Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 37 min czytania

Kolejna fucha

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

"Kolejna fucha"

- Za dwa dni masz się stawić w karczmie "Pod gołym niebem", w Musgawre. Zadanie nie będzie łatwe, nagroda 100 000 gurguli. Czekaj na dalsze instrukcje, kartkę spal.- Za tyle pieniędzy to chyba chcą, żebym zabił przynajmniej króla. Pożyjemy, zobaczymy. Kłusował lekko gościńcem na karym ogierze, wiatr smagał mu twarz, a zachód słońca rumienił lica. Szła jesień, dzień stawał się krótszy, zimniejszy. Zieleń lata przechodziła w paletę ciepłych barw, wciskających się do oczu na każdym kroku. Drzewa miarowymi falami przekazywały sobie odgłosy nadchodzącej zimy. Drogi zaczynały rozmiękać, ślady na krótko utrwalał lekki mróz. Częściej mijał ludzi, była to ostatnia pora na podróże, kupcy, wyrobnicy, włóczędzy, każdy musiał się zakwaterować, nadchodził martwy okres, kiedy rosła tylko ilość swar w znudzonych domostwach. Dorian dojeżdżał już do miasta Musgawre, przed bramą kolejka długa, przynajmniej na dzienne czekanie. Wszystkich dokładnie przeszukiwano, pobierano opłaty, już dzisiaj musiał być na umówionym miejscu. Podjechał do posterunku wartowników, byli bardzo zdyscyplinowani, drogę zagrodzono mu skrzyżowanymi halabardami. Starszy szeregowy podszedł, obejrzał przyjezdnego, stwierdziwszy, że nie ma do czynienia z kimś ważnym, splunął. - Czego się ryjesz? Koniec kolejki jest z tamtej strony.- Mówiąc to niedbale machnął ręką w stronę lasu.- Miłego postoju, albo wlepię ci mandat za utrudnianie pracy funkcjonariuszom straży miejskiej. - Pięćdziesiąt. Śpieszę się. - Skoro się spieszysz to zapłacisz i sto. - Masz tu sześćdziesiąt i nie ma tematu. Miłej pracy życzę.- Pazerni ci ludzie, myta, winiety, cło przecież już normalny człowiek podróżować nie może. Ciężkie czasy nastały. Wjechał za mury, miasto to brzmiało zbyt dumnie, to był chlew. Wszędzie pałętał się drób, trzoda. Wśród nich dzieci, ale tylko z nazwy, zajęciem i wyglądem nie odbijały się znacznie od tła. Objechał rynek, niewielką budowlę z ciosanych kamieni, wejście znajdowało się pod przepięknymi arkadami. W oczy rzucał się niepowtarzalny wzór, jednak po chwili można było stwierdzić, że są to spękania. - Nic wartego uwagi.- Powiedział do siebie. Następnie sprawdził boczne uliczki, odchodzące od rynku, bezskutecznie. Zrezygnowany, zauważył wąską szczelinę pomiędzy kamienicami. Wjechał w nią, była dosyć długa i kręta. Mijał w niej burdele, zachęcające mężczyzn żywą wystawą przed prymitywnie zdobionymi lokalami.- Ten zawód zawsze będzie miał wzięcie. - Pomyślał.- Przecież trzeba pomóc biednym kobietom, po akcji wstąpię tu.