Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Kryminał · 1 godz. 4 min czytania

Klucz

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

K L U C Z FILIP SZARLIŃSKI

Warszawa 2016

Dla Zosi

To była jedna z tych ciemnych, bezgwiezdnych nocy. Deszcz dudnił o przednią szybę mojego bmw rocznik ’92, kiedy zjeżdżałem z błyszczącego asfaltu, ryjąc oponami w mokrej ziemi. Zaparkowałem na skraju lasu, pomiędzy rozwrzeszczaną karetką pogotowia a złowrogim reflektorem radiowozu. Odpaliłem papierosa i podnosząc kołnierz wojskowej kurtki, wyszedłem z auta. Na polnej drodze nie dłuższej niż 50 metrów stało ustawionych pięć radiowozów i ambulans. Nieźle, jak na nasze skromne warunki. Widać sprawa była brudna; a właściwie brudniejsza niż sądziłem, bowiem nie wzywają mnie do zwykłych przypadków. Nazywam się M. i jestem detektywem. Trudno powiedzieć czy najlepszym, wszak w tym zepsutym mieście byle szachista bierze się za rozwiązywanie spraw do których nie powinien się mieszać; jedno jest pewne, nikt nie zna tylu szulerów, dziwek, złodziei, mentów, dilerów i ogólnie pojętych szumowowin co ja. Jednak, jak miałem się dopiero przekonać, ta sprawa daleko wykraczała poza moje kontakty. - Dobrze, że jesteś! – powitał mnie inspektor K. – nic nie ruszaliśmy, a wszyscy chcą już spierdalać - Daj mi siedem minut i rękawice – odparłem Kiedy ją spostrzegłem wyglądała zupełnie poprawnie, jakby z uśmiechem wylegiwała się na trawie i podziwiała gwiazdy; tylko ten cholerny deszcz jakoś nie pasował. Była młoda, na oko jakieś dwadzieścia trzy lata, miała piękne, ciemne grube włosy, które teraz niedbale zasłaniały jej śliczną dziecięcą buzie; śniade, krągłe ciało było pokracznie wykręcone pomiędzy kwitnącym krzakiem bzu a starą lodówką. Cóż, przynajmniej w temacie składowania niepotrzebnych rzeczy ludzie mówią tu jednym głosem. Miała na sobie biały podkoszulek na ramiączkach i jasnobłękitne jeansy. Była bez butów. Kiedy zacząłem oględziny coś nieprzyjemnie ścisnęło mnie za gardło. Nie była to rozpacz ani nawet smutek, nie, był to raczej żal, żal, że takie świeże, młode ciało odchodzi z tego padołu. Dla samotnego mężczyzny świadomość utraty jakiejkolwiek kobiety, jest zawsze przykrym doświadczeniem. Odziałem dłonie w zielone rękawiczki i pochyliłem się nad dziewczyną. Była spokojna. Jej pełne usta wciąż lśniły czerwonym półuśmiechem, odsłaniając idealnie białe zęby. Na górnej wardze dostrzegłem niewielki ślad oparzenia. Takie ranki nie powstają od papierosów, o nie, dziewczyna najwidoczniej paliła z lufki, i to często. Wędrowałem dalej. Tam, gdzie smukła szyja łączyła się z delikatnie narysowanymi obojczykami spoczywał kolorowy, piórkowy naszyjnik w indiańskim stylu, w około dostrzegłem ślady zadrapań. Było ich kilka, niezbyt głębokich i raczej nie świadczyły o przedśmiertnej szamotaninie. Kochanek? Krzaki? W tej chwili trudno było to określić. Przeszedłem oczami po krzepkim ciele opiętym podkoszulkiem i zatrzymałem się przy biodrach. W przedniej kieszeni spodni coś się wyraźnie rysowało się pod materiałem. Sięgnąłem delikatnie, a moje przemoczone ciało zapłonęło żywym ogniem. Był to klucz. Pojedynczy klucz. Sądząc po wyglądzie, najprawdopodobniej do mieszkania; wisiał na pętli zrobionej z czarno złotej nici. Takie znalezisko zawsze wyjątkowo rozpala wyobraźnię, klucz nie jest zwykłą poszlaką; klucz niesie tajemnice, klucz jest elementem każdej zagadki i kiedy pojawia się w swej fizycznej postaci sprawa zawsze nabiera podniecająco dwuwymiarowego charakteru. Mógł być to oczywiście klucz do mieszkania dziewczyny, tym niemniej do czasu wyjaśnienia, sprawa nabrała pikanterii. Bezwiednie rozłożone nogi nie przyniosły nic, poza kolejną falą żalu za bezpowrotnie utraconą pięknością, aż do chwili oględzin stóp. Nieduże, smukłe, miękkie jakby nigdy nie skalane dotykiem ziemi. Na odkrytych kostkach wyraźnie rysowały się ślady obtarć. Najpewniej nowe buty, czy to dlatego je zdjęła? Myślę, że mam już dość. - Nic więcej przy niej nie znaleźliście? Żadnych dokumentów? – zapytałem K. - Dokumentów brak, nikt też nie zgłosił zaginięcia, znalazł ją jakiś grzybiarz. Ale było coś jeszcze – rzekł wesoło – wystawało z kieszeni spodni i wolałem to od razu zabezpieczyć Po czym podał mi zamknięty w foliowej torebce rachunek z jakiegoś baru. Opiewał na kwotę trzydziestu złotych a widniały a nim jedynie dwie pozycje. Sporo jak za burgera bez mięsa i wodę. - Przywieźli ją autem, sądząc po śladach opon czymś nie dużym. Żadnych wyraźnych śladów na ciele, może została otruta? - Chyba tą kanapką – powiedziałem nie odrywając wzroku od paragonu – sekcja powiem nam coś więcej, tymczasem zabierajmy się stąd Odszedłem w stronę auta, kiedy K. mnie przywołał - M. jesteś pewien, że chcesz to wziąć? Ostatecznie nie chcemy powtórki z Pragi… - Spokojnie – uciszyłem go gestem ręki – to przeszłość

