Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Melodramat · 20 min czytania

Klepsydra

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Klepsydra

I Było pozornie wesoło. Młoda para, goście, no i wódka. Sala ubrana w jakieś papierowe farfocle i różnokolorowe balony, bardziej przypominała wnętrze remizy w czasie wiejskiej zabawy, niż porządne wesele. On i Ona nikogo nie widzieli. Ślepo wpatrzeni w siebie, siedzieli przytuleni pod kiczowatym sercem. Nawet sympatycznie wyglądali. Byli też dżentelmeni o spasionych tyłkach i wytapetowane damy ich serc, a ich spocone ciała spoczęły na drewnianych krzesełkach. Mało kuszące potrawy stały na stole, a wódka lała się do kieliszków. Zdrowie młodej pary! – krzyczeli wszyscy i dalej zabierali się do mielenia jęzorami. Usiadłem blisko wyjścia. W razie czego, chciałem mieć krótką drogę ucieczki. Zresztą i tak nie miałem dokąd biec, ale liczy się sama możliwość. Przyniesiono zupę, potem schabowe, mielone, makaron, no i wódka. Poziom mojego znudzenia przewyższał Mont Everest, a to dopiero minęła godzina. Wszyscy uśmiechają się i wypluwają z siebie komplementy – istny cyrk. - Przepraszam pana – dobiegł moich uszu cieniutki głosik jakby znikąd. Rozejrzałem się, lecz nikogo nie zauważyłem. Przepraszam pana – powtórzono bardziej zdecydowanym tonem. Dopiero wtedy spostrzegłem stojącą prawie że pod stołem małą dziewczynkę. Miała blond włosy i wesołą twarzyczkę. Uśmiechnęła się i zapytała cichutko – czy mógłby pan zawiązać mi bucik? – i podniosła automatycznie prawą nóżkę, a lewą dłonią chwyciła kant stołu. Spojrzałem na nią zdziwiony, lecz po chwili ocknąwszy się odpowiedziałem – Mogę, mogę, oczywiście, że mogę; moje usta zaś, złożyły się w wyjątkowo niezgrabny uśmiech. Dziewczynka kiwnęła głową porozumiewawczo, a ja zabrałem się do sznurowania bucika. Podziękowała i uciekła. Nawet nie zdążyłem podnieść głowy, aby na nią jeszcze raz spojrzeć. Z pewnością wyrośnie z niej typowa kobieta – nie pozwoli na żadną stabilizację. Zawsze w ruchu. Grzecznie i szybko. Bez zbędnych zdarzeń. Wszystko zaplanuje z dokładnością chirurga... Jestem tego pewien. Cisza. Moją, małą główkę opanowała cisza. Nie słyszałem słowa. Każdy coś gadał, a ja i tak nic nie słyszałem. No i ta baba przy moim ramieniu. To jej obrzydliwe ciało. Pożerała kolejnego, ociekającego krwią befsztyka - obrzydlistwo. Kokietowała starego durnia, co obok niej siedział, i razem udawali, że się dobrze bawią. Zapomniała z kim tu przyszła? - Idę zapalić – rzuciłem i nie czekając na odpowiedź wyszedłem. Na zewnątrz od razu poczułem się lepiej. Świeże powietrze docierało do płuc i filtrowało komórki, a nieznajomi ludzie stali na trawniku niszcząc zieleń. O nie! Tu na pewno nie będę palił - pomyślałem sobie, ale nie wiedziałem też, w którą stronę mam się udać... Poszedłem za domek, tam próbowałem znaleźć spokój. Liście coś tam szeptały, wiatr kołysał drzewa do snu, a ja usiadłem na ławeczce. Wyciągnąłem paczkę, zapalniczkę i włożyłem papierosa do ust. Ciepło płomienia ogrzało zniekształconą znudzeniem twarz, a usta próbowały formować w jakieś figury gęsty dym. Ciało pozbawione mięśni leżało na ławce. Znowu robiło się nudno. Wzrokiem flirtowałem z otaczającą mnie zielenią, aż w końcu zauważyłem pasemka dymu. ”Widzę, że nie jestem sam w poszukiwaniu spokoju człowieka palącego. Idę, co mi szkodzi, chociaż się przywitam”. I spokojnym krokiem udałem się w kierunku wcześniej wyznaczonego celu. Trochę było mi niewygodnie w garniturze, ale postanowiłem wytrzymać, żeby poznać podobnego do mnie. Już czułem zapach dymu. Byłem coraz bliżej. Po cichutku i delikatnie wychyliłem się za róg budynku i...

