Fantastyka · 41 min czytania
Kociska
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Nie, nie i jeszcze raz NIE!!- Najstarsze Kocisko prychnęło gniewnie. – Kategorycznie nie zgadzam się na tę propozycję! – w przytłumionym mgłą świetle księżyca zakołysały się poruszone kocie ogony. Spodziewano się od jakiegoś czasu, że któreś zebranie może utracić kurtuazyjny charakter a zwroty grzecznościowe tradycyjnie deklamowane po każdym Raporcie stracą nieco na gładkości. – Od dawna balansujemy na niebezpiecznej krawędzi! Są granice, których przekraczać nie wolno!! – grzmiał czarny kocur z wysokości omszałego głazu, kierując słowa głównie do stojącego poniżej rudzielca, Mooarha. - Pozwól, Panie, że przedstawię ci szczegóły... – wtrącił Mooarh korzystając z sekundy ciszy potrzebnej mówcy do nabrania oddechu. - Oooo, nieee, oooonieee!! – zachłysnęło się Najstarsze Kocisko. Potężny Mag Grrymą pochylił czujnie łeb naznaczony białą gwiazdą i rzucił ostrzegawcze spojrzenie rudemu. Ten jednak niezrażony kontynuował przyciszonym głosem, aby nie słyszał nikt za nim: - Panie, będę jednak nalegał. Chodzi o to, że Ona umiera…
Głośniejszy pomruk przebiegł przez zgromadzenie. W chłodnym powietrzu czuć było narastające podniecenie. Mgła nabrała bladobłękitnej poświaty. Mooarh poczuł niepokój, ale jego uszy nie wyłowiły żadnych szczególnie groźnych wibracji prócz zniecierpliwienia władcy i rozdrażnienia tłumu. Mówił więc dalej: - Wiem, że chodzi o nasze tradycje, wiem, że nie raz niepotrzebnie się narażaliśmy a teraz jesteśmy bliscy zdemaskowania. Ale jesteśmy im coś winni. - Mooarh, słońce, czy ty nie przesadzasz z tym mesjanizmem? – wtrąciła smukła szara kotka wysuwając się powoli z półmroku. Błysnęły złoto-rude plamy figlarnie rozrzucone na jej karku. – Doceniam twój altruizm, ale nie sądzisz, że to szaleństwo narażać nas wszystkich dla jednego ludzkiego potomka? - To nie jest zwykłe ludzkie dziecko, Miilu. I ty dobrze o tym wiesz. – syknął rudzielec, a potem jednak pokłonił się Wróżce. Mimo wczorajszego wieczoru. Ale to była ich prywatna sprawa, zaś tutaj przyglądały się im dziesiątki ciekawskich oczu gotowych na wnikliwą interpretację każdego gestu. -Proszę, proszę! – zakrzyknął władca na widok kotki. – Któż to się zjawia po trzech długich dniach! Chodźże tu, dziecino, niech cię uściskam! Opowiadaj, gdzie byłaś, może chociaż ty ukoisz moje skołatane nerwy... – Miilu, witając się, najwyraźniej szepnęła coś znaczącego, gdyż Najstarsze Kocisko chrząknęło, po czym oświadczyło despotycznie: - Niniejszym uważam nasze dzisiejsze zebranie za zamknięte. Rada Kotegoryczna na osobności rozstrzygnie poruszony dziś problem! O czym wszyscy zostaną powiadomieni. W odpowiednim czasie. – tłum zamruczał niezadowolony. Z tyłu dały się słyszeć bezładne okrzyki: -Nic o nas bez nas! -Nie ma wolności bez otwartości! -Vox populi, vox dei! -In vino veritas! – czknął ktoś na końcu trochę bez sensu, ale za to z wielkim zaangażowaniem. Stłumiły go zaraz jakieś przyjacielskie łapy. Słysząc to władca i Mag wymienili spojrzenia, po czym Mag zabrał głos: - Być może będziemy obradować całą noc, dlatego podwoje Kociokwiku stoją dziś dla wszystkich otworem. Tam możecie zaczekać na decyzję. Najstarsze Kocisko dziękuje za wyrozumiałość. – Najstarsze Kocisko kiwnęło królewsko łbem potwierdzając te słowa. Ugłaskany tłum zafalował i z wyraźnym ukontentowaniem skierował się w stronę knajpy.
