo niedostępny.... -Kurczę, Daniel, nie teraz! -...number is.... Dziewczyna z furią przerywa połączenie i chowa telefon do kieszeni. Opiera się dłońmi o umywalkę i pochyla głowę. „Cholera, cholera, cholera!” Zwija prawą dłoń w pięść. Stoi tak kilka sekund. W końcu rozluźnia dłoń i odkręca kurek. Ochlapuje twarz lodowatą wodą. Wyciera się jednorazowymi ręcznikami, wciska je do kosza, wychodzi.... ....i piszczy ze strachu, kiedy w drzwiach łazienki napotyka Lenę. Ma surowy wyraz twarzy. Delikatnie wpycha dziewczynę z powrotem do pomieszczenia. -Tak łatwo mi nie uciekniesz. Paulina ucieka wzrokiem w bok. Błądzi palcami po zimnych kafelkach. -Co się stało? Oczywiście po czwartkowym spotkaniu w kawiarni? Rozmawialiście? Paulina zaciska usta i kręci przecząco głową. -Ty nie chciałaś, czy on? -Ja- szepcze prawie niedosłyszalnie. -Głupia jesteś i tyle. Męczysz się, bo go kochasz. Albo z nim zerwij, albo mu wybacz. Proste? -Nie. Wcale nie proste! Ty nic nie rozumiesz! -Mogłabyś przestać zajeżdżać tak brazylijskimi serialami? Twoje teksty są przesiąknięte banalnością. -Ty jesteś jeszcze moją przyjaciółką, czy może już nie? Bo zachowujesz się jakbyś nie była; cały czas mnie krytykujesz! -Przydałoby ci się odświeżenie pamięci. Przyjaciółka jest od tego, by mówić kiedy robisz coś źle. -Czyli widocznie cały czas robię coś źle. -Wracając do Daniela; jeśli chodzi o mnie, to on nie jest wcale jakimś potworem. Myślisz, że faceci nie gadają tak między sobą? On tylko się zapędził. -Ja jestem tylko kolejną do jego kolekcji. Ile on już ich miał....! Mówi, że żadnej nie kochał, zawsze tylko mu się podobały, bo kochał mnie. -Pasujecie do siebie. Obaj jedziecie tekstami z brazylijskich seriali. A wracając do niego- racja. Nigdy nie widziałam, żeby na którąś patrzył tak jak na ciebie. Kocha cię, to widać. I rzeczywiście długo, od pierwszej klasy wodzi za tobą oczami. -Jakoś tego nie widzę. -Bo jesteś ślepa. A co do liczby jego lubych- a mogę spytać ile ty ich miałaś? Paulina czerwieni się. Teraz widzi, że Lena, a raczej Daniel miał rację. Przełyka nerwowo ślinę, wiedząc teraz, że zrobiła wielką awanturę o nic. -Widzisz? Zrobiłaś aferę o swoje wydumane podejrzenia. A teraz chodź, wracajmy na matmę, bo matematyca będzie się złościć. ### -Adam... -Czego chcesz, młody? Twarz Grzegorza w jednej chwili z łagodnej, pytającej zamienia się w wykrzywioną złością. -Przestań! Ja mam imię! -Okay, nie denerwuj się tak, bo ci żyłka pęknie! -Spadaj! -No, no! W jakiej to sprawie do mnie przyszedłeś? -Chodzi o...o....Lenę. Na twarz Adama, pochyloną nad książkami wpływa nieśmiały uśmiech. -No, muszę ci szczerze powiedzieć, że....jest bardzo fajna. Grzesiek zaciska zęby. Siada na krześle obok brata. -To znaczy? Chcesz z nią...ten tego?- pyta zawstydzony. Adam śmieje się i mierzwi bratu włosy. -Nie „ten tego” a -rumieni się lekko- ..a chciałbym się z nią spotykać. Grzesiek chwyta się ostatniej deski ratunku. -Jak przyjaciele? -Raczej mam w planach, by w niedalekiej czy nie przyszłości, spotykać się z nią jak chłopak z dziewczyną, młokosie. -T-to znaczy?- pyta głupio Grzesiek. -Ha ha ha! Ja pierdolę!- śmieje się Adam- To znaczy, chciałbym zostać JEJ chłopakiem, teraz rozumiesz? Grzesiek wstaje gwałtownie. Stoi i drapie się po głowie. -Aha...Aha....- mruczy, nie wiedząc co powiedzieć. Adam przygląda mu się bacznie. Marszczy brwi. -Ona ci się nie podoba, mam nadzieję? To tylko twoja kumpelka, prawda?- pyta przestraszony. Grzesiek patrząc w zatroskaną twarz brata, nie ma serca zaprzeczyć. -Jasne! W ogóle, dziewczyny są do kitu....- bąka. Adam pokazuje mu zęby w szerokim uśmiechu. -Jasne, jasne- śmieje się- na pewno jakaś ci się podoba! Grzesiek zdobywa się na blady uśmiech. -Może- wystawia mu język i nic więcej nie mówiąc, wychodzi z pokoju. Kiedy tylko upewnia się, że drzwi jego pokoju zostały zabezpieczone na wszelki wypadek kluczem, pozwala sobie na wściekłość. Chwyta poduszkę i uderza w nią na oślep pięściami. W końcu pada zmęczony i wyrzuca sobie własną głupotę. „Mogłem mu powiedzieć! Przecież nie tylko on ma prawo do miłości! Ale znowu, chyba Lenie też spodobał się Adam...Ona i tak nigdy by się mną nie zainteresowała. Nie będę im stawał na drodze do szczęścia!”- postanawia i spogląda na wiszące na ścianie naprzeciwko zdjęcie matki. -Ty wiedziałabyś co zrobić...- szepcze do fotografii i siłą powstrzymuje łzy. ### -Ty cholero!- mruczy cicho Zdzisiek i uderza wściekle palcami o klawiaturę. Gra jednak nie reaguje. Zezłoszczony chłopak resetuje komputer. -Spokojnie, chłopczyku, bo popsujesz komputerek!- słyszy ironiczny głos swojej siostry. -Ale ty jesteś infantylna, wiesz?- odparowuje. Dziewczyna klaszcze w dłonie, udając nadmierne zadowolenie. -Zdzisiu nauczył się nowego słówka! Brawo! Chłopak podchodzi do niej i grozi jej palcem. -Nie denerwuj mnie! Natasza śmieje się ironicznie. -Nie rozśmieszaj mnie....! Chłopak pąsowieje na twarzy. Mruży oczy. -Wydaje mi się, że rodzicom brakuje jednej kozy. Zaraz im powiem, że jedna uciekła ze stada, stoi teraz przede mną i zachowuje się jak idiotka- mówi. Natasza czerwienieje po korzonki włosów. Zaciska dłonie w pięści. -Pomyłka. Brakuje im jednego barana- syczy z wściekłością. Chłopak uśmiecha się ironicznie. Celuje palec w pierś siostry. -Mylisz się. Brakuje im kozy o baaardzo płaskiej klatce piersiowej. Natasza nie wytrzymuje i tupie nogą. Jest czerwona niczym dojrzały pomidor. -Agrrrrrrr!!! Weźcie ode mnie tego barana!- krzyczy. Chłopak klepie ją po włosach matczynym gestem i przybiera zatroskany wyraz twarzy. -Ojej, dziewczynka zaraz się rozpłacze. Natasza odpycha go od siebie. -Nie! Dziewczynka pójdzie teraz do Sławka! Bo przynajmniej ma do kogo!- rzuca przesłodzonym tonem i wychodzi, na odchodne kołysząc biodrami. Zdzisiek wzrusza ramionami i wraca do komputera. Nie zdąża jednak nawet usiąść na krześle przed nim, bo dzwoni telefon. -Baranie, odbierz bo rodzice na polu!- krzyczy jeszcze siostra, a w sekundę później słychać już tylko trzaśnięcie drzwi. Chłopak podchodzi i odbiera. -Halo?...O, cześć Olek! Co tam u twoich rodziców? Jak idzie sprzedaż FreeFasta?......Co? Naprawdę?.....A o co chodziło dziś w szkole? Z kim się biłeś?.....Podoba ci się?....Nie? Tylko przyjaciółka? Serio?...Aha….....Mi tam dziewczyny do szczęścia nie potrzeba.... Dalsze jego słowa zagłusza przeraźliwy ryk jakiegoś zwierzęcia. -...Ja kończę....no właśnie, zagramy on line! Odkłada słuchawkę. Wzdycha. Wraca go gry.