* Wyszedłem na skapaną błękitnym blaskiem drogę i wsiadłem do auta. Odpaliłem papierosa i zapuściłem silnik, dając ogrzewanie na max. Stary, pamiętliwy K. Trudno powiedzieć, czy martwił się o mnie czy o dobro sprawy. Fakt, kiedyś zbyt osobiście podszedłem do zaginięcia pewnej dziewczyny, ale teraz jestem stary, a pancerz zobojętnienia skutecznie okrywa moje zmęczone życiem serce. Tak przynajmniej wtedy uważałem. Było późno, więc uznałem, że wycieczka do vege baru będzie zupełnie bezcelowa. Skierowałem auto na swoją dzielnicę i po dwóch kwadransach parkowałem pod domem. Deszcz właśnie przestał padać a ja czułem, że sen nie przyjdzie dziś tak prędko. Poszedłem do Trzech Siódemek – znajomego baru. W środku jak zawsze panowała grobowa atmosfera. Przytłumione światło delikatnie opływało czerwone ściany i zielone stoliki. Przy szerokim, niklowanym kontuarze siedziała jakaś dziwka i zalany pijaczyna, który zawsze pił na koszt barmana. Ów wodzirej libacji nazywał się Zbych i był tęgim, wąsatym jegomościem z łysym wierzchem czaszki. Zawsze nosił śnieżnobiałą koszulę i poplamiony czarny fartuch. Obowiązkowa muszka. Zbych nalał mi podwójną whisky; bez lodu. Pochyliłem się nad szklanką i przyjrzałem się swojemu odbiciu w brązowym płynie; starzałem się. Starannie zaczesane do tyłu włosy robiły się coraz to rzadsze, twarz przeorana była niezliczoną ilością bruzd, co w połączeniu z przepitymi oczami i moim podłym charakterem dawało dość żałosny obraz. Wychyliłem trunek jednym łykiem i gestem wskazałem na szklankę. Barman uzupełnił trunek, tym razem z lodem. - Znowu nocna służba? – spytał bezwiednie - Wycieczka do lasu – odparłem i pochyliłem się nad szklanką Nie miałem ochoty gadać. Dopiłem drinka i uregulowawszy rachunek opuściłem bar w takim składzie w jakim go zastałem. W mieszkaniu było ciemno. Mieszkam sam, więc nie było w tym nic dziwnego, jednak zawsze napawało mnie to pewną melancholią. Zdjąłem przemoczoną zieloną kurtkę i buty, po czym nalałem sobie drinka. Zajmuje dwupokojowe mieszkanie na parterze, w jednej ze starych kamienic na prawym brzegu. Wnętrze urządzone jest ascetycznie, jednak nie brak mi żadnych wygód. Rozsiadłem się w skórzanym fotelu i wlepiłem wzrok w mokre okno. Szybko uporałem się z zawartością szklanki, po czym, wtopiwszy się w oparcie odpaliłem papierosa. Z kieszeni spodni wyciągnąłem klucz ofiary. Złoto-czarna nić migotała w blasku nocnej lampki, flirtując z ognikiem papierosa. Owinąłem pętelkę w około nadgarstka i przyglądałem się z dziecięcym zaciekawieniem. Rzeczy osobiste ofiary zawsze noszą w sobie coś więcej niż tylko ich zwykłą treść, one są przesączone myślą i życiem, są ostatnim śladem bytności i z pewnością, gdybym był starą cyganką pachnącą ruskim tytoniem i kamforą, sprawa byłaby już dawno rozwiązana. Tymczasem nie znałem nawet imienia dziewczyny. Ta niepewność mnie dręczyła. Dręczył mnie brak motywu, brak śladów i te czerwone usta, zastygnięte w wiecznym uśmiechu. Dopaliłem papierosa i z lekkim trzaskiem uniosłem ciało z fotela, kierując się po kolejnego drinka. Kiedy zapaliłem światło w kuchni, przeszył mnie krótki dreszcz zaskoczenia. Na stole kuchennym siedział czarny kocur i wlepiał we mnie swoje żółtozielone spojrzenie. Staliśmy tak chwilę, wpatrując się we własne oblicza po czym zrobiłem krok w stronę gościa. Siedział nieruchomo, lecz kiedy zbliżyłem się na długość ramienia bez ostrzeżenia rzucił się na moją odkrytą rękę. Atak był błyskawiczny. Nim szklanka którą trzymałem w drugiej dłoni zdążyła się z trzaskiem rozbić o podłogę, sierściuch zniknął w odmętach nocy za oknem. Miałem zdecydowanie dość. Przemyłem krwawe zadrapania w zlewie, po czym; uprzednio sprzątając potłuczone szkło; udałem się do sypialni. Klucz położyłem na szafce przy łóżku. Tej nocy jeszcze długo leżałem.