Atrakcyjność Kociokwiku polegała na tym, że nie każdy miał tam wstęp. Nie była to speluna, jakich wiele w okolicy, ale też nie był to lokal o krępująco wysokiej kategorii. Było to miejsce, w którym można dostać wszystko równoznaczne z dobrą zabawą za rozsądną cenę, zaś niepisany kodeks przybytku hedonizmu gwarantował, że nic nie przenikało na zewnątrz. Decyzja Najstarszego Kociska była więc ogólnie uznana za niezwykłą i wyraźnie podnosiła stężenie plotek i domysłów na metr kwadratowy kociego futra. Naturalnie, najbardziej zadowoleni byli ci maluczcy, którzy szczęśliwie wybrali się na dzisiejszy wiec, nie spodziewając się nawet, że zakończy się on balangą w miejscu im dotychczas niedostępnym. Naturalnie, najmniej zadowolony był Bruuch, właściciel lokalu, który nie znosił pcheł i poszarpanych uszu właśnie przybyłych. Stali bywalcy również patrzyli na nich z odrazą. Ale przybyli nie zwracali na to uwagi. Wtoczyli się radośnie do środka i zajęli miejsca, a zamówiwszy spore kufle piwa oddali się radosnemu świętowaniu stanu wyjątkowego. Przy jednym ze stolików można było usłyszeć obcy język. -In pivo hyk! veritas! – czknął błyskotliwie znany z wiecu głos. -Zamknij się, Mroo! Szlachta patrzy. Masz już dość na dzisiaj. – odezwał się ślepy na lewe oko Mmął. Prawym okiem fachowo ocenił pomieszczenie. - Niezłe miejsce. -No, musi być gorąco tam, na górze, skoro nas tu wpuścili. Boją się nas! – wypiął dumnie zapchloną pierś Merre. -Głupi jesteś. Chcą po prostu odwrócić naszą uwagę. Zatkać nas. A oni zadecydują bez nas. Jak zawsze. – warczał Mmął. – I w końcu wszystko szlag trafi, zapłoną stosy a ludzkie dzieciny w majestacie prawa będą obdzierać nas ze skóry. -A propos ... hyk! – zaczął ambitnie i jak zwykle elokwentnie Mroo, po czym jak zwykle czknął. -Możesz sobie darować te obce języki? Twój oczytany Człowiek powinien przerywać ci drzemki na uczonych inkunabułach. Kopniakiem. -Ty za to... ty za to, mój drogi, powinieneś czytać więcej ksiąg. – odgryzł się Mroo a po chwili zastanowienia dodał: - Lub czasopisma. – Mmął łypnął na niego zdrowym okiem. Przemilczał ciętą ripostę, którą miał już na końcu języka i zapytał: -Cóż takiego chciałeś powiedzieć, jeśli w ogóle pamiętasz, że chciałeś coś powiedzieć....... -Pamiętam. – zaperzył się poliglota. – O ludzkim dziecku chciałem. Bo ja hyk! Ja słyszałem plotkę! – potoczył po zebranych trochę błędnym wzrokiem w poszukiwaniu druzgocącego wrażenia, jakie w swoim mniemaniu wywarł na słuchaczach. Miast oszołomienia jednak, usłyszał rzucane beznamiętnym tonem uwagi: -Tak, tak, ludziom urodziła się Ona........ -Długo oczekiwana Wybawicielka...... - Gdy osiągnie pełnoletność ludzka Księga otworzy się pod dotykiem jej bladych dziewiczych paluszków... -I nastanie pokój oraz ogólna szczęśliwość, wszelkie klątwy stracą na aktualności, uroku ni przekleństwa nijak nie będzie się dało rzucić, złe baby stracą zastosowanie......... -Gdy Wybawicielka osiągnie pełnoletność wszystko się odmieni na lepsze..... -Jeśli osiągnie pełnoletność! – zauważył Merre z naciskiem na „jeśli”. -Ano, fakt. Bo dziewczę słabuje zasadniczo i zanosi się, że nie tylko osiemnastej wiosny nie dożyje, ale i pierwszej nawet... -Bo mateczka, co to geny miała przekazać genialnej i dla ludzkości istotnej dziecinie, to się trochę nieprawidłowo puściła, czas był nie ten i miejsce też. Z tej wielkiej miłości to nie miała w ogóle ochoty czekać na błogosławieństwo ojców, jak to