WTOREK

Adrian idzie ponurą miną. Matka przyjechała wczoraj i dowiedziała się, że nie będzie miała nawet najmniejszej szansy na powrót syna. Zrobiła straszną awanturę, przy której popłakała się i krzyczała na syna. Stara na szczęście załagodziła konflikt i w końcu Aleksandra odjechała z kwitkiem. Chłopak wie, że dobrze zrobił, jednak czuje się głupio. Kopie ze złością pozostałe po zimie grudki śniegu. Szkoła rysuje się już zza nagich drzew. Adrian z chęcią idzie do niej, przynajmniej tam zajmie się czymś innym, niż myślenie o wczorajszym dniu. Zewsząd nadciągają masy uczniów. Widzi Piotrka z dziewczyną, o której mówią, że rozkwasił jej nos. Idą i trzymają się za ręce. Adrian obserwuje ich. Rozmawiają o czymś. Oczy dziewczyny wodzą za chłopcem, śledzą każdy jego nawet najmniejszy ruch. Widać, że dziewczyna jest zachwycona Piotrkiem. Adrian zwalnia trochę kroku, by przypadkiem ich nie dogonić. Nie chce im przeszkadzać. Jednak Piotrek odwraca się i macha przyjaźnie koledze. Chłopak chcąc nie chcąc, dołącza do nich. -To jest mój kumpel Adrian, to jest Emilka- przedstawia z dumą swoją dziewczynę. Rzeczywiście, ma powody do dumy. Emilia ma krótkie, brązowe włosy i mądre, zielone oczy. Uśmiecha się sympatycznie. -Cześć. Słyszałam o tobie- mówi uprzejmie. -Uhm. Ja o tobie też- bąka Adrian. Piotrek unosi wysoko brwi. -Echem. Chodźmy, bo się spóźnimy- ponagla. Idą w trójkę, mówiąc o jedynym wspólnym temacie- szkole. Obgadują nauczycieli; Emilka nie zostawia suchej nitki na chemiczce, którą musi znosić od pierwszej klasy. Piotrek przytakuje jej. Tymczasem Adrian słucha tylko jednym uchem. Widzi przed sobą Daniela i Paulinę. Nie zachowują się jak para; przeciwnie idą w pewnej odległości od siebie, jakby bali się, że się nawzajem czymś od siebie zarażą. Chłopaka zastanawia powód tego dziwnego zachowania pary. Jednak nic nie mówi, raczej go to nie obchodzi. Wzrusza ramionami. Tymczasem Paulina spogląda nieśmiało na Daniela i pyta: -Dlaczego nie było cię wczoraj w szkole? Chłopak poprawia plecak na ramieniu. Ciepły wiatr muska go po przystojnej twarzy, mierzwi włosy. -Przeziębiłem się- odpowiada obojętnie. Paulina zakłada zdenerwowana niesforny kosmyk za ucho. -Przepraszam- szepcze, ale słowa giną na wietrze. -Co?- pyta Daniel i patrzy na nią pytająco. -Przepraszam- mówi głośniej dziewczyna. -Że co proszę?- Daniel słyszał jej słowa, ale umyślnie się z nią drażni. -Przepraszam!!- krzyczy Paulina łamiącym się tonem. Daniel uśmiecha się. -Co? Nie słyszałem- żartuje. Dziewczyna patrzy na niego przestraszona, w pierwszej chwili nie wiedząc, że chłopak drażni się z nią. Kiedy widzi jego rozbawioną twarz, sama wybucha śmiechem. Przybliża się do Daniela i wsuwa swoją rękę w jego ramię. -Głupia byłam- mówi karcącym tonem. Czeka, aż chłopak zaprzeczy. Ten jednak kiwa niezauważalnie głową. -Nawet nie zaprzeczysz?!- pyta rozjuszona. -No, nie. Przecież byłaś. Zrobiłaś mi awanturę o swoje chore domysły- mówi spokojnie Daniel. Dziewczyna staje gwałtownie. Już chce powiedzieć mu parę ostrych słów, ale przypomina sobie wykład Leny w łazience. Uśmiecha się i mówi do zdziwionego Daniela: -Spoko. Chodźmy szybciej, bo się spóźnimy. ### Maryśka uważnie studiuje zeszyt od polskiego. Ostatnio znów przerabiali jakiś wiersz. -Co robisz?- pyta Wanda i stuka coś w swojej komórce. -Uczę się. Będzie pytać z wierszy Szymborskiej. -Których? -Niebo i Koniec i początek. -O czym to? -O niebie i o końcu i początku! Wanda patrzy na nią i śmieje się krótko. -A tak na serio, to o czym?- pyta znudzona. Marysia podaje jej zeszyt. Wanda rzuca okiem i oddaje go przyjaciółce. -Jak idzie nagrywanie filmu?- pyta siląc się na obojętny ton Maryśka. -Dobrze- Wanda przerzuca wypielęgnowane włosy z jednego ramienia na drugi- nawet bardzo. -Dlaczego? Wanda patrzy czujnie na Maryśkę. -Po prostu! Dobrze. Maryśka wzrusza ramionami, jakby nic jej to nie obchodziło. Siada na brudnej podłodze i wlepia wzrok w sufit. Są na nim niezidentyfikowane plamy. Maryśka z nudów próbuje dopatrzeć się w nich jakichś kształtów. -Czy tam jest coś interesującego, że tak się wpatrujesz?- pyta zaczepnie Aniela. -Ha ha ha, bardzo śmieszne. A ty długo tak będziesz się jeszcze odchudzać? Za niedługo znikniesz zupełnie. Dziewczyna odruchowo łapie się za brzuch. -Co? Idź do okulisty, bo masz problemy ze wzrokiem. Jestem gruba jak beczka. -Odbiło ci. Aniela wzrusza ramionami i odchodzi. Maria odprowadza ją wzorkiem aż do momentu, kiedy dziewczyna chwyta Renatę za ramię i obie gdzieś odchodzą. „One mają siebie. Są przyjaciółkami. A ja nie mam nikogo- patrzy na Celinę i Wandę, które rozmawiają o czymś same- dlaczego w tak krótkim czasie oddaliłyśmy się od siebie?- pyta samą siebie z goryczą” ### -Witam was! Chyba pamiętacie, że dziś pytam z wierszy Szymborskiej. Ale najpierw inna ważna sprawa- wycieczka- Katarzyna rzuca torebkę na biurko i siada na nim wymachując nogami jak pięciolatka. Patrzy uważnie na klasę- pojedziecie. To już załatwione- czeka chwilę aż radość w klasie da upust krzykom i śmiechom- Pamiętajcie jednak, że jeśli wykręcicie teraz jakąś aferę, czy pójdziecie na wagary, automatycznie odwołujemy ucieczkę! Co prawda Olek miał wczoraj małe kłopoty, ale zgodnie stwierdziliśmy, że w takich okolicznościach możemy przymknąć oko. To pierwsza taka jego sytuacja. -Taa, Oluś dał dyrowi parę tysięcy i przymknęli oko!- komentuje trochę zbyt głośno Michał, chcąc nie chcąc, zazdroszcząc koledze. Katarzyna zastyga. Cisza, która zapada w klasie, jest napełniona strachem i niecierpliwością. Michał pierwszy raz w życiu czerwieni się, a jego źrenice rozszerzają się ze strachu. A jeśli swoimi nieprzemyślanymi (jak zawsze) słowami, uniemożliwi wycieczkę? Nauczycielka świdruje go wzrokiem. Siedzi sztywno. -Michał...- jej głos jest zimny jak lód-...czy mogę wiedzieć, dlaczego podejrzewasz, że szkoła bierze łapówki? Chłopak wierci się niespokojnie na krześle. Chce wybrnąć z sytuacji obronną ręką, ale jednocześnie jeśli będzie trzeba, ponieść jakąkolwiek karę, byle tylko nie uniemożliwiać wycieczki. -Ja....no...bo...- jąka się i strzela wzrokiem po każdym uczniu w poszukiwaniu ratunku-...ja wcale...tak mi się tylko...- wije się jak piskorz -..to znaczy...