Fantasy · 9 min czytania
Kociątko
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Uwaga: Ta historia nie stanowi integralnej całości z ciągiem opowieści o wiedźminie Jaszczurze i nie powinna się tu w ogóle znaleźć. Tym samym autor oświadcza, że nie bierze za nią żadnej odpowiedzialności, gdyż stanowi ona tylko projekcję jego marzeń w którą zostali wplątani niczemu niewinni bohaterowie. Opowieść ta nie będzie raczej miała żadnej kontynuacji i nie można doszukiwać się żadnych punktów zaczepienia w opowiadaniach wcześniejszych gdyż istnieje ono wyłącznie jako przetworzenie moich pragnień. No cóż zawsze lubiłem kociaki :).
Kończył się pierwszy ciepły dzień tego lata. Słońce stało nisko nad dachami więziennego kompleksu w Alkastil. Jaszczur wszedł szybkim krokiem na górujące nad srebrzystą wstążką rzeki wzgórze z którego widać było skupisko murów, dachów i wieżyczek. Usiadł pod drzewem, narzucił kaptur i skoncentrował się. Myśl pomknęła w przestrzeń.
Wewnątrz więziennego kompleksu, w sali o surowych ścianach z nietynkowanej cegły, oświetlonej skośnymi słupami światła padającego przez wysoko umieszczone świetliki, trwała chłodna cisza. Zakłócał ją jedynie cichym brzęczeniem mnemoskop ustawiony na niskim stoliku. Szklana rurka wskaźnikowa żarzyła się u samego dołu czerwienią. Siły mentalne Hermiony słabły. Półtorej doby czarodzieje telepaci usiłowali wedrzeć się do wnętrza jej umysłu, by wydobyć kody teleportów Wieży. Hermiona walczyła. - Daj sobie spokój – odezwał się Lifors. – Przecież i tak w końcu wyciągniemy to z ciebie. - Prędzej zdechnę – wyszeptała chrapliwie. Uniesienie głowy i otwarcie oczu było zbyt wielkim wysiłkiem. Złożyła dłoń w odpowiedni znak, powoli przekręcając ją na ile pozwoliły okowy. Mięśnie reagowały niechętnie. Włożyła w to całą wolę oporu i udało się. Lifors zobaczył dumnie wyprężony środkowy palec. Mentalny nacisk wzmógł się momentalnie. Każde włókno przeciążonego oporem mózgu zdawało się drgać boleśnie. Rzeczywistość poczęła się rozpadać na tysiące obrazów, które powoli zaczynał ogarniać chaos i ciemność. Próbowała uczepić się jakiegoś. Wreszcie udało się. Noc, ciemność pachnąca zbożem i ziołami. Nieco jaśniejszy kwadrat okna z rozmigotanymi gwiazdami, na jego tle zarys twarzy czarodzieja. Kiedy to było? Przed miesiącem, wczoraj, czy przed wiekiem? Myśli uciekają jak stado spłoszonych myszy. Wróciło poczucie ciepłego, miękkiego dotyku wewnątrz umysłu. Ból sprawiany przez próbujących się włamać do jej pamięci czarodziejów zmalał, odsunął się powoli przesłonięty tym uczuciem, aż do całkowitego zaniku. Wróciła jasność. - Jaszczur. Wizja odpłynęła, ale dotyk pozostał. - Jestem tutaj – usłyszała wewnątrz. – Pomogę ci. Popłynęła czysta, pierwotna moc. Moc wzorca. Lifors miał świadomość że to nie może trwać długo. Rzadko kto opiera się tak zmasowanemu mentalnemu naciskowi dłużej niż trzy godziny. To i tak była najdłuższa sesja jaką prowadził. - Twarda sztuka. -przemknęło mu przez myśl- Po półtora dobie nieprzerwanych prób zawładnięcia jej umysłem ma jeszcze siłę podnieść głowę. Hermiona uśmiechnęła się do niego złym, drapieżnym uśmiechem. Zaniepokoił się. Spojrzał w mnemoskop i poczuł lodowaty, kroplisty pot na plecach. Rurka napełniała się blaskiem, poprzez żółty, aż do świetlistego błękitu, który rozbłysł na chwilę przed tym, nim przyrząd eksplodował. Identyczny blask rozgorzał w jego głowie, potem była tylko ciemność. Strażnik przerażony wpatrywał się w trójkę leżących na ziemi czarodziejów. Dwaj nie dawali znaku życia, trzeci gaworzył nieprzytomnie. Hermiona przemieniła się. Ciało stało się cudownie elastyczne. Dłonie z łatwością przeszły przez krępujące je obręcze. Wstała. Strażnik zatarasował drzwi i zaczął krzyczeć o pomoc. Uśmiechnęła się do niego, rozdarła bok długiej spódnicy która utrudniała ruchy i skoczyła sprężyście, bez wysiłku, właśnie jak kot, osłaniając głowę łokciem. Szyby w umieszczonym pod sufitem okienku rozsypały się z brzękiem. Wylądowała miękko na dachu niższego budynku i pobiegła. Głos Jaszczura wewnątrz jej czaszki prowadził. Biegła przeskakując bez wysiłku z dachu na dach, potem na mur, wprost pomiędzy strażników. Byli zbyt zaskoczeni by zareagować. Wreszcie na dół. Wprost z blanki. Ze dwanaście łokci. Dla człowieka to złamanie karku. Ale nie dla niej. Wylądowała pewnie na ugiętych nogach, sprężyste mięśnie zamortyzowały wstrząs. Pobiegła dalej, wzdłuż rzeki i pod górę. Siedział tam. Podkradła się cicho od tyłu i przysłoniła mu oczy dłońmi. Nawet nie drgnął. - Nie wygłupiaj się. Wiem że to ty Hermiono – odezwał się kładąc ręce na