Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 23 min czytania

Kolekcjoner: Oblicze Zemsty

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział I

Nocna panorama stolicy, chyba jedyny taki widok w tym przeklętym świecie… Zarazem wspaniały jak i przerażający, zapadający głęboko wewnątrz człowieka. Widok, o którym chcemy pamiętać acz także staramy się go wyzbyć całkowicie z głowy. Potęga ludzkiej myśli, wysiłku oraz szaleństwa. Setki jak nie tysiące wielkich, murowanych kamienic, skąpanych w mroku, rozświetlanym jedynie przez nieliczne latarnie. Mroku, który kryje ból, zdradę, śmierć. Miasto rządzone strachem, zbudowane ze strachu, w nim zatopione. Jedyne takie miejsce, którego sam widok przysparza mnie o różne, nie całkiem normalne czy trzeźwe myśli, które wprawia mnie w stan czystej ekstazy. Jedyne, które z nieodpartą rozkoszą potrafię obserwować godzinami, i nigdy się nie znudzić. Prawdopodobnie część mego ducha. Część mnie… -Panie? –Rozległ się nagle tuż za mymi plecami, niezbyt pewny chłopięcy głos. -Tak? – Zapytałem spokojnym tonem, wciąż spoglądając z fascynacją na tąże niesamowitą panoramę, pojąc się owym widokiem do granic możliwości. -Już czas. – Oznajmił troszkę śmielej, widocznie podbudowany spokojem mego głosu. -Cóż poradzić ? – Oczywiście było to pytanie czysto retoryczne, rzucone po prostu na wiatr. Wraz z jego wypowiadaniem, począłem z wielką przykrością wstawać, kończąc tym samym obserwację. Obróciłem się w stronę dochodzącego głosu. Jak się okazało, nikogo tam nie było. Znów sobie ze mnie jaja robi! – Pomyślałem, mając na myśli oczywiście mego zaufanego towarzysza. Tak czy siak, ruszyłem do niego czym prędzej. Wciąż zastanawiając się, czemu skubaniec nie potrafi po prostu wysłać z informacją jakiegoś zwykłego pachołka, stajennego czy innego ciecia miast wciąż zakłócać spokój duszom. Cóż, taki już po prostu był, i raczej nic w tej materii zaradzić nie mogłem. A szkoda. Kroczyłem powoli w dół zamkowej grobli, która takową była już niestety tylko z nazwy. Tak się bowiem składało, iż z dawnego zamku nie pozostała nawet jedna gliniana cegła. Wszystko zostało zrabowane tuż po zakończeniu ostatniej wojny. Wojny, która odbyła się w czasie mej dziewięcioletniej izolacji w akademii. Wojny, która całkowicie odmieniła świat, jakim go znałem. A także, która przyczyniła się do obrócenia w ruinę stojącą tu ongiś fortecę. Jedną ze wspanialszych w dawnych czasach. Przynajmniej pozostała grobla, dająca tak wspaniały widok na stolicę oraz bardzo dobrze wybrukowaną do niej drogę. A fakt ten wielce radował me serce, jako że chodzenie w oficjalnym, paladyńskim obuwiu nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń, zwłaszcza po nierównym gruncie. Rozwidlenie dróg, jakieś dwieście kroków do kolejnego i ponownie z dziesięć paciorków nużącej drogi w mrokach nocy. Podczas właśnie takiego spacerku człowiek zdaje sobie sprawę, jakież ma szczęście chodząc w paladyńskiej todze. Bo to właśnie owy ubiór odstraszał wszelakich zawadiaków czyniąc mą drogę prostą i bez stresową. A zarazem i krótszą niż dla większości narażonych na napady ludzi. -Czysto? – Było to pierwsze, co powiedziałem w końcu docierając do lokalizacji mego towarzysza. Ten, ubrany w czarny, łotrzykowski (co znaczy, niezmiernie wygodny oraz nie utrudniający poruszanie, jak