- sztywnieje, czerwieni się jeszcze bardziej i opuszcza w prawdziwym zażenowaniu głowę-...przepraszam! Śmiać się czy nie? To pytanie ogarnia każdego. Michał nigdy w swoim życiu, nie zaprzepaścił kłótni z nauczycielem. „Lubię ten sport”- mówił ze śmiechem nie raz. Teraz poddał się bez bitwy. To niewyobrażalne. Zachował się jak wzorowy uczeń. To rzeczywiście powód do zdziwienia czy śmiechu. Katarzyna też jest zdziwiona, ale nie tak bardzo. Wie, że chłopak chce jechać na wycieczkę, więc jednocześnie gdyby się z nią kłócił, uniemożliwił by ją. -Dobrze. Tym razem udam, że tego nie słyszałam- mówi chłodno- ale tylko pod warunkiem, że do końca tygodnia będziesz się zachowywał WZOROWO! Michał kiwa głową i patrzy jej w oczy. -Oczywiście- mówi śmiertelnie poważnie. -A co do sprawy Olka- nawet najlepszemu uczniowi może się noga poślizgnąć i DLATEGO przymykamy oko- mówi dobitnie Katarzyna. Michał pośpiesznie przytakuje jej: -Oczywiście. Jakże śmiałbym w to wątpić- odpowiada poważnie. Tym razem klasa nie wytrzymuje i powoli słychać nasilający się chichot; na początku z tyłu później wesołość ogarnia środek a na końcu sam początek klasy. Michał jednak wciąż przestraszony o los wycieczki, zachowuje powagę. -Dobrze, wystarczy- nauczycielka kończy salwy śmiechu- Wszyscy wpłacili pieniądze na wycieczkę? -Ta-ak!- odpowiada jej zgrany chór damsko- męski. -Pamiętacie o której jest zbiórka? -O szóstej!- mówi pośpiesznie Michał. -Co należy KONIECZNIE wziąć? -Legitymację!- odpowiada parę głosów z końca klasy. -A na ile dni jedziemy?- Katarzyna świetnie się bawi maglując klasę. -Na trzy! -Pięknie. Przynajmniej z tematu „wycieczka” macie wiadomości wykute na pamięć. A jak z wierszami Szymborskiej? -Ja, proszę pani, chciałem zgłosić nieprzygotowanie! -Ja też! -Tak, tak! I ja! -Ja! -Nieprzygotowanie, proszę pani....! Klasa wre. Nauczycielka gestem ugasza hałas. -Ludzie! To tylko interpretacja wierszy! Nawet tego nie potraficie? -Nie-e!- odrzeka chór damsko- męski. -Chór to na muzyce u pana Baziaka!- odpowiada ze śmiechem nauczycielka. Zeskakuje z biurka i z entuzjazmem klaska w dłonie- Zabieramy się do wierszy! Klasa jęczy, próbując się przeciwstawić. -Prosimy panią!...Może porozmawiamy jeszcze o wycieczce?- rolę Michała przejął Daniel; patrzy na Katarzynę i mruga wielkimi, okraszonymi ciemnymi rzęsami oczyma. Nauczycielka w jednej chwili poważnieje; chyba zaczyna ją złościć rozluźniona atmosfera w klasie. Uderza dłonią w biurko i krzyczy: -CISZA! W jednej chwili szmery i jęki ustają. Da się słyszeć leniwy, cichutki trzepot skrzydeł. Ku zdziwieniu wszystkich, zza jakiejś szpary w szafkach wylatuje coś; ćma czy motyl? On nie leci- płynie w powietrzu. Każdemu pytanie o owada ciśnie się na usta; milczą jednak, podziwiają. Owad zniża swój lot aż ląduje na kolorowej, niezwykle optymistycznej torebce nauczycielki. Dopiero wtedy rozkłada barwne skrzydła i pozwala się podziwiać. Wszyscy nieruchomieją, nie chcąc go spłoszyć. Nauczycielka jak w zwolnionym tempie pochyla się nad motylem i zastyga z uchylonymi ze zdziwienia ustami. Wydaje się, że nawet nie oddycha. -Piękny...- szepcze sama do siebie, oszołomiona. Rzeczywiście. Nie jest to pospolity cytrynek czy inny popularny motyl. Jest to rzadki gatunek. To pewne. Katarzyna rzuca okiem na zastygłą w oczekiwaniu klasę. -Wszyscy piszecie teraz krótkie opowiadanie o motylu- mówi półgłosem- ale to już! Strach czy zdziwienie sprawia, że uczniowie wprost rzucają się na zeszyty i długopisy. Motyl składa skrzydła, jakby czujnie czekał na to, co się wydarzy. Zapada jednak ponownie cisza, przerywana jedynie kichaniem i zgrzytaniem długopisów o zęby. Katarzyna dalej wpatruje się w motyla. To wyciąga rękę, by go dotknąć, to jakiś minimetr przed owadem cofa ją gwałtownie. Mija dziesięć minut, dwadzieścia. Nauczycielka prostuje się i toczy wzrokiem po klasie. -Daniel- mówi cicho i spokojnie- Przeczytaj nam swoje wypracowanie. Daniel rumieni się lekko, chwyta zeszyt w rękę i otwiera usta, by przeczytać. Zamyka je jednak gwałtownie i rumieni się jeszcze bardziej. -Ale...ja...głupoty napisałem- wymiguje się. -Czytaj- głos nauczycielki jest chłodny i stanowczy. Wie, że tylko tak może go przekonać. -Pewnego dnia była ładna pogoda.- zaczyna czytać stopniowo głośniejszym głosem- Siedzieliśmy znudzeni w klasie i słuchaliśmy głupot, które mówiła Strzykawka.. to znaczy, .pani od fizyki. Było nudno. Poszłem sobie na przerwie do sklepika i kupiłem czipsy. Kiedy otworzyłem paczkę wyleciał motyl. Zaczoł latać po szkole. Pobiegłem za nim, ale zobaczyłem go rozciapcianego na podłodze. Chciałem go wziąść ale w tej samej chwili ktoś wylał sok i poślizgnąłem się. Spadłem. Kiedy wstałem motyla już nie było. Pewnie ktoś przez pomyłkę zjadł go wraz z czipsem. Nawet nauczycielka nie może powstrzymać chichotu. Klasa od dobrej chwili zaśmiewa się do łez. -Daniel...- mówi, śmiejąc się-...ciesz się, że to zadanie nie było na ocenę, bo dostałbyś minus jeden! Tam w ogóle nie było znaków interpunkcyjnych, co można było zobaczyć po tym, jak czytałeś! Że już innych błędów nie wymienię…Marta, teraz ty. -Poranek był chłodny. Drzewa kuliły się pod naporem silnego wiatru. Adrianna ze szklącymi się w szaroniebieskich oczach łzami, popychała ciężkie koła wózka.- Marta czyta z niespotykaną sobie pewnością siebie- Od pięciu lat była kaleką; kiedy była jeszcze dzieckiem, nierozważny kierowca uderzył w nią twardą maską nowoczesnego samochodu- maszyną, która zabiła już tyle, a zabije jeszcze więcej niewinnych ofiar. Słońce prześwitywało zza chmur i wypuszczało delikatne promienie. Głaskały one długie, brązowe włosy dziewczyny, chroniąc je przed agresywnym wiatrem. Drzewa zieleniły się już; nadchodziła wiosna. Dziewczyna bezsilnie popychała wózek w przód- on jednak nie poruszał się z taką szybkością, jaką dziewczyna by chciała. Wiatr powstrzymywał go. Adrianna bezgłośne jęknęła, a jej smukłe dłonie opadły na oparcie wózka. Droga do celu była jeszcze daleka. Rozglądnęła się wokoło- o szóstej godzinie nikogo jednak nie było na ulicach jej małego miasteczka. Poczęła przeklinać swoje życie i los. Skazana na wózek do końca życia, nie widziała w nim większego sensu, jednak poruszała się dalej do przodu z roku na rok. Zdarzały się takie chwile, kiedy cieszyła się i radość powodowała, że zapominała o bezwładnych nogach. Na ogół jednak narzekała wciąż na swój los. Płakała. Ubrana w starte dżinsy, cienką kurtkę i niebieską chustkę, po raz kolejny chciała zniknąć. Przerastał ją jej własny los. Wtedy go zobaczyła. Odznaczał się swoimi kolorami w codziennej szarości życia. Trzepotał barwnymi skrzydłami, by w końcu zasiąść na oparciu wózka. Adrianna