Horror · 17 min czytania
Klątwa nienarodzonych 2/3
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Następnego dnia, Hadas zniecierpliwiona i zmartwiona, czekała na legionistę. Miraż wysokiej zapłaty cieszył ją, lecz nie chciała mieć kontaktu z wojskiem najeźdźców. To nigdy nie przynosiło nic dobrego. Jednak nie miała wyboru. Musiała liczyć na to, że wszystko się dobrze skończy.
Noc była czarna, jak rzadko się zdarzało w ostatnich miesiącach. Chmury prawie całkowicie zasłaniały gwiazdy i księżyc, w powietrzu panowała wilgoć, mimo tego, że nawet jedna kropla deszczu nie spadła na suchą od tygodni ziemię. Żołnierz pojawił się cicho jak kot. Strój miał ten sam co poprzedniego dnia, ale jego twarz była znacznie bardziej posępna i złowieszcza. Wyraźnie nie cieszył się z tej wizyty, a jednak przyszedł, widocznie nie miał wyboru. Ale dlaczego żołnierz miałby przejmować się judejskim bękartem, którego zrobił jakiejś wieśniaczce? – kołatało się w głowie Hadas. Jednak zadawanie pytań nie było jej pracą.
Za żołnierzem weszła czternastoletnia, może odrobinę starsza, dziewczyna. Była niezwykle piękna. Hadas dawno nie widziała tak głębokich, czarnych oczu i tak gęstych, lśniących włosów. Rozglądała się zalękniona. Zapewne już wcześniej kochanek wyjaśnił w jakim celu przybyli do tej chaty za miastem. Hadas starała się być miła, wiedziała, że jeśli dziewczyna jej zaufa i się trochę oswoi, zabieg przebiegnie sprawniej. Wyprosiła żołnierza, zgodził się bez oporów. Nie groził, nie straszył, wyszedł w milczeniu, ale jego spojrzenie mówiło Hadas, że jeśli coś się nie powiedzie, jeśli skrzywdzi dziewczynę, srogo tego pożałuje.
- Jak cię zwą? – zapytała wieszając kociołek z wodą nad paleniskiem. - Miriam – odparła dziewczyna. - Masz piękne imię – Hadas powiedziała z uśmiechem. Miriam była zagubiona i wystraszona. Wytłumaczyła Hadas, że kocha legionistę, że chciała tego dziecka, ale przekonał ją do tego kroku. Pantera powiedział, że niedługo będzie przeniesiony na zachód, może nawet do Rzymu. Obiecał, że ją ze sobą zabierze. Miriam chciała zobaczyć to miasto. Pragnęła nosić piękne stroje, zobaczyć wspaniałe budowle. Pantera tylko wyglądał na takiego brutala. W rzeczywistości był czuły, kochany, piękny i taki dobry. Miriam bała się też bardzo, że rodzice planują dla niej ślub z innym mężczyzną. Słyszała, że ma być nim jakiś staruch o imieniu Józef. - On jest podobno brzydki i miał już żonę – Miriam rozpłakała się. – Pantera jest taki piękny. - Nie martw się, dziecko – Hadas uspokajała dziewczynkę. – Wszystko będzie dobrze, popierzecie się i wyjdziecie do Rzymu. A teraz zdejmij szaty i połóż się. Obiecuję, że nie będzie bardzo bolało – skłamała.
Część 22 / 2
Pantera czekał spokojnie na zewnątrz. Lecz to był spokój pozorny, wiedział jak wiele zależy od tego czy akuszerka się sprawi. Nie obchodziło go życie dziewczyny, była jedną z wielu, ale kara jaka mogła go spotkać, oraz nagroda, którą miał szansę otrzymać, sprawiały, że w żyłach gotowała mu się krew. Nie wiedział dlaczego anioł judejskiego boga, a jak z czasem zaczął rozumieć, najpotężniejszego, jeżeli nie jedynego Boga, obchodził brzuch jakiejś głupiej dziewuchy, ale nie musiał tego pojmować. Był żołnierzem, wpojono mu, że ma wykonywać rozkazy. Oficerowie rozumowali, a on był zbyt nisko urodzony i zbyt głupi by zostać oficerem. Działał i czekał – to było jego życie. Martwił się, że z chaty nie dochodziły żadne głośne dźwięki. Zaczęła mijać godzina, gdy usłyszał za plecami kroki i zmęczony oddech akuszerki. Zadrżał. - Udało się – wyszeptała Hadas. – Dziecka nie będzie. Dziewczyna jest cała, ale będziesz musiał jej pomóc wrócić do domu. Odetchnął głęboko. - Świetnie, nawet nie wiesz jak dużo dobrego zrobiłaś – pochwalił akuszerkę. - Cieszę się panie, mam nadzieję, że zbyt wielu ludzi się o tym nie dowie, nie szukam kłopotów – odparła niepewnie. Wyciągnął z kieszeni kilkanaście srebrnych monet i włożył je do rąk dziewczyny. Jej oczy zabłysły z chciwości, nie spodziewała się aż tak sowitej nagrody. - Ja zapomnę o tobie, ty zapomnij o mnie. To wszystko – uspokoił ją.