- Tok myśli przerwał mu szum mający swe źródło w pomieszczeniu, do którego prowadziły nisko osadzone drzwi. Stanął, po dłuższej obserwacji znalazł to, czego szukał, niewielki szyld z napisem "Pod gołym niebem". Przywiązał konia przed wejściem, ten trochę się opierał, żadne zwierze nie przepadało za taką atmosferą, człowiek był wyjątkiem. Wszedł, starając się nie zwracać na siebie uwagi. Udało się. Szynkwas wyglądał o dziwo całkiem czysto. -Jedno piwo! Zamówienie natychmiast zrealizowano. Dostał zimny trunek w cynowym kubku, ociekającym pianą. Rozejrzał się za wolnym miejscem niestety takowego nie spostrzegł. No cóż postoje. Różne typy spod ciemnej gwiazdy miały tu chyba jakiś rabat, tylko jeden krasnolud nie wyglądał podejrzanie. Stoły gęsto ustawione, ograniczały skutecznie ruch wstawionych klientów. Wrzawa, co rusz szarpiące się pary wychodziły się przewietrzyć, zawsze wracał jeden. Zastanawiał się teraz gdzie jest ten umówiony człowiek z zaliczką i skąd taka nazwa dla piwnicy przerobionej na niewielką karczmę. -Szanowny pan Dorian? -Zależy, kto pyta. -Paligórek. Mniejsza o mnie. Zjednoczone Musgawre.- Wyszeptał, rozglądając się niespokojnie. -Jam jest sztych w rękach króla. -Chodźmy na zewnątrz, tam jest spokojniej.-Poszedł za Paligórkiem wzdłuż szynkwasu, tuż za nim skręcili w lewo. Było tam łukowate przejście na część odkrytą. -No i jest niebo.- Pomyślał. Usiedli przy stole. W rogu, daleko od wszystkich. -Przejdźmy od razu do rzeczy. Izydora nie jest łatwo podejść. -Tego się domyśliłem przecież mnie zatrudniono do tego. -Urzeka mnie twoja skromność. Bądź łaskaw, jednak nie przerywać. Dorian skinął tylko przyzwalająco. -Izydor uwielbia się pokazywać publicznie. Jednak zawsze przy boku ma dziesiątki żołnierzy. Często chroni go czar magów, jednak on stara się go unikać. Magia wywołuje w nim zawroty głowy, władca z taką dziecinną słabością- rozumiesz. Wszystko jest skrywane przed ludźmi, nawet nie wszyscy z jego najbliższego otoczenia wiedzą o tym. Na audiencjach oddziela go od poddanych ściana powietrzna. Nic nie może w jego stronę lecieć, ale… -Wiem.-Przerwał mu zniecierpliwiony elf. Jeśli chcesz mnie pouczać w dziedzinie magii to wybrałeś złą porę. -Dobrze. Jak już mówiłem, pokazuje się w lektyce otoczonej siatką, bardzo dobrą niewidoczną. To był słaby punkt. Jeden czarodziej chciał to wykorzystać, wyrzucił grad ognia, za słaby. Poparzył dotkliwie Izydora. Bez pomocy lekarzy, czarodziejów i kapłanów się nie obyło. Zamachowca, no cóż., własnoręcznie wykastrował, nie będę się wgłębiał w tortury, jakim był poddany, bo łatwiej wymienić, co mu nie robiono. -Były jakieś inne próby? -Tak. Nie wiedzieliśmy o ścianie powietrznej- zadźgany na miejscu. Za dwa dni będzie mieć urodziny. Obchodzi je hucznie, ma ku temu podwójną okazje zakończono budowę zamku Izydorion.- Paligórek mówiąc to skrzywił się, było jasne, co myśli o swoim władcy i o jego zapatrywaniach architektonicznych.