wpatrywała się w niego z ciekawością i zachwytem. W jednej chwili zapomniała o całym świecie- istniał tylko motyl. Widząc go, poczuła niezwykłą siłę. Pchnęła koła wózka, a te potoczyły się z żądaną szybkością, nie zważając na wiatr. Śmiejąc się, dostrzegła nagle światło- radość życia,, jego sens. Pchała koła, jechała coraz szybciej, a wiatr muskał jej delikatną twarz; czuła się wolna i szczęśliwa. Każdy z nas ma swojego motyla. Przybywa on wcześniej czy później, ale jest. Motylem jest nadzieja. To ona daje nam wszystko- dzięki niej trzymamy się przy życiu, widzimy dobre strony życia. Adrianna była kaleka fizycznie, ale także psychicznie- zapomniała o szczęściu. Niektórzy znowuż zdrowi cieleśnie, są okaleczeni różnymi przeżyciami. Nie pozwólmy się okaleczyć, walczmy z motylem u boku. Tylko on pozwoli nam utrzymać psychiczne zdrowie i zgodę ze sobą samym. Marta odchyla się na oparcie krzesła. Na policzkach kwitną jej delikatne rumieńce, oczy błyszczą od nadmiaru emocji. Pisała szybko i zapamiętale- słowa same spływały na długopis i wylewały się atramentem na kartkę. Katarzyna patrzy na zazwyczaj nieśmiałą i cichą uczennicę; wie, że pisze dobre wypracowania, jednak nigdy nie brała udziału w konkursach, a czytając na głos przy klasie, dukała i mówiła tak cicho, że trudno było usłyszeć i zrozumieć jej słowa. Teraz czytała pewnie, głośno i odpowiednio modulując głosem. Słowa płynęły po klasie i odbijały się echem w umyśle każdego ucznia. -Marta...- nauczycielce trudno jest zebrać słowa w jakieś logiczne zdanie-...to było... -...zajebiste!- mruczy oswojony Michał kpiąco; słowa jednak na jego i klasy szczęście, nie docierają do Katarzyny. -...świetne!- znajduje w końcu słowa nauczycielka; i nie mówi tu tylko o wypracowaniu, ale także o nagłej zmianie Marty- pewnym siebie głosie, modulowaniu nim i głośnym, wyraźnym czytaniu bez zająknięcia. Twarz dziewczyny przybiera jaskrawo czerwony kolor, nie zasłania ona jej jednak włosami, a patrzy na kolegów i koleżanki z pewnym siebie uśmiechem. To skromnie spuszcza oczy, ale po chwili natychmiast je podnosi i spogląda na nauczycielkę. -Jak myślicie, co postawić Marcie?- pyta klasę nauczycielka, wciąż zachwycona. -Szóstkę!- wyrywa się Celina, zanim zdąża się opanować; jest fanką literatury i wypracowanie Marty bardzo się jej podoba. -Ale mówiła pani, że opowiadanie nie jest na ocenę!- jęczy Daniel. Katarzyna jednak nie słyszy go. -Także uważam, że Marcie należy się szóstka!- odpowiada nauczycielka i pochyla się nad dziennikiem, bazgrząc coś- Pięknie! Kto następny? Cisza. -No, kto?- pyta zachęcającym tonem. -To może ja?- mruczy ktoś cichutko z tyłu klasy. Katarzynie zajmuje chwilę czasu wybadanie posiadacza głosu. -Brawo! Celinka, czytaj! -Słoik był zamknięty, jedynie maleńkie dziurki na wieku dawały robakowi żyjącemu wewnątrz tlen. Jego życie było nudne- ciągle tylko jedzenie i próby wydostawania się z pomieszczenia. Kiedy został złapany i uwięziony ,-Celina czyta półgłosem, obojętnym tonem- czyjeś wielkie, zielone oczy patrzyły na niego, a posiadacz tychże oczu wydawał z siebie jakieś nieznane dla robaczka odgłosy; nie wiedział, że to śmiech. Oczy pojawiały się z dnia na dzień rzadziej, w końcu prawie w ogóle. Dawały mu one jedynie kłęby liści tak, że robaczek czasami nie mógł przedostać się na drugą stronę swojego więzienia. Żył sobie, tył coraz bardziej. Stawał się z dnia na dzień coraz bardziej senny. Uwił sobie liściane łóżeczko, w którym pewnego dnia zasnął. Liść zamknął się i otoczył go ciasno. Mijały dni, tygodnie. Posiadacz zielonych oczu zauważył to zjawisko i zaczął z niepokojem stukać coraz częściej w szklane ściany słoika. Któregoś dnia, do pary oczu dołączyła także druga para- tym razem niebieskich. Spokojne dźwięki, rozległy się z ust posiadaczki błękitnych oczu. Jęki i narzekania wypłynęły z posiadacza zielonych. W końcu obaj odeszli. Minęło trochę czasu. Liść powoli otwierał się i wypuścił z siebie najpierw parę czujnych czółek, następnie całą postać. Owad rozłożył skrzydła, a kolory jego odbiły się w promieniach słońca, powiększanych poprzez szklane ściany. Zielone oczy znów poczęły przyglądać się owadowi- piszczeć i śmiać się. Posiadacz niebieskich oczu powiedział coś spokojnie, po czym odkręcił wieko. Robaczek w pierwszej chwili, nie wiedział co powiedzieć. Nie raz widział się w szklanych ścianach- i był brzydki. Wiedział o tym. Wiedział także, że jest uwięziony. Teraz wolność stała przed nim otworem. Przejrzał się po raz ostatni w szklanej ścianie- i doznał szoku. Był smukły, piękny i kolorowy. Zamachał nieśmiało skrzydłami. Uniósł się w górę. Przysiadł na krawędzi słoika. Odleciał. Zielone oczy patrzyły za nim jeszcze długo. -Zgrabne opowiadanko. Dobrze. Wyłapałam parę błędów. Czwórka- komentuje Katarzyna i ponownie pochyla się nad dziennikiem. Spogląda na zegarek- Dobrze, na dziś wystarczy. ### Baśka idzie tanecznym krokiem poprzez korytarze. Słońce wdziera się przez wszystkie okna do szkoły i oświetla potężny gmach. Wiosna rozpoczyna się na dobre. Baśka przymyka powieki i czuje czyjeś dłonie trzymające jej ramiona. Jest jej dobrze. Wycieczka zbliża się wielkimi krokami. Basia uwielbia wycieczki. Na nich najlepiej integruje się z dziewczynami z klasy. Oraz, rzecz jasna, podrywa chłopców! Na wyjazdach wszyscy tworzą jedną, zgraną rodzinę. To Baśka kocha najbardziej. Otwiera oczy. Po lewej za ramię trzyma ją Ilona, po prawej Andzia. Mówią do niej coś szybko i niezrozumiale. -...i co o tym sądzisz?- pyta Andzia a oczy błyszczą jej od nadmiaru emocji. -Ale o kim?- Baśka nie jest w temacie. -Jak to o kim?! O Marcie! -Marta? Cicha i nieśmiała....nie znam jej, więc nie mam o niej zdania! -Robi się z niej równa dziewczyna! Coraz śmielsza, nie dziecko neostrady. -Dziecko czego? -Neostrady! Nie znasz tego powiedzenia? Teraz wszyscy tak mówią!- oświadcza Andzia tak, jakby Ilona popełniła potężną, niewybaczalną gafę. -Ach tak? -Tak, tak. Wracając do tematu- mam pewien pomysł… -Co ty znowu planujesz, Andzia?- pyta Ilona. Dziewczyna przystaje, oczywiście pociągając za sobą także koleżanki. -Zrobimy dobry uczynek i sprawimy, że Marta NA PEWNO stanie się śmiała i wyluzowana! Ilona rozgląda się niepewnie po korytarzu pełnym uczniów. -Uhm. Jakoś tego nie widzę. -Wycieczka to będzie doskonały moment!- stwierdza Baśka, oczywiście nie chcąc narażać się na przeciwstawianie się Andzi. -Widzisz? Jeśli nie chcesz, to Baśka zrobi to ze mną!