* Rano obudził mnie telefon, dzwonił K. - Znaleźliśmy jej matkę – informował – musisz tu koniecznie przyjechać Z K. pracowałem od dobrych dwudziestu lat. Zaczynaliśmy razem w dochodzeniówce, później przenieśli nas do kryminalnych. Kiedy wybuchł cały ten skandal, zaczęły się komisje i przesłuchania, K. stał za mną murem. Nie jestem w stanie określić na ile się to zdało, wiem tylko, że musiałem oddać broń i odznakę. Teraz, choć formalnie nie jestem gliną za jego wstawiennictwem biorę udział w najgorszych sprawach; nadinspektor nazywa mnie konsultantem. Myślałem o tym pijąc kawę i jedząc porannego papierosa; moje stałe śniadanie od ostatnich paru lat. Pozwalało mi stanąć na nogi i jednocześnie okryć się płaszczem zobojętnienia, tak potrzebnym przy rozmowie z matką zmarłej nagle nastolatki. Zaparkowałem auto pod wskazanym adresem. Był to duży dom w podwarszawskiej Radości, z przełomu milenium. Wybudowany został w klasycznym dla po transformacyjnych nuworyszy stylu; niby kolumnada oplatała dziedziniec wyłożony niby marmurem; żółty tynk kontrastował z figurkami cherubinów przy wejściu, a brązowa blacho dachówka wykraczała dobry metr poza fasadę, tworząc efekt kapelusza na tej masywnej willi. Przeszedłem przez ciemne, dębowe drzwi i znalazłem się w oświetlonym przedpołudniowym słońcem salonie. K. siedział na jasnej skórzanej kanapie, plecami do okien, przed nim, na fotelu siedziała matka dziewczyny. Mimo dobiegającej pięćdziesiątki była to niezwykle piękna kobieta i nie sposób było nie zauważyć uderzającego podobieństwa do córki. Była ubrana w dopasowaną czarnozieloną sukienkę, odsłaniająca nogi niemal do połowy uda. Mimo wczesnej pory zdążyła położyć lekki makijaż. Obróciła się w moim kierunku i skinęła głową; jej ciężkie brązowe włosy niemal się nie poruszyły. Usiadłem obok K. - Napije się pan czegoś? Kawa? Herbata? Może coś mocniejszego? - Dziękuje – odparłem – kiedy zorientowała się pani, że z córką jest coś nie tak? - A ja chętnie napije się koniaku – po czym wbiła we mnie swoje ciemne oczy - proszę, mów mi Laura – wstała i podeszła do barku stojącego w rogu salonu Poruszała się z niesamowitą gracją, a wrodzona elegancja biła z każdego jej ruchu - Dowiedziałam się od koleżanki Marii, z akademika – powiedziała nalewając bursztynowego trunku do kieliszka – miała wrócić w niedziele, w poniedziałek nie było jej na zajęciach, zaniepokoiły się Wróciła na fotel - Córka od dawna z tobą nie mieszka, Lauro? - Od trzech lat, od kiedy rozpoczęła studia. Maria szybko chciała się wyprowadzić, nie znosiła tego domu – wzięła niewielki łyk koniaku – prawdę mówiąc nie znosiła też mnie, po śmierci jej ojca nie dogadywałyśmy się najlepiej. Studiowała scenografię, zawsze wytykała mi fatalny gust - Akademik? – zapytałem – patrząc po domu, spokojnie byłoby was stać na mieszkanie - Maria była przesiąknięta ideologią, spotykała się z jakimiś hipisami czy hipsterami, nie wiem jak się to teraz nazywa. Nie chciała afiszować się z pieniędzmi, które co miesiąc jej przelewałam na konto – znów podniosła kieliszek do ust, tym razem wypiła więcej – zresztą to wszystko i tak było jej, mąż przepisał jej większość majątku - A teraz? - Teraz ja jestem właścicielką Wyciągnąłem klucz z kieszeni kurtki - Znaleźliśmy to przy dziewczynie – po czym podałem go Laurze – poznajesz go? Obracała przez chwilę klucz w swoich smukłych dłoniach - Nie, zupełnie. Nie jest to klucz do naszego domu i mogę stwierdzić, że nie jest też od pokoju w akademiku, tamten miał okrągły uchwyt – lekko zmarszczyła brwi - Ale, ale ta dziewczyna która dzwoniła, Hania czy Mania, mówiła, że Maria miała nocować u jakiś znajomych, może to ich? - Z pewnością to sprawdzimy – wyciągnąłem dłoń po klucz - Oh, co się panu stało? Wygląda fatalnie – powiedziała Laura, patrząc na mój podrapany nadgarstek - Miałem małą utarczkę z kotem – rzekłem odbierając klucz - Ah, Maria uwielbiała koty… - powiedziała Laura osuszając kieliszek

