Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 26 min czytania

Kolekcjoner: Początek

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

I

Ongiś wielki mędrzec rzekł, iż dobra opowieść rozpocząć się winna od trzęsienia ziemi, po czym akcja wraz z napięciem powinny narastać powoli. Cóż, widocznie mej opowieści nie dane być dobrą – ot rozpoczyna się od prostej sielanki, beztroski. Rzec skrótem, od prostego życia, prostego człeka. Jak dnia każdego, wraz ze świtaniem opuściłem progi swej przytulnej chatki by w akompaniamencie piania kurów, dochodzącego z pobliskiej wioski, przygotować sprzęty łowieckie. Taki los kaletnika zamieszkałego w okolicy cierpiącej braki łowczych. Jeżeli sam sobie nie schwyta, to i nie będzie mieć surowca do wyrobu tych toreb, sakiew, pasów czy kalet skórzanych dla możnych włodarzy odwiedzających od czasu do czasu te zapomniane w świecie okolice. A w końcu z czegoś trzeba żyć, nawet mimo żywot ten do miodnych nie należy. Nabrałem ze studni wiadro wody, napełniłem manierę podróżną, obmyłem twarz, resztę wylałem do zagródki ogrodowej. Co w sumie i tak było bezcelowe. Nie ważne jak bardzo się starałem, nic nie mogłem wyhodować na tej parszywej ziemi. Byłem świadom, iż wina prawdopodobnie leży po mej stronie, jednak świadomość ta – dziwnym trafem – nigdy nie potrafiła powstrzymać mnie przed bezpodstawnym wyklinaniem bogów. Tylko wyczekiwałem chwili, gdy bogini plonów Wynss nie zdzierży kolejnej wymierzonej w jej majestat „kurwy”, i zdzieli mnie kim plugastwem. Ruszyłem w stronicę starej, spróchniałej, drzewiej szopy. Ta próbowała jak mogła udawać warsztat kaletniczy – niestety bardzo ubogo jej to wychodziło. Stanąłem pod drzwiami, chwyciłem za kłódkę, sięgnąłem drugą ręką do kiermana i… srogo się zawiodłem. -Ech… kurwa. – Wyszeptałem do siebie, zdenerwowany faktem zostawienia klucza w chacie. Jako że niezbędne do polowania kusza, bełty oraz moja skórzana ćwiekówka znajdowały się za tymi zamkniętymi drzwiami – nie było innego wyjścia jak się wrócić. Tak też uczyniłem, poprzedzając jednak drogę solidnym kopniakiem w drzwi. Słysząc skrzyp drewna przez chwilę nabrałem obaw, czy aby przypadkiem ta graciarnia się nie rozleci. Jednak wytrzymała. -Znowu się widzimy…- Rzekłem wchodząc do domu, i właśnie do niego te słowa były skierowane. Co by nie mówić, żywot pustelnika wpływał niezbyt pozytywnie na psychikę człeka. Rozmawianie ze zwierzętami, drzewami, budowlami czy kamieniami stawały się coraz częstszym zjawiskiem wraz z mijaniem czasu. Choć „rozmawianie” może i nie jest tutaj dobrym określeniem. Było to raczej rzucanie krótkich zapytań, stwierdzeń i tym podobnych, przy świadomości, iż odpowiedź nigdy nie nadejdzie. Dłuższego dialogu jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się prowadzić z różnorakimi przedmiotami. Rozejrzałem się dokładnie penetrując te kilka metrów w kwadracie mej przestrzeni życiowej. Tu jesteś – rzuciłem, tym razem jednak w myślach a nie na głos, spostrzegając klucz leżący na komodzie. Raptem trzy kroki w przód, miniecie małego, okrągłego stołu, chwyt i klucz był w mym posiadaniu. No to polowanie się zaczyna, pomyślałem. Aczkolwiek była to myśl stanowczo przedwczesna. Kierując się ku drzwiom, na chwilę wpadłem jeszcze w zadumę, rozmyślając, na jakie zwierzę należałoby się dzisiaj zasadzić, jaka skóra jest mi potrzebna, na co w dzisiejszych czasach jest największe branie. Z owej zadumy nagle wyrwało mnie całkiem niespodziewane, gwałtowne, nieskoordynowane, ale silne dobijanie się do mego wejścia. Przez chwilę stałem jak wryty, nie wiedząc co się dzieje. Przecież nikt z wioski nigdy nie zapuszczał się na moje leśne odludzie, co najwyżej ja od czasu do czasu odwiedzałem „cywilizację” w interesach. Tym czasem bicie było coraz silniejsze oraz dziksze. -Jest tam kto?! – Rozległ się kobiecy krzyk. – Pomocy!