- Andzia nagle przygarnia do siebie Baśkę przyjacielskim gestem, po czym odwraca się i z wsuniętą ręką pod ramię nowej przyjaciółki, odchodzi. Ilona wzrusza ramionami i podchodzi do Marty. -Siemka. Dziewczyna podnosi na nią nieśmiałe oczy; jej źrenice rozszerzają się momentalnie- widać, że Marta boi się. W końcu nie raz była obiektem kpin właśnie Andzi i Ilony. -C-co? -Chodzi o to, że... Ilona nie zdąża dokończyć. Ktoś popycha ją. Dziewczyna chwieje się i uczepia najbliższej rzeczy. -Zo-ostaw ją!- mówi stojący nad nią z pięściami, które zasłaniają twarz Mariusz. Sili się na odważny ton- Zo-ostaw! Ilona prostuje się i wyzywająco patrzy w oczy chłopakowi. -Czy będzie pan łaskaw pozwolić mi dokończyć zdanie?- pyta z ironią i odwraca się w stronę Marty- Słuchaj, na wycieczce Andzia z Baśką mają zamiar zabawić się w program „Magiczna przemiana”. W tym jednak problem, że one… -To znaczy?- przerywa jej głupio Marta zapatrzona w Mariusza. Jest zdziwiona jego nagłym przypływem bohaterstwa. Ilona wywraca oczami. -To znaczy,- mówi sarkastycznie- że musisz przygotować się na zmiany w swoim wyglądzie. „Chcą mnie zmienić! Żebym w końcu była ładna! Może chcą, żebym się z nimi przyjaźniła?!”- myśli podniecona Marta i na jej twarzy pojawia się szeroki uśmiech. -A dlaczego mi o tym mówisz? Przecież ty kumplujesz się z Andzią, więc powinnaś brać w tym udział. -Owszem. Powinnam. Ale nie podoba mi się to. Co jak co, ale… -A może ty po prostu nie chcesz brać w tym udziału, bo boisz się, że kiedy one zmienią mój wygląd to TY wypadniesz z grupy bo postanowią przyjaźnić się ze mną?!- oczy Marty zwężają się w cienkie szparki. Czuje nagły przypływ pewności siebie; jest gotowa wygarnąć Ilonie wszystko. -Dziewczyno! Przyjaźnię się z Andzią od wieków. Poza tym- Ilona przybiera niewinny wyraz twarzy- wątpię, że one chciałyby się przyjaźnić akurat z TOBĄ!- mówi obojętnie. Marta zachłystuje się ze złości. Mariusz bierze jednak ją za ramię i ciągnie z dala od dziewczyny. Ilona wzrusza ramionami i odchodzi ani razu się nie odwracając. ### Słońce delikatnie ściąga czapki zimowe z głów i przeczesuje swymi promieniami włosy. Śniegu już praktycznie nie ma, została po nim za to brudna breja. Tłum uczniów wysypuje się z drzwi gimnazjum. Śmiechy, krzyki, piski i rozmowy wiatr niesie na wszystkie strony świata. O ile przedtem było spokojnie, teraz na pewno tak nie jest. Celina opiera się o zadaszoną ścianę, zaraz przy wyjściach z szatni na dwór. Na schodach kłębi się tłum młodzieży. Celina zdejmuje rękawiczki i czapkę, po czym jednym ruchem wkłada do plecaka. Czeka. Wanda zwolniła się z ostatniej lekcji, by pojechać na plan filmu. Maryśka zaczęła ją ignorować. Dziewczyna czuje się osamotniona i wie, kto może tą samotność zniszczyć. Darek wychodzi w rozpiętej kurtce. Ciepły wiatr bawi się nią, prześlizgując się nad nią to pod nią. Chłopak mruży oczy do słońca. Przeczesuje dłonią włosy. Stoi bokiem do swojej dziewczyny, jednak ją przesłania mur uczniów, przesuwający się to w górę to w dół po schodach. Dziewczyna jednak widzi go i czeka tylko, kiedy do niej podejdzie. Mimowolnie uśmiech wpełza się na jej twarz, czyniąc ją radosną. Czuje w ustach mrowienie; chęć na pocałunek. Oblizuje wargi, po chwili jednak sięga po bezbarwną pomadkę i smaruje nią obficie usta. Opiera się o ścianę. Chłopak tymczasem rozgląda się w około. Nagle czuje ciężar, który zawisa mu na szyi i ramionach. Jest nim dziewczyna z pokaźnymi krągłościami. Śmieje się i wisi na szyi Darka. Po jakiejś chwili odciąża go stając na palcach, jednak jej ramiona wciąż zaciskają się na szyi chłopaka. Mówi coś. -Kim ty jesteś, do cholery?!- Darek denerwuje się, najchętniej odepchnął by dziewczynę od siebie. Kultura nakazuje mu jednak zwiększyć trochę dystans poprzez odsunięcie się. -Dareczku! Jak to? Nie poznajesz mnie?!- śmieje się dziewczyna wbijając długie paznokcie w jego szyję- A Kalina Ostaszewska coś ci mówi? Kalina Ostaszewska…myśli chłopaka krążą tylko wokół tego imienia i nazwiska. Przeszukuje pamięć. W końcu spogląda na dziewczynę uważniej. Czuje się, jakby ktoś uderzył go obuchem w głowę. To TA Kalina!

Zmrużone światła. Muzyka szepcząca do ucha romantyczne słowa i melodia wprawiająca ciało w delikatne ruchy. Smak ust- malinowy, słodki, oryginalny…Darek obejmuje mocniej dziewczynę, kładzie dłonie na jej pośladkach. Czuje jej ciało, tak bardzo przyległe do jego. Jego dłoń z pośladków wędruje między jej faliste długie włosy i gładzi je. Są tak cudownie miękkie, jedwabiste.. Kolorowe światła ślizgają się po parze raz czyniąc ich czerwonymi, innym razem zielonymi czy różowymi. Oni jednak tego nie widzą. Są tak bardzo zajęci sobą, tak bardzo zakochani. Po długiej chwili ich głowy odsuwają się od siebie powoli i delikatnie. Patrzą sobie w oczy. Wyrzuty sumienia chłopaka zostają zagłuszone cudownymi uczuciami. Ona kładzie głowę na jego ramieniu i szepce mu do ucha: -Tak strasznie cię kocham… -Ja ciebie też, ja ciebie też, kochanie- mruczy chłopak i kiwają się do rytmu wolnej melodii. Jednak gdy tylko wypowiada te słowa, przed oczami staje mu Celina. Są ze sobą od pierwszej klasy, teraz oboje są w drugiej. A on wymówiony wyjazdem do ciotki jest na dyskotece z Kaliną… Nie umie wybrać. Radził się matki, ale ta niezbyt mu pomogła. Dla rodziców to wszystko jest takie proste- oni po prostu uważają, że w wieku gimnazjalnym NIE MOŻNA tak naprawdę kochać. Co jest oczywiście nieprawdą. To właśnie wtedy uczymy się tego uczucia. I nie chodzi tu tylko o miłość do płci przeciwnej, ale i o przyjaźń. Darek wierzy, że problem rozwiąże się sam. Nie wie jak ani kiedy…nie przewiduje spotkania obydwu dziewczyn. Żyje sobie spokojnie, uczepiony dwóch srok za ogon. Udaje mu się to od września, teraz jest styczeń. To dość pokaźny wynik, acz prawdziwy. -Kotku…muszę ci coś powiedzieć. -Oho! Już się boję!- żartuje chłopak. Dziewczyna sztywnieje w jego ramionach. Przestaje się kołysać. Odsuwa się od chłopaka i patrzy mu w oczy. -Wyjeżdżam. -Co? -Wyjeżdżam. Do Niemiec. -Yhm…na wakacje? Ferie?- łudzi się Darek, ale pot pokrywa mu już czoło. -Nie. Na rok, dwa. Na zawsze- mówi cicho i spuszcza wzrok, bo w jej oczach pojawiają się pierwsze łzy. Chłopak obejmuje ją i w całym smutku i tęsknocie, którą czuje, odczuwa też ulgę- że problem sam się rozwiązał. Bez słowa kołyszą się w tańcu. Słowa są zbędne. Najważniejsze są uczucia. Milczeniem mówią sobie wszystko, czego nie mogą ubrać w słowa.