* Jakieś półgodziny później, stałem z K. na parkingu gdzie dopalaliśmy papierosy. Rozmowa z matką przyniosła kilka nieznacznych poszlak - Cóż, nie ma rady – odezwał się K. – ja pojadę do akademika popytać współlokatorki, a Ty sprawdź ten cały bar K. wręczył mi zdjęcie Marii - Cóż, nie ma rady – odpowiedziałem - Ale ta matka… ahh… - rozmarzył się K. – nie wyglądała na zbyt przejętą śmiercią jedynej córki - Takie kobiety nigdy nie dają po sobie nic poznać – zaciągnąłem się papierosem - Strzegą swojego wnętrza, ukazując światu jedynie starannie dobrane maski - Stary cynik… Nic dziwnego, że sypiasz sam! Rozjechaliśmy się z K. w różnych kierunkach. Zdjęcie Marii przymocowałem na desce rozdzielczej i dopiero teraz mogłem w pełni dostrzec jak piękną istotą była. Niczym nie skrępowany, zupełnie szczery uśmiech odciągał spojrzenie od ciemnych świdrujących oczu. Ciężkie, włosy puszyły się nadmiarem objętości, zupełnie nie przypominając tych przemoczonych nitek w jakich ją zastałem. Istotnie, można było zakochać się w niej od jednego spojrzenia. Czy to właśnie była przyczyna jej przedwczesnej śmierci? Kochanek? Rywalka? Ślady nie wskazywały na gwałt, ale do czasu sekcji trzeba również i to brać pod uwagę. Dzień zupełnie nie przypominał wczorajszej słoty, zupełnie jakby zapomniał o tragedii i przeszedł do swojego zwykłego porządku. Mocne, majowe słońce kuło twarz przez szybę bmw, kiedy parkowałem pod barem VegeDeli w centrum miasta. Założyłem ciemne okulary i zgasiłem silnik. Wszedłem do środka i od razu poczułem, że tym razem mój wygląd i sposób bycia są raczej przywarą nie zaletą. W środku siedziało pełno długowłosych chłopców i krótkowłosych dziewcząt. Siedzieli na podłodze na niby tureckich dywanach i jedli rzeczy przypominające paszę dla krów. W środku było gorąco, zarówno od otwartej kuchni jak i od rozstawionych wszędzie laptopów. Młodzi debatowali nad czymś intensywnie, jednak moje pojawienie chwilowo wytrąciło ich z ferworu dyskusji. Usiadłem przy ladzie, jedynym miejscu z krzesłem i zamówiłem kawę. - Zbożową? Z mlekiem sojowym? – zapytał szczaw w okularach i tunikowatym fartuszku - Czarną - Może zaproponuje ciasto? Mamy pyszne bezglute… - Może nie – przerwałem i położyłem dychę na stół - Ale to będzie dwanaście – powiedział nieśmiało chłopak - Chryste… Dołożyłem dwójkę po czym położyłem zdjęcie Marii na ladzie - Znasz tą dziewczynę? - Jasne, to Maria – powiedział bez wahania – często tu przychodzi, ale nie znam jej za dobrze – wskazał na grupkę siedzącą w rogu salki – to jej znajomi, z klubu. Co się stało? - Można powiedzieć, że oddała kartę członkowską. Czym się zajmują? - Nie wiem dokładnie, coś z ekologią i żywieniem, moją hopla na tym punkcie Dopiłem kawę i podszedłem do zielonego klubu. Nie byli to typowi hipisi. Wyglądali na starannie zaplanowaną mieszankę bezdomnych i studentów; ubrani w powyciągane, świeżo uprane swetry i workowate spodnie; większość nosiła okulary. Pomiędzy nimi furczało kilka laptopów, walczących o miejsce ze stertami książek o wschodniej filozofii i talerzami pełnymi sałaty. Dziewczyny miały potencjał by paradując z uśmiechem przez miasto łamać męskie serca, jednak zamiast tego przybrały role walecznych chłopczyc w niechlujnie powyciąganych koszulach. Pokazałem im zdjęcie. Wszyscy zgodnie potwierdzili, że owszem znają Marię, jednak nie widzieli jej od kilku dni. Niby niczego nie ukrywali, jednak nie palili się do rozmowy. Dopiero kiedy powiedziałem, co stało się z dziewczyną zrobili się bardziej otwarci. Chcieli pomóc, jednak niewiele wiedzieli, wyglądało na to, że podobnie jak matka, Maria pilnie strzegła swojej prywatności. Już miałem wychodzić, kiedy w drzwiach baru pojawiła się młoda parka. On miał łysą głowę i krzaczastą, ciemną brodę. Jego twarz, tuż nad lewym okiem przeszywała gruba blizna nadająca jego spokojnemu obliczu złowrogiego sznytu. Miał na sobie luźną różową koszulkę i workowate, czerwone spodnie. Urbanie wisiało