II Spojrzałem i momentalnie mnie sparaliżowało. Stałem nieruchomo, drętwy i zastanawiałem się co mam teraz zrobić. Krzyknąć histerycznie? Czy może zachować spokój i nie robić nic? Nie wiem. Stoję wpatrzony w niego, a on spłoszonym wzrokiem celuje w ziemię. Dwie niemowy stały naprzeciw siebie. Nie wiedzieliśmy, co mamy teraz zrobić. Nie nauczono nas. Był to Bruno. Syn mojej siostry. W ręce trzymał marihuanowego skręta, którego teraz wyrzucił. Przestraszył się. Ja też. W końcu się odezwałem i powiedziałem: - Nie bój się. Nic nikomu nie powiem. Odetchnął z ulgą, lecz nadal mi nie wierzył. Pewnie myślał, że to jakiś podstęp i że zaraz zawołam jego matkę. Usiadłem obok niego i zaciągnąłem się papierosem. Chłopak nadal nie wiedział co ma robić, siedział sztywny i ukradkiem na mnie spoglądał. - Pal, jeśli masz ochotę – odezwałem się. Wtedy on sięgnął do kieszeni i wyciągnął cały swój ekwipunek. Z małego metalowego pudełka wybrał cienki papierek. Zaraz potem z foliowego woreczka wyjął trochę marihuany i wysypał równo. Następnie sięgnął do drugiego woreczka i stamtąd wyciągnął garstkę tytoniu.- Wiśniowy – podkreślił i uśmiechnął się do mnie. Zaczął powoli skręcać. Polizał koniuszkiem języka brzeg papierka i skleił w rulonik. - Gotowe – powiedział i metalową zapalniczką z trupią czaszką podpalił owoc swojej pracy. Otoczył nas charakterystyczny zapach z wiśniową nutą. - Nudno co? – zapytał. Lekko przechyliłem głowę w jego stronę, lecz nic mu nie odpowiedziałem. - Chce wujek zapalić? – zawiesił i wyciągnął rękę ze skrętem w moją stronę. Milcząc sięgnąłem po zwitek i delikatnie ułożyłem go w ustach. - Dawno nie paliłem, czegoś takiego. – wycedziłem i ostrożnie się zaciągnąłem. Nie wiem czego się bałem. Wraz z wdechem ziołowego narkotyku, powróciły myśli. Przypomniała się młodość – cynamonowa. Te wszystkie lata. Noce topione w alkoholu miłości. Nietrzeźwe myśli, pijane spojrzenia. Rozmowy przy oknie i szepty, czułe słowa. Dawno zapomniane zwroty: kocham cię, dziękuję, przepraszam. Wszystko to co było fundamentem, miało teraz wiśniowo - ziołowy smak...

III Nie miałem mu nic do powiedzenia. Siedziałem i patrzyłem w dal, niczego nie widząc. Nagle Bruno sięgnął do kieszeni, coś z niej wyciągnął i podnosząc dłoń w moim kierunku powiedział: - Weź to. - Co to jest? – zapytałem. - Nieważne! Weź to! – rzucił niecierpliwie. W gruncie rzeczy było to dla mnie obojętne. Po chwili namysłu z wahaniem łyknąłem tabletkę. Niedługo potem ogarnął mnie lekki dreszcz, zakręciło się w głowie, a świat widziałem jak przez mgłę... Czas nie miał znaczenia... Po prostu mijał. - Coś się zrobiłem senny, po tym twoim specjale. - rzekłem, i otworzyłem usta szeroko ziewając. - Nie dziwię się – odparł z ironicznym uśmiechem na twarzy. - Wiesz Bruno, chyba lekko się zdrzemnę... Pozwolisz, prawda? - A śpij, śpij. Sen to zdrowie. – powiedział i zrobił minę godną mędrca, lecz w jego wydaniu wydawała mi się wyjątkowo żałosna. - Jakby co? To mnie obudź – dodałem i schowałem się we własne ramiona. - Nie ma sprawy – odrzucił, a wszelkie szepty momentalnie zamilkły. Dyrygowała teraz natura. Gdzieś tam świerszcz grał na swych skrzypkach, w oddali melodyjnie rechotała żaba....a moje sny wyłaniały się z ciemnych zakamarków księżycowej poświaty...