-KALINA?! Nie potrafi jej poznać. Czas zrobił swoje; dziewczyna bardzo zmieniła się przez ten rok. Z dziewczynki zamieniła się w kobietę; jest wyższa, tęższa i zaokrąglona w odpowiednich miejscach. Jej twarz z pyzatej wydłużyła się i przybrała dorosłego wyrazu. Włosy z miękkich długich fal zamieniły się w krótkie do ramion, wciąż jednak falujące kosmyki. Jedynie usta, te tak słodko miękkie i wydatne usta, jakich dotyk pamięta jeszcze Darek i oczy, proste brązowe oczy z nutką tajemnicy zostały te same. Dziewczyna patrzy na niego z uwagą, choć jest rozbawiona. -Hej, ty też się zmieniłeś. Zmężniałeś- mówi i śmieje się głośno. -Kalinka, Kalinka…- mruczy do siebie Darek. Już nie pamięta o Celinie. Ogarniają go wspomnienia dziewczyny. Przyciąga ją do siebie i całuje. -A ja już się obawiałam, że przez ten rok znalazłeś sobie inną…- mruczy dziewczyna ledwo odsuwając się od ust chłopaka- Dzięki Bogu, że wróciliśmy tak szybko! Rodzice stwierdzili, że lepiej będzie jak gimnazjum i El-o skończę w Polsce. Wiesz, że u mnie z niemieckim zawsze było kiepsko. I przez rok nic a nic się to nie zmieniło. Oni jednak zostali w Niemczech, mnie przysłali do babci Lolki…. Darek już jej nie słucha. Odsuwa się od dziewczyny, aż natrafia na zimną ścianę. Oddycha szybko, niespokojnie. Dopiero wzmianka Kaliny o dziewczynie, oderwała go od słodkich wspomnień. Szuka wzrokiem Celiny. Jest. Stoi naprzeciw przy ścianie. Na szczęście tyłem do niego. Jednak przed nią stoi Renata i mierzy chłopca zimnym jak lód wzrokiem. Darek wie tylko, że Kalina musi się jak najprędzej ewakuować. -Kalinciu, spotkamy się dziś? W Sophii o szesnastej? Okej? Bo muszę już lecieć!- mówi szybko i niemalże popycha ją na schody. Dziewczyna odpowiada zniewalającym uśmiechem. -Masz rację, ja też muszę lecieć. Babcia Lolka pewnie czeka z obiadem. -Tak, tak! Cześć! Do zobaczenia!- mówi to patrząc na Kalinę, to na Celinę i Renatę. Kalina jednak podchodzi do niego blisko i pyta schrypniętym, niskim, flirciarskim głosem: -Tylko na tyle cię stać? Pamiętam, że akurat CIEBIE stać na wiele….- krąży palcem po jego swetrze. Darkowi robi się na przemian to gorąco, to zimno. Ledwo powstrzymuje się przed zabraniem dziewczyny w jakieś ustronne miejsce i całowanie jej, och tak, całowanie ust, o których zdążył już zapomnieć… Pochyla się i daje jej szybkiego całusa w usta. Kalina jednak przyciska go do siebie i całuje długo i zniewalająco- bez swojej woli, chłopak oddaje pocałunek. Przypomina sobie jednak o Celinie i szybko odpycha od siebie dziewczynę. -Idź, już, idź! Babcia Lolka na ciebie czeka!- mówi okraszając słowa sztucznym uśmiechem. -Do zobaczenia, kochanie!- żegna się jeszcze Kalina i posyłając mu całusa, znika w tłumie uczniów kłębiących się na schodach. Darek opada na ścianę i ciężko wzdycha. Renata posyła mu spojrzenie typu: „ My jeszcze mamy parę spraw do omówienia”, po czym odchodzi. Celina tymczasem odwraca się i natrafia na spojrzenie Darka. Uśmiechają się do siebie, po czym zmierzają w swoją stronę. -Długo czekasz? Sorki, ale Renatka mnie zagadała. Mówiła coś bez ładu i składu. Ale mniejsza z tym. Gdzie idziemy? ### -Witam, witam! Daniel podchodzi do lady i opiera się o nią. -Jak dziewczyna?- pyta Danuta. Dziś wygląda o wiele lepiej. Włosy, najwidoczniej myte okalają jej głowę niczym loki twarz cherubinka. Twarz wciąż tak samo blada, jednak zniknęły z niej rażące kręgi pod oczami. Dziewczyna wystukuje nerwowo palcami jakiś rytm na szklanej szybie dzielącej klienta od słodkich ciast, placków i ciasteczek. -Dziewczyna?- uśmiecha się Daniel- Bardzo dobrze. Danuta szczerzy zęby i schyla się tak, że chłopak widzi tylko jej pochylone plecy i smukłe nogi przykryte fartuchem. -To ja się bardzo cieszę!- dobiega chłopca jej głos gdzieś z dołu. Po chwili dziewczyna wynurza się i stawia przed nim dwie duże kremówki- A ja przygotowałam je, w wierze, że znów przyjdziesz mi się wygadać! Daniel patrzy na nią i nagle czuje miłe ciepło w sercu. Chyba znalazł przyjaciółkę… -Czemu nie?- mówi i porywa jeden talerz z apetycznym ciastkiem. Danuśka rozgląda się po kawiarni. Ruchu oczywiście dużego nie ma, więc siada wraz z chłopakiem przy stoliku. Jedzą i rozmawiają aż słowa nie mogą nadążyć. Tematy im się nie kończą. Odstawiają talerze na bok i dalej patrząc sobie wzajemnie na twarze, gadają. -…dlatego właśnie tutaj pracuję. Bo muszę pomóc rodzicom w finansach- mówi Danusia i popija naprędce zrobioną herbatę. Daniel wpatruje się w nią z uwagą, trzymając oburącz swój kubek. -I to jest znów przegięcie w drugą stronę- komentuje chłopak i zanurza usta w gorącej cieczy. Syczy, czując gorąco i odsuwa od siebie kubek. -W jakim sensie? -Mój kumpel z klasy, Olek, ma masę kasy, bo jego rodzice stworzyli FreeFasta. Ty znowu masz pieniędzy za mało, więc musisz pracować, żeby dorobić. Danuta w zamyśleniu odstawia kubek. Milczą chwilę, ale nie jest to krępujące milczenie. -Masz rację. -Wiem- Daniel szczerzy zęby w uśmiechu- Ja zawsze mam rację. Śmieją się cicho. Danuśka otwiera usta, by coś powiedzieć, jednak drzwi kawiarni zamykają się z głośnym trzaskiem. Oboje odwracają gwałtownie głowy, by zobaczyć jednego z nielicznych gości Sophii. Jest nim Paulina. Szuka wzrokiem swojego chłopaka. Kiedy zauważa go siedzącego przy stoliku z kelnerką, jej oczy niebezpiecznie zwężają się w wąskie szparki. Opanowuje jednak złość i podchodzi do nich. Daniel uśmiecha się swobodnie. Wstaje i całuje dziewczynę w policzek. -Poznajcie się. To jest najlepsza kelnerka na świecie, Danuśka, która powinna być Jagienką, a to…- kelnerka wybucha śmiechem, przerywając Danielowi w kontynuowaniu. On sam także śmieje się i dopiero po opanowaniu wesołości kończy-…a to moja dziewczyna Paulina. Paulina siada na krześle między Danusią a Danielem. Zaciska usta i postanawia nie odzywać się, póki ta „pieprzona kelnerka” jak ją nazwała, nie odejdzie. -Jakbyś zapomniał, to byliśmy tu umówieni- cedzi, siląc się na spokój. Daniel nie zauważa jej złości. Rozwalony na krześle patrzy to na Danuśkę, to na Paulinę. -Jak śmiałbym zapomnieć! Specjalnie przyszedłem wcześniej. Paulina kiwa wolno głową. Danuśka tymczasem postanawia włączyć się do rozmowy. -Powiedz mi, droga Palinko, jaki jest twój ulubiony serial? Dziewczynie oczy błyszcza z zachwytu. Na chwilę zapomina, że ta kelnerka prawdopodobnie flirtowała z jej chłopakiem i mówi do niej podniecona: -Miłość jak słodycze, Kochanie, jesteś dla mnie całym światem, Czerwone róże, Grunt to miłość….