swobodnie na jego niegdyś muskularnym ciele, z którego w niedługim czasie musiało ubyć sporo kilogramów. Wszędzie obwieszony był przeróżnymi koralikami i paciorkami. Ona chowała krótko ostrzyżone włosy pod czarnym kapeluszem z falistym rondem. Była szczupła i dosyć wysoka, co nadawało jej pajęczego wyglądu. Ubrana w szaro czarne rzeczy, zdecydowanie bardziej wysmakowane od niego, szczerzyła na wejściu swoje białe zęby zamknięte w nieco wiewiórczej szczęce, która nadawała jej osobliwego uroku. Mieli po dwadzieścia parę lat, trzymała go za ramię. Oboje mieli kolorowe tenisówki z przekrzywioną literką N. - Lala, Sofie! – krzyknął jeden z klubowiczów – dobrze, że jesteście! Wyjaśniłem młodym całą sprawę. - O boże to strasznie – kwiliła Sofie – to była nasza serdeczna przyjaciółka, jak siostra! - Świat jest niesprawiedliwe okrutny – wtórował brodaty - Czy wiecie gdzie była przez ostatnie kilka dni? – zapytałem, kiedy trochę się uspokoili - Nie mam pojęcia – odpowiedziała pajęczyca – byliśmy cały weekend na Mazurach – po czym zapytała – pan jest z policji? - Działam z policją - Mogę zobaczyć odznakę? – drążyła temat Milczałem - Tak jak mówiłam, byliśmy na mazurach. Nie mamy nic więcej do dodania Po czym odwróciła się na pięcie i podeszła zamówić jedzenie. Lala poszedł za nią Opuściłem bar i udałem się do samochodu. Chciałem ich jeszcze trochę poobserwować, a to zawsze było świetnym pretekstem, aby przez chwilę pokontemplować samotnie w moim czarnym bmw. Poczciwe auto nie zawiodło mnie jeszcze ani razu, i mimo upływu lat, nie miałem z nim żadnych problemów. Można powiedzieć, że, niczym wino, z dnia na dzień stawało się coraz piękniejsze. Ostry, klinowaty kształt zwieńczony był parą podwójnych, okrągłych reflektorów, które drapieżnie łypały na wszystkich dookoła. Wsiadłem do środka i rozparłem się w szerokim fotelu z czarnej skóry. Uchyliłem okno. Z przedniej kieszeni mojej czterdziestki trójki wyciągnąłem srebrną papierośnicę i wyjąłem papierosa. Włożyłem go do ust, po czym chwilę syciłem się słodkim zapachem tytoniu MacBaren zmieszanym z wiosenną wonią ulicy. Wyciągnąłem zapałkę i odpaliłem ją o brzeg kierownicy. Przypaliłem papierosa i wpuściłem metaliczny dym głęboko do płuc. Miałem z tego miejsca świetny widok na wejście do VegeDeli, nawet nie musiałem wyciągać lornetki. Ahh Ci młodzi zdobywcy umysłu i świadomości, skoncentrowani wokół kilku książek i talerza z cieciorką. Prawdziwi hipisi mieli wolę przebicia. Kontestowali swój sposób bycia każdym gestem i uczynkiem, wierząc całkowicie w swoje utopijne przekonania. Dziś młodzi nie różnią się niczym. Nieważne co by sobą reprezentowali i jakie nieśli poglądy, wszystko sprowadza się do lukrowanego pozoranctwa i Internetu. Umierają ostatni prawdziwi ludzie. Zastępują ich lalki; staranie wykreowane figurki, z których w każdej chwili można wyjąć bateryjkę i porzucić na podmiejskim śmietnisku. Obserwowałem bar kilka godzin i nie dostrzegłem nic nadzwyczajnego, poza tym, że siedzą tam tyle czasu. Raz tylko wyszli przed lokal; palili skręta. Niby nie ma w tym nic oburzającego, jednak nie podobała mi się bezczelność z jaką to uczynili. W biały dzień, w centrum miasta. Widać byli gotowi na konfrontacje z policją; tatuś wynajmie prawnika, a on będzie mógł pochwalić się w internecie jak to zrobił system w konia. To zielone ścierwo napędzało całą tą pozorną rewolucję świadomości. Z błogiego zamyślenia wyrwał mnie dzwonek telefonu - Mam wieści z akademika – dźwięczał głos K. w słuchawce Słuchałem - Może spotkamy się w Bambino? Za półgodziny - Jadę – odpowiedziałem rozłączając rozmowę

