Komedia · 17 min czytania
Kolejny atak Bombaja
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Cześć. Mam na imię Stanisław. Na wstępie pragnę opisać pobieżnie dotychczasowy przebieg mojej kariery. Zajmie to co najwyżej kilkadziesiąt linijek, a więc nie porzucajcie jeszcze nadziei, że może wyjść z tego całkiem zgrabne opowiadanie. Urodziłem się w straszliwie biednej dzielnicy potężnego miasta Torżyskowo. Z racji nieracjonalnie małego dochodu mojej rodziny byłem jedynakiem. Podobno, tak wyczytałem po latach w jakimś anonimowym liście, rodzice strasznie cieszyli się na mój widok i strasznie lubili mnie przytulać. Mieli co do mnie bajeczne plany. Mianowicie wyobrażali sobie, że zostanę burmistrzem miasta i zlikwiduję wszelką biedę. Wyobrażali sobie tak nie bez powodu. Mój świętej pamięci ojciec był niegdyś radnym i miewał, od czasu do czasu, pewne koneksje. Tata wraz z mamą opracowali skrupulatnie każdy szczegół mojej kampanii. Zbierali głosy, roznosili ulotki, a nawet, mimo braku grosza przy duszy, dawali reklamy do mediów! Nie uwzględnili jedynie pewnego drobnego szczegółu. To naprawdę był szczegół tyci, tyci. Jednak mógł wszystko diametralnie wywrócić do góry nogami. Otóż nie spytali: - Synku, co o tym myślisz? Tak! Tu był pies pogrzebany. Na tym potknęła się kampania. - Mamo, ja nie chcę być politykiem! Ja chcę być superbohaterem. Jak Superman - wyznałem w końcu pewnego dnia. Ojciec, gdy tylko się o tym dowiedział, wkurzył się niemiłosiernie: - Co?! Superbohaterem? Czy Ty wiesz ile taki superbohater zarabia? Poza tym burmistrz - to dopiero jest gość. Burmistrz dba o losy całego miasta, a taki superbohater, nie dość, że naraża życie, to przeważnie ratuje tylko jednostki. To licha i niewdzięczna robota. Pełna wyrzeczeń i dylematów moralnych. - Uważam, że myślisz tylko o swojej dupie! - postawiłem się. - Chcesz zrobić ze mnie burmistrza, żeby żyło Ci się lepiej w tym burdelu. A jaaa? A moje marzenia? A moje życie? - Chcemy dla Ciebie jak najlepiej - uspokajała mnie mama. - Sprawa jest prosta - dodał ojciec. - Jeśli zostaniesz burmistrzem, to będziemy z Ciebie dumni, a jeśli superbohaterem, to będziemy uważali, że jesteś ćwokiem i wyrzekniemy się Ciebie. Widzisz, synu. Jestem dobrym ojcem, dlatego też dam Ci prawo wyboru. Tego dnia trzasnąłem drzwiami swojego domu po raz pierwszy i ostatni. Miałem zaledwie czternaście lat. Ruszyłem w nieznany świat bez wykształcenia, bez pieniędzy. W dodatku nie posiadałem zadatków do tego, aby spełnić swoje marzenia. Niektórzy mają ogromne szczęście. Są po prostu utalentowani, gdyż rodzą się z nadprzyrodzonymi mocami, które przyprawiają o dreszcze nawet mnie. Natomiast tacy jak ja, zwykli zjadacze chleba, mają znacznie trudniej. Postanowiłem jednak nie załamywać się. Nie będę tutaj wymieniał szczegółów, gdyż opowiadanie przemieniłoby się niepotrzebnie w powieść. Napomnę tylko, że, żyjąc niejako na wygnaniu, skończyłem szkołę średnią o profilu superbohaterskim. Specjalizacja tejże placówki nie oznaczała bynajmniej, że prowadzono w niej przedmioty związane tylko i wyłącznie z superbohaterstwem. Nie, nie. Nie ma tak łatwo. Na ten przykład: w trzeciej klasie wszyscy nosiliśmy już peleryny oraz muskuły. W tych pelerynach i muskułach musieliśmy zaliczać kurs dziergania prowadzony przez bezwzględną panią Szydełko. Wszystkich nas ogarniała trwoga, gdy powolnym krokiem zmierzaliśmy w stronę nieuniknionego, gdy pani Szydełko wpadała do klasy i otwierała dziennik. Sądziliśmy, że miała nas w pogardzie. Często nazywała nas leniami lub matołami, kiedy nie umieliśmy zacerować ceratki albo wyhaftować serwetki. Kiedy jechała palcem po kartce dziennika szukając kolejnej ofiary do odpytania, zawsze panowała grobowa cisza. Na szczęście mam już te czasy za sobą. Studia były całkiem luzackie. Dużo się imprezowało i mało spało. Koledzy studenci pytali czemu nie zmieniłem swojego imienia na Stanisław-man. Zawsze odpowiadałem: - Ponieważ "man" to przyrostek nagminnie stosowany w imieniach superbohaterów, a ja chcę być sobą. O tak. Na studiach byłem sobą jak nigdy przedtem. Niestety moim problemem była cherlawość i dość mała lotność umysłu. Jeśli chodzi o lotność umysłu, to sprawa stała się dość względna, gdyż osobiście uznawałem, że moje zdolności analityczno-poznawcze utrzymują się w granicach normy superbohaterskiej. Cherlawy istotnie byłem i jestem mimo zdrowego, sportowego trybu życia, więc niestety musiałem radzić sobie ze wszechobecnym stereotypem superbohatera. Musiałem wiecznie coś udowadniać i wkładać w me kształcenie znacznie więcej wysiłku niż moi rówieśnicy. Najbardziej lubiłem przedmiot superbohaterystyka stosowana prowadzony przez samego profesora Supermana - poniekąd mojego idola przezywanego żartobliwie mięśniolotem. Pewnie nie uwierzycie, ale studia ukończyłem z wyróżnieniem! Niedługo potem zrobiłem doktorat i stałem się wykładowcą. Pracowałem również w zawodzie na pół etatu. To znaczy po nocach. Byłem bardzo szczęśliwy. Jestem żywym dowodem na to, że prosty człowiek też może! Też może!