-Zamek ponoć nie do zdobycia. I teraz najciekawsze pałac władcy jest w środkowej części zamku, lecz Izydor śpi w basztach. Jest ich sześć, jedna na jeden dzień tygodnia, w części środkowej śpi tylko na specjalne okazje. Są nią na pewno urodziny władcy. Następnie zacznie od lewej baszty przy fosie. Wtedy najłatwiej ci będzie uderzyć. Jakieś pytania? -Gdzie zaliczka? Musze za coś żyć, przygotować się. -Jasne.- Paligórek sięgnął dłonią pod poły płaszcza i wyciągnął sakiewkę.-Według umowy, pięćdziesiąt tysięcy gurguli teraz, druga połowa po wykonaniu zadania. -Jeszcze parę pytań. Kraty w oknach? Dodatkowe zaklęcia nocne? -Kraty są, zaklęć nocnych nie ma. Powodzenia. -Zapłać jeszcze za mnie.-Rozejrzał się wokół.-Całkiem przyjemny lokal. Żegnam, może się jeszcze zobaczymy. Wyszedł na ulice, kamienice były odrapane, ludzie snuli się ze spuszczonymi głowami, brodząc po kostki w ekskrementach i śmieciach. Brakowało chęci i materiałów, by położyć deski o chodniku nie wspominając. Dorian zastanawiał się gdzie jest ten miejski zgiełk i entuzjazm, odpowiedź na wszystkie bolączki miała jedno imię- wojna. Wyjątek, wśród szarzyzny filistrów, stanowili rumiani pijaczkowie z czerwonymi nosami i pakunkami z wiadomą zawartością. Teraz mogli hulać, nalepsi policjanci na froncie, a ci, co zostali po licznych wezwaniach skarżących się ludzi, przychodzili i owszem. Spełniali obowiązek zabierając tobołeczki, wystarczyła tylko jedna ciemna brama. Zaszyci chwileczkę wychodzili ciężkim marynarskim krokiem. Takim sposobem zaprzestano donosić, bo jakże to może być- narżnięty policjant i trzeźwy pijaczyna- łamało to wizje państwa prawa obecną ciągle w świadomości dumnych Musgawrańczyków. Niegdyś w Musgawre, gdy picie w miejscach publicznych nie było zabronione, nie było takich obrazków, teraz każdy chciał władzy zagrać na nosie. Muszę wynaleźć jakieś lokum, po przeciwnej stronie miasta, bardziej spokojnej, znalazł niewielką kawalerkę. Ciemną klitkę, a w niej łóżko i szafa, żadnych zbędnych przedmiotów. Ściany nie sypały tynkiem, ale czystością też nie porażały. Co jakiś czas niewielki szczur przebiegał przez środek, za którymś razem został trafiony mieczem, rozpadł się na dwie części, drgające i wyrzucające swoje wnętrzności. Nie chciał zwracać na siebie uwagi, więc wybrał to właśnie miejsce. Jutro będzie trzeba iść przyjrzeć się zamkowi. Ciekawość go zżerała. Bardziej od akcji wolał, czas jej planowania. Wykorzystany odpowiednio dawał ogromne, lecz nigdy stuprocentowe, szanse na jej powodzenie. Było już ciemno, jego wzrok już się przyzwyczaił. Oczywiście w dzień widział nieporównanie lepiej, ale nie ma co narzekać. Rozebrany przystąpił do ćwiczeń. Kilkadziesiąt pompek, na i jedną i drugą rękę, setka brzuszków, przysiady. Kontrolowane skurcze poszczególnych mięśni. W jego fachu kondycja była niezmierna ważna. Walka z wyimaginowanym przeciwnikiem, sen.

