Fantastyka · 20 min czytania
Kluki (fragment)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
Gdzieniegdzie, pomiędzy ziarnami różnych zbóż, mieszkały kluki. Były to istoty nieskończenie małe, ale zarazem nieskończenie liczne. Były tak nieskończenie małe, że nawet wszystkie razem, w swej nieskończonej mnogości, mogły z łatwością przedzierać się przez atom.
Każda kluka miała swoje imię. Imiona kluk nigdy się nie powtarzały. Możliwe było to dzięki systemowi nazewnictwa kluk: pierwsza z nich dostała imię Ab, kolejna Ac, następna Ad, etc. Dwudziesta trzecia kluka nosiła imię Az, dwudziesta czwarta Ba. Oczywiście dalsze kluki nosiły dłuższe imiona, np. Bae, Cenia, Karfa, Kloatoro, itp. Pojawił się też problem imion dziwnych i trudnych do wymówienia - np. Fgldrzmm. Do selekcji imion wyznaczono więc klukę, zwaną Dozorcą Imion. Jej zadaniem było odrzucanie tych dziwnych imion właśnie.
Płeć kluk określana była na podstawie ich imion. Kluki z imieniem kończącym się samogłoską "a" automatycznie stawały się kobietami. W ten sposób jednak kobietą byłaby jedynie co dwudziesta czwarta kluka. Dlatego też określaniem płci zajmowała się kluka, zwana Dozorcą Płci. Nadawała ona płeć żeńską tym klukom, których imię brzmiało wystarczająco kobieco, a nie kończyło się literą "a" - np. Dloro, Plorff, czy Jasemen. Pilnowała też, by liczba kobiet była zbliżona do liczby mężczyzn. Z reguły jednak kobiet było troszeczkę więcej (Dozorca Płci prawie zawsze był mężczyzną - aktualnie był nim Zoraz). Mogło się zatem zdarzyć, że imię brzmiące całkiem kobieco, nosił mężczyzna. Dla kluk nie miało to jednak większego znaczenia. Płeć rozpoznawały po zapachu, nadawanym każdej z nich przez Dozorcę Płci.
Kluki, jak wszystkie żywe istoty, rodziły się i umierały. Zawsze jednak liczebność ich była w przybliżeniu równa nieskończoności. By uniknąć nadmiernej ilości imion, nowonarodzone kluki dziedziczyły je po klukach zmarłych. Powszechnym było zatem noszenie imion krótszych przez kluki młodsze. Ta kluka, która miała szczęście otrzymać imię Ab, stawała się królem kluk, zwanym klukrólem, na czas swojego życia.
Kluki były tak nieskończenie małe, że mimo iż zamieszkiwały Ziemię, nie wiedziały nic o świecie ludzi, czy zwierząt. Żyły we własnej krainie, zwanej Klukrainą, bujnej w roślinność zadziwiająco podobną do tej znanej ludziom, jednak nie mającej z nią nic wspólnego. Była to odrębna roślinność, zwana kluroślinnością. W Klukrainie mieszkały też kluzwierzęta.
Jednego dnia jedna z kluk - młodziutka dziewczynka, imieniem Mafrrenn, przechadzała się dróżką, zrywając soczyste owoce z drzewek i z krzewów. Nie wzięła koszyka, zerwane owoce od razu więc zjadała. Nuciła przy tym najpopularniejszą chyba w Klukrainie piosenkę - "Koniczynko, koniczynko".
Tego samego dnia, tą samą dróżką, przechadzał się młodziutki chłopczyk, imieniem Guagor. Śpiewał patriotyczną pieśń kluk - "A klukról odbuduje mur". Nieuważny, wpadł na Mafrrenn.