***
Od kilku dni działo się w mieście coś niepojętego. Właściwie sam nie wiem co. Na pozór nic, ale mój szósty zmysł wyczuwał jakieś dziwne wibracje. Wszystko zaczeło się prawdopodobnie akurat wtedy, kiedy nie było mnie w domu. Koledzy i koleżanki (nie zapominajmy o kobietach!) po fachu nie podzielali moich obaw. Nie wyczuwali żadnego niebezpieczeństwa. Jednak sądzę, iż niektórzy z nich już popadli w szpony czegoś, co nie daje mi spokoju. Wyglądali jakoś inaczej. Nie wiem. Może mieli inne fryzury? Dziś była niedziela. Wyprałem moje ulubione peleryny. Następnie udałem się do babci Klementyny. Nie była to wprawdzie moja prawdziwa krewna, lecz traktowała mnie jak wnuka. Dlatego uważam ją za swoją prawdziwą babcię. Niedziela była naprawdę słoneczna, więc nie skorzystałem ze środków komunikacji miejskiej. Przeszedłem się na piechotę. Jestem dość popularną osobą, toteż ludzie często podbiegają do mnie na ulicy prosząc o autograf. Na szczęście tego dnia miałem spokój. Babcia Klementyna otworzyła mi drzwi z głową pełną papilotów. Ugościła mnie herbatą. - Poczekasz chwilę? - spytała. - Pójdę do łazienki, uszykuję się. Żeby wyglądać jakoś. - Nie ma sprawy. Popijałem herbatę z niepokojem. Wyczuwałem w powietrzu silne stężenie zagrożenia. Obserwowałem uważnie otoczenie. Nadstawiałem uszu. W pewnym momencie nawet wstałem i zacząłem zakradać się do okien. Potem zajrzałem pod dywan i do szaf. Słyszałem własny oddech oraz nieznośnie jednostajne tykanie zegara naściennego. Dawno nie czułem takiego lęku. Mimo że wytężałem maksymalnie wszystkie moje siedem zmysłów, nie mogłem dostrzec, w sposób namacalny, przeciwników. Oj, gdybym dostrzegł, to namacałbym ich wtedy poważnie. Oj, namacałbym, namacał. Żeby wybić im z głowy straszenie Bogu ducha winnych superbohaterów. A zwłaszcza cherlawych. Ich nienamacalność powoli zaczęła mnie denerwować. Moje wnikliwe obserwacje zatrzymały się na dziwnym widoku. Oto wróciła z łazienki uszykowana babcia Klementyna. Ale jak uszykowana?! Z początku wyglądała normalnie, jednak to tylko pozory - zasłona dymna, za którą kryła się brutalna prawda. Po chwili wpatrywania się wszystko było jasne. Doznałem niemałego szoku. Otóż babcia Klementyna, poważna starsza kobieta, założyła sobie na głowę śliczne czerwone koronowe stringi. Pokazałem palcem, chciałem cokolwiek powiedzieć, lecz myśli tak bardzo mi się zmieszały, że prawie zatraciłem kontakt z rzeczywistością. Usiadłem, gdy poczułem cherlawą słabość. Monstrum osiadłe w ciele babci Klementyny zacząło zbliżać rękę do mojego czoła. Zerwałem się natychmiast. Przykleiłem się do pobliskiej ściany. Zupełnie nie byłem na to przygotowany, a powinienem. Egzorcyzmy mieliśmy już na pierwszym roku studiów. Monstrum nieubłaganie podążało w moim kierunku z wyciągniętymi rękami. Sam nie wiem jakim cudem udało mi się zrobić kilka zwinnych uników i wybiec na ulicę. Jednak na zewnątrz wcale nie było bezpiecznie! Wielu ludzi chodziło z przeróżnymi gaciami na głowie - stringami, bokserkami, zwykłymi majtkami. Najgroźniej wyglądali ci z kalesonami. Dopiero teraz to do mnie dotarło. Nagle usłyszałem krzyk. Zobaczyłem przed sobą mojego przyjaciela - Super Krzycha. Goniło go czterech wyrostków noszących na głowie niebieskie kąpielówki. - Słanisław! - krzyknął. - Ratuj się! Stałem jak osłupiały. Z racji dość sporej…