II

Zerwałem się rychło w stronę drzwi, otworzyłem je szybko i… dostałem z pięści prosto w twarz. Otóż dziewczyna, dobijająca się do mych progów, nie spostrzegła gdy wejście stanęło otworem, i rypnęła mnie, miast drwo. -Yhh… przepraszam – szybko rzuciła, po zorientowaniu się w sytuacji. -Nie ma, za co – odrzekłem. – O co chodzi? Czego chcesz tutaj? Wystraszona dziewczyna, niezbyt urodziwa marginesem mówiąc, przez chwilę dobierała słowa by w końcu rzucić; -Napadli wioskę! -Kto napadł? – Zdziwiłem się niemiłosiernie. A było to zdziwienie całkiem uzasadnione, ot okolica bezpieczna, zbójów praktycznie brak – a na pewno zorganizowanych grup zbójeckich, które ważyłyby się napaść wioskę. No i królestwo nasze zacne, również w żadnych napiętych stosunkach z sąsiadami nie było, rządzone przez miłościwie nam panującego, przeciwnego militarnym rozwiązaniom – raczej nie mogło wpaść w wir wojenny. -Ludzie w czarnym inwentarzu – wykrzyczała. – Draby jedne, mordują, palą, gwałcą! Stanąłem w tym momencie przed nielichym dylematem. Ja, prosty człowiek, bez umiejętności wojowniczych, miałem niby rzucić się ku obronie oddalonej wioski? Może tutaj nie przyjdą? Może zostawią mnie w spokoju? Przez mą mózgownicę jednocześnie tłoczyły się dziesiątki myśli. A wszystkie były ukierunkowane jednako – ku tchórzostwu. -Widzieli jak uciekasz? – Zapytałem dziewkę. – Ktoś ruszył za tobą? Jej pełne strachu spojrzenie, wlepione niemal nieustannie we mnie, odkąd tylko otworzyłem drzwi, dawało mi wciąż do myślenia. Czy przystoi nie pomóc bliźnim, na których jakaś grupka najętych drabów prowadzi brutalny ubój? Dodatkowo mając świadomość, iż dzieje się to niecałą staję od mojej lokalizacji? -Nie wiem – odpowiedziała. Podjąłem decyzję, nie będę zgrywać bohatera, nie dam się zarżnąć. Ale ją obronię – postanowiłem spoglądając na stojąca przede mną dziołchę – przynajmniej tyle zrobię. -Idź za mną! Tak też posłusznie zrobiła, trzymając się zaraz za mną, gdy biegłem w stronę szopy. Solidnym kopniakiem wyważyłem drzwi, w końcu nie było czasu na zabawę z kłódką. Narzuciłem na tors mój myśliwski kirys wykonany z ciemnobrązowej, utwardzonej skóry, ponabijanej dziesiątkami wykonanych z miedzi ćwieków. U boku, do pasa zaczepiłem swój stary, łowiecki puginał, rozmiarami przypominający niemal mały miecz. Chwyciłem kuszę, napiąłem cięciwę, załadowałem bełt. I właśnie z nią, uniesioną do pozycji wystrzału wyszedłem z szopy. Rozejrzałem się zapobiegawczo, czy aby na pewno żaden przeciwnik nie zbłąkał w te strony. Było czysto. -Posłuchaj – rzekłem do dziewczyny, nieprzerwanie przeczesując okolicę. – Pójdziemy teraz do lasu, na wschód, tam znam pewną całkiem dobrze skrytą jamę, schowamy się i przeczekamy aż wrzawa ucichnie. -Ale jak?! – Słysząc me słowa, do tej pory posłuszna, siedząca cicho, widocznie przytłoczona przez ogrom sytuacji dziewczyna wybuchła złością. Nad strachem, niepewnością, rozsądkiem wzięło u niej górę uczucie. Uczucie do ludzi z wioski, do samej wioski. Widocznie opuszczenie tego miejsca, tych bezprawnie zarzynanych biedaków w czasie największej potrzeby nie mieściło się w jej małej, wiejskiej główce. -Musimy iść do wioski! – Wykrzyczała. – Pomóc innym! Pomścić zabitych! -Niby jak sobie to wyobrażasz?! – Zapytałem nerwowo, prawdopodobnie ukazując całkiem groźną minę. – Ja nie jestem wojownikiem! W dodatku jestem sam! Rozpłatają mnie, zrobią befsztyk jak i z reszty wieśniaków. No a ciebie przeznaczą pewnie do trochę innych celów. -Nie możemy uciec! – Wykrzyknęła tylko, nie ripostując w żaden sposób moich jakże słusznych argumentów. -Nie! -Tak! -I tak za późno… - westchnąłem widząc nadchodzących od zachodu – czyli właśnie strony wioski – dwóch uzbrojonych drabów. Albo usłyszeli nasze krzyki sprzeczki, albo po prostu postanowili wybadać okolicę, tak czy owak już teraz nie było mowy o ucieczce, musiałem szykować się do walki.