-Mam złe wieści!!! Panie. Znowu chcą cię zgładzić.-Zdyszany mag wbiegł na salę tronową, podczas gdy Izydor przyjmował akurat swoich wasali. Zmierzył czarownika koszącym spojrzeniem, spąsowiał lekko. Lecz starał się mówić wolno i nie pokazywać niepotrzebnie poddanym, że tak łatwo można go wyprowadzić z równowagi. -To wiem. Ale płace ci za konkrety, które umknęły moim uszom. -Niestety, musze cię Panie zasmucić. Wiem tylko, że jest to renegat obcej rasy i najważniejsze jest już w Musgawre. -Wszystko jasne. Zabijmy wszystkich nieludzi w mieście.-Powiedział z drwiną w głosie. -Gwiazdy nie chcą zdradzić nic więcej. -Pamiętasz chyba, co się stało z poprzednim nadwornym czarodziejem, który dał plamę. -Tak, oczywiście.- Przypomniał sobie nabitego na pal pyszałka, umierał powoli. -Dobrze, a teraz precz. Mag bijąc pokłony wyszedł tyłem. Wewnątrz gotowało się w nim. Jaka tu jest sprawiedliwość w komparacji z wywiadem miał więcej sukcesów, środki natomiast miał nieporównanie mniejsze. Siedział tydzień w swojej samotni, gdyż doszukał się pewnych zawirowań w jednej konstelacji. Momentalnie wiedział, co to oznacza. Duże prawdopodobieństwo zmiany pracodawcy. Miał już dosyć tego impetyka, zarzucającego go bez przerwy inwektywami. No i proszę nagrodą za wykrycie bliskiego zagrożenia jest...dalszy pobyt w samotni. Może to jest myśl zmiana pracodawcy, chyba jednak z przyjemnością przyjże gwiazdom. Zadanie to samo tylko cel inny. Muszę się szybko skontaktować z zamachowcem.

No, zamek całkiem niezły, fosa z jakimiś bezmózgimi maszkarami. Ściany były wysokie, ale miejscami dość nierówne. Wieże obsadzone strzelcami, lustrującymi niezmordowanie teren. Most zwodzony, długi na piętnaście metrów, przed i za mostem warty strażników. Przy drodze dojazdowej, śmiesznie zamaskowany szałas z grupką lekkozbrojnych. -Trudniej niż myślałem-Zamknął oczy i stał tak dłuższą chwile, wyobrażając sobie zadanie.-Imaginacja jest bardzo ważna, nie płacą mi przecież za dodatkowych zabitych, dlatego chce uniknąć niepotrzebnych starć. Naraża mnie to ma nieuniknione niebezpieczeństwo większej koncentracji sił wroga naprzeciw mnie, a to już ma jedno imię- porażka. Most opuścił się z łoskotem, równym efektom towarzyszącym starciu dwóch armii mitycznych tytanów. Z bramy wyjechali wierzchem ciężkozbrojni, za nimi cztery wozy z klatkami pełnymi ludzi, pochód zamykała grupka łuczników. -Egzekucja- Wyszeptał przyczajony elf. Tabor zboczył z duktu prowadzącego do miasta i zwrócił się w stronę szpiega. Przejechali tuż przed nim, mógł przyjrzeć się hardym obliczom żołnierzy. Oni wiedzieli, że klatki nigdy nie będą puste, choćby krążyli tak kilka razy dziennie, a na każdego z nich wystarczy jedno słowo władcy i wejdą w role mięsa ćwiczebnego. Woźnice ustawili swoje wozy wzdłuż brzegu fosy, łucznicy w dwuszeregu troszkę za nimi, a po bokach konnica. Jeden z ciężkozbrojnych krzyknął: - Jestem Xavier, należycie teraz do mnie. To jest wasza ostatnia szansa! Jeśli dostaniecie się na mury zamku jesteście wolni. Jeśli nie, to nie powinno was obchodzić, co będzie dalej. Otwierać! Rozkaz wykonano natychmiast. Skazańcy wybiegli z przestrachem w oczach, na widok pływającego w wodzie potworstwa uginały się pod nimi kolana. Nadzieja jednak zmuszała do rozpaczliwego rzucania się w głębiny zielonej