* Bar mleczny Bambino mieścił się na rogu Kruczej i Hożej. Był naszym stałym obiadowym miejscem jeszcze od czasów, kiedy szwendaliśmy się po ulicach jako krawężniki. Dziś, choć brakuje kraciastej ceraty i przyśrubowanych sztućców w powietrzu nadal utrzymuje się swojska nuta nostalgii. Siedzieliśmy przy naszym stoliczku w rogu sali, jedząc w milczeniu. Każdy glina wie, że ciepły obiad to najważniejsza rzecz na służbie; wie również, że rzadko kiedy ma okazje zjeść go w spokoju. Rozkoszowałem się „zestawem murarza” – kotletem mielonym z tłuczonymi ziemniakami i zasmażanymi burakami. K. kończył ruskie pierogi. Kiedy wypiliśmy kompot przeszedł do rzeczy - Potwierdziła się informacja o wyjeździe – mówił spokojnym głosem - Maria co jakiś czas spędzała kilka nocy poza akademikiem, najczęściej w weekendy - Chłopak? - Nic mi o tym nie wiadomo. Aż do rozmowy z matką, koleżanki myślały, że Maria nocuje w domu – zrobił pauzę – cholera M. ta dziewczyna była jakimś szpiegiem albo duchem Podzieliłem się z K. spostrzeżeniami z baru. Szczególnie rozbawiła go sytuacja z odznaką - Małolata zrobiła cię na szaro!- niemal krzyknął - Sofia? - Sofieee – przeciągnąłem imię wykrzywiając usta - Te dzieciaki… A co z tym całym klubem? To jacyś czerwoni? - Raczej zieloni. Nie sądzę aby orientowali się w ideologiach – wytarłem usta chusteczką - Głoszą prawdy poznania zaczerpnięte z haiku, nabazgranego na drzwiach od kibla w nowoczesnym centrum jogi - Też kiedyś w to wierzyłem – uśmiechnął się K. - Wszyscy przez to przechodzą, to jak ospa Ubraliśmy się i odnieśliśmy naczynia. Pożegnaliśmy się uściskiem dłoni z właścicielem i wyszliśmy na skapaną wieczornym blaskiem ulicę. Długie, granatowe cienie cięły miasto na setki kawałków, pomiędzy którymi przepływała gęsta masa wracających z pracy przechodniów. K. wyciągnął papierosy, ja podałem ogień - A co myślisz o matce? – jego oczy zapłonęły – czyżby spadek rekompensował śmierć córki? Już miałem podzielić się z nim moim spostrzeżeniem, kiedy w kieszeni moich jeansów odezwał się telefon. Numer nieznany - Dobry wieczór M. – brzmiał stonowany głos w słuchawce – tu Laura. Musisz koniecznie do mnie przyjechać, chodzi o Marię - Czy nie możesz przekazać mi informacji telefonicznie? A w ogóle to… - Dostałam z centrali, to nie było trudne – uprzedziła pytanie – wolę nie przez telefon, chcę, aby pan tu przyjechał. Koniecznie Rozłączyła rozmowę Przedstawiłem sprawę K. - Oh nie wiem, nie wiem… Cholera M. pamiętasz przecież jak to… - Daj już spokój – uciąłem Podaliśmy sobie dłonie i rozeszliśmy się w kierunku samochodów. K. miał sprawdzić jak idą postępy z sekcją. Ja miałem sprawdzić jakie to informacje ma mi do przekazania matka ofiary. Jadąc w kierunku jej domu znów przymocowałem zdjęcie Marii na podszybiu. Sprawa zaczynała śmierdzieć, a jeszcze na dobre jej nie ruszyliśmy. Zastanawiałem się jakie mroczne sekrety kryła to roześmiana buzia. Byłem pełen podziwu, że taka, z pozoru, otwarta, w dodatku towarzyska i mieszkająca z rówieśnicami dziewczyna mogła tak doskonale strzec swojego wnętrza, zwłaszcza w czasach wszechobecnego ekshibicjonizmu. Zjechałem z głównej trasy i skierowałem bmw na węższe asfaltowe nici. Wpatrywałem się w ciemną głębię jej oczu utrwalonych na celuloidzie, kiedy kątem oka dostrzegłem cień przed samochodem. Ostro odbiłem w prawo, zahaczając dwoma kołami o pobocze; zderzenia uniknąłem o kilka centymetrów. Złapany żwir szarpnął autem, skontrowałem, wbiłem pedał hamulca w podłogę i stanąłem w poprzek drogi. Reflektory oświetlały teraz krzaki w których wyraźnie rysowało się dwoje zielonych oczu. Nim zdążyłem wysiąść z auta, zniknęły w plątaninie liści i gałęzi. Obszedłem auto; lakier był nietknięty. Niestety nie można było tego powiedzieć o prawej oponie, która całkowicie zdarła się z felgi i w pokraczny sposób nie pasowała do zwartej sylwetki auta. Zjechałem na pobocze i wezwałem mechanika. Zaufany człowiek był w stanie przywrócić mojej małej sprawność, bez konieczności mojego udziału. Zdjęcie schowałem do przedniej kieszeni kurtki; kluczyki ukryłem pod nadkolem, ten sprytny wist już nieraz uratował mnie z opresji. Spojrzałem jeszcze raz na krzaki; jestem ciekaw czy był czarny. Postawiłem kołnierz i na piechotę ruszyłem przed siebie. Do drzwi pukałem półgodziny później.