III

-Schowaj się za mnie! – Krzyknąłem do dziewczyny. – Już! Tak też zrobiła nie rzucając ani słowa. Uniosłem kuszę opuszczoną w czasie ostatniej dyskusji. Sprawdziłem naprędce czy wszystko jest dobrze ustawione, nacelowałem w drabów. Owi, gdy tylko nas spostrzegli, ruszyli biegiem ku nam z wyciągniętymi, krótkimi mieczami. -Stójcie! – wykrzyknąłem groźnie do nadbiegających przeciwników. – Stójcie albo strzelam! Wykazując się nadzwyczajnym rozsądkiem – jak na prostych żołnierzy – dwaj drabowie najpierw spowolnili biegu, a następnie stanęli na jakieś dwadzieścia pełnych kroków od nas. Było to dwóch rosłych chłopów, znacząco większych ode mnie, o głupich, typowo plebejskich mordach, poznaczonych mało imponującymi, bardziej „rolniczymi” bliznami. Odziani byli w czarne, płócienne przeszywanice niegwarantujące im praktycznie żadnej ochrony przed moją kuszą. Na głowach nosili metalowe szyszaki z wygrawerowanym, nieznanym mi herbem przedstawiającym coś na kształt lilii. -Czego chcecie? – Zapytałem nerwowo. Nic nie odpowiedzieli, zapadła chwilowa cisza jeszcze bardziej podsycająca atmosferę. Wiedziałem, iż muszę się ich szybko pozbyć, w innym wypadku pewnie nadejdą inni, pozostawiając mnie całkowicie bez szans. Teraz jeszcze jakieś miałem, rozstrzeliwując jednego z drabów, a kompana biorąc w starciu bezpośrednim na stal. Oczywistym był ich brak jakiegokolwiek wyszkolenia oraz umiejętności. Szkoda tylko, że również mi tych cech brakowało. -Kurwa mówcie, czego chcecie! – Wykrzyknąłem coraz bardziej zżerany przez stres, złość, strach. – Albo Spierdalajcie! Czułem jak bardzo moje ciało jest rozedrgane, jak miękną mi nogi. Nigdy wcześniej nie stałem przed taką sytuacją. A co by nie mówić, swój marny żywot bardzo ceniłem i nie miałem ochoty się z nim rozstawać. -I po co pyta? – W końcu odezwał się jeden z drabów. – Czyś to nie oczywista? Drugi słysząc słowa swego towarzysza szczerze się roześmiał. Ja nie widziałem w tym nic śmiesznego, może była to wina mojego położenia? Sam nie wiem… -Czyli nas nie zostawicie? – Postanowiłem się upewnić. -A zgadnij pachole – rzucił odważnie, do tej pory roześmiany drab, po czym podniósł ostrze i zaczął lekko poruszać się w prawo. Jego kompan natomiast rozpoczął powolne przesuwanie w lewo. Ewidentnie chcieli mnie otoczyć, oflankować a następnie poćwiartować. -Tak myślałem – rzekłem spokojnie, po czym szybkim ruchem w lewo wycelowałem w jednego z drabów, bez specjalnego korygowania wystrzeliłem. Chciałem trafić w serce, niestety nie wyszło, bełt utrafił przeciwnika w prawe ramię zmuszając go do upuszczenia ostrza. Następnie próbując zdobyć trochę