- wylicza podekscytowana. Danuta unosi z pogardą brwi. -Powiedz mi, kochana, skąd pochodzą wszystkie te seriale? -Z Brazylii! Stamtąd są najlepsze! Danuśka prycha cicho i zanurza usta w herbacie. -A ty? Też je lubisz? -Ja? No co ty. Wolę wpatrywać się w czarny ekran, niż oglądać brazylijskie seriale!- mówi pogardliwie Danusia- Oczywiście z całym szacunkiem dla twojego gustu- uśmiecha się uprzejmie. Dolna warga Pauliny zaczyna niebezpiecznie drżeć. Danuta przewidując, że dziewczyna zaraz zacznie na nią krzyczeć, wstaje i zbiera talerze po kremówkach po czym szybko wraca za ladę. Paulina bawi się serwetką. Milczy, co chwilkę posyłając swojemu chłopakowi znaczące spojrzenia. Tymczasem Daniel patrzy na nią i uśmiecha się nic nie mówiąc. Słońce wkrada się przez czyste jak łza szyby i głaszcze ich po twarzach. -Dlaczego tak milczysz? -Ty też milczysz. I znowu milkną. Po paru minutach Daniel bierze dziewczynę za rękę. -Co zamawiasz?- pyta cicho. Paulina tłumi chwilowo złość, rozpływając się pod jego spojrzeniem i ciepłym tonem, jakim okrasza swoje słowa. -Pocałunek. Dwa. Trzy…- szepcze i spogląda mu w oczy zadziornie. Daniel śmieje się cicho. Jak w zwolnionym tempie pochyla się i wkładając w to całe swoje uczucie, całuje dziewczynę delikatnie, najpierw przykładając swoje usta do jej, następnie lekko je rozchylając. Paulina kładzie mu dłonie na plecach. Po chwili odsuwają się od siebie. Stykają się czołami i uśmiechają do siebie bez słowa. Ich oddechy są lekko przyśpieszone, dmuchają sobie nimi w twarze. -Co zamawiasz?- szepcze Daniel swoim oddechem gładząc jej policzki. -Ciebie. Potrójnie. Poczwórnie. -W takim razie, chodźmy stąd. Chwytają się mocno za ręce i wstają powoli, jakby bali się, że wstając gwałtownie mogliby nagle rozerwać się. Stają przy drzwiach, kiedy Daniel coś sobie przypomina i odwraca głowę. -Do zobaczenia, Dania! -Cześć, cześć. Sophia zaprasza ponownie!- recytuje Danuśka z łobuzerskim uśmiechem- Wpadnij jeszcze kiedyś, uraczyć prostą kelnerkę swoją rozmową! -Jasne! Jak mógłbym odmówić! To cześć! Wychodzą. Paulinie humor natychmiast zmienia się o 360º. Zaciska usta i przypomina sobie, jak głupio zachowała się ostatnio. Ledwo powstrzymuje ostre słowa, które aż pchają się na światło dzienne. -Co tak milczysz, kotku? -Gdzie idziemy?- odpowiada pytaniem na pytanie Paulina. -Do mnie? Dziewczynie natychmiast inne myśli zajmują głowę. Oczami wyobraźni widzi siebie i Daniela podczas jakiejś wyjątkowo ostrej sesji całowania…ciało odmawia jej posłuszeństwa, zachowując się nadzwyczaj dziwnie. -Dobra- odpowiada ochrypniętym głosem i daje się zaprowadzić Danielowi do mieszkania. ### Ulice są zapełnione samochodami po brzegi. Krzyki, przekleństwa i trąbienie samochodowych klaksonów odbijają się echem od ścian budynków. Darek idzie energicznym krokiem wymijając przechodniów. Najchętniej pobiegłby do Sophii, by jak najszybciej zobaczyć Kalinę. Nie chce jednak pokazać się jej zasapany i spocony. Z daleka rysuje się już szyld cukierni, więc przyśpiesza kroku. Daniel i Paulina wołają coś do niego z drugiej strony ulicy, on jednak nie słyszy ich. Jest coraz bliżej kawiarni, gdy ktoś powstrzymuje go ostrym szarpnięciem. -My to mamy do pogadania, co? Renata otulona cienką i podniszczoną kurtką patrzy na chłopaka. Jej spojrzenie jest tak lodowate, że choć dzień jest ciepły i pogodny, Darek czuje chłód, który go ogarnia. -Uhm, cześć. -Tylko tyle masz mi do powiedzenia? Darek drapie się po włosach. Jest zmieszany. Czuje, że zaraz skądś wyskoczy Celina, rozpłacze się, załamie…poroni….gęsia skórka pokrywa ciało chłopaka. Wzrok ma nieobecny, a przed oczami tylko te sceny…Robi mu się niedobrze. Czuje potrzebę zwymiotowania do najbliższego kubła na śmieci. -Nie… Renata wywraca oczami widząc jego niepokój. -Słuchaj mnie. Celina to równa dziewczyna i choć nie przyjaźnię się z nią, nie pozwolę byś ją zranił! To chamstwo! Masz do piątku zerwać z tą drugą; w sobotę mówię wszystko Celi! Rozumiesz?! Darek sztywnieje. Mdłości nasilają się. Słowa dziewczyny odbijają mu się echem w głowie. Przełyka głośno ślinę. -Dobra- mówi tylko i puszcza się biegiem w stronę Sophii. Na widok Kaliny mdłości przechodzą jak ręką odjął i chłopak rzuca się w jej stronę. Zamyka ją w silnym uścisku i całuje na powitanie. Siadają i pogrążają się w rozmowie. Rok zmienił wszystko, tylko nie ich. ### -Daniel… Chłopak rzuca bluzkę w kąt. Ciemny materiał staje się nieforemną szmatą, leżącą gdzieś pod biurkiem. -No, Paula… Delikatna skóra jego warg muska jej szyję. Dziewczyna leży na kanapie, a sprężyna kłuje ją w plecy. Czuje się cudownie, boi się jednak posunąć za daleko. W głowie brzęczą jej teraz słowa Celiny, a strach obejmuje ją na myśl, że mogłaby podzielić jej los nastoletniej matki. Dziewczyna zamyka oczy. Już tylko czuje. Jest jej wspaniale… …jednak wspaniałość znika, kiedy chłopak próbuje ściągnąć jej bluzkę. Paulina odskakuje wtedy gwałtownie i wbija się w oparcie kanapy. Poprawia spodnie i wygładza koszulkę, po czym rozgląda się za bluzą. Jej chłopak patrzy na nią z obojętną twarzą, jakby próbował ukryć jakieś uczucie- pytanie tylko, jakie? -Daniel! Chodzimy ze sobą dopiero jakieś dwa tygodnie!- mówi półgłosem. Chłopak wzrusza ramionami. -I co z tego? -To z tego, że czy ci się to podoba czy nie, nie będziemy się dalej po tak krótkim czasie posuwać. Daniel przysuwa się do niej. Jest bez koszuli, jego klatka piersiowa ociera się o jej. Paulina zagryza wargi i odchyla lekko głowę, broniąc się przed pocałunkiem. -Owszem, dwa. Ale kochamy się od trzech lat- mówi miękko chłopak i kładzie jedną dłoń na piersi, ukrytej pod bluzką- tak bardzo cię kocham, tyle na ciebie czekałem, marzyłem…. „Kochany Danielku, jak ty sprawiasz, że przy tobie topnieję jak lody na patyku?”- myśli dziewczyna. Odpycha go jednak stanowczo od siebie, wstaje, sięga po bluzę i ubiera ją na rozgrzane ciało. Daniel siedzi rozwalony na kanapie i wpatruje się w nią z żalem. Wzdycha głośno i ubiera koszulkę.