wody, szybko się w niej zakotłowało. Wrzaski, jęki, błagania wypełniły ciszę. Grupka osób została na brzegu czekali na dogodny moment, który nie chciał nastąpić. Rzucali się, jak najdalej machając z zawrotną prędkością wszystkimi kończynami. Jeden słusznej postury po wcześniejszym rozbiegu przebiegł po głowach i tułowiach ludzi i potworów, dobiegając szczęśliwie na drugi brzeg. Jego śladem poszło kilka osób, w większości jednak skutek był żaden. Hiperkrokodyle miały co nieco rozumu, kolejnych śmiałków witały rozdziawioną gębą, następnym trzem udało się. -Pamiętajcie.- Powiedział dowódca do łuczników.- Strzelajcie tylko do spadających ze ściany. Już dawno tylu nie przeszło. Kocham tę robotę.- Zatarł ręce i podrapał się po kroczu.- Naprawdę, nic mnie tak nie kręci. Ze szpar w ścianach poczęły wychodzić skorpiony ścienne, zaniepokojone szumem. Te małe pajęczaki, były postrachem każdego, kto chciał jeszcze pożyć dłużej niż pięć sekund po dotknięciu żądła znajdującego się na szybkim jak błyskawica odwłoku. Pierwszy wspinający sam odepchnął się od ściany krzycząc jednocześnie: Wy sk…-Strzały rozorały mu tors, robiąc z niego krwawą parodie jeża. Pozostała trójka zdawała się nie zwracać uwagi na byłego towarzysza niedoli, wspinali się z dzikim zapałem. Dłonie nie wytrzymywały tarcia, krew tworzyła mapę ich ruchów, czerwień, krew, krew... Na ścianie począł delikatny, w szczelinach płynąć strumyczek krwi. Skorpion poraził kolejnego 1,2, strzały, 3,4,5 -już trupa. Pierwszy, który przebiegł był najniżej ze wszystkich, wspinaczkę utrudniał mu drąg wsadzony za pasem. Każdy jego ruch zdawał się mieć praktyczne wytłumaczenie, zwinnie wyciągnął kij, aby witać skorpiony, te szybko zaczęły odpadać strącane przez cwanego człowieka o dziwnej aparycji. Był krępej postury, sploty mięsni płynnie grały mu na ogromnych, niczym pnie drzew, ramionach. Twarz poorana bliznami, typowo ludzka, toporna, z mocną szczęką, zaciśniętymi wargami odzwierciedlała do jak wielkiego wysiłku został on zmuszony. Przy tej masie wspinaczka dla zwykłego śmiertelnika była niemożliwa. Przedostatni nieszczęśnik odpadł, jego lewa noga nie znalazła oparcia i pociągnęła całe ciało. Nieraz tak mały kawałek kamienia pod nogą może okazać się zbawienny. Wystarczyło ją przesunąć lekko w prawo, przeznaczenie chciało inaczej. Scenariusz się powtórzył, chmura strzał dopadła natychmiast niedoszłego ikara. Grzmotnął w ziemię z impetem wbijając się w grząskie nabrzeże, wypełniając sobą dziurę. -No, proszę mamy twardziela. Pewnie się łudzi, że wyjdzie z tej kabały w jednym kawałku.- Dowódca nie tracił dobrego humoru. -Gdzie on się wciska?!! Ognia!!! Ofermy, na co czekacie?- Pytanie było zbędne, strzały pomknęły już z świstem w stronę wąskiego okna. Momentalnie uśmiech zniknął z twarzy sadysty, a na jego miejsce wypełzł karpi motyw zdziwienia. - Co to ma znaczyć? Przecież nikt nie mógł tam dojść. To jest niemożliwe. Wracamy na zamek, zlikwidujemy go bez echa i wszystko rozejdzie się po kościach. Przynajmniej mam taką nadzieję.- Dodał w duchu. Niemal nagi olbrzym z przepaską na biodrach wtargnął na jeden z wystawnych korytarzy, miał poobcierane boki i dłonie. Strażnik na jego widok stanął jak wryty. -Demony! Na pomoc.