czasu, rzuciłem kuszę w drugiego, nadbiegającego już w mą stronę z uniesionym mieczem oponenta. Trafiłem, a cios na chwilę zatrzymał szarżę dając mi wystarczająco długą przerwę na wyciągnięcie mego puginału. No i tyle, moja przewaga wyparowała, pozostałem sam, jedynie ze swymi mizernymi umiejętnościami fechtunkowymi. Spojrzałem szybko na ustrzelonego draba, klęczał nad ziemią, próbował wyciągnąć bełt, jęczał niemiłosiernie, klął opętańczo. Zwłaszcza w stronę moją oraz mojej matki leciał zacny bukiet obelg. Raczej zaraz sobie z tym poradzi, po czym wspomoże towarzysza – pomyślałem. Postanowiłem szybko działać, ruszyłem naprzeciw nadciągającemu przeciwnikowi. Nasze miecze skrzyżowały się w rozbłysku iskier. Niczym w barwnych opowieściach o dobrych rycerzach oraz ich złych przeciwieństwach można by rzec. Lekko odskoczyłem, przeciwnik zrobił to samo, postanowiłem ciąć od dołu, niestety moje mizerne umiejętności spowodowały, iż sparowanie ciosu okazało się dziecinnie proste dla draba. Ten natychmiast kontratakował silnym pchnięciem wytrącając mnie z równowagi. Upadłem upuszczając przy okazji broń. -No to teraz Cię rozćwiartuję skurw… - w miarę zręcznie wymierzony kop po nogach, wywracający oponenta na ziemię, nie dał mu dokończyć tryumfalnego monologu. Szczęście mi dopisało, klocowaty głupek upadając wyrżnął głową prosto w kamień. Natychmiast zerwałem się na równe nogi, kwitując walkę potężnym kopniakiem w odkrytą łepetynę. Coś chrupnęło, prawdopodobnie w kręgosłupie, dając mi pewność, iż już nie wstanie. -Uważaj! – Rozległ się krzyk dziewczyny. Natychmiast obróciłem głowę w tył, i wyrwałem potężnym lewym sierpowym prosto w twarz. Towarzysz umarlaka zdołał się w czasie walki pozbyć upierdliwego bełta i otrząsnąć z pierwszego szoku. Staną nade mną z wyciągniętym mieczem, trzymanym teraz w lewej ręce. Ja tymczasem lekko ogłuszony ponownie gryzłem ziemię. Nie wiedziałem co zrobić, ponowny kop po nogach nie miał szansy zaskutkowania, jako że drab stał teraz po mojej lewicy, na wysokości torsa. Miecz był wycelowany prosto w moją krtań. -No tnij a nie się gap! – Rzuciłem drgającym głosem nie mogąc już ścierpieć napięcia. -Tak dobrze to nie będzie – odparł górując nade mną, wredny uśmieszek wdarł się na jego twarz. A wraz z nim, miażdżący cios nogą trafił mnie prosto w brzuch. Samoczynnie chwyciłem się rękoma w miejsce paraliżującego bólu, wybuchłem krwawym kaszlem, nie mogłem nabrać tchu. -Będziesz zdychał powoli gnido – kolejny cios, tym razem prosto w głowę. Chrzęst łamanego nosa, fala bólu, kałuża krwi. – Kurwi synu jeden. Zwinięty w…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%