* Otworzyła mi niemal od razu. Była ubrana w długi, jedwabny peniuar w kolorze krwistej czerwieni. Ciemne włosy spięte z tyłu głowy uwydatniały smukłość jej posągowej szyi, która łącząc się z wąskimi ramionami przywodziła na myśl słynny obraz Parmigianina. W chwili, gdy przestąpiłem próg, stając w paśmie światła, jej ciemne, świdrujące spojrzenie zatopiło się w mojej twarzy - Widzę, że bez auta. W takim wypadku ośmielę się zaproponować drinka – powiedziała, po czym nie czekając na odpowiedź skierowała się w stronę barku Poczciwe bmw, jeszcze nigdy mnie nie zawiodło. Szedłem tuż za nią, podziwiając grację z jaką stawiała każdy krok. Jej bose stopy miękko płynęły po ciemnej, drewnianej podłodze niemal całkowicie odrywając uwagę od delikatnie kołyszących się bioder. Muskularne łydki prężyły się przy każdym ruchu, jakby jednym susem chciała pokonać całą długość pokoju. Doszliśmy do barku. Pachniała kąpielą i olejkiem różanym. Ujęła ciężką, kryształową szklankę w dłoni po czym wypełniła ją ciemnobrązowym płynem. Podała mi szkło, znów wwiercając się we mnie swoim spojrzeniem. Pociągnąłem łyk. To była naprawdę dobra whisky. - Więc… - zacząłem ostrożnie – cóż to za informacje związane z Marią? - Ależ pan rzeczowy – skarciła mnie spojrzeniem – chodźmy na górę. Do jej pokoju Skierowaliśmy się na piętro po kręconych, marmurowych schodach. Przeszliśmy na lewo. Pokój Marii znajdował się w końcu korytarza. Wnętrze oświetlała bladoniebieska łuna bijąca od włączonego komputera, co zapewne było sprawką Laury. Wszystkie meble w pokoju wykonane były w modernistycznym stylu lat sześćdziesiątych. Ściany obwieszone zdjęciami i plakatami filmowymi niemal całkowicie ukrywały pierwotny, szary kolor. W rogu stała wysoka, przeszklona szafa, wypełniona po brzegi książkami obok której, na niewielkim regale znajdowała się równie pokaźna kolekcja płyt DVD. - Interesujące miejsce. To zdjęcia Marii? - Tak, wszystkie. Uwielbiała fotografię, wszędzie chodziła ze swoim Nikonem – rozejrzała się po pokoju - Uważała, że tylko zdjęcia na kliszy są w stanie uchwycić rzeczywistość Laura gestem wskazała na komputer - Postanowiłam przejrzeć jej wiadomości, uznałam, że może coś w nich znajdę – powiedziała to z niemal nie wyczuwalną nutą wstydu – i proszę Na ekranie wyświetliła się wiadomość wysłana do wszystkich członków jej byłego klubu. Widniało na niej zaproszenie na „zebranie ostateczne”, zaplanowane na jutrzejszy wieczór, w starych pawilonach handlowych na Pradze. Klub nazywał się VAR. - Pomyślałam – tu przerwała – pomyślałam, że ta informacja może okazać się przydatna, ten cały klub jakoś brzydko mi pachnie Byłem zmieszany. Z jednej strony informacja faktycznie wydawała się przydatna, z drugiej czułem się jak uczniak wpakowany w pułapkę. Czy poszukiwania mordercy, prowadzące w kierunku dzieciaków bawiących się w hipisów miały jakikolwiek sens? Żaden z nich nie wyglądał mi na Mansona a już na pewno nie na typowego sprawcę, z którymi tak często mam do czynienia. Spojrzałem na Laurę i haustem skończyłem whisky. Jej oczy nadal wpatrywały się w moje, jednak teraz dostrzegałem w nich smutek. Objęła mnie przytulając twarz do piersi - Ja, ja… - głos jej się łamał – to takie straszne. Nie chciałam być teraz sama Jej ciepłe ciało iskrzyło życiową energią spiętą pod delikatną skórą. Z drżenia mięśni można było odnieść wrażenie, że szykuje się do skoku, jakby ta cała skumulowana witalność miała nagle eksplodować przeszywając ciemność płonącym blaskiem. Wyciągnęła ku mnie twarz, delikatnie przymykając oczy; zatopiliśmy się w pocałunku. Jej ciepłe, wilgotne usta niepewnie błądziły po moim szorstkim obliczu, lecz, gdy tylko nasze języki spotkały się w odwiecznym tańcu przyjemności, uczułem jak jej ciało mięknie, otaczając mnie błogim ciepłem niczym kąpiel po ciężkim dniu. Jednym ruchem zdarłem z niej peniuar uwalniając twarde piersi. Przywarliśmy do siebie z nową siłą, opadając na stojące w rogu łóżko. Tej nocy jeszcze długo nie spaliśmy, a ja, mimowolnie, co chwilę spoglądałem w oczy Marii, wpatrujące się we mnie ze ściany.