Pantera prowadząc dziewczynę nie zauważył wysokiego, szczupłego mężczyzny w kapeluszu z szerokim rondem, który obserwował ich z pobliskiego wzgórza. Ubrany był w czarną jedwabną koszulę, przykrytą grubą wełnianą kamizelką, skórzane spodnie i wysokie buty z wywiniętymi cholewami, a u pasa przypięty miał rapier z pięknie ozdobioną rękojeścią. W tym stroju nie przypominał nikogo z ludzi chodzących po Ziemi w tym czasie. Skubał nerwowo hiszpańską bródkę i z nienawiścią spoglądał za dziewczyną, która odchodziła w towarzystwie legionisty. Jak mógł się dać oszukać, jak mógł się spóźnić tak bardzo? Zacisnął rękojeść miecza i ruszył w dół wzgórza, w stronę chaty Hadas.
Zmęczona dziewczyna sprzątała izbę, gdy nagle odezwało się głośne stukanie w jej drzwi. Legionista – pomyślała. Nie spodobało jej się to, miała nadzieję, że jedynym wspomnieniem po tej wizycie będą monety, którymi zapłacił żołnierz. Jednak to nie był on. Przed wejściem stał człowiek w dziwnym stroju, świdrujący ją, niezwykle zielonymi oczami. Był piękny. Wchodząc do chaty minął ją bez słowa. Rozglądał się uważnie po wnętrzu, wdychając głęboko zapachy unoszące się w izbie. Nie znalazł śladów krwi. To co wydostała z dziewczyny już dawno spłonęło w palenisku. - Panie, kim jesteś? Czego szukasz w mojej skromnej izbie? – zapytała przerażona. - Zamknij się! – wrzasnął. – Nie złość mnie. Myślę. Wiem co zrobiłaś. Muszę się zastanowić. Hadas w milczeniu przyglądała się mężczyźnie, który chodził w kółko. Widziała, że jest niezwykle wściekły i czuła, że na nią spadną gromy, kiedy wreszcie podejmie decyzję. Nagle, nim zdążyła otworzyć usta ze zdziwienia, wyciągnął z pochwy rapier, odwrócił się na pięcie i przystawił do jej gardła ostrze. Poczuła zimną stal, a po chwili wąski strumień krwi płynący po szyi. Miecz był tak ostry, że wystarczyło lekkie dotknięcia, aby przeciąć jej mleczną, miękką skórę. - Głupia istoto, czy wiesz co zrobiłaś?! – zapytał, lecz w rzeczywistości mówił do siebie. – Dziewczynka, której spędziłaś płód, jest Jego wybranką. Zapisał to imię przed wiekami. Miriam, słodkie imię. Ona ma urodzić mu kolejnego, ziemskiego syna. Syna, który zapoczątkuje koniec wieków. Ma być jej pierworodnym, zapłodnionym przez światło. Rozumiesz? Dlatego chciałem, aby urodziła bękarta Pantery. Wtedy mój Ojciec nie dość, że spaliłby kilku z moich jasnych braci, to jeszcze musiałby zmienić swoje plany i szukać nowego pojemnika na swe świetliste nasienie. Odniósłbym wielkie zwycięstwo. Ty, głupia, usunęłaś dziecko żołnierza i Miriam będzie mogła urodzić syna. Pierwszego syna. Zbawcę! Nie bardzo rozumiesz, co mówię? Hadas wpatrywała się tylko niepewnie w twarz Szatana. - Twój cielęcy wzrok jest wystarczającą odpowiedzią. Wiem, to nie twoja wina głupia gąsko. To wina tego przebrzydłego Gabriela, ale ktoś musi zapłacić za to co się stało. Pantery już tknąć nie mogę, otrzymał ochronę, a więc zostałaś ty. Na twoje nieszczęście, słodka Hadas, jestem nikczemnikiem, brutalem, nie posiadam odrobiny współczucia i właśnie znalazłem rozwiązanie, a właściwie karę, która będzie odpowiednia. - Panie, nie zabijaj mnie proszę. Chcę żyć – załkała. Szatan parsknął śmiechem. - Oczywiście. Będziesz żyć, będziesz żyć do dni ostatecznych. Będziesz żyć, póki nie urodzisz dziecka, nie ważne, chłopiec czy dziewczynka, chore czy zdrowe, ważne, że ma wyjść z twego łona. – Patrzył na nią szalonym wzrokiem i chichotał złowieszczo. – Nim jednak urodzisz, będziesz żywić się dziećmi innych. Jako, że wyrwałaś płód z brzucha Miriam, będziesz czuła pragnienie, by żywić się tym co zabijałaś. - Panie, co mówisz? - Jest tylko jeden Pan, kurwo! Tylko jeden! – Błyskawicznie schował rapier do pochwy i dotknął brzuch dziewczyny. Gładził go delikatnie dłonią odzianą w skórzaną rękawicę, po czym wepchnął ją w głąb Hadas. Jego ręka przeniknęła przez ciało, jakby zanurzał ją w wodę. Hadas poczuła straszny ból. Kiedy wyjął rękę i puścił jej głowę, upadła na kolana. - Co mi zrobiłeś?! – krzyknęła. – Co zrobiłeś demonie? - Nie chciałaś umierać, więc szybko nie umrzesz – zadrwił. – W twym łonie nie poruszy się dziecko, nigdy. Patrzyła ze zdziwieniem jak dumnie odchodził, rozmywając się niczym mgła na wietrze i nie rozumiała…