stało w Przepowiedni zapisane. -Poniosło ich, hehe, że tak powiem, kwadr Księżyca nie liczyli, wszystkie planety mieli za nic, czerwiec czy maj to dla nich bez różnicy, na rytualnym łożu czy nad brzegiem ruczaju, ech młodość! -Spontanicznie chcieli, a nie tak jak z przepisu na ptifurki. Miłość zwycięży, mówili, nasze dziecko nie może być zwykłe, mówili, obojętnie gdzie i kiedy się pocznie, mówili. -Hehe, klasyka. No, dość, że puścili się skutecznie, dziecię się poczęło, wszystkie bliższe i dalsze władze krew zalała, posypały się głowy za niedopilnowanie dawców genów........ -Chwileczkę! – zdołał wreszcie wtrącić oszołomiony Mroo zdecydowanie trzeźwiejszym głosem. – Skąd wy to wszystko wiecie?! -Mój drogi – uśmiechnął się z wyższością Mmął – zapominasz, kim jesteśmy. -Kotami jesteśmy. – po raz wtóry wypiął dumnie zapchloną pierś Merre. Dodatkowo nasrożył wąsy. Po czym soczyście beknął. -Mamy niezły słuch. – zmrużył oczy Mmął. – I przyjaciół w królewskim zamku. – dodał ciszej kiwając lekko kuflem z piwem. -..... Czyżby Mooarh, Jego Rycerskość Niepokalana? – wyszeptał teatralnie Mroo. – Jestem zaskoczony, in toto! -Co on znowu bredzi? – skrzywił się Merre. -In toto, przyjacielu mój, in toto oznacza całkowicie, zupełnie..... -....... zupełnie swobodnie zdzielę cię w toto, mój przyjacielu! – zaoferował Merre zwężając źrenice. -Ignorant. – sapnął z wyższością kot bibliotekarza. – Ale, ale, wracając ad rem... – rzucił szybkie spojrzenie w stronę zapchlonego przyjaciela, który mruknął „adrem-aline mi podnosi”. - ... to historię należy dokończyć. Bo przez chwilę wyglądało, że faktycznie się udało...... -Tak, tak, dziewczynka urodziła się wyjątkowa nawet dla laika: czarne kudełki, chabrowe oczęta, zadarty nosek, no i te znaki...... był koniec lutego, a zakwitły fiołki, łąki fiołków....... Słońce nie zaszło przez cały tydzień. -Na południu miliardy motyli przez ten tydzień nieprzerwanie wirowały w powietrzu..... i inne takie. Więc nawet już zrehabilitowano tych, których obwiniano o niedopilnowanie pary, co zrehabilitowanym było doskonale obojętne, bo i tak już od jakiegoś czasu nie żyli......... -Ale w końcu....... – zaczął Mroo, ale Mmął przerwał mu: -Co, będzie jakaś nowość? Czego jeszcze nie wiemy? Bo że Wybrana nagle zaczęła po prostu umierać, to już każdy wie. Bo taka była Przepowiednia. Miało być dokładnie, jak w Księgach stało, dokładnie, żadnych tam spontanicznych uniesień. Inaczej dziecko umrze, tak było napisane. Nie było, że miłość zwycięży, Księgi nie są sentymentalne. -I nikt nic na to nie poradzi. – westchnął Merre opuszczając wąsy na znak smutku. – Szkoda małej. -Ha!! O ha-ha!!! A ha-ha!! – wrzasnął z niestosowną do sytuacji radością Mroo, wbijając triumfalnie pazur w zapchloną pierś Merre’go, który zaznaczył tylko, że jeśli to znowu w obcym języku, to on osobiście wetknie dźgający go pazur właścicielowi do dupy. -Ignorant. – rzucił szybko właściciel pazura, po czym wyrzucił z siebie nowinę: – Bo ja coś wiem!! -Że co? Że któryś z nas, kotów, może mieć taką moc, by Ją ocalić? Dzięki rycerskiej postawie Mooarh’a też wszyscy o tym wiedzą. I trochę to wytrąciło z równowagi nasz nieskłonny do poświęceń ród. Wyleczenie Wybawicielki Ludzkości oznacza ostateczne zdemaskowanie kotów. A tego nie chcemy, bo jako żywo stoją nam w pamięci kadzie z gorącą smołą, dzięki którym niejeden nasz druh stracił niejeden z siedmiu żywotów... -Dziękujemy ci za rys historyczny, przyjacielu nasz, ale ja się tu niecierpliwię!