Inne · 6 min czytania
Klucze
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wyszedł z domu. Po schodach w dół szarej, obskurnej klatki, w dół wokół ciemności nieodpartej, nierozświetlonej nawet pomarańczowym światłem zacinającej się żarówki… Przywykł dawno do takiej scenerii, nie robiła więc ona na nim żadnego wrażenia. Popchnął z rozmachem metalowe drzwi i wchłonęła go mroźna, lepka mgła zmieszana, jak zawsze o tej porze roku, z dymem kominów, sadzą i stęchlizną. Panowała cisza, tylko gdzieś w górze unosił się smętny dźwięk wiolonczeli, a może to były skrzypce?
Zatrzymał się przed ulicą przemokniętą i ubraną w liście. Gdy szedł, przyklejały się one do jego ciężkich butów, jedyne towarzyszki podjętej podróży, pozornie bez celu…Nie wiedział, czy dane mu iść w stronę miasta, gdzie dzikość samochodów, neonów i zgrzytu tramwajów wbijała się w spokój duszy, czy też w stronę peryferii, gdzie poszczekiwały psy, okna domów głucho patrzyły zza zapuszczonych ogrodów, a furtki odpychały brzęczącym żelastwem. A może zawrócić? Do mieszkania, które umierało na sobie tylko znaną chorobę, które widziało tak wiele, że pomarszczyło się na ścianach i pękało z bólu linią krętą na suficie? Do starych, krzywych, wilgotnych mebli, do kuchni bez okna z obtłuszczoną kuchenką, wiecznie pustą lodówką? Do łóżka wciąż pustego jak rozsypane koło niego butelki niczym dywan ze szkła? I do przykrytego nieśmiertelnym kurzem pianina, przy którego dźwiękach tylko raz był szczęśliwy? Nie…nie było celu tam wracać. Nie było kwiatów, które można by podlać. Nie było balkonu, na który można by wyjść ku wschodzącemu słońcu. Przede wszystkim nie było dla kogo… Bury kot już dawno go opuścił, jakby przepowiadając mu nieskończoną samotność.
Szedł tak w milczeniu, zmarznięte dłonie w kieszeni płaszcza odnalazły klucze. Nie zamknął drzwi, może i dobrze. I tak nie potrzebuje już tego, co zostawił za sobą. Zamachnął się i rzucił klucze w listowie. Jakiż ciężar spadł z serca. Przyspieszył kroku. Nierówny chodnik wiódł go jednak w stronę miasta. Powoli mijały go ludzkie kształty zagłębione w miękkość szali i wysokich kołnierzy. Autobusy we mgle wyglądały wszystkie jednakowo, wielkie jeżdżące paczki pełne anonimowej tłuszczy, zaparowanymi oczyma świeciły po drogowych słupach.
Nie wiedział, czy późna już pora, ale właśnie wyjaśnił mu to ostatni dzienny tramwaj, który minął go jakby z obojętnością, zaskrzypiał na zakręcie i zniknął we mgle. „Trzeba iść dalej” – pomyślał. Przystanął jednak zupełnie przypadkiem przed jedną z tych licznych podejrzanych knajp w mieście, gdzie trzeba mieć oczy dookoła głowy, żeby nie zachłysnąć się tą duszną atmosferą niewyartykułowanych pytań, żądz i niedomówień. Przy barze po prawej stronie siedziała kobieta niewiadomego wieku. Jedna z tych, które nigdy nie były młode i nie będą nigdy stare. Jej rysy nie zdradzały nic poza ignorancją wobec świata. Pochylała się nad…