i dobrze maskujący) strój, skrywał się w cieniu małej, sklepikarskiej wiatki. Dla przeciętnego człowieka byłby pewnie niedostrzegalny. Ba! Dla większej części populacji tego świata, tak naprawdę by nie istniał. W końcu był to człowiek świetnie przeszkolony w technikach skradania oraz ukrywania – i co ciekawe, nie były to jedyne jego umiejętności z grona tych naprawdę przydatnych. -Gdyby tak nie było, raczej bym po Ciebie nie posyłał – oburzył się szczerze, krzywiąc nieprzyjemnie minę w grymas wyraźnego niezadowolenia. I taka była prawda, Wysimór – bo tak nazywała go znakomita większość ogółu, nie pytajcie dlaczego – nie należał do tych, co lubią się zgrywać ze spraw wysokiej wagi. A może po prostu obawiał się ewentualnych konsekwencji, idących w następstwie zakpienia z mej osoby? Któż wie, któż powie? Na pewno nie on… -Twoje szczęście – pogroziłem mu żartobliwie palcem, na co jedynie prychną. – Czyli, do kiedy mamy czas? -Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, nikt się tutaj nie zjawi aż do świtania. -Stanowczo za dużo czasu – westchnąłem lekko zawiedziony. Ale cóż robić, skoro okoliczności aż tak postanowiły mi sprzyjać ? Ruszyłem kroku w stronę pobliskiego domostwa. Choć nazywanie tego „domostwem” prawdopodobnie podchodziło pod jakiś paragraf odnośnie przesadnych ubarwień. Kilka desek zbitych w ledwie szopę wielkości kilkunastu, no może kilkudziesięciu metrów w kwadracie. Dach wykonany ze słomy, prawdopodobnie jak i grunt. Oczywiście wszystko w opłakanym stanie, drewno sczerniałe, przegnite, pokrycie dachu bardzo wybrakowane. Żal ściskał serce. Tyle, że nie był to żal, skierowany do nieszczęśników tu mieszkających. Bardziej żal mi było naszego królestwa, które popadło aktualnie w tak potężną nędzę, czyniącą takie widoki chlebem powszednim. I to nawet w samej stolicy. Co prawda jedynie na jej obrzeżach, ale jednak! Kiedyś byliśmy potęgą, prężnie rosnącą, rozwijającą się niemal w każdym aspekcie. Teraz, obraz naszej ojczyzny to jedynie despekt dla dawnej chwały. -Zamknięte? – Zapytałem widząc mały, metalowy zamek w drzwiach. -Ta – odpowiedział zwięźle i jakże obojętnie Wysimór. -Wytrych? – Lekko podniosłem głos, zirytowany tą właśnie obojętnością towarzysza. -Nic ci nie da – zapewnił, – są zamknięte na blaszany wrzeciądz, zamek to trup. Więcej słyszeć nie musiałem. Sięgnąłem ku rękojeści miecza. Wąskie ostrze oręża spokojnie przeszło przez szparę między drzwiami a nieudolną framugą. Jako iż zabezpieczenie było wykonane z ubogiego kruszcu, który dodatkowo zdążył już dawno przerdzewieć – klinga ze szlachetnego stopu, naostrzona do granic możliwości rozpłatała go bez najmniejszych problemów. A również i dźwięku. -Waruj! – Rozkazałem towarzyszowi – i nie waż się opuszczać tego miejsca. Zasadniczo, wcale nie musiałem tego mówić, i tak by to uczynił. Aczkolwiek dobrze jest wyraźnie zaznaczać swym podwładnym, kto rządzi, a kto jest na usługi. Takie podejście rozwiązuje wiele kwestii spornych w układach towarzyskich, ułatwiając ogólną współpracę. A przynajmniej tak ja uważam. Tymczasem drzwi poczęły się powoli uchylać, widocznie pod wpływem jakiegoś przeciągu. Chwyciłem je natychmiastowo w obawie przed ewentualnym skrzypieniem. Następnie już całkiem kontrolując sytuację, samodzielnie uchyliłem owe na tyle, by zdołać się prześlizgnąć.

