Fantastyka · 8 min czytania
Kochanek Madame Bouvet część 2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Oddaliłam się od hotelu szybkim krokiem. W pierwszym lepszym sklepie kupiłam nowy starter do telefonu i zadzwoniłam do Amelii. Odebrała dopiero po piątym sygnale: - Allo? Matko, tu francuski tam francuski. Ludzie skończcie z tym językiem. - Tu Lili- powiedziałam wkurzonym głosem Zdaje się że francuski zaczął działać na mnie jak płachta na byka. - A bonjour Lilian. Jak tam Laurant? Słowo daję. Naprawdę nie chciałam żeby trafiła mnie jasna cholera. Ale jaki mogłam mieć na to wpływ? - Ty lafiryndo! Czy ty wiesz że pieprzyłaś się z krwiopijcą?! - Que? - Z wampirem! Prawdziwym wampirem, którego kiełki o mało nie zatopiły się dziś w mojej cholernej szyi! - Lilian, o czym ty w ogóle mówisz. Chyba powinnaś przestać ćpać. W twoim wieku drouger są bardzo szkodliwe. - Laurant jest wampirem. Pieprzonym KRWIOPIJCĄ! - A myślałaś może o detoksie? Miałam nieziemską ochotę rzucić telefonem w dal. Stwierdziłam jednak, że to w ogóle mi nie pomoże. Zrobiłam parę wdechów i wydechów i spytałam spokojnie: - Byłaś z nim kiedyś na kolacji? - Dîner? Oczywiście, że tak. To mnie trochę zbiło z tropu. - A on coś jadł? - Oui. Nie sądzisz, że gdyby nie jadł to wzbudziłoby to u mnie jakieś podejrzenia? Z tą kobietą wszystko było możliwe. Coś tu jednak ewidentnie nie grało. Może i wampiry mogą nie spać w trumnach i egzystować w czasie dnia, ale na pewno nie mogą spożywać niczego innego po za krwią. No więc co to wszystko do cholery znaczy? Z rozmyślać wyrwała mnie Amelia: - Lilian, czy to wszystko znaczy, że Laurant nie jest mort? - Taa, jak narazie ma się całkiem dobrze. - Pospiesz się Lilian, bo Patricio już mi się nudzi? - Patricio?- to imię zabrzmiało zbyt francusko- Kto to do cholery jest Patricio? - Mój nowy współtowarzysz. Amelia zawsze nazywa swoje zabawki do seksu, współtowarzyszami. To chyba ma być taki eufemizm. - Czy Patricio jest Francuzem? - Oui Świetnie, po prostu świetnie. - Muszę kończyć- powiedziałam i rozłączyłam się. A potem stanęłam na środku ulicy i zaczęłam się zastanawiać. No bo przecież wampiry NIE ISTNIEJĄ. To musiała być jakaś ściema. Te kiełki na bank były doklejane. Stałam przecież, że tak daleko, że nawet gdyby były z papieru to bym się nie zorientowała. No ale do cholery dlaczego go nie zabiłam? Może miałam w pistolecie ślepaki? Ale nawet jeśli to jakim cudem w ciągu jednej setnej, niezauważalnej dla mnie sekundy znalazł się przy mnie? Rozbolała mnie głowa. No cóż istniał sposób by dowiedzieć się prawdy. Wystarczyło iść do szpitala i powiedzieć, że spotkałam człowieka, który jest wampirem i że powinno mu się przebadać krew. - Wampirem tak?- spytałby zapewne lekarz A moja odpowiedź brzmiałaby: -Tak..., ale zaraz dlaczego ubierają mnie panowie w ten biały fartuszek? Czy to jest kaftan? Szpital to był zdecydowanie poroniony pomysł. Dlatego poszłam do biblioteki i poprosiłam o książki na temat wampirów. Bibliotekarka nawet się nie zdziwiła. Pewnie spotyka tu tyle świrów, że nic jej już nie zaskoczy. A już na pewno nie jakaś maniaczka książek o krwiopijcach. Powiem wam że tytułów było sporo. Na przykład: „Życie zawarte w krwi. Cała prawda o wampirach”, albo „Wieczne życie potępieńca”, ale chyba nie muszę mówić, że najbardziej przypadła mi do gustu książka. „Czy kołek naprawdę jest skuteczny? Czyli jak zabić wampira”. Wzięłam ją więc i podeszłam do bibliotekarki, która tylko wsadziła karteczkę z książki do mojej karty bibliotecznej i niezwykle uprzejmie przypomniała mi, że książki zwracamy w przeciągu miesiąca. A muszę przyznać, że obawiałam się że zadzwoni do psychiatryka. Cóż, właściwie może powinna. Poszłam z książką do parku, bo stwierdziłam, że w miejscu publicznym ta cholera mnie nie dopadnie. Po chwili czytania zorientowałam się, że książka jest napisana w konwencji wymieniania po…