Duchy · 7 min czytania
Klinika chorób zakaźnych I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Przyłożyłam policzek do zimnej szyby. Wstrząsnął mną dreszcz. Patrzyłam pustym wzrokiem na zimowy krajobraz zza szyby. Ravan. Ta myśl była tak niespodziewana , jak trzask pioruna w bezchmurny dzień. Ravan, wspomnienie tak naprawdę nigdy niezapomniane, budzące zamęt w moim sercu. Odsunęłam się od okna. Zasłoniłam śnieżno biała zasłonę, zerkając tęsknie na ogromne, śnieżne zaspy. Czas się rozpakować. Spojrzałam jakby od niechcenia na zbyt dużą walizkę. Skrzywiłam się, jednocześnie odwracając się na pięcie . W kilka sekund byłam już na zewnątrz. Otuliłam się szczelnie turkusowym szalikiem. Odetchnęłam z ulgą i wolnym krokiem ruszyłam na spacer. Postanowiłam wybrać małą ścieżkę biegnącą do lasu. „Co za magia..”- westchnęłam w duchu. Dookoła mnie rozpościerał się niesamowity krajobraz. Mróz zabił przestrzeń . Drzewa pokryte szronem mieniły się tysiącem kolorów, w świetle zachodzącego słońca. Całkowicie oddałam się wspomnieniom z dzieciństwa. Tak odległe wydawały mi się spędzone wspólnie chwile. Ravan i ja.. jakby to zdarzyło się wczoraj. Nieubłaganie zalała mnie fala rozpaczy. On taki dobry, wrażliwy , i ja.. moja bezduszność i tchórzostwo. Strząsnęłam z siebie nieprzyjemna gorycz , jednak ona ciągle nie dawał mi spokoju. Wróciłam w podłym nastroju do domku, byle jak rozpakowując bagaż i rzucając się na niezbyt wygodne, ale jak dobrze znane mi już łóżko. Zasnęłam jak tamtego pamiętnego dnia, gdy zawiodłam jego zaufanie...
*** Miała dwadzieścia cztery lata. Leżała na łóżku na oddziale położniczym św. Jana. Taka blada, wycieńczona , zlękniona.. Ściskam jej dłoń porozumiewawczo. Pielęgniarka niesie małe zawiniątko. Uśmiecha się. Staram się opanować drżenie rąk, odbierając od niej prawie nic nie ważące dziecko. Mój syn! Zdaje mi się, ze już z pierwszym dotykiem zalewa mnie fala radości. Taki mały! Boże! Spraw by był podobny do Any! Odsłaniam delikatny, biały materiał.. Moje oczy rozszerzają się z przerażenia. Błądzę histerycznym wzrokiem po ciele dziecka. Łzy zasłaniają mi obraz. - Ravan, proszę cię ,nie! Błagam, nie on! – szepta bliska płaczu Ana. Tuliła teraz do siebie małe zawiniątko. Patrzę na nią wstrząśnięty. Widzę jej piękną, zrozpaczoną twarz. Zaschło mi w gardle. Zaciskam i rozluźniam pięści. Jej szczupła dłoń przytulała dziecko, druga powoli odwijała je z pieluszek. Czuję jak wszystko we mnie krzyczy, żołądek zmienia swoje położenie. Patrzę prosto , w smolistą czerń pustych oczodołów szkieletu noworodka.
* - Nie! – krzyknął. Przerażony usiadł na kanapie. Bezwiednie parę łez spłynęło po jego policzku. To był tylko sen, tylko sen… Opadł z powrotem na kanapę, wycieńczony. Wydusił z siebie ostatnie łzy.
* - Stary! – krzyk Wiktora zmusił go, do powrotu w rzeczywistość. Ravan zirytowana pociera skroń. Popatrzył wściekły na swojego kolegę. Wiktor Brown, wysoki, jasnowłosy, barczysty mężczyzna o szaroniebieskich oczach. Dwa rzędy równiuteńkich , białych zębów szczerzyło się do niego w dość dziecinnym, głupawym uśmiechu. Ravan wielokrotnie zastanawiał się czemu Wiktor z twarzą jak z reklam telewizyjnych nie wypróbował się w tym fachu. Czyżby wolał gnić za biurkiem tak jak i on, no i spędzać długie wieczory w samotności, tak jak i on? Ironia ? Nie wierzył w sprawiedliwość losu … On nie mógł być gejem. - Powinieneś wsiąść