IV Zamknąłem oczy, a ciało obumierało z myśli. Na moje szczęście, miałem jeszcze marzenia. Delikatnie unosiłem się ramionami chwytając powietrze. Powoli odzyskiwałem siłę. Stawiałem pierwsze kroki na schodach do nieba bram. Marmury lśniły, a zastępy aniołów pilnowały martwych dusz. To tu. Więzienie wieczności. Złota klatka serc i umysłów. Próżnia uczuć. Tu gdzie szarego człowieka strachem i nadzieją karmią i Ten co krew, za ropę chce przelewać. Zaraz Go zobaczę. Spojrzę w chłodne oczy mądrości i miłości. Co nas stworzył na swoje podobieństwo siedzi wygodnie i myśli. On zdecydowanie za dużo myśli. Ale cicho! Przecież On się stara. Czasem zapomina, ale przecież jest stary. Wybaczmy Mu to...

V Schody były coraz to bardziej strome, powietrze zrobiło się rzadsze, a uczucie lęku narastało. Pewien niepokój okrywał niby szatą moją postać. Byłem sam, a pod płaszczykiem utkanym z wyrzutów sumienia i skromności chowałem broń. Skrycie dumny i gniewny stałem u wrót. Lecz cóż to? Zamknięte?! Złote łańcuchy wiążą bramę. Metaliczny dźwięk i echo...Chciałem już wracać, gdy... - Tchórzu! – krzyknąłem – Ty co świata nie widzisz, co bawisz się w boga, gdy tam na dole, zrodzeni z Ciebie, przeciw Tobie się burzą! Idę z nimi! Chcę zapomnieć, że byłeś, że świat zbudowałeś. Tyranie! Bezlitosny. Mniej odwagę zstąpić i na nowo napełnić nas Duchem. Giniemy, a ginąc Ciebie kląć będziemy, że zostawiłeś nas samych tam, gdzie człowiek człowiekowi bogiem. Ty czekasz! Jesteś cierpliwy, aż w chwili ostatniej, kiedy już siły opadną, wiara uleci, pojawisz się. Wielki, Wspaniały, Niepokonany. Wybawca! Powiesz kilka ciepłych słów, naprawisz szkody, pocieszysz, że będzie dobrze. Po co Syna Swojego oddałeś w ofierze? Byśmy byli Ci wdzięczni? Wiecznie poddani? Spłacić dług należy. Nakarmimy Twoją pychę i rządzę władzy. Dostaniesz coś chciał – rząd dusz.... A co teraz? Kiedy kaleczysz serca, rany nożem przeznaczenia zadajesz. Wypełniasz miłością i czułością, by w końcu przerodzić to w żal i tęsknotę. Zabijasz sen. Męczysz z wyrafinowaniem, bezwzględnie. Dwadzieścia lat na ten sam seans mnie zapraszasz. Gdy powieki zamykając widzę tylko obraz – co ból i rozpacz przynosi. Gdzie wtedy jesteś? Tyś, co miał być morfiną. Zabijamy siebie, Ciebie. Tak powoli i niemiłosiernie. Tak jak nas uczyłeś. Bez wzlotów i upadków. Nigdy ostatni i nigdy pierwszy. Bez ekstazy. Czemu nie czynisz nas wolnymi od uczuć, od nadziei? Zabierz i nie oddawaj! Trzymaj w kryształowej kuli i czekaj, aż wszyscy nadejdą. Rozdziel równo, by nikt głodny miłości i serca nie był. Lecz Ty wolisz inaczej! Każesz czekać. Wystawiasz na próbę i cierpienia. Drogę krętą i kamienistą wyznaczasz. Doliną cieni w krainie mgieł, brodząc w smutnej rzece, muszę walczyć! Po co to wszystko? Po co wolna wola? Po co serc i umysłów swoboda? Tu – wszyscy uwięzieni w raju, szczęście ze sobą dzielą, a czemuś nie uczynił tego na Ziemi? Czemu Ewie pozwoliłeś? Jak każda kobieta – niepokorna, bolesna. Dałeś nam to co niszczy i buduje – wybór. Po co? – pytałem płaczliwie... - Wiedziałeś co

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Klepsydra — czytnik · opowiadania