ŚRODA - Łapać go, łapać! On ukradł mi portfel! „Jestem cholernie lepszy w joggingu, od Bartka. Przynajmniej teraz!” -Ty gnoju! Stój! „Szybciej, szybciej, szybciej!!” Tomek skręca szybko w niepozorną uliczkę i wskakuje za samochód, stojący zaraz za zakrętem. Serce bije mu jak oszalałe. Pot zalewa czoło. Nogi odmawiają posłuszeństwa- chłopak jest pewny, że wieczorem z bólu, nie będzie mógł chodzić. Oddycha szybko. Okradziony mężczyzna dopiero po chwili pojawia się za zakrętem. Jest starszym człowiekiem, więc jego sprawność fizyczna jest o wiele mniejsza niż Tomka. Rozgląda się teraz wokoło i szuka złodzieja. Ten bezszelestnie cofa się i czuje napór ogrodzenia. Schyla głowę tak nisko, że nieomal wciska ją pod samochód. Nieruchomieje na jakieś dziesięć minut. Dopiero wtedy wychyla lekko głowę zza samochodu i z jego piersi wydobywa się głośne westchnienie ulgi. Czym prędzej wyskakuje zza auta i biegnie w stronę szkoły. Jest dziesięć po ósmej. Musi znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie- akurat ON za nawet najdrobniejsze przewinienie, mógłby zaprzepaścić wycieczkę. ### -Jak ja ich nienawidzę!- jęczy Andzia z oczami utkwionymi w Paulinie i Danielu. Stoją oni bardzo blisko siebie, objęci i rozmawiają z Hadamem i Michałem. -No właśnie, będziesz się mścić?- Ilona bez krzty ciekawości sączy z podłużnej butelki colę. -Moim zdaniem, szkoda sił. Jeśli nie chciał Andzi, musiał być głupi i tyle- komentuje Baśka oczywiście chcąc się podlizać. Dziewczyna chełpi się w komplemencie koleżanki. Spogląda pogardliwie na parę i wyrywa Ilonie colę. Wącha. -Baśka ma rację. Szkoda czasu i wysiłku. Bycie z Pauliną, to aż za dotkliwa kara- komentuje Andzia kpiąco-Cola z procentem?- pyta z uśmiechem. -Jasne. Ale niewielkim, bo to tylko resztka. Butelka się skończyła. Rodzice gustują w bardziej wykwintnych trunkach, niż wódka. -My zresztą też. Ale jesteśmy zmuszone na takie drinki…przynajmniej w szkole- śmieje się Andzia i wypija parę głębszych łyków, po czym oddaje Ilonie butelkę. Przechwytuje ją jednak Baśka i wysusza butelkę aż do ostatniej kropli. -Słabe. Pijałam lepsze. -Ty świnio! A dla nas nic nie zostawiłaś!- jęczy Ilona. -Martusia! Chodź tu do nas! – woła Andzia. -A ty nie w sklepiku? Kiedyś sprzedawałaś, chyba z Leną- zauważa Ilona. -No tak. Ale zastąpili nas, bo stwierdzili, że za niedługo czekają nas egzaminy i musimy się do nich przygotowywać!- wyjaśnia Baśka wywracając zabawnie oczami. Marta podchodzi do dziewczyn i skrępowana siada między nimi na ławce. -Cześć- bąka i rzuca wzrokiem po całym korytarzu. -A cześć, cześć. Zrobiłaś zadanko z chemii? Pewnie tak, bo taki z ciebie kujon!- dogryza jej Baśka. Marta kuli się w sobie. Już chce wstać, kiedy Andzia gwałtownym ruchem popycha ją na ławkę. -Siedź! A ty Baśka się zamknij!- mówi władczym tonem i uśmiecha się słodko do Marty- Musimy Czarną poprosić, żebyśmy były w jednym pokoju na wycieczce! Od teraz, Martusia, jesteś z nami, prawda? -N-no- duka niepewnie pytana. -No to wszystkie formalności mamy załatwione! Zrobiłaś zadanie z chemii? -Zrobiłam, było proste, trzeba tylko było… -Aha! Jakie ciekawe! Niestety, nie mam czasu wysłuchać. Czy byłabyś tak miła i dała mi odpisać? Nie mogłam wczoraj zrobić, rozumiesz, byłam na randce. Zgadnij z kim? Niestety, koleś to totalne dno…- Andzia obejmuje ramieniem Martę i obie, ramię w ramię, odchodzą w stronę plecaków, leżących pod salą. Baśka i Ilona patrzą sobie zdziwione w oczy, myśląc, co tym razem kombinuje Andzia. ### -Darek. -Co? Renata rozgląda się na wszystkie strony, po czym staje na palcach i szepcze lodowatym głosem prosto do ucha chłopaka: -Przypominam ci; w sobotę mówię wszystko Celinie! -Ale dlaczego nie dasz mi więcej czasu?- w głosie Darka słychać pretensję. -Bo wiem, że im szybciej to skończysz, tym mniej ucierpią obie dziewczyny. -Ale to, cholera, nie takie proste, zerwać z kimś ot tak! -Zajeżdżasz brazylijskimi serialami. Do piątku wszystko ma być skończone. Cześć. Odchodzi. Darek szuka wzrokiem swojej dziewczyny. Nadchodzi właśnie z przeciwnej strony, niż Renata. Śmiejąc się, pada chłopakowi w ramiona. -Życie jest piękne!- mówi szczęśliwa. -Tak? Coś się stało?- mimowolnie chłopak uśmiecha się i patrzy na nią; kocha ją, problem w tym, że wczoraj z Kaliną… -Tak! Mam wspaniałego chłopaka- patrzy na niego- wspaniałą przyjaciółkę, wspaniałe hobby, które daje mi radość. Wspaniałą rodzinę, która oczywiście nie jest jednak doskonała. I wspaniałe dziecko, które…- wtula się w niego i opiera głowę na jego ramieniu-…które jest nasze! I tylko nasze! Nasz i tylko nasz owoc miłości! Darek wzdycha i tuli ją do siebie. „Pójdę siedzieć za bigamię” -Dlaczego tak nagle o tym wszystkim mówisz? -Bo dopiero teraz zauważyłam, jakie mam cholerne szczęście. Każdy chłopak na wieść o ciąży, zostawiłby mnie i uciekł gdzie pieprz rośnie. A ty zostałeś. Chłopak patrzy w sufit. „Rzeczywiście. Nie mogę jej zostawić, bo okazałbym się skończonym chamem, idiotą i kretynem. Dlaczego jeszcze? Bo cholernie ją przez te trzy lata pokochałem.” ### -Dobrze się czujesz?!- Renata chwyta Anielę pod rękę i próbuje ustawić do pionu. Ta jednak ledwo trzyma się na nogach. -Aniela! Dziewczyna z dziwnymi, wyschniętymi ustami i wychudzoną sylwetką, chwieje się na nogach. Oczy ma jakieś nieobecne. Renata szybko sadza ją na najbliższej ławce i obejmuje z niepokojem. -Aniela?! Odezwij się! -N-nie, już wszystko dobrze. Tylko trochę słabo mi się zrobi-iło…- duka słabym i zmęczonym głosem Aniela. -Aniela, błagam, powiedz mi prawdę. -Ale co? -Co ty jesz? -Jak to co? Na śniadanie nic, na obiad jakiś owoc, na kolację jogurt, owoc, sała-atkę…o-ooch…- Anieli głos się łamie, chwyta się za brzuch. Renata zachłystuje się z wrażenia. -I cały czas ĆWICZYSZ?! -No, ale od jakiegoś czasu jest

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%