- niecierpliwił się Mroo a czubek ogona drgał mu z podniecenia. -Cierpliwość, przyjacielu, jest cnotą zawsze w cenie. – nadął się sentencjonalnie Merre. -Verba magistrae. – usłyszał w odpowiedzi. Na wszelki wypadek zjeżył włosy na karku z zapytał ostro: -Czy ty mnie obraziłeś, przyjacielu mój Mroo? Czy on mnie obraził? Czy ja wyczułem ironię oraz szyderstwo w obcym języku?! Bo jeśli tak...!! -Przestańcie, chłopcy. Niech on wreszcie przekaże nam, co wie. – Mmął przewrócił prawym okiem, a Mroo nie dał się długo prosić: -Ja ich widziałem! I sły-sza-łem! – powiedział dobitnie, znacząco i jeszcze kiwnął głową spoglądając to na jednego, to na drugiego towarzysza. -Ekchm... – chrząknął Merre po stanowczo za długiej chwili scenicznego napięcia. – Przyjacielu, twoja informacja nie zawiera szczegółu dość koniecznego do osiągnięcia podobnej ci ekstazy...... -Czego jeszcze nie wiesz, na litość?? – zatrząsł się z oburzenia Mroo. -Kogo widziałeś!! Kogo słyszałeś!! Trzeba mówić wszystko!! Inaczej nikt nic nie wie!! I to mnie nazywa ignorantem!! I to mnie wyzywa w obcym języku!!! To niby ja..... -Mooarh’a i Miilu!!! Podsłuchałem Mooarh’a i Miilu!!! – i wreszcie uczony kot bibliotekarza zdołał skupić na sobie znacznie rozszerzone źrenice przyjaciół swoich.
Tymczasem w piwnicznych zakamarkach zamku, gdzie od dziesiątek lat nikt z ludzi nie zaglądał, trwało burzliwe spotkanie na szczycie. Najstarsze Kocisko ze swoim Magiem oraz Rada Kotegoryczna w składzie dwunastu najmędrszych Kocisk przyglądali się z lekką niechęcią Mooarh’owi, ogólnie uznanemu za kota najwaleczniejszego a przy tym również najszlachetniejszego, co jest połączeniem jednak niezbyt często spotykanym u wszystkich stworzeń mniej lub bardziej naczelnych. Ta jego osławiona szlachetność właśnie spowodowała, że siedzą tu oto zdecydowanie ponad programowo i miast korzystać z ostatnich marcowych nocy, oczekuje się od nich decyzji zasadniczych, wymagających rozwagi oraz rozpatrzenia szeregu za i przeciw. Co było szalenie irytujące zważywszy, że marzec chylił się ku końcowi a z nim największe coroczne imprezy. Miilu doskonale wyczuwała nastroje panujące na sali i uśmiechnęła się leciutko do rudego. Mimo wczorajszego wieczoru. -Mooarh, popełniłeś jeden zasadniczy błąd. – zaczęło Najstarsze Kocisko bez śladu szczególnych emocji w głosie. Przeżywał on właśnie swoje siódme życie i doprawdy, nie było już na świecie zjawiska, które mogłoby go zaskoczyć. – Siedzę sobie spokojnie, banalny wiec przebiega banalnie, wysłuchuję spokojnych i banalnych Raportów na temat niżu demograficznego myszy polnych oraz panoszącego się w naszych szeregach żebractwa i lizusostwa względem ludzi, a ty mi tu nagle........ -Panie, ludzie potrzebują naszej pomocy. I my możemy im pomóc. – powtórzył Mooarh słowa, które zburzyły naturalny porządek zebrania. -Otóż macie... – westchnął władca z rezygnacją. – Właśnie to należało powiedzieć mi osobiście, możliwie daleko od tak zwanej gawiedzi, która to teraz gawiedź rozsiewa insekty w najlepszym lokalu czekając na rozwiązanie problemu. Już pomijając nasz cenny czas, będzie mnie to dużo kosztowało... Brruch z pewnością wystosuje sympatyczne pismo wysławiające w kwiecistym stylu wszystkie moje prawdziwe i wyimaginowane osiągnięcia, aby potem wyliczyć skromnie i uniżenie jego prawdziwe i wyimaginowane szkody poniesione tego wieczoru......Tak to się