Romans · 9 min czytania
Kochankowie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Pracownia mieściła się w zapomnianej dzielnicy, gęsto poprzecinanej pajęczyną śmierdzących stęchlizną, obskurnych ulic i uliczek wygnańców i biedoty. Wkomponowana była między budynkiem burdelu o iście secesyjnej fasadzie, a pozornym azylem dla głodnych, opuszczonych i chorych na AIDS. Wszędzie roiło się od kurew i transwestytów, którzy każdej nocy upojeni alkoholem i narkotykami krzyczeli i śmiali się krążąc pod oknami pracowni i wyczekując tęsknie za jakąś okazją do zarobku. Z tego właśnie powodu okna mieszkania na drugim piętrze, nawet w upalne dni pozostawały zamknięte, choć wciąż tliło się w nich słabe światło przestarzałych lamp naftowych i świec, niedbale zatkniętych w kandelabrach. W pracowni panował dziwnie chaotyczny porządek, w którym, o dziwo można było znaleźć absolutnie wszystko. Ogromna przestrzeń wypełniona była sztalugami, farbami, pędzlami, rozpuszczalnikami i obrazami. Najczęściej były to akty zdeformowanych kobiet z mrożącymi krew w żyłach mutacjami, najprawdopodobniej z burdelu obok. Ściany były gołe, przyozdobione jedynie niewprawnymi bazgrołami przypominającymi rysunki małego dziecka. Gdzieniegdzie spływała po nich krwawa emalia, torując sobie drogę między pęknięciami i wyżłobieniami, ściekając strumieniem aż do nierównej podłogi, a potem jeszcze dalej, czyniąc kałużę pod stołem. W powietrzu unosił się gęsty, drażniący zapach rozpuszczalnika, farb, ulicznej stęchlizny, alkoholu i dymu papierosowego, do którego ciężko było się przyzwyczaić nawet po paru tygodniach pobytu w tym osobliwym miejscu. Skażona woda powodująca nowotwory, oraz potworny smród z dwóch, wielkich jak wieżowce, kominów jedynie dopełniało obrazka miasta w rozkładzie. Ale w całym tym smrodzie, w odmętach chorób i śmierci, w stłumionym dźwięku beznadziejnego śmiechu tanich kurew znalazło się też uczucie, którego istnienie było tak samo niemożliwe jak zakończenie wojny. W tak niepewnym świecie podobne rzeczy się nie zdarzały. Ludzkie instynkty stopniowo zostały spłycone do granic możliwości, emocje przestały grać jakąkolwiek rolę, ważna stała się tylko chwilowa satysfakcja. Szybki seks, upojenie, szał, alkohol, narkotyki, a potem znów to samo by zaleczyć pustkę. Piotr właściwie niczego nie szukał, był wystarczająco otępiały i obojętny od ładnych paru lat. Wciąż malował obrazy, choć od dziesięciu lat nie udało mu się nic sprzedać. Z biegiem czasu jego umysł zaczął napełniać się chorymi wizjami, które niedbale przelewał na płótno. Zatrudniał najbardziej szkaradne i zniekształcone prostytutki, uwieczniał je, a potem robił z nimi co tylko chciał. Beznamiętnie i tak po prostu. Gnił w łóżku, śmierdząc potem, dymem i alkoholem, patrząc w spękany sufit i marząc o tym by już zdechnąć. Nie miał pojęcia jaki to dzień, czy miesiąc. Noce mijały mu w duchocie i zapachu szczyn, a małe ogniki świec powoli zaczynały napawać go jakimś obłąkańczym lękiem. Słuchał z kompletną obojętnością wybuchów, strzelanin i wrzasków kobiet, wszystko jakby go nie dotyczyło, utracił kontakt z rzeczywistością.
*
Rachela pojawiła się nagle. Ponoć była Żydówką, ale rysy jej twarzy w żaden sposób na to nie wskazywały. Miała ciemne, długie włosy i AIDS, a skórę cienką i alabastrową. Chorą, wymęczoną i ledwie siedemnastoletnią, wprost z ulicy zgarnął ją Piotr. Zabrał i schował w swojej pracowni jak skarb. Na początku nie podobała mu się. Pozostawił ją samej sobie, a ona całe dnie snuła się między sztalugami obawiając się podejść do okien i podskakując na dźwięk każdego wystrzału i huku każdego wybuchu. Słaniała się na nogach, więc zaczął ją poić i dokarmiać jak małe zwierzątko. Właściwie mógł być jej ojcem, ale często kładł ją na łóżku, rozbierał i przyglądał się jej młodemu ciału, całemu w zadrapaniach, ranach, bliznach i siniakach. Rachela wówczas wodziła wzrokiem za jego oczami nie poruszając się, ani nie mówiąc ani słowa. Nigdy jej nie dotykał, napawając się samą istotą tej przedziwnej fascynacji, przelewając ją potem na płótno z namiętnością jakiej nie zaznał od lat. Dziwił się jednak swojej nagłej czułości ocierając z wielką troską jej usta kiedy kaszlała…