* Przebudziłem się nad ranem. Granatowe światło poranka wyraźnie rysowało ciemny kontur jej spoczywającego na boku, nagiego ciała. W pierwszej chwili żal było mi opuszczać tą ciepłą przyjemność, jednak wyślizgnąłem się z łóżka i bezszelestnie ubrałem. Spojrzałem jeszcze raz na czyste uosobienie kobiecości rysujące się niczym skała w morzu pościeli, po czym wyszedłem z domu. Niedługo później syciłem się smakiem papierosa we wnętrzu bmw. K. nie dawał znać, więc postanowiłem udać się w kierunku vege baru. W głowie kołatała mi informacja dotycząca spotkania klubu, wypita whisky i upojna noc spędzona w objęciach kobiety. Czułem, że sprawa nie idzie należytym tropem, jednak wydawało mi się, że do tej pory postępuje, tak, jak trzeba. Noc spędzona z matką ofiary zdecydowanie nie działała na moją korzyść, jednak ostatecznie nie nosiłem munduru. Tłumaczyłem sobie całe zajście wybuchem emocji i zwykłą, zwierzęcą fizycznością, chociaż w głębi serca odnosiłem wrażenie, że nie był to zwykły seks, a przypływ upajającego, narkotycznego uczucia, którego obiektem wcale nie była Laura. Zaparkowałem auto w dogodnym miejscu i rozłożyłem fotel; do otwarcia baru zostały jeszcze dwie godziny, jednak dostrzegłem poruszające się w środku postaci. Z początku myślałem, że to obsługa szykująca się do otwarcia, jednak wyraźnie zauważyłem charakterystyczną, pajęczą sylwetkę Sofie i kilku członków klubu. Widać bar nie był przypadkowym miejscem spotkań, a lokalu użyczano im także na noc, co wskazywało na dość zażyły stosunek z właścicielem. Pokręcili się chwile po wnętrzu, po czym wyszli przed wejście i zapalili skręta. Kiedy pogłębili świadomość na nadchodzące godziny zaczęli rozchodzić się w różnych kierunkach. Moją uwagę skupiła Sofie i jej chłopak Lala, którzy wsiedli to zielonego fiata Seicento. To auto zdecydowanie pasowało do śladów zabezpieczonych na miejscu zbrodni. Zapuściłem silnik i w bezpiecznej odległości ruszyłem za nimi. Dwadzieścia minut później parkowaliśmy na jednym z dużych mieszkaniowych osiedli na Ursynowie. Słońce stało jeszcze nisko, toteż między plątaniną wysokich, betonowych bloków było niemal ciemno. Zaparkowałem bmw kilkanaście metrów od Seicento, po czym obserwowałem jak parka zmierza do osiedlowej furtki. Wyciągnąłem lornetkę i odczytałem na domofonie numer mieszkania – 149. Kiedy zniknęli w ciemności klatki schodowej wyszedłem z auta aby przyjrzeć się bliżej Seicento. Miało mleczno-pistacjowy lakier z waniliowym wykończeniem detali, co sprawiało, że wyglądem przypominało klasyczny, włoski deser. Zajrzałem przez szybę; w środku panował zwyczajowy bałagan. Pełno płyt, z gatunkowym przekrojem od jazzu do tybetańskich bębnów walało się od podszybia do podłogi; kilka czapek, okulary przeciwsłoneczne, filtry od papierosów i pogniecione bibułki. Było pewne, że jeśli Maria została przewieziona tym autem, wiązało się to z ogromnym ryzykiem, wszak bagażnik nie był wstanie przyjąć jej w takiej postaci, w jakiej ją znaleziono. Na tylnej kanapie leżało zwinięte kilka ręczników, a pod nimi, schowane nieco pod fotelem, niewielkie, kolorowe trampki z literką N. Wsadziłem rękę do lewej kieszeni mojej wojskowej kurtki i wyciągnąłem z niej malutki wytrych. Auto miało lichy zamek i nie było wyposażone w alarm, toteż szybko znalazłem się we wnętrzu. Kolorowe buty leżały upchnięte pod fotelem kierowcy, wyciągnąłem je z auta. Były zdecydowanie za małe na stopy Lali czy nawet Sofie. Nie miały na sobie żadnych śladów użytkowania; można by rzec, że pachniały jeszcze nowością. Z tyłu,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%