Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przyjaźń · 11 min czytania

Knamgal

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Naciskam trzykrotnie na dzwonek. Każdorazowo przytrzymuję przycisk po 20-40 sekund. Potem walę z całych sił kołatką. W końcu, gdy czuję, że ręka dostatecznie mnie już rozbolała, lewą ręką przytrzymuję dzwonek. Po piętnastu minutach słyszę Jaqala, jak schodzi po schodach. Niesamowite, że ma dom tylko dla siebie. Dwupiętrowy dom, ma chyba dwanaście pokoi, a on używa dwóch. Nie chce lokatorów, nie chce sprzedać i kupić mniejszego. On musi mieć ten dom. Jaqal sprawdza wizjer, chociaż przypominałem mu setkę razy, że dzisiaj przyjdę. Potem otwiera drzwi. Nigdy ich nie zamyka. Ma na nich kilkanaście zamków, ale uważa, że zamykanie choćby na jeden jest całkowicie zbędne. Otwiera drzwi i patrzy na mnie, jakby widział mnie pierwszy raz w życiu. Znamy się trzydzieści lat, a on udaje, że trzydzieści minut. -Masz? – jestem bliski parsknięcia śmiechem, gdy myślę, że ciągle bawimy się w posługiwanie tajnym językiem. Zasady są proste: nie można mówić o przedmiocie lub czynności, gdy jest się w zasięgu ludzi. Na przykład pana z laską na ulicy lub matki z dzieckiem. Wymyśliliśmy to, jak mieliśmy po pięć lat. Jakoś się trzyma. -Mam. – Jaqal wykonuje obrót komandosa i zwinnym ruchem wciąga mnie do środka. Zamyka drzwi na klamkę i rusza przez korytarz wychodzący na dwór. -Trzymasz to na zewnątrz? – zamiast odpowiedzieć kiwa lekko głową i przyśpiesza kroku. Nie mam zielonego pojęcia, czemu nie sprzeda domu. Jest wyniszczony do tego stopnia, że kurz ma już wszędzie. Pajęczyny zwisają z każdej części ściany. Kafle podłogowe są połamane do tego stopnia, że wygląda to tak, jakby ktoś celowo rozwalał je młotkiem. Wychodzimy na ogród, to jest dopiero atrakcja. Ogród jest stworzony w bardzo dziwny sposób. Ma około pięciu lub sześciu metrów szerokości, a około 50 długości. Sam Jaqal twierdzi, że taki mu się najbardziej podoba. Dzisiaj ubrał się równie dziwnie jak zawsze. Jest około trzydziestu stopni celsjusza na plusie. Mimo to, ma on na sobie zimowe trapery wykładane futrem i szalenie krótkie spodenki, które bardziej przypominają bokserki. Do tego ogromną bluzę z wyciętym kapturem. Zawsze wycina sobie kaptury. Twierdzi, że go deprymują. Gdy to usłyszałem doszedłem do wniosku, że lepiej się nie wtrącać. Ogród wygląda równie tragicznie jak dom. Trawa jest szarozgniła. Nie ma ani jednego drzewa, a w połowie „drogi” jest szopa. Zajmuje ona tyle miejsca, że żeby koło niej przejść trzeba się ostro pościskać z płotem. Wielokrotnie tłumaczyłem mu, żeby zwiększył sobie kawałek płotu i miał swobodne przejście. On twierdzi, że woli przechodzić dachem, a jeśli chce wziąć coś z garażu, prosi o to syna sąsiada. Wydało mi się to szczytem absurdu, a on mówił to z całkowicie poważną miną. Do tego, za każdym razem trzeba biec. Ja już do tego się przyzwyczaiłem, ale gdy ktoś nowy przychodzi do Jaqala musi się przygotować na to, że sobie pobiega. Jaqal ustalił zasadę, że na jego ogrodzie trzeba biegać. Po prostu bieg jest obowiązkowy. Cokolwiek tam nie robimy, biegamy. Gdy mamy grilla, chcemy pogadać, za każdym razem biegamy. Jaqal próbował ustanowić zasadę biegania nawet w miejscu, ale się nie przyjęła. Powoli zaczynamy dobiegać do garażu. Garaż jest równie beznadziejny i tragiczny jak dom. Właściwie niewiadomo, czemu jest przez Jaqala nazywany garażem, skoro trzyma tam przedwojenne narzędzia. Byłem tam raz, pomieszczenie jest dziwne. Wygląda trochę, jakby ktoś w nim posprzątał, a potem ktoś inny na siłę nabrudził. Narzędzia są tam tak zabytkowe, że warto je pooglądać, choć chwilę. Już sama łopata jest wyjątkowa. Gdy próbuje się ja podnieść, rączka się rozsypuje. Jaqal twierdzi, że nie potrzebuje narzędzi i te są dla niego wystarczające. Podbiegamy do garażu i zatrzymujemy się oboje. Właściwie to Jaqal się nie zatrzymał, bo ciągle biegnie w miejscu. Ostatnio stwierdził, że jeśli inni nie chcą przestrzegać wyznaczonych zasad, to przynajmniej on będzie przykładem. Właściwie to ciekawe, jak wyglądamy. Mamy po 35 lat, a biegamy po niewymiarowym podwórku, bez odzywania się do siebie. -Będziesz musiał wejść do środka i wziąć łopatę. -Cholera, zakopałeś? -No, nie miałem wyjścia. -Niby czemu nie miałeś? Wystarczyło nie zakopywać. -Wolałem zakopać, to dodaje historii pikanterii. Westchnąłem ciężko i zacząłem podchodzić do płotu. Nawet nie próbowałem się z nim kłócić o zamianę miejsc. Wiem, że by się nie zgodził. Jaqal wchodzi po słupku na dach garażu i biega sobie w kółko po dachu. Przyciskam ciało do płotu. Czuję, jak szesnastowieczny drut wpija mi się w plecy. Przeciskam się między płotem, a ścianą garażu, aż do wejścia. W połowie nie mogę wytrzymać i drę się do biegającego na dachu Jaqala. -A gdzie pieprzony syn sąsiada?! -Na wakacje pojechał. A co, nie wolno mu? Przeciskam się jeszcze metr i przedostaje się do środka. Wnętrze nie zmieniło się w żadnym stopniu. Oprócz jednego. Pod ścianą stoją dwa całkowicie nowe szpadle. Są nawet na nich metki sklepu, w którym zostały kupione. Z ciekowości spoglądam na metkę doczepioną do rączki. 145$?! No tak, oczywiście! Kiedy brakowało narzędzi, to chciał tamte, a teraz kupuje sobie szpadle, półtora bańki za sztukę? Wychodzę z garażu i ponownie dociskam się do siatki. Z dwoma łopatami nie jest to jednak takie łatwe. Ostatkiem sił wypluwam słowa. -Mogłeś mi dać te trzy stówy, wziąłbym swoje narzędzia. -Prawda, że świetne? Stwierdziłem, że przydałyby się konkretne narzędzia. -Taaa... Konkretne to one są. W końcu udaje mi się wydostać ze szczeliny między garażem, a…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%