- Och uważaj, młody! - wykrzyknęła dziewczynka. - Wytrąciłeś mi wszystkie owoce z dłoni! A gdybym tak niosła kryształy?! - Przepraszam, dziewczynko. To moja wina. - Nikt nie twierdzi, że jest inaczej. Dokąd podążasz w tak pochmurny dzień? Nie idziesz chyba do chatki klujagi? - Tam idę właśnie. Słyszałem że ma moc, która pozwala leczyć schorzenia i przynosi ulgę w złym stanie. Idę prosić o wywar dla mamy. Mama jest chora. - Nie wierz w moc klujagi, chłopczyku! Przestrzegam cię! Nie otrzymasz wywaru, a jedynie zamknięty zostaniesz, utuczony i pożarty przez nią! Klujaga żywi się klukami, szczególnie zaś lubi młodych mężczyzn, przestrzegam cię! - Ale ja iść muszę, nie powstrzymasz mnie, dziewczynko. - Nie, nie pozwolę, byś sam poszedł tam. Więcej niż ty rozumu mam. Choć w innym zupełnie kierunku szłam, na szczęście się zdam i nie będziesz sam. Deszcz jednak będzie przeszkadzał nam. I ważną niezwykle wskazówkę ci dam - gdy jaga zapyta o wiek twój - kłam. - Dobrze.
Część 22 / 4
W Klukrainie były trzy miejsca, do których żadna kluka dobrowolnie nie udałaby się. Pierwszym, a zarazem najgorszym z nich, był Zamek Mroków na Wzgórzu Nienawiści. Choć nie było to udowodnione, mówiło się że mieszka tam Tarfar - kluka trzy razy większa niż wszystkie inne, że ręce jego przeżarte są kwasem, a prawa połowa twarzy wygryziona jest przez kluszczura, mieszkającego razem z nim. Tarfar miał rzekomo przeprowadzać eksperymenty medyczne w lochach swojego zamku, dążąc do wyhodowania nowej rasy wiecznie żywych kluk, których jedynym celem miałoby być zadawanie cierpienia poprzez tortury.
Drugim takim miejscem było Więzienie Obłąkanych w Dolinie Obłędu. Kluki prawie nigdy nie chorowały na choroby umysłu, ale tylko prawie. Raz na wiele urodzeń zdarzała się kluka, która mówiła wspak, głosem niższym niż bas, wymachiwała rękami w szaleństwie i budziła powszechny niepokój. Takich nieszczęśników, z braku lepszego dla nich miejsca, zamykano w Więzieniu Obłąkanych, gdzie potajemnie rozwijały swoją obłąkaną społeczność, planując atak na całą kluczą cywilizację.
Trzecim, najmniej chyba groźnym z groźnych miejscem, była chatka klujagi. Tam też podążali Mafrrenn i Guagor. Nie mieli o czym rozmawiać, śpiewali więc kluczą kołysankę: "Śpij, kluczko, kocham cię jako mama". Zaczął padać deszcz.
- Skąd właściwie wiesz tyle o klujadze? - odważył się zapytać Guagor. - Wiem tyle o klujadze z kluczych opowieści i legend. Mówią, że mieszka ona tam od stu lat, że jest samotna, i że nie wymawia "r". Na śniadanie jada chleb z dżemem malinowym, na obiad naleśniki z mięsem z klukrólika, na kolację zaś parówki i warzywa. Mówią, że nie jadła kluczego mięsa od lat pięciu, kiedy to przypętał się do niej stary głupek Upral, celem zapytania o drogę. Mówią, że jest brzydka i ma nos dłuższy niż rękę, a na nim brodawek siedem.
Guagor nie pytał więcej. Wizja bycia pożartym przez starą, brzydką babę, zniechęcała go do rozmowy. Szli zatem w milczeniu, przerywanym od czasu do czasu przez piosenkę.
Minęli dom Wolaka, starą bramę do dziedzińca Balasza, kościół pastora Ostora i szpital imienia doktora Radora. Aż doszli do chatki klujagi.
Deszcz nie ustawał, wręcz nasilał się. Wiatr dął. Mafrrenn i Guagor stanęli w miejscu, by następnie rozejrzeć się dookoła. Chatka klujagi pogrążona była w wiecznej mgle, powstałej zapewne w jakiś magiczny sposób, znany tylko samej klujadze - być może było to dziełem przypadku, bardziej jednak prawdopodobnym jest, że klujaga, znana ze swojego zamiłowania do mistycyzmu i, często niemal absurdalnej, potrzeby zbudowania wokół siebie atmosfery tajemniczości i niedopowiedzenia, chciała w ten sposób przestrzec odwiedzających to miejsce, a może po prostu osłonić chatkę przed nazbyt wścibskimi oczami.