kręci, Mooarh. Polityka! -Panie, wybacz śmiałość, ale na osobności zbyłbyś mnie i zasłonił się nadmiarem obowiązków... – zaczął rudzielec i poczuł na sobie wzrok Maga. Ostrzegawczy wzrok. Władca uśmiechnął się pod wąsem: -Tak, tak, masz rację, wybaczam ci śmiałość... -Panie, wybacz mi raz jeszcze, ale liczy się każda minuta... – Mag syknął zniecierpliwiony a przez naelektryzowany grzbiet przeskoczyło kilka iskier. Najstarsze Kocisko westchnęło: -Wiem, że ci się spieszy, ale pozwól, że rozpatrzymy to dokładnie. – znaczna część Rady Kotegorycznej osunęła się głębiej w fotele i definitywnie pożegnała nadzieję na uszczknięcie choćby kilku minut z uciech tej nocy. – Znam kontekst, wiem, kim Ona jest i jak ważna jest dla nich. My poradzimy sobie z Nią czy bez Niej, jak zawsze. Możemy im pomóc, ale nie musimy. Argument o wdzięczności wobec nich, choćby za dokarmianie, zupełnie mnie nie przekonuje, i tak właściwie zjadamy resztki z ich stołu, żeby im zrobić przyjemność, oprócz tych nieszczęśników, którzy kompletnie już zatracili poczucie przynależności rodowej. Twoja osobista wdzięczność za lata opieki nie może narażać wszystkich. Pomożemy im i dowie się o tym cały świat, przez chwilę pożyjemy w glorii chwały, a potem znajdą się tacy, co przypomną sobie stosy, gorącą smołę i inne praktyki, przy pomocy których wybija się kotom z głowy ich czarowną naturę. Już kilka razy się wygłupiliśmy i zawsze kończyło się w ten sposób. Dobrze nam było w Egipcie, to jeden taki nawąchał się lokalnych specyfików, moce paranormalne mu się zwielokrotniły, uzdrowił ze trzy lokalne osobistości, no i zaczęło się. Najpierw prawnie ustalony zakaz krzywdzenia, a potem głęboka niechęć wyrażana środkami wyżej wspomnianymi. Wynieśliśmy się na północ, to trafił się idiota Popiel oraz podobny do ciebie, Mooarh, altruista, który z bandą fanatyków zeżarł jakieś straszne ilości myszy, by księciunia ocalić. Ale myszy pamiętliwe są, a że mnożą się odpowiednio szybko, to następne pokolenia Popiela jednak skonsumowały, podczas gdy koty wylegiwały się na haftowanych poduszkach. I było, naturalnie, na nas, że my, koty księciunia nie ustrzegliśmy. A cała ta fala nadpobudliwych karierowiczów, co to w kontakty przyjacielskie z ludzkimi wiedźmami wchodzili? Miał taki odrobinę tylko mocy i czarne futro, a już pędził do lokalnej jędzy i razem świat ulepszali. Nie przewidzieli tylko, że wiedźmy nie zdobędą spodziewanego statusu społecznego... I co? – władca zawiesił głos oraz wysunął w górę wyprostowany paluch dla podkreślenia powagi sytuacji. -Stosy, smoły i inne praktyki...- podsunął usłużnie ktoś z Rady. -Właśnie! Najpierw tylko czarnych, a potem to już wszystko jedno, na wszelki wypadek mordowano każdego napotkanego kota, chyba nikomu nie muszę przypominać, jak było?... – wszyscy zebrani intensywnie pokiwali łbami w obawie przed przypominaniem zbyt rozwlekłym. – Więc odpowiedz mi na jedno pytanie, Mooarh. Jeśli już znajdziemy chętnego szaleńca, by stracić życie dla Niej, to powiedz mi: dlaczego? Dlaczego mielibyśmy im pomóc? – Najstarsze Kocisko rozsiadło się wygodnie na tronie, zadowolone z poziomu własnej wypowiedzi. Mag podał mu natychmiast kufel napoju regeneracyjnego i wbrew obiegowej opinii – nie było w nim kropli mleka. Mooarh potoczył wzrokiem po zebranych. Czuł ich zniecierpliwienie, szyderstwo, złośliwość i niechęć. Oraz ciepło - Miilu szybko odwróciła wzrok. Rudy kocur wiedział, że jest tutaj, bo cieszy się sympatią