Rozdział II

W środku panował półmrok, a jedynym źródłem światła było palenisko ulokowane po przeciwnej stronie pomieszczenia. Ot tak, cała chata była w środku tylko jednym, niezbyt wielkim pokojem. No i tak, miałem rację w wcześniejszych domysłach – ziemia również była pokryta słomą. Aż dziwne, że to wszystko dawno się nie zajęło… Ogień, jak właściwie całe palenisko przesłaniał stojący zaraz na jego przeciw, dosyć masywny fotel. Skierowany zarazem tyłem w mą stronę. Z owego siedziska dochodziły bardzo nierówne, oraz skrzypiące odgłosy. Wyciszyłem swój oddech, uspokoiłem pracę serca – były to podstawy treningu dla zwiadowców w akademii na Gryfowej Skale, bardzo przydatne podstawy, - po czym ruszyłem powoli oraz praktycznie bezszelestnie w stronę światła. -Kogo niesie? – Zakrzyczał starczy głos, wyraźnie zirytowany. – No już, toć słyszę cię łachudro! Me zdziwienie było naprawdę ogromne, toż on nie miał prawa mnie zobaczyć, usłyszeć czy nawet wyczuć! Dodatkowo zagłuszał me kroki swym astmatycznym oddechem. Cóż, widocznie mimo lat przerwy w wykonywaniu swej profesji oraz jakże nieprzyjemnych przeżyć – niektóre umiejętności oraz zmysły pozostały u tego człowieka wciąż aktywne oraz ostre niczym smocza łuska. -No już, wyłaź! -Na życzenie – odparłem lekko rozbawionym głosem, idąc już normalnym krokiem, oddychając pełną piersią. Podszedłem do fotela, minąłem, i stanąłem naprzeciw, tak by nasze oblicza spotkały się. -Czyli to wszystko prawda… - zesmutniałem znacząco widząc na własne oczy, co stało się z tym człowiekiem. A raczej, co z niego zostało. Mimo wieku niecałych czterdziestu lat, wyglądał on gorzej niż niejeden zubożały, bezdomny starzec, wyniszczony za sprawą całego teatrzyku pospolitych, ulicznych schorzeń. Był całkiem siwy, zarośnięty, pomarszczony, a oczy jego wypalone i puste. Co istotniejsze, cierpiał na pewien dosyć dokuczliwy brak, mówiąc ściślej; na brak nóg. Znaczy były, ale jedynie do kolan, czyniąc je raczej mało użytecznymi. -Kim jesteś?! – Zakrzyczał starzec, badawczo wlepiając w me oblicze wzrok. Ja natomiast, całkiem nie zwracając na niego uwagi, kontynuowałem swą myśl: -Te wszystkie opowieści o braku tolerancji dla wszelakich zdrajców. To wszystko prawda. Dawni kumple tak cię urządzili, czyż nie? -Zamknij się! Nic nie wiesz! – Krzyczał wyraźnie oburzony mymi słowami, przy okazji bezradnie krzątając się, ja – znajdując się po za jego zasięgiem - kontynuowałem. -Postanowiłeś odejść, uwolnić się od tego brzemienia – starzec wciąż krzyczał, próbując widocznie zagłuszyć me słowa. Słowa raniące go mimo tylu lat. – Postanowiłeś stać się kimś wartościowym, a nie sadystyczną bestią, i to cię spotkało… - Krzyki nabierały coraz większego impetu, teraz dochodziły również obelgi co do mej osoby. Nic więcej zrobić nie mógł, więc robił to. -Ceremonialne biczowanie, palenie na żywym ogniu, obcięcie dolnych kończyn. A w nagrodę za twoją wytrwałość, również poczęstunek trucizną z Asten. Jedyną taką na świecie, która nie zabija, a osłabia wszystkie zmysły, mięśnie, kości, czyniąc z człowieka jedynie cień istoty, którą był wcześniej. I co ciekawsze, nie dając szansy na poprawę z czasem. Widząc, iż starzec zaprzestał wrzasków oraz krzątaniny, postanowiłem dać mu chwilę wytchnienia. W końcu nie chciałem by raptem zszedł na jakiś zawał. Ten opuścił wzrok, widocznie podłamany mymi słowami, które przeszyły go prosto przez serce niczym splugawiona strzała kupidyna. -Ale na tym się nie skończyło, odebrali ci sławę, chwałę, bogactwo i zaszczyty. Włości, marzenia oraz sny. Odebrali ci wszystko, w zamian dając cierpienie wraz z upokorzeniem. -Nie wszystko – wyszeptał cicho, niestabilnym, pełnym rozpaczy głosem. -Racja, – Przyznałem, wiedząc dokładnie co ma na myśli. - Nie odebrali ci tego, co doprowadziło cię do zdrady. A jej wyniku również i do aktualnego stanu.. -Skąd to wszystko wiesz? – Zapytał zdziwiony. Musiało do tego dojść, w końcu jak często nieznajomi ludzie włamują się do cudzych domostw, i wypominają złe chwile, o których słuchający woleliby zapomnieć? Mówią o rzeczach, o których nie mają prawa wiedzieć, przy okazji nie zwracając w ogóle uwagi na osobę przed sobą? Odpowiedź jest prosta, całkiem nieczęsto. Ale cóż począć, ma nienawiść do tego osobnika była tak okazała, iż tortury psychiczne tego kalibru sprawiały mi wręcz niewyobrażalną radość. Jak również widok jego krzątania i bezradności. Tak, była to osoba niemal całkowicie sparaliżowana, nie mógł nic zrobić… -Kim jesteś?! – Tym razem wykrzyknął, po ostatnim braku odpowiedzi. -Naprawdę nie pamiętasz? Czy trucizna zjadła również twój mózg? A może po prostu nie jestem wart zapamiętania? – Ponownie nastała chwila ciszy, którą aktywnie pożytkował kulawiec wlepiając wnikliwie oczy w mą twarz. Wertując swój umysł w poszukiwaniu jakiegokolwiek wspomnienia, które mogłoby dać mu wskazówkę co do mej tożsamości. -Pustka jak widzę, mroczna otchłań wręcz,

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%