- Powiedział bardziej błagając niż wzywając pomocy. Puściły mu zwieracze i lepka maż wypełniła spodnie. Zgłupiał całkiem. Intruz podbiegł i uderzył młodzieńca pięścią w splot słoneczny, ten niczym szmaciana lalka wbił się ozdobne zbroje, nadziewając się na wystający sztylet. - To nie miał być mój dyżur. Nigdy nie wyświadczaj podobnych przysług, bo nie wiesz, jaką cenę za nią zapłacisz.- Wyszeptał i zamknął oczy. - Dzięki za radę, może kiedyś skorzystam. Gdzie tu teraz iść? Czemu tego nie powiedziałeś? -Ruszył w prawo, wcześniej założywszy brygantynę na kolczugę. Nie znalazł odpowiednich spodni, ponieważ wszystkie pękały na pośladkach przy najmniejszym ruchu. - Trudno, krawca tu raczej nie znajdę.- Szedł rozglądając się bacznie, wokół siebie. Konstatacja otaczającego go zbytku, wprawiała w osłupienie .- Efekt końcowy naprawdę robi wrażenie.- Korytarz był szeroki na pięć metrów, a wysoki na jakieś siedem, łukowate sklepienie z przepięknymi freskami wyobrażającymi demony w czasie biesiadowania, zabawy, walki. Wzdłuż na piedestałach stały rzeźby, wisiały obrazy, a całość przyćmiewały swym blaskiem żyrandole, wszystkie ogromne, zdobione kryształami. Całość tworzyła wrażenie niezwykłej harmonii i lekkości. Naprzód.- W głowie coraz wyraźniej przewijała się myśl o przeżyciu. -Tu jesteś łapserdaku. No spróbuj teraz się schować!

-Takiego mętliku chyba dawno tu nie mieli.- Sszyszszyy.- Gwizdnął elf cichutko i osiągnął swój cel, zaciekawiony rycerz zwolnił kroku i zwrócił się w stronę zarośli. Nachylił się nad nimi, chwilę później wyszedł z krzaków przyspieszonym krokiem i dołączył do oddziału. -To te stołówkowe jedzenie.- Nie mogli go rozpoznać, kapotą przysłonił twarz, wielu robiło podobnie, więc nie wyróżniał się. -Mmmm.- Przytaknął jeden. Drużyna wkroczyła niemal biegiem do zamczyska. Wnętrze prezentowało się równie okazale jak fasada. -Obstawić migiem wszystkie korytarze przy wschodniej ścianie. Dla tego, kto go złapie 200 gurguli i dodatkowo tydzień płatnego urlopu.- Nagroda sowita, oddziały rozpierzchły się już w momencie, gdy przełożony kończył mówić gurguli. Dorian wbiegł do pierwszego napotkanego korytarza, plan miał jasny. Złapać nieszczęśnika, oddać go w ręce oprawców, dzięki czemu wkradłby się w łaski, a następnie zaatakować, gdy nadarzy się ku temu okazja. Jednak między teorią a praktyką istnieje ogromna przepaść, której składowa ma imię szczęście. Te jednak zdawało się mu sprzyjać dotychczas, więc czemu teraz miałoby być inaczej. Rozpędzony przemierzył korytarz, który zdawał się w pędzie kolażem stonowanych barw, z jasną poświatą pod sufitem. Na końcu był ogromny hal, w którym echo niosło odgłosy kroków, potęgując je wielokrotnie. Po pobieżnym zlustrowaniu terenu, wybrał schody na dół. Biegł, biegł, stopnie zdawały się płynąć pod nogami, a jednocześnie niezmierzony ich przestwór, rzucał kolejne fale pod nogi. Dorian nieco zdyszany, zdawał się nie zwracać na bojowe nawoływania nowych "kamratów", instynkt kazał mu podążać nadal w dół. Kręte, drobne, zimne, ciemne schody, wymagały maksymalnej koncentracji przy poruszaniu się. Niespodziewanie monotonia skrętów i łuków została przerwana przez drewniane drzwi z metalowymi zawiasami i okuciami, solidność tychże drzwi zamroczony wojak doświadczył na swoim czole. Odrzuciło go wstecz gdzie wyłożył się

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%