władcy. Wiedział też, że Mag – gdyby mógł – zamieniłby go w kłębuszek do zabawy dla zmutowanych persów. Wiedział też, że z ich zgodą czy bez – zrobi to, co postanowił. Ale chciał spróbować zyskać ich zrozumienie. Był jednym z nich. I był szlachetny. Cholernie szlachetny. -Jej matka uratowała mi życie. – powiedział głośno. Na sali zawrzało. Mag uśmiechnął się złośliwie. Najstarsze Kocisko machnęło łapami na znak ciszy. -Powiedziałem już, że twoja osobista wdzięczność nie jest argumentem. -Nikt się nie dowie, kto uratował Jej życie. – słysząc to członkowie Rady zaczęli się przekrzykiwać dowodząc śmieszności powyższego założenia: -Jest ktoś przy Niej całą dobę! -Myślisz, że tam idioci siedzą, którzy nie połączą obecności kota z cudownym ozdrowieniem?! -A może nieznana ci jest siła plotek i domysłów i odruchów „na wszelki wypadek”?! Mooarh nie spodziewał się zbyt wiele po przemowie władcy, więc reakcja nie zaskoczyła go. Cierpliwie przeczekał atak, po czym oświadczył głośno: -Ja to zrobię. – tym razem jego słowom nie towarzyszyły wrzaski, a grobowa cisza. Bardziej wyczuł, niż zauważył uśmieszek Maga. Miilu fuknęła gniewnie i trzasnęła ogonem o posadzkę. Zanim zdążyła coś powiedzieć, odezwało się Najstarsze Kocisko: -Mooarh, wszyscy już wiemy, że jesteś szlachetny i szalony najwyraźniej. Chyba zdajesz sobie sprawę, że nigdy się na to nie zgodzę? Ratując jej życie, stracisz wszystkie swoje żywoty, może bieżące życie też. Twoje zdolności są potrzebne nam, nie im. Nigdy się na to nie zgodzę. – powtórzył z naciskiem koci władca. W tym momencie wróżka uznała za stosowne wreszcie się odezwać: -Panie, znasz obecnego tu Mooarha, znasz jego cokolwiek ekscentryczne poglądy. Jest uzdolniony i obdarzony przez przodków wszelkimi możliwymi zdolnościami, ale bywa troszeczkę –wybacz, Panie, kolokwializm – stuknięty. -Miilu... – odezwał się cicho, ale z gniewną nutą, sprawca zamieszania. -Wybacz, ja teraz mówię. – odezwała się uprzejmie kotka, spojrzeniem przekazując zgoła mniej kurtuazyjne treści. – Oczywiście, że on, spadkobierca kocich mocy, tego nie zrobi. Nie rozumiem jego niepoważnego stosunku do problemu, Panie, skąd nagle w nim takie skłonności do żartów, przecież rozmawiałam z nim wczoraj i ustaliliśmy najsensowniejsze rozwiązanie do przedstawienia Waszej Wysokości...... -Nie, nie ustaliliśmy. – wtrącił ponownie Mooarh lekko zniecierpliwiony. -Jak powiedziałam, ustaliliśmy... – powtórzyła dobitnie wróżka patrząc w oczy rudemu, Najstarsze Kocisko i reszta zgromadzenia przyglądali się im z zainteresowaniem. - ... ustaliliśmy, że jest o wiele lepszy kandydat do tego ewentualnego szaleństwa. -O, czyżby? – uniósł brew władca. – I ja się na niego zgodzę? -Prawdopodobnie tak, Panie. -I nie jest to nasz szlachetny utalentowany i tak dalej? -Nie, Panie. -Więc kto to jest? – zapytało Najstarsze Kocisko i najpierw usłyszał westchnięcie Mooarha, a potem odpowiedź kotki.
-O ty w morde drapany.....- usłyszał Mroo pełne uznania słowa Merre’go. – Toś ty taki? Cicha woda, no no no! -Ja .... właściwie przypadkiem. – zaczerwienił się pod futrem Mroo. – Gwiazdy na drzewie oglądałem, a oni akurat... -Bzykali się? – zagadnął Merre trącając podglądacza w bok. -No, coś ty! – oburzył się zagadnięty. – Co to za pytanie! Nawet jeśli, to nigdy bym ci nie powiedział! -To się nazywa uczciwość podglądacza. – Mmął pokiwał głową z uznaniem. Natomiast Merre, wciąż poruszony do żywego, wyrzucił z siebie…