- Zapukaj - powiedział Guagor pólszeptem. Był bardzo przerażony. - Ty zapukaj, to ciebie zje - odrzekła Mafrrenn z przekąsem, przerażając Guagora bardziej.
Część 33 / 4
Puk puk puk. Cisza odpowiedziała, kiedy Mafrrenn zakołatała w drzwi.
Puk puk puk.
Puk.
- Hmm, dziwne. Mówi się, że klujaga nigdy nie opuszcza tej chatki.
Puk puk puk.
We wszystkich magicznych mikrocywilizacjach, w całym nieznanym światu świecie, kluki słynęły ze swojej szybkości. Jako ludzie, ludzie z trudnością mogą wyobrazić sobie rodzaj tej szybkości. Pojedyncza kluka mogłaby, gdyby chciała, przemieszczać się szybciej niż jakakolwiek inna kluka, ale tylko wtedy, gdyby inna kluka nie zechciała jej dogonić. Istnieje nieprzekraczalna granica dla szybkości kluk, jednak granicę tę ustalają one same, biegnąc z dowolną szybkością. Oto powód, dla którego w Klukrainie nie było Olimpiad.
Z reguły jednak kluki nigdzie się nie spieszyły. Klujaga przyżądzała właśnie jakiś nieprzyżądzany nigdy dotąd wywar, o mocy mogącej zapewnić jej zapewne pewną moc. Nie widziała powodu, dla którego miałaby spieszyć się, kiedy ktoś pukał do jej chatki. Powoli podeszła do drzwi dopiero, gdy zasmakowała wywaru, oblizując łyżkę z namaszczeniem i teatralnie wytarła ręce w fartuch. Mimo że nikt klujagi nie obserwował, ona zachowywała się dokładnie tak, jak powinna zachowywać się magiczna postać w magicznej opowieści. Chcąc wzmóc napięcie, pogłaskała jeszcze czarnego klukota, którego hodowała chyba specjalnie, by móc go teraz pogłaskać i skrzypiącym głosem zanuciła coś niewyraźnie. Klukot, jakby wczuwając się w magiczny klimat wytworzony przez klujagę, zamruczał łagodnie i ciepło, kończąc jednak groźnie, choć nadal ciepło.
- Kogo tam licho niesie? - zaskrzeczała klujaga, zaczynając sylabę "ko" w miejscu, z którego ktoś, kto stał teraz na ganku mógł ją już usłyszeć, a kończąc sylabę "sie" w momencie, gdy od drzwi dzieliły ją trzy kroki. Uczyniła to, by klamkę szarpnąć dopiero, gdy chwila ciszy poprzedzi chwilę grozy dla kogoś, kto stał przed drzwiami.
Część 44 / 4
Mafrrenn i Guagor stali przed drzwiami.
- Nie bój się - wyszeptała Mafrrenn do Guagora. Musiała odwrócić głowę, bo Guagor schował się za nią.
Klujaga zaczęła otwierać drzwi. Drzwi były całkiem nowe, klujaga wymieniła je niedawno, gdy strare rozpadły się ze starości. Wiele czasu zajęło wynalezienie smaru o właściwościach pozwalających uzyskać złowrogie skrzypienie zawiasów - nowe drzwi jak na złość otwierały się lekko i cicho. Dumna z efektu, jaki udało się jej osiągnąć, klujaga bardzo powoli uchyliła drzwi, karmiąc słuch każdym pojedynczym trzaskiem. Był nawet moment, w którym zatrzymała się zbyt długo, zamiast złowrogiego skrzypienia uzyskując bezsensowną ciszę. Odbudowała jednak nadwątloną w ten sposób atmosferę grozy, odpowiednio długo pozostając w półcieniu, podrasowanym jeszcze oparami gęstego dymu. Nareszcie pojawił się nos, a za nim reszta klujagi.
Guagor trząsł się ze strachu, a Mafrrenn bała się. Patrzyli teraz bowiem na postać przerażającą. Odwrócili się jednak i spojrzeli na klujagę.
Ta uśmiechnęła się nieszczerze:
- Co was sprowadza, dzieci? Zjecie ciasteczko? - Chętnie - uśmiechnęła się szczerze Mafrrenn.
Czy powinni wejść do środka? Weszli do środka: Mafrrenn, Guagor i uśmiechnięta, tym razem również szczerze klujaga,…